RSS
 

Powrót z Marsa na ukochaną Ziemię

22 lis

Zbyt długo zajęłoby mi tłumaczenie się z kilkumiesięcznego milczenia. I tak byście nie uwierzyli… Za najbardziej prawdopodobne proszę przyjąć, że porwali mnie Marsjanie, a u nich Internet przez cały czas porwania był zepsuty. Sami więc rozumiecie, że pisać bloga nie było jak.

Marsjanie zwrócili mnie jednak na łono rodziny natychmiast, kiedy ich tajne służby przesłuchały nagranie z ostatniej, czyli październikowej, sesji Rady Miejskiej w Goleniowie. W jej trakcie zaś (wprawdzie boczkiem do mikrofonu, żeby się nie wgrało „do protokołu”) Przewodniczący Łukasz Mituła miejsce, które okupuję wraz z kolegami Czesławem Majdakiem, Krzysztofem Zajko i (czasami) Andrzejem Wojciechowskim, nazwał „ławą toksycznych radnych”. Dziwicie się więc, że Marsjanie oddali mnie ciupasem z powrotem? Oni wiedzą, jak trujący może być dla nich zwykły, przeciętny Ziemianin, choćby jak Przewodniczący Mituła. Czego w takim razie spodziewać się od ludzia niezwykłego, szczególnie toksycznego? Co najmniej zarazy na skalę ogólnoplanetarną, pandemii, która wytłukłaby do reszty i tak niezbyt liczny marsjański narodek! Co najmniej…

Porywają mnie Marsjanie Grafika: iffltd.tumbir.com

Porywają mnie Marsjanie
Grafika: iffltd.tumbir.com

Wciąż nie chcecie uwierzyć w tych Marsjan? A ja nawet fotkę mam, jak mnie porywali. To właśnie ta. Nie jestem podobny? Bo oni potrafią zmienić każdy obraz, żeby później nikt nie chciał delikwentowi ufać, że tak naprawdę było. Dalej nie wierzycie? Że jak mogłem być na sesji, kiedy twierdzę, że wcześniej mnie porwali? A co wy wiecie o Marsjanach? Jakie oni potrafią sztuczki wyrabiać z czasem, z portalami międzywymiarowymi, jak zakrzywiają czasoprzestrzeń, jak ludziom w głowach mieszają…! No, prawie jak Przewodniczący Mituła!

Więc na tej XXV sesji, trochę porwany, a trochę siedzący w „toksycznej ławie” 26 października 2016 r., przedstawiłem Panu Burmistrzowi Krupowiczowi kilka pytań, a wśród nich to jedno, o którym będzie dziś. Działo się to w punkcie „Interpelacje i wnioski radnych”, czyli pod sam koniec długiej sesji, kiedy jak zwykle utyskiwań radnych wysłuchują już tylko śpiące po kątach sali pająki. Stąd przytoczę swoje zapytanie w całości, bo raczej jego treści Państwo nie znacie. Całej sesji też przecież nie znacie, skoro w jedynym pisanym medium naszego powiatu nie ukazało się na jej temat ani jedno słowo. Otóż powiedziałem wtedy tak:

„3. Z „Gazety Goleniowskiej” pochodzą informacje odnośnie planów fizycznej likwidacji Gimnazjum nr 1 przy ul. Kilińskiego w Goleniowie. Szkoda, że tylko tą drogą można się czegoś dowiedzieć o zamiarach Burmistrza w sprawach tak istotnych w skali życia naszego miasta. Uważam, że zanim padną konkretne zapowiedzi działań, powinny one zostać omówione na forum Rady Miejskiej. Szczególnie zaś w trakcie prac merytorycznych komisji. Proszę o przedstawienie szczegółów niniejszego planu.”

Jeszcze parę słów dołożyłem, żeby trochę dojaśnić, o co mi chodzi. Niestety nie mogę dosłownie zacytować, bo protokołu z sesji jeszcze nie ma.  Zresztą, nic istotnego, tyle tylko, żeby było wiadomo, że interesuje mnie zaprzestanie istnienia szkoły w tym budynku, w którym od dziesiątek lat ona działa w różnej szacie organizacyjnej. Bo przecież o likwidacji gimnazjum jako typu szkoły w Polsce to nawet siedząc na Marsie nasłuchałem się aż nadto.

Pewnie zbyt duże niedoinformowanie okazałem tym zapytaniem, ale naprawdę niczego o planach Burmistrza, poza plotkami, na Marsie dowiedzieć się nie mogłem. Bezcenna „Goleniowska” dochodzi tam rzadko, zaś Internet, jak już mówiłem, był zepsuty. Musi i tak niczego konkretnego nie było w tej sprawie, bo gdyby znane były fakty, nie byłoby komu plotkować. A plotki były, i to nawet na Marsie.

Odpowiedzi udzielił mi sam Burmistrz Krupowicz. Nawet nie wiecie, jaki to zaszczyt pić wodę prawdy z jej samego najważniejszego źródła. Dostępuję tego szczęścia nadzwyczaj rzadko, gdyż zwykle muszą mi wystarczyć zastępcze odpowiedzi Zastępców pana Burmistrza. Cóż mi zatem burmistrz powiedział? Otóż to:

Odpowiedź na interpelację

Przypadkowo zupełnie, głównie z powodu tego wspomnianego porwania, odpowiedź dotarła do mych rąk po dłuższym czasie, właśnie w poniedziałek 21 listopada. Wziąłem ją z półki w Biurze Rady Miejskiej, siadłem w domu przy herbatce, i sobie przeczytałem. Bardzo się ucieszyłem, że te plotki okazały się tylko plotkami. Nawet zacząłem przypuszczać, że to Marsjanie chcieli załamać moje morale fałszywymi doniesieniami z rodzinnego Goleniowa. A okazuje się, że to tylko zmyłka. Burmistrz Gimnazjum nie likwiduje, a jego pracownicy dalej siedzą i głęboko analizują. Tak samo było już pół roku wcześniej, kiedyśmy się na posiedzeniach komisji Rady dopytywali o reformatorskie zamierzenia naszego rządu. Jak mówiono wtedy: musimy czekać, aż się coś wyjaśni.

Zastanowiło mnie tylko, że przecież to gimnazjum, jak wszystkie w Polsce, i tak ma być zlikwidowane. A plotki, które krążyły, mówiły o fizycznej likwidacji działalności szkoły (jakiejkolwiek) w budynku przy ul. Kilińskiego. O to przecież mi chodziło, kiedy zadawałem pytanie, a nawet je dojaśniałem. – A tam, wydziwiasz! Dostałeś jasną, prostą odpowiedź, z najważniejszego źródła, a szukasz drugiego dna – tak sobie pomyślałem. Dla odprężenia zapuściłem Internet, a tam w jednym z ulubionych miejsc przeczytałem sobie to:

Wpis z profilu Burmistrza Roberta Krupowicza o likwidacji Gimnazjum nr 1 w Goleniowie

Wpis z profilu Burmistrza Roberta Krupowicza o likwidacji Gimnazjum nr 1 w Goleniowie

Zrobili mu Marsjanie z gęby cholewę Grafika: Ireneusz Zygmański

Zrobili mu Marsjanie z gęby cholewę
Grafika: Ireneusz Zygmański

Nie mylicie się, to profil fejsbukowy Pana Burmistrza Krupowicza. Wprawdzie mi trochę prawą stronę obcięło, ale jak klikniecie na fotkę, ukaże się w całej okazałości. I tam właśnie w poniedziałek 21 listopada napisał tak PBK (Pan Burmistrz Krupowicz) o temacie, o który pytałem w swojej interpelacji. W tej chwili siedzę nadal z rozdziawioną ze zdziwienia gębą, patrząc raz na kartkę z burmistrzowską odpowiedzią dla mnie, a raz na jego fejsbusiowy profil z pokazanym wyżej wpisem. I naprawdę już nie wiem, czy to mnie Marsjanie porwali i przerobili na piękną brunetkę, czy to jednak nie porwali PBK, żeby mu przerobić gębę na cholewę…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Nie dąb, lecz trzcina, czyli wiedzieć, kiedy się ugiąć – część I

25 lip
Szkoła Podstawowa nr 2 w Goleniowie - bohater opowieści. Po prawej - w tym skrzydle ma nastąpić remont Zdjęcie: radioszczecin.pl

Szkoła Podstawowa nr 2 w Goleniowie – bohater opowieści. Po prawej – w tym skrzydle ma nastąpić remont
Zdjęcie: radioszczecin.pl

W poprzednim tygodniu, w czwartek 14 lipca, w Szkole Podstawowej nr 2 w Goleniowie odbyło się ciekawe spotkanie. Dotyczyło „remontu SP2” (jak to określił portal gminy www.goleniow.pl). Sprawozdawały je już miejscowe media dość szeroko, bo rzeczywiście było zaskakujące. A raczej zaskakujące były jego skutki w porównaniu do zamierzonego celu. Najkrótsze streszczenie okoliczności spotkania wyglądałoby tak:

1) Na władzę w gminnym ratuszu spadł niespodziewany problem: z powodu niedoszłego wykonawcy „remontu” szkoły (później wyjaśnię, czemu uparcie piszę ten „remont” w cudzysłowie), który odmówił realizacji zadania, zaplanowana w trakcie wakacji akcja budowlana legła w gruzach.

2) Coś z tym fantem musiano zrobić, więc gminnym zwyczajem podjęto zza biurka optymalną decyzję: robimy nowy przetarg, z tym, co go wygra podpisze się umowę, a remont wykonamy w trakcie roku szkolnego. Czysto, uczciwie, bez kombinacji.

3) Tę roztropną decyzję trzeba było przekazać najbardziej zainteresowanym (czyli rodzicom uczniów) szybko, inaczej po wakacjach mógłby być z tym niejaki problem. Stąd, jak się domyślam, pomysł na spotkanie. Rach, ciach, maile i telefony w ruch, a już w środę gminny portal zapodał, że w czwartek będzie to spotkanie. Że co? Mało czasu? Trudno, sytuacja awaryjna, działać trzeba bezzwłocznie. A jakby kto nie przyszedł, to się go poinformuje po wakacjach. Sam sobie winien. Nieobecni głosu nie mają.

4) Decydenci mieli świadomość, że rodzicom chodzących do szkoły uczniów decyzja wcale nie musi się wydać najbardziej optymalna. Stąd najważniejszy gminny podejmowacz decyzji, burmistrz Robert Krupowicz, spodziewając się niemiłych wrażeń, wolał rozeźlonych rodzicieli nie spotkać twarz w twarz, wysyłając w bój skład rezerwowy.

5) Rzeczywiście, rozeźleni rodziciele, przybyli w dość nieoczekiwanie dużej ilości, podjętą w powyższym trybie decyzję uznali za bardzo mało optymalną. Poużywali sobie na jej autorach co niemiara i zażądali jej zmiany. Konkretnie chcieli, by „remont” odłożyć na przyszłe wakacje. Wysłannicy burmistrza wszystkiego wysłuchali skrzętnie i nie dyskutując za wiele zapowiedzieli, że przekażą usłyszane na spotkaniu sugestie szefowi, który zapewne się na nie zgodzi.

6) I tak się w te pędy stało. Na drugi dzień po spotkaniu gminny portal obwieścił, że burmistrz zmienił zdanie, szanując wolę rodziców. No i fajnie, mądrość znów zatriumfowała, wspólnym wysiłkiem podjęto nową optymalną decyzję.

Część publiczności biorącej udział w spotkaniu w SP2 Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Część publiczności biorącej udział w spotkaniu w SP2
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

 

Oczywiście w skrócie, tak sprawa się przedstawia. Ten skrót to może nawet za dużo, skoro inni zrobili to dokładniej. Choćby portal www.goleniow.net.pl, w piątek 15 lipca ręką Andrzeja Bugajskiego. I redaktor C. Martyniuk w „Gazecie Goleniowskiej” (z 15 lipca, artykuł „Remont albo lekcje”; zapowiadał spotkanie, a nie pisał relację z niego). I redaktor Paweł Palica, też w „Gazecie Goleniowskiej” (z 22 lipca, artykuł „Wyjątkowo kategoryczne „NIE!”). A nawet niepodpisujący się (jak zawsze) autor na portalu gminy www.goleniow.pl. W dwóch odsłonach zresztą: w środę 13 lipca jako zapowiedź spotkania, a w piątek 15 lipca jako prezentacja jego skutków. Na tym więc kończę ten wpis, bo o czym więcej pisać.

Wiem, Szanowni Czytelnicy, że mi nie uwierzyliście. Jaki tam koniec? Że niby Zygmański napisał o czymś pół strony?! Hłe, hłe… Już dobrze, przestaję się z Wami droczyć. Plan jest inny. Najpierw wyjaśnię, czemu ja się tą sprawą w ogóle zajmuję, i to mocno po fakcie. Pokażę genezę dzisiejszego problemu. Postaram się podzielić uzyskanymi z trudem informacjami, dążąc do wyciągnięcia szerszych wniosków. A da się, bo to z pozoru niezbyt wiekopomne wydarzenie skupiło moim zdaniem jak w soczewce wiele kwestii, sprawiających kłopoty naszej lokalnej demokracji. Przy okazji, ale to już w drugiej, oddzielnej części wpisu, nieco rozwinę wyżej przedstawione punkty spotkania. Tak, ten wpis będzie miał dwie odsłony – zbyt dużo tu różnych wątków. Niestety, żadna przeczytana relacja nie sięgała na tyle do istoty sprawy, by zaspokoić moje zainteresowanie. A niektóre przyczyniły się wręcz do mocniejszego zabełtania mi błękitu w głowie. Może więc tu, na blogu, Czytelnicy bardziej cierpliwi niż miłośnicy krótkich notek otrzymają kolejną porcję praktycznej wiedzy o swoim lokalnym samorządzie?

Zgodnie z założonym planem wyjaśniam, dlaczego biorę temat „na tapetę”. Otóż o tym „remoncie” próbuję uzyskać dokładniejszą wiedzę już od dłuższego czasu. Cóż to dziwnego? Gminny radny powinien być dobrze zorientowany, jakie istotne wydarzenia będą się u nas działy, jakie wspólne problemy uda się rozwiązać, na co mamy wydawać nasze wspólne pieniądze. Dziwne jest raczej to, że z taką trudnością udaje mi się informacje zdobywać. Spróbuję poniżej przedstawić, jak mi z tym zdobywaniem szło.

Pierwsze słuchy o konieczności przeprowadzenia rozbudowy (tak, rozbudowy, a nie żadnego „remontu”) Szkoły Podstawowej nr 2 doszły do mnie w zeszłym roku zaraz po rozpoczęciu wakacji. Trochę okrężnie, bo z mediów i „nasłuchu” dowiadywałem się, że burmistrz ma zamiar dobudować do budynku szkolnego nowe skrzydło, dokonując za jednym zamachem różnych prac remontowych w „starej” części szkoły. W tym kontekście wspominano o szatniach i ogrzewaniu budynku. Pojawiła się także kwota, jaką burmistrz ma zamiar na wspomniane prace przeznaczyć – 6 milionów zł. Niewiele tej wiedzy, stąd po wakacjach próbowałem dopytać się więcej. 

Co do potrzeby remontu oraz „poprawek” w starej substancji osobiście wątpliwości raczej nie miałem. Byłem i jestem często w tej szkole z różnych powodów, znam stan jej korytarzy, stołówki, świetlicy, szatni, starej sali gimnastycznej, wiem o różnych problemach w użytkowaniu obiektu. Nikt mnie nie musi specjalnie przekonywać, że jest w tej szkole wiele do zrobienia. Poprzedni duży remont odbył się w SP2 przy okazji budowy hali sportowej obok szkoły. Przypomnijmy, że było to w latach 2008-2009 (zakończenie w październiku). Poza budową hali zajęto się wtedy głównie zewnętrzem szkoły, na przebudowy wewnątrz środków nie starczyło. Już wtedy okazało się, że budując halę popełniono pewien błąd, dotyczący ogrzewania szkoły. Mówiąc w dużym uproszczeniu, szkoła i hala przyłączone są do tego samego węzła cieplnego centralnego ogrzewania „szeregowo”. Hala jest „na końcu rury”, a by utrzymywać w niej odpowiednią temperaturę, budynek szkolny, do którego ciepło dostarcza się najpierw, mocno się przegrzewa. Stare żeliwne grzejniki nie mogą być regulowane, a obniżanie temperatury przez otwieranie okien to nie jest właściwe rozwiązanie. Bo po co najpierw budynek uszczelniać, wymieniając okna na plastikowe, skoro nie można zaoszczędzić na kosztach ogrzewania, wywiewając nadmiar ciepła? Z pewnością nie służy to dobrze ani uczniom, ani pracownikom. Wiem o przypadkach omdleń, o przeciągach powodujących przeziębienia. Pamiętam, że ten błąd miał być naprawiony przez podłączenie hali sportowej do oddzielnego węzła cieplnego. Tak się jednak aż do dziś nie stało. W szkole nadal jest w sezonie grzewczym bardzo gorąco.

Zaś co do szatni… Skrzydło, w którym się one mieszczą, dobudowano do głównego budynku w roku 1971 na bardzo podmokłym gruncie, co z pewnością nie wyszło mu na dobre. Wcześniej szatni nie było, bo na korytarzach od początku stały szafki, w których uczniowie mieli trzymać swoje rzeczy. Jak pamiętam (a chodziłem do SP2 w latach 1967-1975), nigdy tych szafek nie używaliśmy. Oddane wtedy do użytku szatnie od razu były za małe i jeden boks musiało dzielić kilka klas. Szkoła miała łącznie około 1000 uczniów (na dwie zmiany), ale standardy też były inne. Dziś świat się zmienił i takiego „systemu” utrzymywać się już nie da. Coś z tym fantem na pewno trzeba było zrobić.

Tyle co do potrzeby remontowania, przebudowy szatni czy wymiany instalacji. Nie bardzo było jednak wiadomo, z czego wynika potrzeba rozbudowy szkoły. O żadnych gwałtownych zmianach demograficznych nie byliśmy dotąd informowani. Ba, odwrotnie. Powszechnie zapowiadano nam, że liczba dzieci w szkołach może ulec drastycznemu obniżeniu. Wydział Edukacji, Kultury i Sportu UGiM prowadzi bieżące analizy prognozy demograficznej, które przedstawiane są corocznie radnym. A te w roku 2014 żadnych dużych zmian nie wieszczyły. Domyślałem się, że forsowane wcześniej przez rząd PO obniżenie wieku szkolnego i wysyłanie dzieci 6-letnich do szkół może być przyczyną trudności i spiętrzeń w szkołach podstawowych. Z drugiej zaś strony realnie zapowiadała się zmiana rządu i w związku z tym możliwość całkowitego odejścia od pomysłów poprzedników. Po co teraz podejmować decyzje o poważnej rozbudowie, skutkujące milionowymi wydatkami inwestycyjnymi? Czy nie poczekać lepiej z planami rozbudowy do momentu wyklarowania pomysłów ministerialnych, ograniczając się do wykonania niezbędnych remontów i modernizacji?

Po wakacjach 2015 r. Rada Miejska przystąpiła do pracy nad budżetem kolejnego roku. To zawsze gorący czas, dużo roboty i wiele wątków pod dyskusję. Pierwsze przymiarki zapowiadały, że projekt budżetu szykowany przez burmistrza Krupowicza przeznaczy pod cele inwestycyjne około 40 mln zł. Tym bardziej kwota 6 mln zł wydawała mi się w tym kontekście duża. Na wiele różnych pilnych potrzeb nie starczy, tyle wniosków mieszkańców przepadnie… Pierwszy z brzegu przykład: brak w naszej gminie budownictwa mieszkalnego na potrzeby socjalne. Przecież długaśna kolejka oczekujących od lat nie posuwa się prawie o krok. 

W trakcie roku 2015 miała być sporządzana dokumentacji „remontu” SP2. Budżet zawierał na to 60.000 zł.. Wydawało mi się, że dość szybko, jeszcze przed zaistnieniem projektu nowego budżetu, będę mógł rozwiać wszystkie wątpliwości co do zakresu prac w szkole. Tymczasem praca nad tą dokumentacją przedłużała się i trudno było się czegoś bliższego dowiedzieć. Stało się też to, co wcześniej dało się przewidzieć bez czarodziejskiej kuli – zmiana rządu w wyniku wyborów parlamentarnych 25 października 2015 r. Stąd bardzo byłem zaskoczony, kiedy przed XIV sesją RM, która miała się odbyć 25 listopada, w trakcie prac komisji pojawił się pewien dokument. Na posiedzeniu wspólnym wszystkich komisji stałych przedstawiono „Informację o stanie realizacji gminnych inwestycji przyjętych do budżetu Gminy Goleniów na 2015 rok”. A tam jak byk stało, że zadanie o nazwie „Modernizacja szatni w Szkole Podstawowej nr 2” realizowane ma być za… 600 000,00 zł. Nie sześć milionów, lecz sześćset tysięcy! Coś pan przegapił, panie radny! – pomyślałem.  Weź się pan dopytaj, czy zmieniono dotychczasowe plany, jak tylko będzie okazja. I co w końcu będzie w SP2 robione?

Pytać chciałem u źródła, więc nie na posiedzeniu komisji. Burmistrz Krupowicz na posiedzenia komisji nie uczęszcza (nigdy, naprawdę), okazja była więc dopiero na sesji. Temat referował w 7. punkcie porządku dziennego dyrektor Jerzy Wysocki, który przedstawił drobiazgową prezentację poszczególnych inwestycji. Lecz jedna została pominięta – o „remoncie” SP2 nie powiedział ani słowa. Zatem w dyskusji nad informacją zadałem bezpośrednio Burmistrzowi Krupowiczowi takie pytanie (cytuję, z drobnym skrótem, z protokołu):

„Mam pytanie do Pana Burmistrza. W trakcie posiedzenia wspólnych komisji, kiedy rozmawialiśmy na temat inwestycji rocznych i na temat stanu realizacji inwestycji, pojawił się wtedy temat, nie bardzo rozwinięty dzisiaj. A mianowicie chodzi o Szkołę Podstawową Nr 2 i inwestycje, które mają być wykonane, a które już w tegorocznym budżecie zostały zasygnalizowane. (…) Chciałbym prosić o komentarz Pana Burmistrza i pokazanie skali tej  inwestycji.”

Oto, co usłyszałem od burmistrza Krupowicza w odpowiedzi (także z protokołu sesji; wyróżnienia tłustym drukiem pochodzą ode mnie; nieco poprawiłem interpunkcję, żeby tekst dało się zrozumieć):

„Na temat zakresu remontu SP Nr 2 dosyć obszernie rozmawialiśmy na posiedzeniu ubiegłej sesji RM i wskazywałem na kilka elementów, które budują skale ryzyk związane z podejmowaniem tejże decyzji. Krótko po wyborach parlamentarnych i wstępnych zapowiedziach, wówczas kandydatki na premiera RP, o cofnięciu po pierwsze reformy tak zwanej „sześciolatków”, czyli pozostawieniu rodzicom możliwości decyzji o pozostawieniu dzieci w przedszkolu w zerówce – albo po uzyskaniu potrzebnych orzeczeń o możliwości – skierowania do szkoły. Mówiliśmy wówczas także o wstępnych zapowiedziach, polegających na przywróceniu modelu ośmioklasowej szkoły podstawowej, a więc omawialiśmy wstępne założenia nowej polityki oświatowej rządu, która będzie miała bezsprzecznie wpływ na kształt, strukturę organizacyjną szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego. Bo przecież rozpoczęła się również dyskusja na temat stopniowego wygaszania gimnazjum w poszczególnych samorządach. Koncepcję rozbudowy SP Nr 2 o dodatkowe skrzydło, czy też moduł zapewniający dodatkowe oddziały, dla dzieci które w tym momencie jako w jedynej szkole muszą korzystać z dwuzmianowej edukacji. Rozważaliśmy w tamtym porządku prawnym, który nakładał na gminę sukcesywne przygotowanie dobrych warunków do przyjmowania sześciolatków do szkół podstawowych. Rzeczywiście taka koncepcja została opracowana. Oprócz tejże koncepcji, czyli dobudowy w ciągu ulicy Szarych Szeregów modułu SP Nr 2, omawialiśmy koncepcję remontu, co jest bezsprzecznie potrzebne w tym momencie. Remontu szatni w tejże szkole, bo szafki dla dzieciaków poustawiane są na wszystkich piętrach. Dochodzi do takich sytuacji, które znajdują odzwierciedlenie w interpelacjach Państwa Radnych, a więc mamy do czynienia z brakiem komfortu i w subiektywnym odczuciu braku odpowiedniego bezpieczeństwa zagwarantowanego dla dzieciaków.

Sytuacja polityczna się zmienia i okazuje się, że według ocen obecnej Pani Minister Edukacji w przedszkolach jest około 100.000 wolnych miejsc. Pozostawiamy sześciolatki w przedszkolach, tam budując klasy zerowe. Jak słyszę tylko w niewielkich szkołach wiejskich dopuszczalna będzie możliwość organizacji klas zerowych, więc nie ma potrzeby w tym momencie budowania nowego modułu SP Nr 2, bo chyba będziemy musieli dobudowywać nowe moduły do przedszkoli, jeżeli nie zbilansujemy się w żaden sposób. W swoim zakresie inwestycyjnym pozostajemy w tym momencie tylko i wyłącznie przy remoncie szatni w SP Nr 2. Będzie to wymagało dosyć głębokiej ingerencji i w teren i w budynek, ponieważ musimy dobudować skrzydło na dobrą sprawę, w którym umieścimy szatnie. Dodatkowo wyremontujemy, czy też pozmieniamy wszystkie instalacje techniczne, przede wszystkim ogrzewanie. Cały zakres tego remontu jest przewidziany w projekcie budżetu jaki Państwu przedstawiliśmy i nad którym obecnie rada dyskutuje.”

Swoją drogą, to podobno ja jestem rozwlekłym gadułą… Zatem rzeczywiście była koncepcja inwestycji za 6 mln, którą burmistrz odrzucił. Czemu więc wysyłano w świat te przedwczesne informacje (a może plotki), skoro to nie była jeszcze końcowa decyzja? Co tam, nareszcie wiem, co ma być robione: szatnia i ogrzewanie, cokolwiek miałoby to znaczyć. Postanowiłem więc podziękować za „jasność w temacie”:

„Dziękuję za tę informację. Jest bezcenna dla mnie, gdyż od ostatniej sesji do dzisiejszej wszystko się zmieniło. Przy poprzedniej dyskusji była mowa o sześciu milionach inwestycji poważnej, wynikającej z konieczności, jak to określono. Dziś okazało się że w wyniku politycznych zmian i różnych koncepcji, które nad nami fruwają, to co było konieczne okazało się niekonieczne. Jesteśmy tak jakby to można było powiedzieć na krze lodu, która płynie po rzece, a wszystko dookoła trzeszczy i się zmienia. To co bardziej konieczne wydawało się przed chwileczką, teraz już nie jest. Dyskretnie zwrócę uwagę na to, że za chwilę okaże się, czy będą gimnazja, czy będą szkoły podstawowe ośmioletnie? Być może zajdzie konieczność rozbudowy szkół podstawowych, bo się nie zmieszczą nam dwa roczniki. Wszystkie koncepcje i tak zależą od tego jakie decyzje zapadną gdzieś wyżej. W związku z tym nasuwa się refleksja, że całe zamieszanie było kompletnie niepotrzebne.”

Czy ja to mówiłem złośliwie? – kwestia gustu. W skrócie powiedziałem to, co wyżej: że z decyzjami w takiej sytuacji lepiej się nie śpieszyć. Chyba jednak niepotrzebnie w ogóle się odezwałem, bo tak oto pan Krupowicz mnie zgasił:

„Nie bardzo rozumiem naturę Pana sarkazmu. Jeżeli ma Pan formułować tego typu opinie, to zapraszam na Wiejską – Warszawa i większość parlamentarna będzie dobrym odbiorcą Pańskich uwag. Powiem tak: jesteśmy elastyczni i w sposób elastyczny podchodzimy do problemów, które życie niesie, i człowiek czasami nie jest w stanie przewidzieć, że one pojawią się tuż za rogiem. Może się zaraz okazać, że będziemy musieli, likwidując gimnazja rozbudowywać, tak jak powiedziałem, przedszkola i łączyć szkoły podstawowe z gimnazjami, aby dopełnić obowiązku zorganizowania ośmioklasowej szkoły podstawowej. Nie przyjmuje tego zarzutu do siebie, bo nie rozumiem jego natury. W określonym porządku prawnym rozwiązujemy problemy naszych mieszkańców. Porządek prawny się zmienia, a my będziemy rozwiązywać inne problemy.”

Swoją drogą, to podobno ja jestem złośliwym starym pierdołą… A tu maestria: nie tylko pan Burmistrz powiedział dokładnie to, co ja, ale jeszcze zdołał mi dorobić brodę sarkastycznego miłośnika (tfu!) debat parlamentarnych, zapewne też (tfu!) zdeklarowanego PiSiora. Tak przekierował moją pretensję o przedwczesność decyzji, jakbym jako jego winę poczytywał ministerialne zamieszania. Ponadto dostało mi się za nierozumienie języka polskiego. Jeżeli poprzednio Burmistrz uważał coś za „niezbędne i konieczne”, to oczywiste, że znaczyło to: „jesteśmy elastyczni i w sposób elastyczny podchodzimy do problemów”. Zresztą, co to za różnica? 6 milionów, czy 600 tysięcy – jeden pies… I nie ma też się co burzyć, że nie wyjaśnił poprzednio zarówno koncepcji pierwszej (za 6 mln), ani drugiej (za 600 tysięcy) – toż właśnie teraz Burmistrz mi wszystko wyklarował. Przecież nasz organ wykonawczy pracuje przy podniesionej kurtynie, w sposób transparentny i w pełnej współpracy z gminnym ciałem uchwałodawczym. Nawet (tfu!) z taką opozycyjną zakałą, sypiącą tylko piach w tryby. Nic to, psy szczekają, a my „w określonym porządku prawnym rozwiązujemy problemy naszych mieszkańców”

Dojaśnię jeszcze jedną kwestię, która może umknąć uwadze Czytelników. Otóż w swej tyradzie Burmistrz Krupowicz wspomniał: „Na temat zakresu remontu SP Nr 2 dosyć obszernie rozmawialiśmy na posiedzeniu ubiegłej sesji RM”. Miał na myśli XIII sesję, odbytą 28 października. Absolutnie nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. W 4. punkcie sesji została przedstawiona „Informacja o stanie realizacji zadań oświatowych w Gminie Goleniów za rok szkolny 2014-2015 i stopnia realizacji zadań strategicznych”. Wynikałoby z tego, że wtedy już wszystko wyjaśniono, a ja niepotrzebnie zawracam radnym głowę. Faktycznie, referująca w imieniu burmistrza Janina Mucek, Dyrektor Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu UGiM, przedstawiła prezentację odnośnie stanu realizacji zadań oświatowych w Gminie Goleniów za rok szkolny 2014-15 oraz raportu z monitoringu Strategii Rozwoju Systemu Edukacji w Gminie Goleniów na lata 2009. Wspominała tam na temat koniecznych inwestycji i remontów. Oto wszystko, co zawiera w tej sprawie protokół z sesji:

„(…) Drastycznie zmieniła się liczba uczniów w szkołach podstawowych, która na przestrzeni lat rośnie. Widać, że reforma przedszkolna powoduje wzrost liczby dzieci w szkołach podstawowych. Jest to zadanie z który musimy się zmagać każdego roku. Początkowo wzrost ten był niewielki jednak w dwóch ostatnich latach, kiedy obligatoryjnie wszystkie dzieci szły po półtora rocznika to wzrost ten wynosi około 200 uczniów. Przekłada się to na nasze szkoły. Niekorzystnym przykładem jest SP nr 2. Została przeprowadzona analiza ilości pomieszczeń lekcyjnych, ilości uczniów i oddziałów. Przeważnie we wszystkich szkołach jest ilość izb lekcyjnych jest wystarczająca do ilości oddziałów. Plan można ułożyć w taki sposób aby nie wprowadzać „drugiej zmiany”. Liczba izb może być minimalnie mniejsza niż liczba oddziałów i jest to wystarczające. W przypadku, gdy liczba ta jest zdecydowanie większa, to istnieje konieczność organizowania pracy na „drugą zmianę”. Taka sytuacja zaistniała właśnie w SP nr 2, gdzie do dyspozycji jest 17 izb lekcyjnych, a oddziałów jest 29, w tym dwa zerowe. W pozostałych szkołach sytuacja jest do opanowania przez dyrekcję. Należy mieć jednak na uwadze, iż sytuacja może ulec zmianie po zbliżających się wyborach, nie wiemy jaka będzie koncepcja funkcjonowania oświaty. Dlatego podejmowanie dziś decyzji jest bardzo trudne. Zaproponowaliśmy konieczne zmiany do budżetu wynikające z zaleceń sanepidu i oczywiście jeżeli będzie potrzeba to i z ilości i klas, zawyżymy na pewno z SP nr 2 oddziały przedszkolne, że te dzieci już nie będą tam uczęszczać. Konieczne w tej placówce będą remonty, bo jak się okazuje sieć centralnego ogrzewania i wodno–kanalizacyjna jest cała do wymiany. Będzie również nasza prośba do Państwa o uwzględnienie poważnych prac remontowych w SP nr 2 w przyszłorocznym budżecie, jak również priorytety do budżetu mogą ulec zmianie gdyż zależne jest to od postanowień nowego rządu.”

Czy widzicie tu, Szanowni Czytelnicy, jakąś zapowiedź remontu szatni, wymianę grzejników, modernizację systemu ogrzewania, czy jakiekolwiek inne wyjaśnienia moich wcześniej opisanych wątpliwości? Jest natomiast ogólnie sformułowana potrzeba zrobienia czegoś z brakiem sal lekcyjnych w SP2. Z brakiem zrodzonym wcześniej obowiązującą koncepcją poprzedniego rządu odnośnie wprowadzenia 6-latków do szkół podstawowych. Już wtedy można było przymierzać się do wyrzucenia tej koncepcji do kosza z powodu zmiany rządu – przecież wynik wyborów był już w tamtym momencie znany. Zatem sugerowana diagnoza rozbudowy SP2, przedstawiona na XIII sesji, powinna być w tym momencie co najmniej wstrzymana do czasu skrystalizowania się zamiarów nowej władzy. I tak się w rzeczywistości stało, skoro już w listopadzie zniknęła inwestycja na 6 mln, a pozostał „remont szatni” za 600 tys. zł. Po co zatem burmistrz odsyła uwagę radnych do poprzedniej sesji?  

W październiku 2015 miałem prawo niepokoić się, czy nasza władza wykonawcza wie, co chce zrobić w SP2. Przypominam – w tym czasie jeszcze nie było dokumentacji, którą dopiero projektanci mieli tworzyć. Bo chyba jeszcze nie zaczęli, skoro nie było wiadomo, co ma się stać: rozbudowa szkoły o dodatkowe skrzydło, czy „remont szatni”? To nie tylko różnica kwotowa – to po pierwsze całkiem inne dokumentacje! Budżetowe 60 tys. sobie leżało, projektanci mieli coraz mniej czasu na zadanie. Do tego wątku jeszcze wrócimy, kiedy dotrę do szczegółów tegorocznego spotkania 14 lipca.

Dodam jeszcze, że materiał przedstawiony przez Dyrektor Mucek nie był omawiany na posiedzeniach merytorycznych komisji Rady. Pretensję o to wyraził radny Krzysztof Zajko:

„Panie Przewodniczący [to do przewodniczącego RM Łukasza Mituły], proszę słuchać jak radni się wypowiadają, bo to co chcę na początku powiedzieć dotyczy Pana. Nie wiem dlaczego ten materiał, ważny, który został w mojej ocenie bardzo dobrze przygotowany przez Wydział Edukacji, pod nadzorem Pani Dyrektor, nie trafił do komisji merytorycznej, do Komisji Spraw Społecznych, która powinna tym tematem się zająć. Sprawa edukacji, wychowania, to jest rzecz priorytetowa, w mojej ocenie, tej gminy, a do tego dochodzą kwestie finansowe, gdzie ponad połowa budżetu jest na te zadania przekazywana. Trudno się pokusić o jakąś rzeczową analizę w sposób telegraficzny. Nie wyobrażam sobie, żeby Komisja Rewizyjna na wspólnym posiedzeniu wszystkich komisji zajmowała się merytorycznie tematem skarg. Po to powołaliśmy komisje, żeby to one (…) poświęciły odpowiednią ilość czasu i przeanalizowały te materiały, które w istocie są bardzo ważne. Stąd też bym prosił, żeby takie materiały ”branżowe” trafiły najpierw do odpowiednich komisji. I aby one się zapoznały z materiałem i przedstawiły swoje wnioski, by pozostali radni się z nimi zapoznawali.”

Zgadzam się w stu procentach. Jeśli ważne materiały nie są analizowane na komisjach, a zaistnieją tylko chwilę na sesji, nawet przy pełnej koncentracji, zaangażowaniu i dobrej woli radnych nie da się ich odpowiednio wykorzystać. Tym bardziej nie fair jest odsyłanie do dyskusji z poprzedniej sesji, jeżeli nie był jeszcze gotowy jej protokół (a nie był). W ten sposób nie można być pewnym stanu własnej wiedzy. Mówienie, że „rozmawialiśmy o tym szczegółowo poprzednim razem” utrąca właściwą dyskusję. Sugeruje radnym, że sprawa już była rozstrzygnięta, a jeśli tego nie pamiętają, to raczej źle z ich pamięcią.

To wszystko, co dotąd przedstawiam, jest jakby historycznym tłem, genezą tegorocznego stanu sprawy. Reasumując rok 2015 przedstawiało się to tak: wybrano (gdzieś między końcem października a końcem listopada 2015) koncepcję remontu, a nie rozbudowy SP2; zabezpieczono w budżecie na rok 2016 kwotę 600 tys. zł na wykonawstwo; trwała (czy raczej rozpoczęła się) praca nad dokumentacją, określającą dokładny zakres prac. Wydawało się, że wykonawstwo remontu w trakcie wakacji będzie całkiem realne. Fajnie. Takie wnioski zadowalały mnie w pewnym stopniu, lecz nie całkowicie. Bo co z prawdziwymi argumentami co do niezbędnej potrzeby rozbudowy szkoły dla poprawienia warunków jej pracy? Sam remont niekorzystnej sytuacji lokalowej wybitnie nie polepszy. Czy ktoś nad tym pracuje, czy po prostu zamiatamy sprawę pod dywan?

Nie tylko mi chyba takie wątpliwości snuły się po głowie. Dużo mocniej odczuwali rozczarowanie ci, którym na poprawie warunków lokalowych zależy na pewno najbardziej – rodzice uczniów. Niebawem, wiosną roku 2016, pojawiły się pierwsze objawy ich niezadowolenia. Bo jak inaczej traktować korespondencję, którą radni otrzymali do wiadomości 23 marca w całym pakiecie innych pism, skierowanych zbiorczo przed XVIII sesją? Oto pismo Rady Rodziców przy SP2, kierowane do burmistrza:

Pismo Rady Rodziców

Jak jasno wynika z powyższego, rodzice chcą daleko idącej rozbudowy szkoły. Oczywiście zaplanowany remont też uważają za potrzebny, jednak oczekują wyraźnie znacznej poprawy warunków lokalowych, likwidacji obecnej dwuzmianowości. Zwracają uwagę na stołówkę i świetlicę, zatłoczone korytarze. Oczywiste, że tego obecna koncepcja nie przewiduje. Lecz problemów też nie rozwiązuje, gdyż remont tylko nieco ulży we wskazywanych trudnościach. Jak zatem wygląda przyszłość, ponuro czy różowo?

Odpowiedź Burmistrza Gminy

Streszczając: na razie robimy „modernizację szatni”. Burmistrz punktuje harmonogram działań w roku 2015 (nieco historycznie) i 2016 (na bieżąco). Jednak jest też wyraźna zapowiedź rozbudowy szkoły. Przecież w piśmie wspomina się o „zabezpieczeniu środków” finansowych w budżecie na rok 2017. Rozumiem, że na wspomniane później „wykonanie koncepcji i projektu rozbudowy szkoły”. Interesującego Radę Rodziców finału, czyli przeprowadzenie rozbudowy, harmonogram już nie obejmuje. Wyrażona na końcu nadzieja pozyskania na nią środków zewnętrznych niczego nie wnosi, bo sprawa i tak przekracza obecną kadencję władz samorządowych.

Jestże to następna zmiana poglądów na temat konieczności rozbudowy szkoły za duże pieniądze, czy tylko wyraz przyjęcie taktyki „na przeczekanie” i chęci pozostawienia rozstrzygnięć do następnej kadencji goleniowskiego samorządu? Trzeba problemy lokalowe szkoły rozwiązać długofalowo, czy nie trzeba? Tym razem nie da się mówić o czynnikach zewnętrznych, jak polityczne zawieruchy w Warszawie. To nie one sprawiają, że SP2 jest za mała. Wszystko w tej sprawie było już znane wcześniej, jak przedstawiła dyrektor Mucek. Przecież nawet po ewentualnym wyprowadzeniu 2 oddziałów zerowych z SP2, budynek jest i tak zbyt mały dla uczenia 27 oddziałów klasowych w 17 salach lekcyjnych. A co, gdyby miała być to szkoła 8-klasowa? Wtedy dopiero to się nie bilansuje!

Burmistrz na przestrzeni niecałego roku, od wakacji 2015 do marca 2016, przedstawił już trzecią wersję postępowania wobec problemów SP2. To nie wytyk z mojej strony, to stwierdzenie faktu. Przy czym znowu podjął własną decyzję, bez rozmowy z Radą Miejską, bez dyskusji, wymiany poglądów. Domyślam się, że nie lubi, kiedy mu ktoś zagląda przez ramię, ale może co więcej głów, to nie jedna? Zresztą, może burmistrz konsultował swoje działania z radnymi klubu „Porozumienie”, przecież tego nie wiem. Radni spoza „Porozumienia” nie mają pojęcia, o czym rozmawia się na spotkaniach klubowych – ustaleń oficjalnie się nie komunikuje, protokołów z jego zebrań się nie prowadzi. Jeśli nawet tak było, to nie to samo, co praca całej Rady Miejskiej w komisjach i na sesjach. Bo może poza rozwiązaniem trzecim jest możliwe jakieś czwarte, piąte, a nawet i szóste. Im ich więcej, tym lepszego wyboru można dokonać, sprowadzając myślenie do odrzucenia gorszych alternatyw.

Skazany na domysły, znów postanowiłem dowiedzieć się u źródła. W trakcie XVIII sesji 30 marca złożyłem do burmistrza następujące zapytanie:

„Chciałbym usłyszeć jakie Pan Burmistrz ma stanowisko wobec dość długo sygnalizowanych potrzeb przebudowy budynku Szkoły Podstawowej Nr 2 w Goleniowie. Przypomnę, że w zeszłym roku Burmistrz zgłaszał pod kątem wieloletnich inwestycji, właściwie już budżetu tegorocznego, że jest potrzeba znacznej przebudowy, sięgającej kwoty 6 000 000 zł. Przed uchwalaniem budżetu Burmistrz się właściwie wycofał i w budżecie gminy na przebudowę szatni zostało 600 000 zł. Natomiast od niedawna zmienia się to o tyle, że [jak wynika] z informacji, jakie zostały radnym przekazane, wpłynęło pismo od Rady Rodziców Szkoły Podstawowej Nr 2 sygnalizujące to samo zagadnienie. I Burmistrz w odpowiedzi określił mniej więcej podobny plan, jaki był pierwotnie przewidziany. Czyli wykonanie dalszej rozbudowy. Nie pada kwota 6 milionów, tylko iluś milionów, jednak nie jednoznacznie. Podana została informacja o harmonogramie postępowania, który obejmuje lata 2015-2017, a na rok 2017 pada zapowiedź ujęcia w budżecie konkretnych kwot. Prosiłbym  o jednoznaczną odpowiedź co do dalszych planów rozbudowy czy remontu tej szkoły. Jest to dla mnie istotne w kontekście tego, co słyszymy odnośnie spraw dziejących się w oświacie. Mamy sytuację, że w niektórych szkołach grozi nam, że w klasach pierwszych w ogóle nie będzie dzieci. Czy rozbudowywanie jednej szkoły jest sensowne, jeśli w innych akurat pojawi się w najbliższym czasie pustka? Nie twierdzę, że na ten temat mam genialne rozwiązania, tylko widzę, że są koncepcje, które same ze sobą walczą. I ta sama osoba raz mówi tak, a raz tak. Prosiłbym o jednoznaczne sprecyzowanie stanowiska Burmistrza w tej sprawie.”

Odpowiedź burmistrza była takiej treści:

Z dość dyplomatycznego żargonu odczytuję, że pismo wyraża intencję określoną przeze mnie jako „III wersja”: wykonać remont w niezbędnym zakresie, oczekując jednocześnie na dopracowanie przez ministerstwo finalnego modelu organizacyjnego (rozwiązującego obecne wątpliwości co do oddziałów zerowych, ośmioklasowej szkoły podstawowej i dalszych losów gimnazjów). Z tego modelu mają także wyniknąć dalsze wskazówki odnośnie ewentualnej rozbudowy szkoły. Sądzę, że to rozsądne zachowanie, odsuwające jednak na czas dalszy, pewnie niedaleki, ale konkretnie nieznany, chęci natychmiastowego reagowania na postulaty radykalnej poprawy warunków, w jakich obecnie działa SP2. Inaczej mówiąc: nie naciskajcie, bo to jeszcze nie pora na podjęcie długofalowych decyzji, wiążących się z poważnymi skutkami finansowymi.

Jak może się Państwo z treści tego wpisu domyślacie, popieram takie zdroworozsądkowe stanowisko burmistrza z „wariantu trzeciego”. Wprawdzie najwyraźniej nadal odczytuje on moje dociekania co do poprzednich pomysłów działania w sprawie SP2 jako złośliwości i uszczypliwe zaczepki. Nic na to nie poradzę, burmistrz często opacznie interpretuje moje intencje. Przyznam mu 17,38 % racji, bo raz na jakiś czas jego zachowanie doprowadza mnie do rozpaczy, a wtedy bywam złośliwy. Prowokuje mnie do tego udawanie mocarza silnego jak dąb, skrywające ogrom gnębiących go rozterek i wątpliwości. Nic bardziej naturalnego, że na trudne problemy nie ma mocnych, nie ma więc po co prężyć muskułów. W tej sprawie też sam sobie zawinił. Nie musiał przecież najpierw uznawać za „konieczny” wybór każdego z poprzednich dwóch wariantów: 1) dużej rozbudowy natychmiast; 2) ograniczenia się tylko do remontu, z porzuceniem zamysłu rozbudowy. Mógł, najlepiej przy szerokim udziale rodziców i współpracy z Radą Miejską, wypracować to samo rozsądne rozwiązanie. W sposób demokratyczny, dający szanse na uzyskanie dla niego szerokiego poparcia, przy pełnym zrozumieniu i porozumieniu. Tu jednak westchnę sobie z żalem: – To niestety nie byłoby w stylu naszego burmistrza…

Pora na skończenie długiej sekwencji dotyczącej genezy problemów SP2. Gdyby nie dalsze zamieszania, zapewne tyle wyłącznie chciałbym napisać. Kiedy jednak zaczyna nam się wydawać, że wszystko jest pod najlepszą kontrolą i sprawy dobrze się toczą, życie daje natychmiast po nosie. I taką okrężną drogą dojedziemy do spotkania, które streściłem na początku w kilku punktach. O tym jednak przeczytacie w zapowiedzianej drugiej części tego artykułu, która się „jeszcze pisze”. Ale to za parę dni. Wtedy też wyjaśnię tajemniczy tytuł i dokończę kilka zapowiedzianych wątków.

 

Smrodliwy temat – goleniowska oczyszczalnia ścieków

28 cze
W Goleniowie znów śmierdzi... Zdjęcie: radiostargard.fm

W Goleniowie znów śmierdzi…
Zdjęcie: radiostargard.fm

Już od kilku ładnych tygodni łapią mnie znajomi i mniej znajomi za rękę żądając, żebym coś im wyjaśniał. Konkretne pytają tak: – Co się dzieje z naszą oczyszczalnią ścieków, bo zaczęło z niej niemożebnie śmierdzieć!? Niektórzy kulturalnie najpierw sondują, czy o sprawie wiem, inni bezpardonowo od razu zaczynają od połajanki. Gdybym miał zacytować treść kilku otrzymanych esemesów, to po opuszczeniu brzydkich słów zostałoby mniej więcej tyle: „W mieście śmierdzi jak z szamba, a wy, barany, nic nie robicie, żeby przestało. Wyjaśnijcie, o co chodzi i sprawę załatwcie raz a dobrze. Przecież już nigdy smrodu być nie miało!”

Próbowałem pytającym zrazu cierpliwie odpowiadać, że to pewnie sprawa przejściowa, efekt chwilowych splotów okoliczności, sytuacja sporadyczna. Niczego groźnego nam przecież nikt odpowiedzialny nie sygnalizował, żadnych trudności nie zgłaszał. Ani ze strony organu władzy wykonawczej, czyli burmistrza, ani ze strony zarządzającej oczyszczalnią gminnej spółki Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja. Taką mniej więcej miałem na ten temat świadomość aż do połowy maja tego roku. I odpowiadałem na pytania zdenerwowanych goleniowian wprawdzie szczerze, lecz głupio i całkiem niepotrzebnie, bo jak się okazuje, jest zupełnie inaczej. Po uważniejszym zbadaniu przyczyn bulwersującego mieszkańców fetoru, szybko przeszła mi pewność, a zastąpiła ją dezorientacja. Dotąd nie wiem, jak sprawy się naprawdę mają, choć pilnie próbowałem pozbierać wszelkie fakty (tfu, nomen omen!) do kupy. I o tym dziś Państwu opowiem.

Najpierw wyjaśnię, skąd brało się moje niedoinformowanie. Przede wszystkim z wiary, że ten temat rzeczywiście został już u nas skutecznie załatwiony. Przecież całkiem niedawno, z pomocą specjalnie do tego powstałego GWiK-u, sięgnęliśmy do przepastnej kieszeni bogatych podatników unijnych i przy udziale wyciągniętych z niej grubych milionów (hej, nie zapomnij o mniej zasobnych kieszeniach goleniowskich użytkowników wody i wytwarzaczy ścieków – oni się też szczodrze dołożyli płacąc za usługi GWiKu, Panie Zygmański!) zbudowaliśmy oczyszczalnię cud-marzenie. Przypomnę, co na ten temat publikował oficjalny gminny portal www.goleniow.pl 10 września 2009 r., słowo w słowo na podstawie informacji przygotowanych przez GWiK:

„Miliony na zakończenie śmierdzącej sprawy i na czystą wodę”

Przyznanie dofinansowania dla projektu: „Zapewnienie prawidłowej gospodarki wodno-ściekowej na terenie miasta i gminy Goleniów” jest już pewne ! Obsługująca mieszkańców gminy Goleniów spółka Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja Sp. z o.o. jest kolejnym beneficjentem w naszym regionie, który otrzymał dofinansowanie z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko w ramach I osi priorytetowej – Gospodarka wodno-ściekowa. Całkowita wartość projektu wyniesie 68,8 mln zł, w tym kwota dofinansowania z Unii Europejskiej 32,1 mln zł. To ogromne pieniądze jak na naszą goleniowską skalę.

Celem projektu jest m.in. zmniejszenie uciążliwości oczyszczalni ścieków w Goleniowie, modernizacja sieci kanalizacyjnej, a także zapewnienie odpowiedniej jakości wody pitnej. Będzie to w konsekwencji miało ogromny wpływ na  jakość życia i zdrowia  mieszkańców gminy. Choćby „zapachy” z naszej oczyszczalni – wszyscy ich doświadczamy, a żadne prowizoryczne rozwiązania tego problemu się nie sprawdziły.

Prezes Dawidziak (drugi z prawej) tuż przed podpisaniem umowy z Marszałkiem Województwa 14 września 2009 r. Zdjęcie: Adam Łaskowski

Prezes Dawidziak (drugi z prawej) tuż przed podpisaniem umowy z Marszałkiem Województwa 14 września 2009 r. Zdjęcie: Adam Łaskowski

Uroczystość podpisania umowy o przyznaniu dofinansowania oraz konferencja prasowa odbędą się 14 września 2009 roku o godzinie 10:00 na terenie oczyszczalni ścieków w Goleniowie. Wezmą w niej między innymi udział: Stanisław Gawłowski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska, Olgierd Geblewicz – Przewodniczący Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego, Władysław Husejko – Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Marcin Zydorowicz – Wojewoda Zachodniopomorski, Andrzej Wojciechowski – Burmistrz Gminy Goleniów oraz przedstawiciel NFOSIGW.

Zaledwie po dwóch miesiącach, 5 listopada 2009 można było na portalu gminy przeczytać o podpisaniu pierwszego z pięciu kontraktów tego wielkiego projektu – na realizację nowej oczyszczalni. Treść notatki oczywiście toczka w toczkę na podstawie informacji GWiK:

W piątek 30 października została podpisana umowa na kontrakt  „Rozbudowa i przebudowa oczyszczalni ścieków w Goleniowie”. Kontrakt ten wchodzi w skład projektu współfinansowanego z UE „Zapewnienie prawidłowej gospodarki wodno- ściekowej na terenie miasta i gminy Goleniów’. Wykonawcą będzie Przedsiębiorstwo Inżynierii Ochrony Środowiska Ekoklar Spółka z o.o. z Piły. Podpisy pod umową złożyli Prezes Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji Janusz Dawidziak oraz Prezes Zarządu Firmy Ekoklar Waldemar Lechnik i członek zarządu spółki Ekoklar Jerzy Kiner. (…) Wartość kontraktu wynosi 25.132.799,43 PLN brutto.

Później były kolejne informacje o podpisaniu i realizacji następnych kontraktów. A już w maju 2012 r. cały ogromny projekt został zakończony. Sądzę, że tempo było iście ekspresowe. Nie tylko ja tak uważam, bo inwestycji w tej dziedzinie powszechnie nam zazdroszczono. Doceniano przede wszystkim całościowe traktowanie kompleksu spraw kanalizacji gminy, poczynając od serca systemu – oczyszczalni ścieków. Przykładowo na portalu www.radioszczecin.pl zamieszczono 28 maja relację redaktora Pawła Palicy na ten temat:

Dyrektor Dariusz Kozak pokazuje świeżo otwartą oczyszczalnię zaproszonym gościom Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Dyrektor Dariusz Kozak pokazuje świeżo otwartą oczyszczalnię zaproszonym gościom
Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

„Koniec olbrzymiego projektu wodno-kanalizacyjnego w Goleniowie.”

W mieście wybudowano prawie 30 km nowej sieci kanalizacyjnej i 5 km wodociągowej. Zmodernizowano oczyszczalnię ścieków i kupiono nowoczesny pojazd do czyszczenia kanalizacji. Projekt kosztował ponad 55 mln zł. Prawie połowę dołożyła Unia.

Jak mówi prezes Goleniowskich Wodociągów Janusz Dawidziak, dzięki temu znacznie poprawi się jakość życia tysięcy jej mieszkańców. -Tak, jak w cywilizowanym świecie, ścieki będą trafiały do kanalizacji sanitarnej, natomiast oczyszczalnia została zmodernizowana tak, że uciążliwość zapachowa nie będzie się powtarzała, jak to było przy starej oczyszczalni – zapewnia Dawidziak.

28 maja 2012 r. nastał wielki dzień – otwarcie całkowicie zmodernizowanej oczyszczalni ścieków. Prezes GWiK Janusz Dawidziak powiedział wtedy m.in.:

Prezes GWiK przemawia na nowej oczyszczalni ścieków w dniu jej otwarcia.  Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Prezes GWiK przemawia na nowej oczyszczalni ścieków w dniu jej otwarcia.
Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Celem projektu było przede wszystkim zmniejszenie uciążliwości oczyszczalni ścieków w Goleniowie – stara, sprzed dwudziestu lat została całkowicie zmodernizowana – była przestarzałą technologicznie i miała zbyt małą wydajność jak na potrzeby gminy i Goleniowskiego Parku Przemysłowego. Znacznie zwiększyły się też możliwości przerobowe oczyszczalni, która może teraz przerobić 8 tys. m. sześć. ścieków (przerabia maksymalnie 5 tys.). Inwestycja zapewni odpowiedniej jakości wodę pitną, co ma ogromny wpływ na jakość życia i zdrowia mieszkańców gminy.

Podobnych wypowiedzi, wcale nie tylko Prezesa Dawidziaka, przytoczyć mógłbym na pęczki. Wszystkie one podkreślały, że to już koniec problemu zapachu z oczyszczalni w Goleniowie. Nota bene nie takiej przecież starej, bo oddanej do użytku w roku 1994. Była to chyba najbardziej sztandarowa inwestycja I kadencji goleniowskiego samorządu, obok ukończonego już w 1996 roku ujęcia wody. Jej pechem była zastosowana (wtedy dość powszechnie w Polsce występująca) technologia oczyszczania typu biooxyblok, która nie rozwiązywała problemu osadów pozostających po zakończonym procesie. Składowano je na tzw. lagunach, na których sobie spokojnie leżały, schły, fermentowały… i śmierdziały. Szczególnie, gdy zabierano się za opróżnianie przeładowanych lagun. Chwaliliśmy się tym nowiutkim obiektem przed wszystkimi przyjeżdżającymi do gminy zagranicznymi i krajowymi gośćmi, ci zaś zatykali nosy i podziwiali na głos. Po cichu zaś mówili, że u nich oczyszczalnie ścieków tego typu właśnie całkowicie wychodzą z użytku, bo są przestarzałe.

Stara oczyszczalnia. Z książki "Goleniów - wczoraj, dziś, jutro" autorstwa Ewy Aberbuch Skan: Ireneusz Zygmański

Stara oczyszczalnia. Z książki „Goleniów – wczoraj, dziś, jutro” autorstwa Ewy Aberbuch
Skan: Ireneusz Zygmański

Ponad dwadzieścia lat później szeroki dostęp do wielkich środków unijnych pozwolił lokalnym władzom zmontować plan wielkiej modernizacji tego od początku przestarzałego obiektu. Jądrem projektu było utworzenie GWiK, nowej spółki gminnej, powołanej do specjalistycznej obsługi gminy w dziedzinie dostarczania wody, odprowadzania i oczyszczania ścieków, a przede wszystkim obsługiwania sieci i prowadzenia inwestycji w tej dziedzinie. To był dobry plan, skoro powstały w 2006 r. GWiK tak sprawnie poradził sobie z wyżej opisanymi inwestycjami.

Czyż nie miałem więc prawa traktować sprawy jako załatwioną na wieki? Od chwili uruchomienia zmodernizowanej oczyszczalni od nikogo nie słyszałem słowa skargi, że czuć z niej coś niemiłego. Oczywiście żaden ze mnie ekspert od kanalizacji i ścieków, lecz to jest naprawdę mocny, choć pośredni dowód, że wszystko było pod kontrolą. W końcu czego jak czego, ale czujności na niedogodności życia mieszkańcom Goleniowa odmówić się nie da. Podkreślę dobitnie: przez cztery lata działania nowej oczyszczalni ANI RAZU nie doszły do mnie sygnały o złym funkcjonowaniu tej instalacji.

Mam na myśli obszar miasta, a nie teren samej oczyszczalni. Tam, jak twierdzą szczególnie osoby nią kierujące, zapach nie był szczególnie miły. Wręcz przyznają, że pośmierdywało cały czas. Dobrze, pewnie tak było, lecz najważniejsza jest skala zjawiska. Goleniowianie nie mieszkają przecież na oczyszczalni, a wredny zapach do ich nosów nie docierał. Co do smrodu na miejscu – też bym nie był taki pewien, że coś wybitnie złego się działo. Radni zapewne wspomną wyjazdowe wspólne posiedzenie komisji wiosną zeszłego roku, kiedy oglądaliśmy oczyszczalnię od środka. Nikomu z nas nic nadmiernie wstrętnego nosów wtedy nie zaatakowało, wręcz byliśmy zbudowani, że stoimy pośród setek tysięcy ton fekaliów, a smrodu ani ani…

Stąd przyjąłem ze szczerym zdziwieniem niedawne informacje prasowe oraz interpelacje kolegów radnych w sprawie odorów z oczyszczalni. Mieszkam w oddalonej części miasta, więc sam nie miałem okazji niczego poczuć. Szczególne zainteresowanie wzbudziła lektura odpowiedzi na interpelacje złożone na XIX sesji Rady Miejskiej 27 kwietnia 2016 r. Udzielił ich zbiorczo, w imieniu pytanego Burmistrza Roberta Krupowicza, Perezes GWiK Janusz Dawidziak. Zapytania radnych Marzeny Pach i Czesława Majdaka niżej przytaczam.

Radna Marzena Pach:

W związku z informacjami, które pozyskuję od ludzi mieszkających zarówno na osiedlu Matejki, jak i od ludzi, którzy uprawiają swoje ogródki działkowe przy oczyszczalni: czy jest jakaś możliwość, żeby sprawdzić, czy zrobić coś, aby ten odór, który unosi się z oczyszczalni był jakoś troszkę niwelowany? To naprawdę jest strasznie uciążliwe. Ludzie narzekają, że nie mogą okien otwierać, wietrzyć, bo to jest naprawdę bardzo przykry zapach.

Radny Czesław Majdak:

Kiedyś „Gazeta Goleniowska” opisywała, że jak na bezdechu trzeba było przechodzić przez poczekalnię dworcową, to rzeczywiście w sobotę będąc na spacerze na bezdechu musiałem przejść od ronda przy Wojska Polskiego, aż tam za cmentarz. Aż się trochę róża wiatrów zmieniła, to tam mogłem zaczynać głębiej oddychać. (…) Pamiętacie Państwo: inwestycja była na oczyszczalni ścieków i miała spowodować to, że nie będzie śmierdziało – proste. Wtedy w Goleniowie powstała baza perfum, czyli te zraszacze, co Pan Prezes rozpylał. No będzie inwestycja, nie będzie śmierdziało. Została zrobiona inwestycja, mówię – ta pierwsza inwestycja, no dalej śmierdzi. Pamiętacie Państwo, przy omawianiu Wieloletniego Programu Rozwoju Wodociągów i Kanalizacji, gdy wskazywałem,  jakie środki idą na ponowne załatwienie sprawy tego smrodu. Więc pytanie jest: czy ta inwestycja została zrealizowana na oczyszczalni ścieków? Ile to nas kosztowało? Mówię o tej drugiej inwestycji, nie o tej pierwszej, tylko o drugiej, i ile nas to kosztowało… I pytanie: co takiego się zdarzyło, że dalej tu śmierdzi?

Ponieważ w tym samym piśmie Prezes odpowiadał na interpelację radnego Mariusza Żebiełowicza na inny temat, przytoczę jej treść, żeby końcówka prezesowego pisma nie zawisła w próżni:

Radny Mariusz Żebiełowicz:

Mieszkańcy naszej gminy dopytują się z jakiego powodu faktury za wodę z GWiK-u wystawione zostały za okres miesięczny, gdyż zazwyczaj były wystawiane w okresie dwumiesięcznym. Chodzi o miesiąc marzec.

Odpowiedż Prezesa Dawidziaka na interpelacje radnych, przysłana 16 maja w tej sprawie:

Przyznam, zgłupiałem nieco. Wychodzi na to, że:

1) kompostownia daje smród planowo (choć miała być na ten smród remedium);

2) kompostownia jest chyba zbyt mała i nie mieszczą się na niej w całości osady przeznaczone do przerobu (który to proces i tak daje smród);

3) na poletkach osadowych leży i śmierdzi część osadów czekając na kompostowanie (bo kompostownia jest za mała?), a część na wywiezienie z oczyszczalni (bo jest za mała kompostownia?); czyli z założenia nie miano kompostować wszystkiego(?);

4) zakończona w roku 2012 nowiutka oczyszczalnia nie była wykonana docelowo, skoro finalnym sposobem likwidacji odorów ma być dopiero „hermetyzacja procesu kompostowania pod specjalnymi przykryciami membranowymi w wydzielonych boksach”;

5) przeróbka kompostowni przewidziana jest Wieloletnim Planem Modernizacji i Rozwoju Urządzeń Wodociągowych i Urządzeń Kanalizacyjnych Miasta i Gminy Goleniów na lata 2015-2020 (kurczę, głosowałem nad tym w zeszłym roku i wcale nie wiem, na czym ma polegać modernizacja i czemu jest potrzebna! ale o tym będzie dalej);

6) sprawa pilna chyba nie jest, skoro modernizacja rozłożona jest na lata (czyli ten cały smród to chyba niespecjalnie ważna sprawa?);

7) żeby było śmieszniej, Prezes obiecuje radnej Pach przeróbkę kompostowni w roku 2019, to samo zaś radnemu Majdakowi wieszczy w roku 2020 (pewnie ją lubi bardziej?);

8) osady wcale nie muszą gnić na poletkach, bo w ciągu 3 tygodni się je wywiezie, a poza tym da się to robić później na bieżąco (to czemu w ogóle je tam złożono? nie przewidzieli, że zapachną? tym bardziej, że każda operacja wywozu osadów z poletek równa się ruszeniu ogromnej kupy kupy, która zaśmierdzieć musi potężnie);

9) zaś skutecznym rozwiązaniem obecnym ma być likwidowanie gównianego zapachu poprzez sadzenie lilaków, tawuł, ligustru i jaśminowca wonnego w ilościach hurtowych (ciekawe za ile, bo nikt się nie pochwalił?). Jak powszechnie wiadomo, krzaki są nieprzepuszczalne dla odorów, które po przejściu przez ich kordon nabiorą aromatów godnych filmu „Pachnidło”. To ja jeszcze podsunę natryskiwanie słynnymi perfumami produkcji radzieckiej marki „Duchi Lenina”, będzie jeszcze wonniej.

Bardzo mi te odpowiedzi podejrzanie pachniały (tfu, znowu nomen omen). Jeszcze większa stała się moja niewiedza, kiedy kilka dni później przeczytałem na portalu www.goleniów.pl oświadczenie Burmistrza Roberta Krupowicza z dnia 9 czerwca na ten sam temat. Wynikły dla mnie z tego tekstu następujące wnioski, a właściwie zdziwienia:

1)  Czemu to Burmistrz Gminy wydaje oświadczenie w dziedzinie, na której zna się jak kura na pieprzu, a w której pełne kompetencje ma samodzielna fachowa spółka zarządzająca oczyszczalnią? Przecież tam odesłał interpelacje radnych do udzielenia odpowiedzi…. Czyżby wiedział coś więcej, niż może powiedzieć Prezes Janusz Dawidziak? Czy może chce zaoszczędzić Prezesowi zaszczytu tłumaczenia się przed mieszkańcami? Czy raczej po prostu chce pokazać, że trzyma rękę na pulsie, samodzielnie znalazł rozwiązanie problemu i leje oliwę na wzburzone fale opinii publicznej?  

2) Po co Burmistrz podkreśla, że oczyszczanie nie jest źródłem odoru i że zlikwidowano najbardziej poprzednio śmierdzące laguny, skoro obecnie śmierdzi dalej, tylko coś innego – otwarte poletka do składowania osadów? Czyżby sugerował, że oczyszczalnia jest świetna, a zastosowana w niej technologia bardzo dobra, zaś winne są krasnoludki, bo wywołują zachodni wiatr?

3) Czyżby Pan Krupowicz nie zauważył, że oddając w roku 2012 oczyszczalnię do użytku oficjalnie jednym z głównych celów była likwidacja powstających tam odorów? Wyjaśnianie, że na otwartych poletkach osady fermentują, a wiatr roznosi zgniłe smrody po mieście, jest po prostu przyznaniem się do programowego ominięcia tego sztandarowego celu budowy oczyszczalni. Ona ma taką technologię, więc śmierdzieć po prostu musi. Zatem albo wybrano tę technologię błędnie, albo niepotrzebnie głoszono mieszkańcom, że już nic na oczyszczalni śmierdzieć nie będzie.

4) Z jakiego powodu Burmistrz mówi, że „problem zostanie wkrótce rozwiązany” (patrz decyzja o natychmiastowym wywozie osadów bez składowania na poletkach), skoro w następnym akapicie oznajmia, że pozostaje drugie źródło smrodu – otwarte kompostowanie? Z którego dodatkowo nie można zrezygnować wcale, bo oczyszczalnia musi produkować kompost (grozi zwrot otrzymanych środków unijnych). To przecież nie Unia kazała nam go wytwarzać, tylko projektant oczyszczalni uznał kompostowanie jako docelowe rozwiązanie. Nie wywóz osadów w siną dal, tylko przerobienie ich na pożyteczny surowiec. Dlaczego zatem, skoro kompost musiał i musi być produkowany, nie zaprojektowano od razu tego procesu jako hermetyczny, podobnie jak samo oczyszczanie ścieków?

5) Skoro Burmistrz wie, że modernizację kompostowni przewiduje się na rok 2019 (zapewne ma na myśli przyjęty w zeszłym roku przez Radę Miejską Wieloletni Plan Modernizacji i Rozwoju Urządzeń Wodociągowych i Urządzeń Kanalizacyjnych Miasta i Gminy Goleniów na lata 2015-2020), to czemu znając nastroje mieszkańców nie dąży do przyspieszenia tej modernizacji? Coś było już na rzeczy wiosną ubiegłego roku, skoro temat wprowadzono (cichaczkiem) do Planu Modernizacji przygotowanego przez GWiK. Dlaczego znając docelowe rozwiązanie, Burmistrz dziś nie dąży do wprowadzenia go już obecnie?

Na to ostatnie pytanie spróbowałem sobie odpowiedzieć sam. Zajrzałem do „Głównych założeń” WPMiRUWiUKMiGG (piękna nazwa, nie?), które w zeszłym roku otrzymali radni przed przyjęciem tego programu. Było to na VIII sesji RM w końcu kwietnia 2015 r., którą przedstawiłem dość dokładnie na swoim blogu. W szczególności 13 punkt porządku dziennego, czyli właśnie przyjęcie WPMiR…itd., opiewającego na łączną kwotę 39 milionów złotych Ponieważ nigdzie tych materiałów Państwo raczej nie znajdziecie (na przykład na stronie internetowej GWiK nadal widnieje poprzedni WPMiR…itd., obowiązujący wprawdzie do roku 2017, ale zmieniony tym nowym WPMiR…itd. na lata 2015-2020), niniejszym publikuję ten materiał dla ciekawskich.

Główne założenia programu GWiK na lata 2015-2020

I tam w dziale „G. Oczyszczalnie ścieków”, w punkcie 1 siedzi jak byk: „Modernizacja kompostowni osadowych ścieków na OŚ w Goleniowie” o wartości netto 4.500.000 zł (cztery i pół miliona), co ma nastąpić w dziwnym terminie: „2015,2020”. Nie z myślnikiem: 2015-2020, lecz z przecinkiem, jak napisałem. Co u Burmistrza robi data 2019? Przecież WPMiR…itd. Rada od zeszłego roku nie zmieniała, a takiego terminu tam brak?

- No i to jest chyba odpowiedź na moje pytanie – pomyślałem. Skoro WPMiR…itd. mówi, że 4 i pół melona, to przyspieszyć się tego nie da. Przecież ta kasa na kupce nie leży i nie czeka, a miała pochodzić z różnych środków zewnętrznych, do których GWiK o nią dopiero aplikuje albo będzie aplikował. Te „2015,2020” to zapewne jakaś omyłka pisarska. Co ja się zresztą będę zastanawiał? Koniec języka za przewodnika, zapytaj więc Panie Radny przy najbliższej okazji.

Okazja nadarzyła się 14 czerwca, a właściwie pół okazji. Tego dnia odbywało się posiedzenie Komisję Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, która przecież niewiele z oczyszczalnią ma wspólnego. Jednak korzystając z obecności Zastępcy Burmistrza Henryka Zajko, zgłosiłem temat w wolnych wnioskach, a reszta członków Komisji go podchwyciła. Poprosiłem Henryka Zajko o przygotowanie na dzień następny, 15 czerwca, kiedy odbyć miało się posiedzenie Komisji Gospodarki, Inwestycji i Ochrony Środowiska (więc jak najbardziej merytorycznie „po linii i na bazie”), dokładnej informacji o harmonogramie czasowym i finansowym wydatków objętych tym wyżej wspomnianym tajemniczym „punktem G” z WPMiR…itd. Burmistrz Zajko obiecał to dokładnie przedstawić. Jednocześnie zrugał mnie, że przecież na VIII sesji ta tematyka już była szczegółowo radnym przedstawiana.

Otóż nie, Panie Burmistrzu, nie była. Przeczytałem protokół z sesji od deski do deski (choć i tak go pamiętałem; przecież na blogu opisałem sesję punkt po punkcie, a nieszczęsny punkt 13 wyjątkowo dokładnie). Na sesji wspomniano o modernizacji kompostowni tylko raz. Otóż było to wtedy, gdy radny Czesław Majdak mówił o inwestycjach wynikających z WPMiR…itd. i chciał wyjaśnień na taki temat: „Proszę Państwa, są tutaj pozycje np. tego rodzaju: „Opracowanie dokumentacji projektowo-technicznej dla zadania pn. „Przebudowa kompostowni osadu na czyszczalni ścieków w Goleniowie”. W tym roku [2015] jest to 470.000 zł, a całość zadania 4.500.000 zł. Z tego, co wiem, Panie Burmistrzu, to oczyszczalnia ścieków była realizowana i modernizowana. Pamiętamy te dezodoranty mieszane, a później, że po modernizacji oczyszczalni ścieków wszystko będzie OK.(…)”. Co ja będę zresztą cytował, przeczytajcie sobie sami, Szanowni Czytelnicy, co zawiera protokół z sesji w punkcie 13. Znajdziecie go w BIP-ie Gminy Goleniów na stronie www.goleniow.pl.

Dodam, że ani Czesław Majdak, ani inni radni na sesji nie usłyszeli w tej kwestii żadnych wyjaśnień, dlaczego WPMiR….itd. zakłada modernizowanie za niebagatelne 4,5 mln zł kompostowni w oczyszczalni, która została oddana zaledwie 3 lata wcześniej. Być może Burmistrzowi Zajko zapomniało się zatem, komu i gdzie wyjaśniano te sprawy znacznie dokładniej? Bo mi i radnemu Majdakowi na pewno nie.

Zatem na posiedzeniu KGIiOŚ 15 czerwca miał mi Burmistrz Zajko wszystko nareszcie wyjaśnić. Wprowadziłem ten temat do porządku dziennego w wolnych wnioskach, a reszta członków Komisji z dużym zainteresowaniem wysłuchała złożonych wyjaśnień. Też widocznie byli niedoinformowani. Aha, nie Henryk Zajko informował, lecz przyprowadzony przez niego dyrektor ds. technicznych GWiK Pan Dariusz Kozak. Mówił kompetentnie i na temat, ale przyznam, że jednak liczyłem na jakąś informację pisemną. Zdążyłem sobie trochę zanotować, ale przy moich półsłyszących uszach dotarło do mnie piąte przez dziesiąte. Jeszcze mnie koledzy radni zbesztali, że coś wolno kapuję i ciągle się dopytuję. Reszta członków komisji zrozumiała chyba więcej ode mnie, bo nastąpiła dość burzliwa dyskusja. Po niej zaś radny Andrzej Wojciechowski złożył wniosek, który jednogłośnie został przyjęty. Dotyczył on zobowiązania Burmistrza Gminy do podjęcia działań maksymalnie przyspieszających modernizację kompostowni, bez czekania na rok 2020. Bo na taką datę uściślił Dyrektor Kozak finał wykonania przebudowy.

Nie chciałem jednak pozostać tylko częściowo poinformowany. Po posiedzeniu komisji zwróciłem się z prośbą do Dyrektora Dariusza Kozaka, by odpowiedział pisemnie na moje szczegółowe pytania. W zasadzie obejmowały one tematykę przedstawioną przez niego na posiedzeniu Komisji, choc część dołożyłem od siebie. Niżej zamieszczam zarówno moje pytania, jak i treść uzyskanej odpowiedzi.

Oto o co zapytałem:

1. Czy technologia oczyszczania ścieków komunalnych stosowana w oddanej w roku 2012 oczyszczalni ścieków w Goleniowie zakładała efekt w postaci braku uciążliwości odorów dla mieszkańców miasta?

2. Jaki procent osadów ściekowych jest obecnie poddany przeróbce na kompost, a jaki procent składuje się na poletkach osadowych?

3. Ile (procentowo) ze składowanych na poletkach osadów podlega dalszej przeróbce na kompost, a ile (procentowo) wywozi się poza teren miasta?

4. Czy stosowana obecnie technologia oczyszczania zakładała docelowe kompostowanie 100% osadów, a jeśli nie, to jaki %?

5. Czy GWiK ma dziś certyfikat dopuszczający wytwarzany kompost do sprzedaży, w szczególności jako nawóz rolniczy lub ogrodniczy? Jeżeli nie, to czy ma go zamiar uzyskać?

6. Jaki % produkcji kompostu jest sprzedawany (lub inaczej utylizowany), a jaki pozostaje na terenie kompostowni?

7. Jakie działania modernizacyjne zakłada program zadań inwestycyjnych GWiK na lata 2015-2020 w dziale „G. Oczyszczalnia ścieków” w punkcie 1? Jaki ma być ich końcowy efekt i czy przewidziany jest czasowy harmonogram realizacji (wraz z wydatkami w poszczególnych latach)?

8. Czy kompostowanie osadów po dokonaniu modernizacji odbywać się będzie w cyklu hermetycznym, bez dostrzegalnej dla mieszkańców uciążliwości zapachowej?

9. Czy wykonanie planowanych przedsięwzięć modernizacyjnych docelowo zlikwiduje problem uciążliwości odorów dla miasta?

10. Czy poza kompostowaniem lub wywożeniem osadów istnieje jakaś alternatywa rozwiązania problemu powstawania odoru na oczyszczalni i czy jest ona rozważana do zastosowania?

11. Czy wniosek złożony w trakcie posiedzenia Komisji Gospodarki, Inwestycji i Ochrony Środowiska w dniu 15 czerwca o przyspieszenie wykonania zadań modernizacyjnych na oczyszczalni wymaga dokonania zmian w uchwalonym programie na lata 2015-2020 i czy jego realizacja idzie w parze z zamierzeniami Spółki?

12. Czy jakieś pominięte przeze mnie w pytaniach zagadnienia nie wymagają dodatkowych wyjaśnień z Pańskiej strony? Jeśli tak, proszę o rozszerzenie.

A taką dostałem odpowiedź, którą w całości przytaczam:

Dyrektor do spraw technicznych GWiK mgr inż. Dariusz Kozak Zdjęcie: www.teraz-srodowisko.pl

Dyrektor do spraw technicznych GWiK mgr inż. Dariusz Kozak
Zdjęcie: www.teraz-srodowisko.pl

Goleniów, 23 czerwca 2016 r.

Od zakończenia budowy oczyszczalni ścieków w roku 1994 gospodarka osadowa polegała na odprowadzaniu nadmiernych osadów ściekowych do trzech lagun osadowych, ich mechanicznym odwadnianiu za pomocą przewoźnej stacji odwadniania, magazynowaniu na poletkach osadowych (co wiązało się z dużymi uciążliwościami odorowymi) a następnie ich utylizacji najczęściej rolniczo, przyrodniczo lub do rekultywacji składowisk odpadów, jak np. składowisko odpadów komunalnych w Podańsku, składowisko popioło-żużla w Zespole Elektrowni Dolna Odra.

Projekt modernizacji oczyszczalni ścieków został opracowany na zlecenie Gminy Goleniów i uzyskał pozwolenie na budowę w roku 2006. Poddany został ocenie merytorycznej profesora Brochmana. Projekt w kształcie z roku 2006 był podstawą do aplikacji o środki pomocowe z UE w perspektywie 2007-2013. Celem modernizacji było zwiększenie jej wydajności oraz dostosowanie jakości oczyszczania ścieków do obowiązujących przepisów. Projekt swoim zakresem obejmował między innymi rozwiązanie problemu braku jakiejkolwiek przeróbki osadów na oczyszczalni, w tym braku odwadniania osadów i ich stabilizacji i związane z tym problemy odorowe. Autor projektu założył odwadnianie mechaniczne osadów wraz z higienizacją wapnem oraz docelową przeróbką osadów ściekowych za pomocą procesu kompostowania, mającego zapewnić stabilizację osadów. W wyniku realizacji projektu zlikwidowano jeden z największych problemów oczyszczalni, a mianowicie zlikwidowano główne źródło odorów jakim były laguny osadowe. Ograniczono, choć nie w 100%, kolejne źródło, jakim były poletka osadowe. Gromadzono tam przed docelową utylizacją nieustabilizowane i nie zhigienizowane osady ściekowe po odwodnieniu mechanicznym za pomocą przewoźnej stacji odwadniania. Niestety autor projektu nie przewidział, że likwidując problemy odorowe związane z lagunami osadowymi, oczyszczalnia będzie generować odory na kompostowni. Co prawda o innym charakterze zapachowym i w mniejszej skali, ale jednak…

W ramach projektu zaprojektowano nowy węzeł mechanicznego odwadniania osadów wraz z urządzenia do higienizacji wapnem oraz płytę kompostową, która zgodnie z projektem technologicznym miała pozwolić na przeróbkę wszystkich wytwarzanych na oczyszczalni osadów ściekowych. Jak jednak pokazały doświadczenia eksploatacyjne, założenia projektowe nie sprawdziły się. Powierzchnia płyty kompostowej jest wystarczająca dla ilości wytwarzanych osadów, ale tylko czysto teoretycznie i to jedynie przy pełnym jej wykorzystaniu wyłącznie na lokalizację pryzm kompostowych oraz założeniu całorocznego prowadzenia procesu kompostowania. W tym zakładania pryzm w okresie zimowym, co jest niemożliwe. Projekt niestety nie przewidział też konieczności wydzielenia z ogólnej powierzchni płyty kompostowej niezbędnych powierzchni dla:

a) magazynowania komponentów,

b) magazynowania osadów ściekowych przed formowaniem pryzm,

c) garażowania sprzętu wykorzystywanego do kompostowania.

Powierzchnie te, jak pokazały doświadczenia eksploatacyjne, okazały się niezbędne dla prawidłowego prowadzeniu procesu kompostowania, a zwłaszcza produkcji kompostu mającego status produktu, a nie odpadu. Z tego powodu na dziś tylko część produkcji osadów (30-40%) jest poddawana procesowi kompostowania, w wyniku którego otrzymujemy kompost. Dla kompostu GWiK uzyskał  certyfikat  potwierdzający przetworzenie „odpadu”, jakim jest osad ściekowy, na „produkt”, posiadający właściwości nawozowe (tzw. polepszacz gleby).

Pozostałą część osadów, poddaną jednak już stabilizacji tlenowej i higienizacji wapnem, zmuszeni byliśmy magazynować na poletkach osadowych przed docelową ewakuacją osadów poza oczyszczalnię na miejsce utylizacji. W chwili obecnej zgodnie z naszymi deklaracjami zaprzestaliśmy magazynowania na poletkach osadów ściekowych nie przewidzianych do kompostowania. Osady od kilku dni są wywożone na bieżąco poza oczyszczalnię.

Stosowanie nieprzetworzonych osadów ściekowych w rolnictwie, choć ciągle jeszcze formalnie dozwolone (nie wiadomo jednak jak długo jeszcze przepisy unijne będą na to pozwalały), jest ograniczone tylko do upraw roślin nieprzeznaczonych do spożycia przez ludzi, stąd trudności z pozyskaniem tego rodzaju gruntów. Oznacza też całkowitą odpowiedzialność wytwórcy osadów (czyli GWiK) za sposób, dawki i skutki nieprawidłowego zastosowania osadów ściekowych przez rolnika na jego gruntach rolnych. Z kolei utylizacja osadów przez ich wykorzystanie do rekultywacji składowisk odpadów komunalnych czy też innych tego rodzaju miejsc, jak np. kwatery popioło-żużla w Zespole Elektrowni Dolna Odra, jest incydentalna i nie może stanowić docelowego, podstawowego sposobu zagospodarowania osadów ściekowych.

Jako alternatywną, docelową metodę utylizacji osadów wytwarzanych na oczyszczalniach eksploatowanych przez GWiK (głównie Goleniów i Komarowo), rozważaliśmy również ich oddawanie do spalarni osadów ściekowych w Szczecinie. Jednak jak wykazała analiza ekonomiczna, ta opcja jest rozwiązaniem droższym na tą chwilę oraz obarczona jest ryzykiem wzrostu kosztów w przyszłości. Spalarnia będzie miała silniejszą pozycję negocjacyjną niż GWiK, który będzie musiał poddać się on dyktatowi cenowemu z uwagi na brak alternatywnych sposobów zagospodarowania osadów ściekowych.

W związku z powyższym w roku 2014 rozpoczęliśmy poszukiwania metod zwiększenia wydajności kompostowni, w tym skrócenia czasu kompostowania, całkowitego wyeliminowania uciążliwości odorowej oraz skutecznego przetwarzania osadów ściekowych w procesie kompostowania na „produkt” posiadający właściwości nawozowe, a nawet status nawozu organicznego. Ten w sposób legalny i bezpieczny będzie mógł być wprowadzany do środowiska oraz będzie mógł być wprowadzony do sprzedaży, dzięki czemu zostaną obniżone koszty kompostowania. W wyniku rozpoznania rynku ustaliliśmy, że w chwili obecnej istnieją dostępne technologie na rynku polskim (niedostępne w roku 2006, kiedy był opracowywany  projekt modernizacji oczyszczalni), których zastosowanie pozwala osiągnąć zwiększenie wydajności kompostowni, wyeliminowanie uciążliwości odorowej oraz skuteczne przetwarzanie osadów ściekowych w procesie kompostowania na „produkt” posiadający właściwości nawozowe.

Jedną z takich technologii, którą zamierzamy zastosować w ramach planowanej modernizacji kompostowni, jest tzw. technologia membranowa. Proces kompostowania prowadzony jest niej w specjalnych betonowych boksach przykrytych półprzepuszczalnymi membranami, w których wsad jest napowietrzany za pomocą wentylatorów, a redukcja odorów odbywa się w czasie samego procesu kompostowania, dzięki wykorzystaniu półprzepuszczalnych membran, bez konieczności dodatkowego oczyszczania powietrza w urządzeniach typu biofiltr.

W związku z pojawieniem się możliwości uzyskania dofinansowania ze środków pomocowych UE z perspektywy finansowej na lata 2014-2020, podjęta została decyzja o wprowadzeniu tego zadania do Wieloletniego Planu Modernizacji i Rozwoju odpowiednio na lata 2015 – dokumentacja i 2020 – realizacja, na co uzyskaliśmy zgodę Rady Miejskiej.

Moim zdaniem realne możliwości przyśpieszenia modernizacji kompostowni zależą od uzyskania dofinansowania ze środków pomocowych. Oczywiście zmiana terminu modernizacji kompostowni wymagać będzie zgody Rady Miejskiej w postaci zatwierdzenia zmian w WPMiR.

Niezależnie od docelowego rozwiązania w postaci modernizacji kompostowni w roku 2020 lub szybciej, o ile się da (choć z uwagi na sam proces uzyskania dofinansowania, a później  inwestycyjny, realnie możemy moim zdaniem mówić najwcześniej o zakończeniu modernizacji w roku 2018), na dziś usilnie poszukujemy rozwiązań dla prowadzenia procesu kompostowania w taki sposób, aby zminimalizować powstawanie odorów. Niestety jak pokazują doświadczenia z innych oczyszczalni, zapachy złowonne są związane z tym procesem. Jedyną skuteczną obecnie w 100% alternatywą jest zaprzestanie kompostowania i wywóz osadów poza oczyszczalnię. Oczywiście to nie oznacza, że oczyszczalnia nie będzie odczuwalna przez mieszkańców z powodu swej lokalizacji w ogóle.

W załączeniu nasz certyfikat dla wytwarzanego na kompostowni „środka poprawiającego właściwości gleby” ( w skrócie „polepszacza gleby”).

Certyfikat dla kompostu

Myślę, że nareszcie wiele z wątków poruszonych przeze mnie w zadanych pytaniach zostało poważnie potraktowanych. Spróbuję podsumować, co zrozumiałem z udzielonych odpowiedzi na poszczególne kwestie. Może ktoś coś do moich wniosków zechce dodać?

Ad. 1) Nie, technologia zastosowana w Goleniowie dla oczyszczalni wcale nie zakładała efektu w postaci likwidacji odorów. Kto tak mówił, ściemniał albo wcale się na tym nie znał.

Ad. 2) Kompostuje się ok. 30-40% osadów. Reszta spoczywa na poletkach, a później jest wywożona w jakieś inne miejsca.

Ad. 3) Wszystko z poletek wyjeżdża z Goleniowa, a nic nie podlega kompostowaniu. Zatem 60-70% osadów nie podlega faktycznej docelowej utylizacji. Jest to dalej odpad, choć częściowi przerobiony.

Ad. 4) Tak, projektant zakładał 100%. Jednocześnie jego założenia w praktyce się nie sprawdziły, i to bardzo mocno – o 60-70%.

Ad. 5) Certyfikat jest, ale na polepszacz gleby, nie na nawóz. Nie wiadomo, czy GWiK będzie dalej się starał o pozyskanie certyfikatu na pełnowartościowy nawóz rolniczy lub ogrodniczy. Nie jest też jasne, co było ku temu przeszkodą. Dzisiejszy produkt (polepszacz gleby) jest dla GWiK niewygodny i woleliby go nie wytwarzać wcale.

Ad. 6) Brak jasnej odpowiedzi, ale chyba raczej znikomy. „Gazeta Goleniowska” z 20 maja informowała o podjęciu sprzedaży od tego roku, lecz żadnych konkretnych danych nie podała. Produkt ten ma niejasną przyszłość i nie wiadomo, czy wkrótce nie stanie się bezużyteczny. Co innego nawóz, ale tego w Goleniowie na razie nie ma.

Przykład urządzenia kompostowni w technologii membranowej  Grafika: equipo.com.pl

Przykład urządzenia kompostowni w technologii membranowej
Grafika: equipo.com.pl

Ad. 7) Technologia membranowa ma uszczelnić proces kompostowania. Ale dotyczy ona tylko 30-40% osadów, bo reszta się na kompostowni i tak nie mieści. A gdyby dotyczyła 100%, to być może całkiem niepotrzebnie – przecież nie wiemy, czy będą klienci na kompost. Ile kosztować ma ta technologia? Odpowiedzi brak; przecież w kwocie 4,5 mln zł siedzi też powiększenie i przebudowa samej płyty kompostowej. Wszelkie szczegóły są na razie nieznane, skoro GWiK dopiero poszukuje źródeł dofinansowania zewnętrznego. A gdzie aplikowanie, projektowanie, realizacja, wdrażanie…?

Ad. 8) Gdyby stało się skutecznie wszystko, co zakłada pkt. 7) – to chyba tak. Przynajmniej tak sugeruje odpowiedź Dyrektora Kozaka. Ale ja głowy bym nie zaryzykował.

Ad. 9) Nie, śmierdzieć będzie dalej. To na końcu Dyrektor zapowiada. Musieliby zaprzestać kompostowania, które zawsze daje odór. Nie mogą, o czym mówił Burmistrz Krupowicz – bo ryzykują utratę dofinansowania unijnego. A nawet i to nie musiałoby zakończyć definitywnie smrodu z oczyszczalni.

Ad. 10) Alternatywa jest – spalanie osadów w spalarni. Ale to też dość niewygodny dla GWiK sposób, przy czym grozi kumulowaniem kosztów. To nie nam będą płacić za kompost, a my będziemy płacić za spalanie!

Ad. 11) Pewnie ten wniosek nic nie zmieni, skoro wszystko zależy od znalezienia odpowiednich źródeł dofinansowania. Gdyby były dotąd dostępne, przecież by je już znaleziono! Czyli sprawa polega na czekaniu, którego okres w małym stopniu zależy od naszej woli. To, że w WPMiR…itd. zapisano 4,5 mln zł, to tylko chciejstwo. Jak te pieniądze się pojawią, dopiero będzie można konkretnie działać. Czekajcie zatem mieszkańcy i trzymajcie kciuki. Oby nam się do tego czasu Unia nie rozpadła…

Co do pytania nr 12, życie samo coś dołożyło. Otóż w ostatnim numerze „Gazety Goleniowskiej” z dnia 24 czerwca ukazał się wywiad z Prezesem Januszem Dawidziakiem. Potwierdził on prawie w całości informacje, które przekazał mi Dyrektor Dariusz Kozak. Niektóre wątki zostały rozwinięte. W szczególności kwestia pochodzenia środków zewnętrznych. Prezes wspomina o współpracy z Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym w zakresie pozyskania docelowej technologii kompostowania, mówi też o przygotowywanym wniosku GWiK „w ramach większego projektu” (bez szczegółów, konkretów czasowych i finansowych). Już nie ma optymistycznych zapowiedzi likwidacji odorów z goleniowskiej oczyszczalni – jest ostrożność i unikanie konkretów. Nie dziwię się Prezesowi, pewnie mu poprzednie szumne zapowiedzi niejeden ostatnio wypominał.

Jednego wątku jednak całkiem nie rozumiem. Otóż Prezes Dawidziak mówiąc o współpracy z naukowcami podał między innymi takie informacje: „Przystąpiliśmy do międzynarodowego projektu Interreg Południowy Bałtyk, z którego chcemy uzyskać dofinansowanie do zhermetyzowania tego obiektu [kompostowni], który mamy w tej chwili oraz odsysanie i unieszkodliwianie odorów przy wykorzystaniu – zamiast biofiltrów – metody opracowanej przez naukowców z ZUT z wykorzystaniem jonizatorów powietrza. To będzie kosztowało ok. 100 tys. zł.” Jak się to ma do kwoty 4,5 mln zł, zapisanej w WPMiR…itd.? Przecież gdyby dziś zamontować na obecnej kompostowni te jonizatory za groszowe 100 tys. zł, to na co ma iść reszta środków? Na przebudowę płyty kompostowej? Po co, skoro GWiK wcale nie jest na rękę produkcja tak uciążliwego produktu jak obecny kompost? To lepiej nie szukać wcale 4,4 mln zł w unijnych funduszach, nie zmarnować ich na niepotrzebne przebudowy niepotrzebnej kompostowni, a 100 tys. na jonizatory pożyczyć w banku, jak normalny inwestor szukający drobnych na pilną potrzebę…

W ostateczności zawsze przecież można zwrócić się o pożyczkę do Burmistrza Krupowicza. Dysponuje on po zmianach budżetu kwotą grubo ponad 600.000 zł przeznaczonych na pożyczki dla organizacji pozarządowych. Chyba wybaczyliby mu radni, gdyby pożyczył stówę na tak zbożny cel dla GWiK? Pewnie znacznie chętniej, niż pożyczkę 40.000 zł dla motocyklistów na koncert „Behemotha”!

I co, Panie Burmistrzu Henryku Zajko? Naprawdę już o tym kiedyś rozmawialiśmy? Dobrotliwa władza dbająca o komfort życia zaopiekowanych przez nią mieszkańców naprawdę im to wszystko jasno powiedziała? Moim największym zawodem i kolejną gorzką życiową nauczką jest, że jak dotąd już dwukrotnie dałem się nabrać na obietnice zlikwidowania smrodu z oczyszczalni. Miało najpierw nie śmierdzieć od roku 1994, później od roku 2012. Cóż, w dobrym towarzystwie dałem się oszukać, bo wierzyli w to zarówno goleniowianie, jak i kolejne władze, za każdym razem załatwiające sprawę „docelowo” i „na wieki wieków”, amen.

Mam jeszcze na koniec całkowicie darmową radę dla Prezesa Dawidziaka co do tego kompostu, czyli polepszacza gleby. Prezesie, nie szukaj Pan klientów na jego zakup. Rozdaj go Pan za darmo każdemu, kto przyjedzie na oczyszczalnię własnym środkiem transportu, choćby z taczką i z własną szufelką, żeby wpakować własnoręcznie do swoich prywatnych worków. Zaoszczędzi Pan na kosztach składowania, pakowania, marketingu, handlowych i wszelkich innych. A na zwolnionej ze składowania zbędnego na dziś niechodliwego produktu płycie kompostowej posadźcie tawuły, ligustry i lilaki. Zasłonią skutecznie brak kompostu, gdyby przyjechali kiedyś unijni kontrolerzy sprawdzać, czy w oczyszczalni się go wytwarza. Mieliśmy go produkować przecież przez pomyłkę projektanta oczyszczalni, który jak się okazuje nie przewidział różnych związanych z tym uciążliwości. Umowę z odbiorcą osadów podpisano w ostatnich dniach (tak mówi Prezes w wywiadzie) – czyli to już nie będzie nasz problem.

 

Rzućcie wszystko w kąt: pora na czarny bez

04 cze

Sprawca zamieszania - czarny bez w pełnej krasie Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Sprawca zamieszania – czarny bez w pełnej krasie
Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Obfotografowana niedawno wiosna odchodzi już szybkim krokiem, a gorące lato dyszy za progiem parnym oddechem. Szkoda wiosny, trwa tak krótko… Nie martwmy się i nie narzekajmy, zawsze przecież coś da się uratować. Fotki z wiosennych dni pokażą kolory i kształty. Lecz co ze smakiem i zapachem wiosny? Właśnie nadarza się idealna okazja, by przytrzymać trochę uciekinierkę za nogi, skraść jej jakiś klejnot i przechować w bezpiecznym sejfie aż do następnego roku. Jest taki sposób – trzeba zamknąć wiosenne skarby w butlach i słojach, przerabiając za pomocą alchemicznych czarów na syropy i nalewki. Do tego Was dziś spróbuję namówić.

Robieniem nalewek zajmuję się już kilkanaście lat. Trochę doświadczenia już więc nazbierałem i mogę się nim podzielić z każdym chętnym. Coraz więcej osób bawi się w takie hobby, a ja z radością spotykam coraz to nowych znajomych oddających się tej rozrywce. Jednak wielu niewtajemniczonym nalewki źle się kojarzą. Albo z jakimiś słodkimi ulepkami, mdlącymi i słabymi w smaku, albo z kolorowymi podróbkami dla pijaków, nieudolnie naśladującymi coś znośnego do picia. Zaręczam wszystkim wątpiącym, że prawdziwe domowe nalewki nie mają nic wspólnego z alkoholizmem. Za to służą zdrowiu na kilka sposobów, no i wspaniale relaksują w naszych zestresowanych i zagonionych czasach.

- Picie relaksuje? – zapyta ktoś. – Do czego ty nas namawiasz? I gdzie tu zdrowie? – No właśnie w nalewkach – odpowiadam. I wcale nie tylko w piciu, lecz w ich robieniu. Ich wartością nie jest alkohol, bo on służy do zakonserwowania właściwości roślin, z których robimy nalewkę. To z nich wynika zdrowotne działanie, bardzo różne dla każdego gatunku. Czy już samo wyjście z domu, kontakt z naturą i  spacerowanie po świeżym powietrzu nie poprawiają zdrowia? A wyjść trzeba, bo bez zebrania w naturze surowca przecież niewiele zrobicie. Wielu głównych składników nie da się po prostu kupić w sklepie. Ich pozyskanie wymaga wiedzy, sprytu, lecz rzadko pieniędzy. Czasem potrzeba detektywistycznych umiejętności, żeby odszukać dobre miejsce, w którym rośnie nasze potrzebne zielsko, a czasem akrobatycznych, żeby tam wleźć, zebrać surowiec, a jeszcze się przy tym nie zabić, spadając na kark. Obróbka i przygotowanie wielu owoców, kwiatów czy liści uczy cierpliwości, dokładności i daje możliwość rodzinnej współpracy. Przyznajcie, niewiele jest prac, które cała rodzina robi wspólnie. A w czyszczeniu czy przebieraniu zebranego surowca pomóc mogą nawet najmłodsi. Nie będę ukrywał, że mnie jednak interesują głównie walory smakowe i towarzyskie nalewek.

Smaki są niepowtarzalne, charakterystyczne dla każdej rośliny. Poza tym to nalewkarz sam decyduje, jak skomponować swoje nektary. Jasne, są gotowe przepisy, trzeba z nich skorzystać. Po jakimś czasie możecie spróbować samemu coś zmienić, poprawić, ulepszyć. Ani podane w przepisach składniki, ani ich proporcje nie są święte. Jeśli Wam coś wyjdzie za słodko (kwaśno, gorzko czy ostro), następnym razem można przecież postąpić inaczej. No i samemu można poeksperymentować, by zmienić kolor, mętny lub nudny, wyostrzyć ulubione smakowe nutki, dodać bądź ująć mocy, przerobić coś nieudanego na coś genialnego.

Jeszcze większej cierpliwości trzeba się nauczyć, kiedy nalewka dojrzewa. Niektóre potrzebują kilku dni, inne tygodni, większość miesięcy, zaś bywają i „oporniki”, którym potrzeba kilku lat dla osiągnięcia pożądanego efektu. Ale kiedy już nasze cudo dojrzeje, przychodzi pora na nagrodę. Jak to fajnie, kiedy siądą z Wami goście do stołu, by posmakować (koniecznie w małym kieliszku, malutkimi łyczkami i w niedużych ilościach!) jakiejś tajemniczej mikstury, zrobionej własnoręcznie przez dumnego gospodarza domu… Który zresztą próbuje gości namówić na odgadywanie: – No i z czego to jest? Nie bójcie się, zawsze w końcu z dumą wyzna, jaką wspaniałość zamknął w butelce. I na pewno z ochotą, kiedy goście pochwalą jego dzieło, wręczy wielkodusznie ładną butelkę pyszności w prezencie. I to jakim – takiego czegoś nie dostaniecie już nigdy, nigdzie i od nikogo!

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Do konkretów, dziś chcę namówić Was na roślinę i cudowną, i łatwo dostępną zarazem. CZARNY BEZ! Choć obecnie rośnie prawie wszędzie, niemal jak chwast, niewielu na niego nawet spogląda. Szczególnie o tej porze roku, bo przecież nie ma teraz owoców, charakterystycznych czarnych jagódek, zebranych w baldachach. Rzeczywiście, nie ma, ale ma coś znacznie lepszego: KWIATY! To z nich zrobicie dwa wspaniałe przetwory, które tu pragnę zarekomendować – syrop oraz nalewkę. Właśnie w tej kolejności. Syrop jest po pierwsze znacznie prostszy do zrobienia i ma szersze zastosowanie. Nalewka jest przede wszystkim dla koneserów. Możemy też obie delicje zrobić na raz, za jednym zamachem.

Najpierw skąd brać surowiec i jak go pozyskać? Jak wspomniałem, czarny bez rośnie wszędzie: w mieście i poza nim. Radzę oczywiście wyjść z miasta (właściwie w dowolnym kierunku), bo tam jest czyściej, bez spalin i zawartego w nich ołowiu, który raczej zdrowy nie jest.  Wybierajmy takie drzewa, które rosną w miejscach jak najbardziej oddalonych od dróg. Kwiaty, wbrew nazwie rośliny, są białe jak śnieg. Trzeba je zbierać zawsze w suchy dzień, o ile można rano lub do południa, najlepiej 2-3 dni po deszczu, który spłukał z nich kurz i brud. Po zebraniu nie będziecie już mogli baldachów umyć, bo wypłuczecie z nich niezbędny pyłek. Bierzmy te kwiatostany, które mają świeży jasny kolor i są w początkowej, a nie w końcowej fazie kwitnienia. Przekwitające baldachy nadadzą bardziej cierpkiego lub gorzkiego smaku syropowi lub nalewce, a przecież nie o to nam chodzi.

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dodam, że należy unikać gałęzi, na których usadziły się mszyce. Uwielbiają one czarny bez i czasami aż oblepiają kwiaty i liście czarnym kożuchem. Krzywdy nam nie zrobią, ale przecież nie chcemy zrobić nalewki z mszyc, prawda? Po prostu weźmy czyste kwiatostany, a mszyce omijajmy. Bierzmy duże, w pełni rozwinięte baldachy, obcinając je najlepiej nożycami. Już w domu rozłóżmy je na papierze lub płótnie, by pozbyć się nieproszonych gości – owadów czy pająków. Lepiej w tym celu kwiatów nie wytrząsać, bo wypada z nich cenny pyłek. Aha, na końcu policzmy ile kwiatostanów zebraliśmy, bo w przepisach podaje się ilość baldachów i do niej stosuje się proporcje innych składników.

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Surowiec powinien być przerobiony TEGO SAMEGO DNIA. Ścięte kwiaty szybko żółkną lub ciemnieją, a nawet mogłyby zacząć się psuć, co zawsze wpłynęłoby negatywnie na końcowy efekt. Niektórzy wprawdzie przechowują kwiaty przez noc w lodówce, jeśli nie mają czasu na robienie przetworów tego samego dnia, lecz pogorszy to ich jakość. Można też kwiaty (o ile się da, bez zielonych gałązek) zalać odrobiną soku z cytryny z dodatkiem cukru i pozostawić lekko przykryte w lodówce. Znów dodam, że ze stratą jakości. Więc po co? Zatem przygotujmy pozostałe składniki już wcześniej, nie zapominając też o niezbędnym sprzęcie. A są nim duże słoje, w których będziemy robić nasze transformacje. Ja mam do tego szczelnie zakręcane 5-litrowe słoje z szerokim otworem, co znacznie ułatwia wszystkie operacje.

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć
Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Słój kwiatów przygotowany do zalania Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

Słój kwiatów przygotowany do zalania
Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

A to już zalane słoje przed odcedzeniem Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A to już zalane słoje przed odcedzeniem
Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A teraz przepisy. Najpierw będzie syrop. Wykorzystacie go przede wszystkim do rozcieńczania wodą, co już wystarczy, by otrzymać wspaniały napój. Jeśli dodacie lodu i listek mięty do wody gazowanej – otrzymacie świetny bezalkoholowy orzeźwiający koktajl na lato, o oryginalnym smaku. Można też syrop dodawać do prawdziwych koktajli (mniej lub bardziej procentowych), ciast, deserów czy lodów. Uwaga: to jest BARDZO SŁODKI syrop. Trzeba go brać malutko, ostrożnie i z umiarem. Oczywiście jest wiele wariantów tego przetworu, lecz podam Wam swój wypróbowany.

Syrop z kwiatów czarnego bzu

30-40 baldachów czarnego bzu

2 kg cukru

4 dag kwasku cytrynowego lub sok z 1 średniej cytryny (lepiej!)

1 litr przegotowanej zimnej wody

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach
Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Bezpośrednio nad naczyniem w którym będziemy przygotowywać syrop,  odcinamy kwiaty tak, by było jak najmniej części zielonych. Im więcej jest kwiatów, tym mocniejszy będzie syrop, jednak nawet z kilkunastu dużych baldachów wyjdzie całkiem niezły. Kwiaty delikatnie przyciskamy w naczyniu, zalewamy wodą, wsypujemy kwasek lub wlewamy sok z cytryny. Płyn powinien zakryć kwiaty całkowicie, więc można je obciążyć. Naczynie zamknąć, odstawić na 2-3 dni w ciemne miejsce. Warto codziennie przemieszać zawartość słoja. Później filtrujemy ją przez gazę lub grube płótno. Otrzymamy żółtawy płyn, do którego w większym garnku wsypujemy powoli cukier. Należy go dodawać powoli, stale ucierając. To ważna faza, bo cukier z biegiem czasu rozpuszcza się coraz trudniej. Musi go jednak być dużo, bo tak robiony syrop nie będzie pasteryzowany, a stać będzie mógł długo i się nie zepsuje. Pod koniec, gdy płyn nie chce już przyjmować cukru, można dolać kieliszeczek wody. Starać się trzeba jednak wkręcić cały cukier do płynu. Im więcej, tym lepiej. 

... choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

… choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Następnie dokładnie filtrujemy syrop i przelewamy do wyparzonych butelek z drucianym zamknięciem (takie lepsze) lub szczelnie zamykanych na zakrętkę. Przechowuję zawsze w piwnicy (bo mam nieogrzewaną!), ale można też w lodówce. Po otwarciu syrop trzymamy w lodówce, bo w cieple może zacząć fermentować. Tak zrobiony syrop nigdy jeszcze mi się nie zepsuł, nawet stojąc cały rok! Na dnie butelek może tworzyć się osad, a i w szyjce butelki na wierzchu też może pojawić się cieniutki „korek”. To całkiem naturalne i niczemu nie przeszkadza. Po jej otwarciu delikatnie go zdejmujemy, by nie dostał się do produktów, które będziemy syropem zaprawiać.

Teraz nalewka. Będzie mocna, działająca napotnie i rozgrzewająco, więc nigdy nie można z nią przesadzić w konsumpcji. Natomiast kiedy przyjdziecie do domu zimą zmarznięci lub z przemoczonymi od chlapy nogami, wlejcie sobie pięćdziesiąteczkę i wypijcie małymi łyczkami. Niejednego uratowało to przed przeziębieniem, zaś smak wiosny, który sobie przypomnicie, to dodatkowa frajda.

Nalewka z kwiatów czarnego bzu „Bzik”

50-60 baldachów kwiatów czarnego bzu

2 cytryny (20 dag)

2 limety (20 dag)

50 dag cukru

1 l wody

1 l spirytusu 96%

1 płaska łyżeczka sproszkowanego  suszonego korzenia arcydzięgiela (do nabycia w sklepach zielarskich)

Z wody i cukru ugotować syrop i odstawić do przestygnięcia. Cytryny wyszorować namydloną szczoteczką, opłukać gorącą wodą, pokroić w cienkie plastry i wybrać pestki. Do wyparzonego wrzątkiem słoja włożyć kwiaty czarnego bzu, przekładając plastrami cytryny. Zalać syropem, przykryć słój pergaminem i postawić w nasłonecznionym miejscu na 10 dni. Codziennie sprawdzać, czy sok nie fermentuje (wyraźnie widać wtedy bąbelki gazu na powierzchni). Jeśli tak, należy zawartość słoja przemieszać wyparzoną łyżką. Po 10 dniach sok przecedzić przez sito wyłożone gazą, połączyć ze spirytusem, wymieszać, dodać sok wyciśnięty z limet. Przelać do litrowych butelek, do każdej wsypując pół łyżeczki arcydzięgiela, odstawić na miesiąc w ciemne miejsce. Należy co 3-4 dni potrząsać butelkami. Później przez 2 tygodnie zostawić butelki w spokoju, żeby płyn się sklarował. Potem ostrożnie zlewamy płyn, żeby nie wzburzyć osadu. Osad oddzielnie przesączamy przez gęsto złożoną gazę (jak do jałowych opatrunków), położoną na dnie sita. Ja stosuję do tego duży lejek, do którego do dzióbka wkładam „korek” z gazy. Potem cały uzyskany płyn ponownie powoli przesączam przez gazę (jak wyżej, przez korek wsadzony do dzióbka lejka) do słoja. Nie ma lecieć ciurkiem, tylko kapać, wtedy będzie idealnie klarowny. Później przelewam nalewkę do butelek, które odstawiam jeszcze na miesiąc do piwnicy. Po tym można ją już pić. Jak każda nalewka, im dłużej stoi, tym jest lepsza.

"Bzik" z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów) Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

„Bzik” z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów)
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jak widać na zdjęciu, z różnych lat nalewka ma różne kolory. To raczej wynik moich eksperymentów z obróbką zerwanych z drzew kwiatów, niż rezultat długiego leżakowania. Ciemniejszy kolor w środkowej butelce (najstarszej) pochodzi przede wszystkim od zielonych ogonków liściowych, których kiedyś dawałem więcej. Nowsze nalewki, robione dwa lata temu i w zeszłym roku, są jaśniejsze, bo ogonki obcinałem dokładniej. I tak jest lepiej – smak jest delikatniejszy, szlachetniejszy.  

I to by było na tyle. Śpieszcie się, czarny bez już jest prawie idealny do zebrania, a czekać przecież nie będzie. Za pierwszym razem możecie spróbować na niewielkiej próbce, żeby sprawdzić wiarygodność mojej reklamy. Później, w następnych latach, zrobicie sobie tyle, ile dusza zapragnie. Dacie spróbować znajomym, przekażecie im przepisy, nauczycie ich robić, a oni nauczą innych. I zapewne będziecie z utęsknieniem czekać na kolejny początek czerwca, żeby przygotować zapasy na następny rok. Zaręczam. Jak inaczej przetrwacie długą jesień i zimę bez zakonserwowanej w nich wiosny?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wiosenny reportażyk fejsbukowo zainspirowany

15 maj
Krokusy kwitną wiosną Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Krokusy kwitną wiosną
Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Nie będę ukrywał, do przygotowania dzisiejszego wpisu zdopingował mnie sam pan Burmistrz Robert Krupowicz. A konkretnie jego fejsbukowy profil, na który niedawno zupełnie przypadkiem się natknąłem, szukając przez Google ładnych zdjęć wiosennych. – Jak to przypadkiem? – zapyta ktoś ze zgrozą. – To ty nie czytasz najważniejszego gminnego źródła informacji?! Człowieku, żółta kartka! Skąd ty, mamucie jeden, bierzesz wiedzę? Pewnie dlatego ciągle taki niedoinformowany jesteś, panie radny!

No dobra, już któryś raz ze skruchą wyznaję, że świat Facebooka mnie nie pociąga. Jakiś wcześniej urodzony jestem, w czasach, kiedy rozmawiało się face to face (twarz w twarz), a nie przez fale Internetu. Przyzwyczaiłem  się też, że w takiej zwykłej rozmowie widzę czyjąś twarz, a nie „face”; że ktoś do mnie mówi, a nie skąpo cedzi telegraficzne półzdanka. A tak naprawdę nie ma nic do mnie, lecz popiskuje do całej uśrednionej fejsbukowej ludzkości, która niczego dłuższego niż dwie linijki nie czyta. Zresztą wcale nie ma czytać – ma lajkować, do tego cały wysiłek pisarski zmierza. Sztuczne to dla mnie jakieś, płytkie i schematyczne, na siłę przyjazne, ekshibicjonizmem mi pośmierduje, lizusostwem i sztampą. No, ale o co się obrażać? Świat jest już inny, zasady ma takie i albo się dostosujesz, albo cię nie ma.

Po prawdzie, próbuję się dostosować, ale ciężko mi idzie. Przykładem ten blog. Przecież blog to forma komunikacji już z tego stulecia a nie z omszonej historii, którą tak namiętnie wspominam. I co z tego? Nie ma w nim miejsca na lajkowanie i klikanie w kwadracik, a jak ktoś chce pochwalić, to musi sam coś napisać. Jak się poza tym mają moje długaśne wpisiska do normalnego ludzkiego bloga? Kto ma dziś czas trzy dni pisać tekst? No i kto ma go czas czytać? Stąd ze zdumieniem konstatuję, że jednak czasem jacyś czytacze zaglądają w moje „powieści”… Też pewnie starożytni jak ja. Do dzisiejszych czytelników trzeba krócej, częściej, bez wielokrotnie złożonych zdań, jak do normalnego fejsbukowego ludzia. Tak, jak u pana burmistrza poduważyłeś, blogerze antyczny. Masz wzór, to się ucz!

Ohudzki Ryszard, prezes, klubu "Tęcza" zresztą Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Ochódzki Ryszard, prezes, klubu „Tęcza” zresztą
Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Jak powiedziałem, na burmistrzowską „twarzową książkę” trafiłem, szukając wiosennych obrazków. Konkretnie krokusów. Zaraz o nich jeszcze powiem, ale najpierw parę słów o tej „twarzowej książce”. Idealna, poważnie! Dużo, krótko, często, na temat, z obrazkami (ładnymi!), z czarem i talentem. Jest co lajkować, z czego skwapliwie korzystają liczni wielbiciele. Sympatyczna twarz u wejścia (jak pamiętam – fotka z poprzednich wyborów; oczywiście z drugiego plakatowania, bo ten pierwotny Krupowicz patrzący ciężkim wzrokiem Wielkiego Brata był wyjątkowo nieudany). I uroczy tytuł: „Twój Burmistrz Goleniowa”. Oczywiście nikogo z lubiących nie podejrzewam o chęć przypodobania się, jak trener Jarząbek jakiś, co do szafy śpiewał peany Ochódzkiemu Ryszardowi, klubu „Tęcza” prezesowi. Szczególnie zaś nie podejrzewam pracowników Urzędu Gminy i Miasta. Oni po prostu szefa znają i wiedzą, co lubi, a czego nie. Jakiś malkontent mógłby marudzić, że w tytule powinno być „Burmistrz Gminy Goleniów” (taki tytuł zgodnie ze wszystkimi zasadami ma nasz burmistrz), ale o co się czepiać? Trochę dobrej woli, proszę, licentia poetica i tyle.

Inny malkontent mógłby czepić się tych ładnych obrazków. Nie, że ładne, tylko że nie wiadomo, skąd się wzięły. Po prostu brak nazwisk fotografów, zaś jest fizycznie niemożliwe, by właściciel profilu (pan Robert Krupowicz) robił zdjęcia sam. On po prostu na nich JEST. Zachodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że autorem bardzo wielu fotek jest pewien znany goleniowski reporter, pracujący za nasze składkowe (z podatków!) pieniądze na nieurzędniczym stanowisku w goleniowskim magistracie. Burmistrz zatrudnił go tam, by mu jakoby świadczył pomoc w kontaktach z mediami społecznościowymi. Sądzę, że użycie fotografii tego autorstwa da się wytłumaczyć w jakiś prosty sposób: być może reporter z czystej sympatii odstępuje nieodpłatnie smaczne obrazki na prywatny profil burmistrza. A że jest skromny, to i autorstwa nie podaje do publicznej wiadomości. Ludzka i sympatyczna relacja „dobry szef – wdzięczny pracownik”, tak powszechnie wszędzie spotykana. Skromność ma reporter w ogóle we krwi, gdyż innych zdjęć, wykonanych służbowo i zamieszczanych na stronie www.goleniow.pl (oficjalnej stronie gminy Goleniów) także nie podpisuje nazwiskiem. To akurat rozumiem, przecież robi to w ramach obowiązków, w godzinach zapłaconej pracy, jako pracownik Urzędu.

W takim razie, znów zapyta malkontent, w jakich godzinach robione są zdjęcia do burmistrzowskiego profilu? Przecież pokazują burmistrza przy pracy? Oj tam, oj tam… Nie szukajmy wszędzie taniej sensacji. Mistrz aparatu pewnikiem w chwilach robienia prezentowych fotografii dla swojego pryncypała bierze bezpłatny urlop. A kto nie rozumie twórczego połączenia prywaty i obowiązków służbowych, nie rozumie nic z nowatorskiego traktowania stanowisk doradców i asystentów przez Naszego Burmistrza Goleniowa. Nadając zakres obowiązków swemu asystentowi, takie działanie miał burmistrz w intencjach i wszystko jest okej. Miał asystent pomagać w kontaktach z mediami społecznościowymi – i pomaga. Na razie z jednym – z prywatnym fejsbukowym profilem burmistrza, który jest jako żywo medium społecznościowym. Miał „opracować i realizować system komunikacji społecznej” – i wdrożył go, przez tenże profil burmistrza. Miał „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy” – i właśnie twórczo wdraża to w życie poprzez „twarzową książkę” pana Roberta Krupowicza.

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu... Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu…
Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Jeszcze inny malkontent (kurczę, skąd oni się tak biorą stadami?) zaskrzeczałby, że ten sam reporter, ale już jako pracownik innego zakładu, opłacany przez innego pracodawcę, zawzięcie tępi przejawy propagandy sukcesu innego z burmistrzów naszego Powiatu Goleniowskiego. I słusznie! Bo oni tam temu niefajnemu i niesympatycznemu, a poza tym całkowicie niewłaściwego pochodzenia politycznego włodarzowi, Wydział Propagandy w urzędzie zrobili! Kadzą mu, z każdego drobiazgu rozdmuchują kopę siana, zdjęcia seriami puszczają na portalu gminy, gazety o nim piszą i poematy układają, lizusy jedne! Ten malkontent mógłby twierdzić, że nasz reporter, pracując na dwóch etatach w dwóch różnych zakładach pracy, sam w nich tworzy jednoosobowy wydzialik propagandy. Oczywiście nie zauważa, że tym razem słuszny i fajny, znacznie inteligentniej i mniej ostentacyjnie głoszący chwałę szefa, nie siejący siary prymitywnym piarem, delikatnie i z umiarem tylko głaszczący Naszego Burmistrza Goleniowa. Tak delikatnie i mięciutko, jak ten przed wojną reklamowany środek na przeczyszczenie, co to miał działać łagodnie podczas snu cierpiącego na zaparcie delikwenta.

I jeszcze jednego malkontenta dopuszczę na koniec do głosu, który marudzi mi od dawna, że może jacyś ludzie pracujący u tego niesłusznego burmistrza po prostu mają w zakresie obowiązków taki punkt, jak nasz asystent: „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy”. Przyznam, że mi to też przez głowę przeleciało, ale z powodu rażącej niedorzeczności porównywania Naszego Burmistrza Goleniowa z kimkolwiek przegoniłem tak głupie myśli natychmiast. A tych wszystkich malkontentów też już wyganiam z niniejszego wpisu. Nic tu dziś nie macie do roboty, zawistnicy!

- Ty, autor, gdzie krokusy? No te, co cię niby zainspirowały? I gdzie tytułowy wiosenny reportażyk? Bo się chyba już nie doczekam i idę grillować kaszankę! Przepraszam, już nadganiam, trochę mnie ci malkontenci w bok ściągnęli. Otóż tam krokusy ładne były, na burmistrzowskim profilu, w marcu. Bo marzec mi się najbardziej w tym wszystkim spodobał. Milusi był bardzo, z dwóch powodów nawet. To jeszcze Wam tylko te dwa powody przedstawię, i jadę do reportażyku.

Za cukierka dam się nawet pogłaskać - rozsądna decyzja Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Za cukierka dam się nawet pogłaskać – rozsądna decyzja
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Pierwszy powód uroczy – dzieciaczków tłum przecudnych. Głaskał je pan burmistrz i buział 9 marca w „Misiowym Przedszkolu”, umilając im czas czytaniem bajek, później 16 marca psuł zęby cukierkami uczniom II klasy Szkoły Podstawowej nr 2, a jeszcze 23 marca spędzał urocze chwile z przedszkolakami z „Bajkowej Akademii”, którym zdradzał tajniki zawodu burmistrza. To ostatnie mi szczególnie zaimponowało: już dziś sięgać do tak głębokich rezerw kadrowych! To zapowiada długie rządzenie Nam Miłościwie Panującego, bo zanim ten świeżo wyszkolony narybek dojdzie do dorosłości, żeby go w końcu zmienić na fotelu, jeszcze co najmniej pięciu kadencji będzie potrzeba.

Dzieci przyszłością narodu - w elektorat trzeba najpierw zainwestować Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Dzieci przyszłością narodu – w elektorat trzeba najpierw zainwestować
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi Skan: Ireneusz Zygmański

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi
Skan: Ireneusz Zygmański

Z piarowych dziecięcych podpórek politycy korzystają zawsze chętnie, niezależnie od ustroju i przekonań politycznych. Nie chce mi się tej tezy udowadniać szczegółowo, bo musiałbym pokazać całe hordy małych dziewczynek w strojach krakowskich, noszonych obficie na rękach przez różnych starszych panów, i tabuny nieletnich chłopiąt głaskanych po ulizanych główkach z troską o naszą przyszłość narodu. Jako niepoprawny filatelista posłużę się tylko jednym przykładem znaczka wydanego przez Pocztę Polską 1 czerwca 1952 roku z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Widzimy na nim ukochanego Ojca Narodu, Prezydenta naszego ówczesnego, towarzysza Bolesława Bieruta, idącego po ukwieconej łące za rączkę z grupką sympatycznych dziewcząt. Tak mi się jakoś ten obrazek skojarzył, nie wiedzieć czemu… Na marginesie dodam tylko, że projektant znaczka musiał posłużyć się fotomontażem, ale to już inna historia.

No i w końcu drugi powód szczególnej sympatyczności miesiąca marca na burmistrzowskim fejsbuku – krokusy! Bo właśnie w marcu, konkretnie 21., pan Burmistrz zarządził w Goleniowie wiosnę. Jak dobrze, że to zrobił, bo inaczej wiosna pewnie by Goleniów ominęła łukiem szerokim, zapominając nastąpić. I żeby ją specjalnie do nas zaprosić, pan Robert Krupowicz zamieścił te śliczne wiosenne kwiatki. Ach, któż zrobił krokusom tak przecudne portrety? Cymes! Niestety, autorstwo zatajono, a szkoda. I dobrze się stało, że burmistrz musiał powtórzyć zaklinanie wiosny jeszcze raz 26 marca, bo ona (mimo jej urzędowego zarządzenia!) coś się do nas jednak nie kwapiła. Ponownie zamieszczone zdjęcia z krokusami zadziałały (autor!) i w końcu wiosna przyszła. No i ją mamy!

Wiecie, wiosna jest w tak oklepany i banalny sposób piękna, w tak jednoznaczny sposób przez wszystkich wyczekiwana, tak wytęskniona, że jej przyjście jest także oczywistością. Niby czekamy i czekamy, tęsknimy, gotujemy się na pierwsze słońcem ozłocone wiosenne dni, lecz kiedy upragnione przychodzi, nigdy nie zdążymy się nim nacieszyć. A później cały rok znów żałujemy, że jakiś kolor czy zapach wiosny nam umknął, że zakrętasy płatków któregoś kwiatka przegapiliśmy, że znów zapominamy o odurzającej woni majowej nocy. Gdyby tak móc sobie wiosnę zawekować na później, po kawałku, w malutkich słoiczkach i buteleczkach, na długie szare dni i ciemne wieczory zimowej posuchy…

Te zabiegi zaklinania wiosny tak mnie właśnie rozczuliły, że postanowiłem śledzić jej codzienne postępy. Wszystko działo się oczywiście w Goleniowie, w promieniu 300 metrów od mojego domu. Czyniłem inwestygacje regularnie od kwietnia aż do dziś, czego wynikiem będzie właśnie zapowiedziany reportaż. Może właściwiej byłoby go nazwać „Sprawozdaniem z Postępów Wiosny, zarządzonej 21 marca 2016 r. przez Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza”. Jemu to bowiem, w hołdzie za naprawdę fajny profil fejsbukowy, niniejsze dzieło dedykuję.

A teraz już pora na skorzystanie z nauki: jak najmniej słów, jak najwięcej obrazków. Zrobiłem je wszystkie sam, może niezbyt fachowo, zwykłym telefonem, lecz mam nadzieję, że z niech wiosna sama do Was przemówi.

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.  Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.
Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Goleniowska specjalność - alejka japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Goleniowska specjalność – alejka japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”. Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński - niespodzianka - jest złoty.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński – niespodzianka – jest złoty.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:  Ireneusz Zygmański,14.05.201

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:
Ireneusz Zygmański,14.05.201

Życie kwiatów jest krótkie - tyle zostało z japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Życie kwiatów jest krótkie – tyle zostało z japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Belfer pouczony, czyli czemu warto robić błędy ortograficzne

02 maj
Belfer w akcji Rysunek: www.wmfp.pl

Belfer w akcji
Rysunek: www.wmfp.pl

W środę 27 kwietnia, w trakcie XIX sesji Rady Miejskiej, jakoś tak całkiem mimochodem, Wasz sprawozdawca nauczył się czegoś. Jak zwykle w sposób najpowszechniej w przyrodzie występujący, na błędach. Wyrywam tę anegdotkę spośród wielu interesujących kwestii, które na tej sesji były poruszane, gdyż ma ona lżejszy kaliber niż te inne sprawy. O nich napiszę  następnym razem, za kilka dni. Cóż zatem się stało, jakie to błędy popełniłem i czego się na nich nauczyłem? Było tak…

Najpierw Wasz sprawozdawca zabrał głos w punkcie 3 porządku dziennego, czyli „Przyjęcie protokołu z posiedzenia XVIII sesji Rady Miejskiej odbytej w dniu 30 marca 2016 r.” Stwierdziłem, że poza jedną uwagą ortograficzną, które robią się już, niestety, nieco tradycyjne, nic do poprzedniego protokołu istotnego nie mam: – Instruktaż” pisze się przez „ż” – dokładnie tyle powiedziałem. Następnie od razu spytałem Przewodniczącego Rady, Łukasza Mitułę, czy w tym punkcie porządku mogę zgłosić uwagę odnośnie poprzedniego protokołu, z sesji XVII, który zatwierdzono 30 marca. Pozwolił mi, więc wyjaśniłem, o co mi chodzi.

Otóż na poprzedniej sesji w tym punkcie odbyła się polemika między Przewodniczącym Mitułą a radnym Czesławem Majdakiem, który nie zgadzał się z treścią protokołu z sesji XVII z 24 lutego. Jego zastrzeżenia nie dotyczyły słów, które można byłoby sprostować prostym zapisem, lecz opisu działań, jakie nastąpiły w punktach odnośnie przyjęcia taryf za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków. Po zawiłej dyskusji ze współudziałem radcy prawnego radny Majdak stwierdził wtedy, że złoży do protokołu zdanie odrębne. Po sesji pismo kolegi Czesława rzeczywiście wpłynęło, możecie je sobie sami przeczytać.

Zdanie odrębne radnego Czesława Majdaka do protokołu z XVII sesji RM

Zostało radnym przekazane w pakiecie kilkudziesięciu pism skierowanych do Rady między sesjami. Ja natomiast zauważyłem, że w treści protokołu z XVII sesji wciąż nie widnieje na ten temat żadna wzmianka. Jak więc ktoś może wiedzieć o tym zdaniu odrębnym, jeżeli protokół go nie zawiera?

Tu dodam poza nawiasem, że tak zwane „zdania odrębne” nie są w protokołach z obrad ciał kolegialnych żadną nowością czy dziwnym wymysłem. Pozwalają w cywilizowany sposób uwidocznić, że ktoś się z jakimiś stwierdzeniami nie zgadza, a mimo to może podpisać (czy zagłosować) cały protokół, którego innych części nie kwestionuje. Zdania odrębne powinny mieć odzwierciedlenie w treści protokołów, choć praktykowane są różne sposoby zapisywania takich zdarzeń. Niektóre protokoły zawierają zdania odrębne po punktach, przy których nastąpiła kontrowersja, inne mają o tym uwagi na końcu, inne traktują je jako załączniki (wtedy wspomniane w treści protokołu i wymienione na liście załączników). Dziś często, z uwagi na publikację protokołów poprzez Internet, obserwuje się praktykę zamieszczania zdania odrębnego w tym samym folderze, w którym znalazł się protokół, z wyraźnym zaznaczeniem w tytule pliku, że chodzi o zdanie odrębne do konkretnego protokołu. Żadnej z tych praktyk jednak w tym przypadku nie zastosowano.

Dość dziwnie zachował się Pan Przewodniczący po tym moim głosie. Zapytał o coś po cichu siedzącego obok kierownika Biura Rady Miejskiej, a kiedy ten pokiwał głową potakująco, do mikrofonu powiedział coś takiego: „To jest ujęte w protokole”. Nie chciałem ciągnąć tematu w nieskończoność, więc dałem sobie spokój. – A może w naszej Radzie znaleziono jeszcze inny sposób włączenia zdania odrębnego do protokołu? – pomyślałem z podziwem. – Gapowaty jesteś Zygmański, to nie znalazłeś – dodałem sobie w myślach.

Jeśli jesteście Państwo bardziej spostrzegawczy ode mnie, pomóżcie, błagam. Bo ja jednak (mimo kilku prób prowadzonych do chwili obecnej włącznie) tego zdania odrębnego kolegi Czesława w protokole z XVII sesji Rady Miejskiej z dnia 24 lutego nie odszukałem. Dla znalazcy funduję nagrodę rzeczową.

Nie pouczaj mistrza Zdjęcie: www.memy.pl

Nie pouczaj mistrza
Zdjęcie: www.memy.pl

I co, tyle anegdoty? A gdzie obiecana nauka na błędach? Już, momencik. Otóż w przedostatnim punkcie sesji, czyli „Informacje o działalności między sesjami Przewodniczącego Rady”, pan Mituła zwrócił się bezpośrednio do mnie z dość długą przemową, którą niniejszym streszczam. Otóż miał do mnie pretensje, że zgłaszam swoje ortograficzne uwagi pod adresem protokołów z sesji. Brzmi to jego zdaniem jak popisy, które w żaden sposób nie są konstruktywne, a popularności u wyborców raczej radnemu nie przysparzają. Przecież pisanie protokołów proste nie jest, samo ich odsłuchanie bywa skomplikowane. Zapisanie wszystkiego wymaga dużo czasu i uwagi. A radny Zygmański, jakby tego nie zauważając, krytykuje publicznie pracę pań z Biura Rady Miejskiej prowadzących protokół, co jest dla nich przede wszystkim nieprzyjemne. Ponadto w tym konkretnym przypadku radny Zygmański pozwolił sobie na złośliwe krytykowanie nie mając racji. Otóż jak przy współudziale Pana Przewodniczącego sprawdzono, wyraz „instruktaż” można zapisać zgodnie z regułami języka polskiego na dwa sposoby, czyli także jako „instruktarz”. Wtedy ma on znaczenie „regulamin”, a radny Zygmański w takim właśnie sensie mówił na sesji. I jeszcze pan Przewodniczący zaapelował do radnego Zygmańskiego, żeby po pierwsze przed przystąpieniem do krytykowania skorzystał ze słownika języka polskiego, a ponadto jeśli już coś tam znajdzie, niech takie uwagi zgłasza dyskretniej, poza sesją, najlepiej wprost do osoby prowadzącej protokół.

Pan Przewodniczący mówił głosem spokojnym, opanowanym, z miną pewną, tonem spokojnym i bez agresji. Nie używał słów napastliwych, raczej zwracał się jak cierpliwy rodzic do rozgrymaszonego dziecka, któremu trzeba objaśnić sprawy oczywiste. Dziecka bić nie wolno, trzeba je wychowywać. Tak też zadziałał pan Mituła.

Dobrze, że mówił tak długo, bo w ten sposób miałem więcej czasu na zastanowienie się i powstrzymanie nerwów. Wiecie sami, jak nas niesie do bitki, kiedy poddamy się emocjom. Najpierw ręka sama podskoczyła mi w stronę przycisku „ad vocem”, żeby złożyć wyjaśnienia i dać odpór niecnej napaści. Jednak z tokiem słów kolegi Przewodniczącego wróciła mi zdolność myślenia i przyszła prosta refleksja: – Odpuść radny Zygmański, gość ma rację.

Przede wszystkim nie chciałeś się panie radny czepiać trudnej roboty pań w BRM, a tak mogłoby to zostać odebrane przez obecnych na sesji. Dowód masz, tak to przecież zrozumiał pan Przewodniczący. A to nie tak, że nasze protokoły roją się od błędów ortograficznych. Jak na zazwyczaj długie teksty zdarzają się one wyjątkowo, sporadycznie. Wyraźnie widać, że panie protokolantki starają się bardzo sprostać krasomówstwu radnych. To po co się, belfrze jeden, czepiasz? Prawda, poprawki ortograficzne mogłem zgłosić poza sesją, wprost do autorek protokołu. Zapewne wtedy można było spokojnie uzgodnić, co mówiący miał na myśli. Pewnie dałoby się też wtedy zerknąć do słownika i przeanalizować jego wyjaśnienia. I w ten prosty sposób uniknąłbym wrodzonego obrzydzenia dla głosowania nad protokołem posiadającym jakiekolwiek usterki ortograficzne. Czyli rację ma pan Przewodniczący, zabieraj łapę z „ad vocem” i nie zawracaj głowy zmęczonym na końcu sesji kolegom.

Zdusiłem w sobie uwagi, że mi może jest też nieprzyjemnie wysłuchiwać publicznej reprymendy pana Mituły, na co dzień stosującego wobec mnie stałą zasadę zimnego wychowu i zachowującego się niezbyt elegancko. Przecież nie popieram stosowania takich metod. Jasne, mógłby skorzystać z własnej rady i powiedzieć mi to wszystko poza sesją. Bo przyganiał kocioł garnkowi… Jednak osoby z tak twardą tylną częścią ciała, jak moja, dużo silniejsze kuksańce do płaczu nie zmuszą. Nawet kąśliwe uwagi o działaniu jakoby „pod publikę”, dla poklasku wśród wyborców, puszczam mimo uszu jako zupełnie nielogiczne. Od kiedy to bowiem upierdliwiec, czepiający się błędów ortograficznych, mógłby liczyć na wzrost popularności wśród rodaków? Wolne żarty… Nie pierwszy to raz pan Przewodniczący raczy przypisywać mi jakieś intencje, zamiast twardo trzymać się faktów.

Tak piszą w słownik u o instruktażu Skan: Ireneusz Zygmański

Tak piszą w słownik u o instruktażu
Skan: Ireneusz Zygmański

Nie ma także znaczenia, że nadal twierdzę, iż z tym „instruktażem” mam jednak rację. Jak mogło powstać u Przewodniczącego wrażenie, że „radny nie sprawdził w słowniku”, nie wiem. Po prostu automatycznie wszystkie wątpliwości ortograficzne ZAWSZE sprawdzam w słowniku. Tym razem skorzystałem z „Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny” PWN z roku 2011, który słowo „instruktarz” wymienia w znaczeniu podanym przez pana Mitułę z wyraźną uwagą „przestarz.”. Tym skrótem (od słowa „przestarzałe”) oznacza się tam słowa dziś już nie używane, zabytki języka, wyrazy archaiczne. Czyli tak można było napisać w XIX wieku, a nie obecnie, w wieku XXI. Po sesji sprawdziłem jeszcze kilka innych słowników – rezultat ten sam. Znów sam sobie jestem winien. Trzeba było powiedzieć „regulamin” albo „instrukcja”, i wszystko byłoby jasne. Jak w klasycznym skeczu „Sęk” – staropolszczyzny mi się zachciało!

Ucz się, radny Zygmański, choćby od diabła. Dziękuję zatem, panie Łukaszu, za udzielony instruktaż, skorzystałem niezwłocznie. Przede wszystkim kupiłem kwiatki i poszedłem do Biura Rady. Grzecznie przeprosiłem autorkę protokołu za spowodowanie zupełnie niezamierzonych nieprzyjemności, usprawiedliwiłem swoje zachowanie belferskimi przyzwyczajeniami związanymi z wykonywanym na co dzień zawodem nauczyciela, obiecałem poprawę i bezproblemowe zachowanie w przyszłości. Myślę, że moje przeprosiny zostały przyjęte, na dowód czego objęliśmy się na koniec i wycałowaliśmy serdecznie.

Przyznaję, ta historyjka jest dla mnie ważna. O swojej ortograficznej nadwrażliwości wiem od dawna, chciałbym więc tą drogą pokazać jej skutki. Jest to cecha mojego charakteru przysparzająca kłopotów co niemiara, choć z drugiej strony także czasem przydatna. Wiem, jak trudny jest nasz język ojczysty, jak niełatwo się nim posługiwać, lecz ciężko mi się powstrzymać z wyjęciem czerwonego długopisu, gdy widzę rażący błąd. Skądinąd nigdy nie miałem osobiście pretensji do nikogo, gdy mnie kiedykolwiek poprawił. Bo parę razy zdarzyło mi się nieźle ortograficznie nabruździć. W formie gratisu podam Czytelnikom kilka prawdziwych przykładów i co z nich wyniknęło.

Rok 1975. Jako uczeń 8 klasy SP 2 w Goleniowie i świeżo upieczony laureat 3. miejsca w powiatowej olimpiadzie języka polskiego mam zaszczyt uczestniczyć w drużynie reprezentującej Goleniów w finale wojewódzkim. W pierwszej części pisało się wypracowanie na zadany temat, a uzyskujący powyżej 30 punktów przechodzili do części ustnej. Ja dostałem 29,5 punktu i nie wszedłem do tego etapu. Zrobiłem błąd w wyrazie „sierpień” (napisałem „śerpień”, co poprzedził kilkuminutowy namysł i wahanie, bo coś mi się tak zapisany wyraz od razu nie podobał, wygrało jednak przekonanie, że „przecież tak się mówi”), co kosztowało 3 punkty i zaważyło o moim odpadnięciu. Podobno komisja nawet długo dyskutowała, czy mi tego 0,5 pkt. gdzieś nie doliczyć, lecz słusznie trzymano się regulaminu. Skutek: wystarczyło tego błędu nie zrobić, a nasza drużyna wygrałaby finał wojewódzki. Do części ustnej weszło po jednym zawodniku z każdego powiatu; gdyby z Goleniowa obok koleżanki Brygidy (pozdrowienia dla pani doktor!) asystowała moja skromna obecność, mielibyśmy jako drużyna w sposób automatyczny największą ilość punktów. Kurczę, uciekło nam miejsce w historii! Pani Grzywacka, opiekunka zespołu, jeszcze wiele lat pytała mnie na ulicy, czy pamiętam jak pisze się „sierpień”? Oj, pamiętam i zawsze będę pamiętał. O olimpiadzie z 1975 roku już nikt nie pamięta, a „sierpień” pozostał.

Trochę później, już w „ogólniaku”, założyłem się z koleżanką (Dorotka, pozdrawiam i nie bądź już na mnie zła) o lody. Nie ukrywam, że ważniejszy był prestiż, bo tej rywalizacji parę osób kibicowało. Stawiać lody miał ten, kto pierwszy popełni 10 błędów, tym razem w mówieniu, więc raczej gramatycznych. Walczyliśmy coś już tydzień i wynik był 8:4 na moją korzyść. Już byłem w ogródku, już prawie lizałem te lody, kiedy jednego popołudnia… bum, w pół godziny 6 razy z rzędu powiedziałem „poszłem”. Oj, wiedziałem, że ma być „poszedłem”, ale wokół panoszył się ten nieznośny błąd, więc mimowolnie nasiąknąłem niepoprawnością. Skutek: przegrane lody (i to z babą!), zawalony autorytet u kolegów (co, ty z klasy „b” ośmieliłeś się przegrać – i to z babą! – z klasy „a”?). Od tego czasu już nigdy nie powiedziałem, że gdzieś „poszłem”. Jak przydałaby się podobna porażka wszystkim, którzy nadal nie wiedzą, że „poszedłem”…

Też w ogólniaku, na lekcji polskiego. Nasz nauczyciel (Tadeusz, pozdrowionka) miał zwyczaj szczegółowo omawiać poczynione przez nas na klasówkach błędy. Przy jednym dostałem ataku niepowstrzymanego śmiechu. Otóż koleżanka Gośka (Gosia, spoko, nie rozpoznają – mieliśmy przecież w klasie dwie Gośki) napisała kiedyś „zagatka”. Musiałem sobie chyba wyobrazić te „gatki”, za którymi coś tam miało być. Skutek: kiedy po wielu latach spotkaliśmy się, ja oczywiście „zagatki” już nie pamiętałem. Gosia pamiętała, co gorsza, nie mogła mi tego śmiechu nadal wybaczyć. Ale już nigdy tego błędu (jak przyznała) nie zrobiła.

Rok 1999. Pracuję jako Sekretarz Gminy, odpowiadam za różne rzeczy. Właśnie oddano do użytku nowy budynek Urzędu Gminy i Miasta. Burmistrz powierza mi zorganizowanie i skoordynowanie przeprowadzki. W jeden grudniowy weekend, praktycznie bezkosztowo i bez widocznych dolegliwości dla klientów, przy wielkim zaangażowaniu wszystkich urzędników (Mirek, pamiętasz swojego „żuka”, którym obróciliśmy w sobotę i niedzielę parę kursów?) przenieśliśmy całe wyposażenie, dokumenty i zainstalowaliśmy na nowym miejscu. Udało się zrobić wszystko, łącznie z wyprzedażą niepotrzebnych sprzętów w starym budynku na ul. Dworcowej, zmontowaniem równocześnie dostarczonych nowych mebli, skręceniem na śruby wszystkich nowych regałów w archiwum (to było w niedzielę w nocy, pamiętacie chłopaki ze Straży Miejskiej?), założeniem wszystkich do dziś służących tablic informacyjnych. No, ogrom przygotowań i wielka akcja logistyczna. Na pierwszej sesji Rady Miejskiej w nowej pięknej sali konferencyjnej (Jurek, pamiętasz jak z powodu awarii elektryczności najpierw włączyły się światła awaryjne, a za parę minut zapadły egipskie ciemności?) w charakterze pochwały posłużyła interpelacja jednego z radnych (ówczesnego upierdliwca, w którego roli ja obecnie występuję) na temat tablicy informacyjnej w holu. Jak byk widniało na niej „województwo zachodnio-pomorskie”, zaś powinno być oczywiście „zachodniopomorskie”. Oj najadłem się wstydu, i słusznie. Ktoś przecież powinien tego dopilnować. Skutek: tego samego dnia z tablicy osobiście zdjąłem kreseczkę. Błąd zniknął, mieszkańcy znają prawidłową nazwę swojego województwa, bo czysta kultura ortograficzna płynie do interesantów naszego Urzędu z tablicy informacyjnej. Tak powinno być.

Rok 2013. Piszę regularnie felietony w „Moim zdaniem” w „Gazecie Goleniowskiej”. Pewnego razu kończę nie jak zwykle w środę o 6.00 rano, co dawało jeszcze zawsze możliwość dokonania korekty przez obowiązkowo pierwszego czytelnika, czyli moją własną żonę, lecz później. Oczy zapuchnięte, nie mam już siły patrzeć w ekran. Muszę tekst wysłać na gwałt do redakcji, bo już poganiają, bez korekty. Wysyłam, idę na dwie godziny spać. Wieczorem siadam i czytam jeszcze raz chłodnym i wypoczętym okiem, a tam nazwa naszego kraju napisana tak: „polska”. Małą literą! Tekst w drukarni, na zmianę za późno, klęska. Przecież nigdy sobie tego nie wybaczę! W piątek kupuję gazetę, otwieram jak skazaniec, a tam… „Polska”! Kochana „Gazeta”, ktoś moje wypociny przed drukiem przeczytał i litościwie poprawił babola. Czy to pani, pani Tereso? Na wszelki wypadek z wdzięczności całuję po rękach. Skutek: już nigdy więcej nie puszczam niczego do druku bez akceptacji żony.

Takich anegdotek mógłbym jeszcze przytoczyć tuziny. O dystynkcjach „wyhawtowanych” na mundurach z regulaminu Straży Miejskiej, o pułapkach zastawianych notorycznie przez kolegów Józka czy Leszka. Co ja się im wszystkim namarudziłem, oj! Po pewnym czasie (oczywiście po przeminięciu pierwszego gniewu i ostudzeniu główek) zwykle mi dziękowano. Kończyło się zaś na tym, że musiałem robić korekty dziesiątek tekstów, które nic z moją pracą nie miały wspólnego. Znosili je ludzie z całego Urzędu, bo podobno za sprawdzanie tekstów odpowiadał… Sekretarz. Co czyniłem z wrodzoną belferską zawziętością, zaspokajając swoją ortograficzno-gramatyczną manię.

Moja wstrętna przypadłość zaczęła się chyba od kolegi, z którym siedziałem przez kilka lat w jednej ławce w podstawówce. Miał do ortografii stosunek zupełnie odwrotny niż ja – nienawidził jej szczerze. Dziś pewnie ktoś mądry by go zbadał i stwierdził wrodzoną dysleksję, dysortografię czy inne dysy, ale w barbarzyńskich czasach naszych wczesnych podstawówkowych lat mówiono po prostu, że jest śmierdzącym leniem i że nie chce mu się uczyć. Mój kolega zatem kosił całe pęki pał z języka polskiego. Piotrek (bo mu Piotr jest; pozdrawiam cię Piotruś serdecznie) nie tylko nie stosował żadnych pracowicie zapominanych reguł ortografii, ale w lekkim poważaniu miał też interpunkcję, gramatykę i wszystkie podobne głupoty. Za to nie lubił złych stopni, więc wpadł na prosty pomysł. Otóż ja, od początku lepiej z chińszczyzną-polszczyzną obeznany, miałem obowiązek z jego problemami walczyć. Więc na każdym jego wypracowaniu musiałem robić korektę, zasmarowując wszystkie bohomazy i poprawiając błędy. To samo było z klasówkami; najpierw musiałem szybko skończyć swoją, po czym zamienialiśmy się kartkami i długopisami, a ja zabierałem się za poprawę jego byków. Bywało, że nie zdążyłem wszystkiego zrobić, a wtedy pani od polskiego pytała Piotrka ze zdziwieniem: – Jak to z tobą jest? Na pierwszej stronie wypracowania nie zrobiłeś żadnego błędu, a na drugiej masz ponad 40 bykoli? Piotruś się czerwienił i coś tam bąkał pod nosem, a kończyło się ponownie pałą. Skutek: wina była oczywiście moja, bo poprawiałem zbyt wolno, na co Piotrek się nieraz z żalem skarżył

Dziś słyszę od niektórych uczniów, których uczę przecież angielskiego, że więcej dowiadują się na tych lekcjach o własnym języku niż o języku Szekspira. No, nie przesadzajcie. Po prostu wszystkie języki europejskie (za wyjątkiem fińskiego i węgierskiego) mają wspólne korzenie. Trochę polskiego na angielskim na pewno się przyda. Dodam, że jako belfer poprawiam wszystkich uczniów, kiedy jest na to pora, niemal odruchowo i bezmyślnie. Nigdy się na to nie obrażają, ale to przecież lekcje i uczniowie. Poza lekcjami pewnie by mi to tak gładko nie przeszło.

Wybaczcie mi jeszcze raz wszyscy, których pouczam i nauczam, poprawiam i naprawiam, koryguję i wyprowadzam z błędu. Pozwólcie mi to czasem robić, skoro taka moja natura. Nigdy nie czynię tego dla ośmieszenia czyjejś niewiedzy, a tylko tak, jak moja nauczycielska mania mi każe. Z wiarą, że lepiej błąd pokazać, bo na błędach też można się uczyć, skoro aż tak bardzo na nas bolą. I to by było na tyle. Bogusia, możesz mi sprawdzić nowy felieton?

 

Jak mylą pierwsze wrażenia, czyli po czynach ich sądźcie, nie po słowach

07 kwi
Liczą się czyny, nie słowa Zdjęcie: demotywatory.pl

Liczą się czyny, nie słowa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Pod koniec poprzedniego wpisu obiecałem napisać coś o kręgosłupie moralnym miłościwie nami rządzącego burmistrza Roberta Krupowicza. Nie dlatego, że takie mam hobby, że odczuwam głęboką potrzebę analizowania jaźni którejkolwiek osoby. Wręcz przeciwnie, prosty jestem człowiek, moja instrukcja obsługi mieści się na malutkim karteluszku, który żona powiesiła sobie 33 lata temu na lodówce ku codziennemu używaniu. Ludzi o osobowości dla mnie zbyt trudnej unikam raczej jak diabeł święconej wody. Cóż jednak czynić, kiedy ktoś się do nas garnie i gdzie nie postawię nogi, tam pan burmistrz? No i jego skomplikowany charakter, o który potykam się już od kilku lat.

Tak po prawdzie to jeszcze 6 lat temu pana Krupowicza wcale nie znałem. Pierwszym, który zwrócił mi na niego uwagę, był mój dobry znajomy przez wieki, Cezary Martyniuk. Wiem, znacie go też, dziennikarz „Gazety Goleniowskiej” od prehistorii, w stopce redakcyjnej stale uwidoczniony jako członek zespołu. Niektórym znany także od ubiegłego roku jako asystent burmistrza Roberta Krupowicza ds. komunikacji społecznej (cokolwiek miałoby to znaczyć). Oczywiście te dwie funkcje się absolutnie nie gryzą, wszystkie insynuacje na ten temat wepchnę z powrotem do gardeł podłym ludziom je głoszącym. W ostatnim akapicie zeszłorocznego artykułu prezentującego między innymi jego funkcję stwierdziłem, że będę uważnie przyglądać się jego pracy. Dzisiejszy wpis chyba też jest troszkę i o tym.

Zagadałem się, miało być o zwróceniu mojej uwagi na pana Krupowicza. No właśnie, przed rokiem 2010 wiedziałem tylko, że był Wojewodą Zachodniopomorskim przez niemal dwa lata (2005-2007), a w tym czasie zamieszkał na terenie naszej gminy. Pracując w Urzędzie Gminy i Miasta nie miałem ani razu okazji się z nim zetknąć osobiście, bo wojewoda niewiele ma wspólnego z samorządem, nawet twarz była mi znana tylko ze zdjęć. A w roku 2010 okazało się, że ma zamiar kandydować w wyborach na Burmistrza Gminy Goleniów. I z tym właśnie przyszedł kiedyś do mnie kolega Cezary.

Żadna rewelacja, dziennikarze „Gazety Goleniowskiej” pojawiali się w UGiM niemal codziennie, a do mnie jako prostego Sekretarza Gminy Cezary wdeptywał rutynowo. Nie z powodu starożytnej znajomości prywatnej oczywiście, tylko po informacje, jak to dziennikarz. Jednak tego razu, o którym piszę, tak jakoś w wakacje roku 2010, przyszedł po coś innego. Chciał zwierzyć się mi jako koledze, że ma zamiar popierać w nadchodzących wyborach samorządowych (listopad-grudzień 2010) kandydaturę pana Krupowicza. Nie pytajcie, skąd poczuł taka potrzebę, nie wiem. Może uznał, że trzeba mnie ostrzec? Nie bardzo wiedziałem przed czym, przecież w zapowiedziach przedwyborczych kandydat Krupowicz zapowiadał (mówię oczywiście w skrócie) kontynuację działań poprzedników, jedynie zmieniając nieco styl, inaczej rozmieszczając akcenty. Czego się bać?

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Przyznam się, że skłamałem wtedy. Otóż udałem, że ta deklaracja poparcia jest dla mnie niespodzianką i nowością. Po prawdzie zaś wcale nie była. Bo miałem nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że dziennikarz Cezary Martyniuk już kilka miesięcy ciężko pracuje, by przybliżyć postać właśnie tego kandydata goleniowskim wyborcom. Właściwie w każdym kolejnym numerze „GG” pojawiały się treści autorstwa CM ukazujące go jako fajnego gościa. W kontraście do gości niefajnych, jak na przykład niejaki Krzysztof Zajko, obrzydły typ mający także niecną chęć objęcia burmistrzowskiego stolca. Ten niedobry człowiek zresztą czemuś podpadł redakcji „GG” już dużo wcześniej, jako wiceburmistrz przy jeszcze bardziej wrednym typie, długoletnim burmistrzu Andrzeju Wojciechowskim. Oj, nie miała ta ekipa medialnego wsparcia, wiem coś o tym. Bądźmy sprawiedliwi, żadna wcześniejsza ekipa takiego wsparcia nie miała. Ani za burmistrza Mirosława Chylickiego, ani za „wczesnego” Wojciechowskiego, ani za Andrzeja Lewka, burmistrza przed „późnym” Wojciechowskim.

Zapytałem kolegę sprytnie i naiwnie, czym pan Krupowicz się zasłużył w jego oczach, by powierzać mu najwyższy gminny fotel. Na to usłyszałem dość oględną krytykę zarówno kandydata Krzysztofa Zajko, jak i jego kuzyna, też kandydującego w wyborach, Henryka Zajko. Nie wolno było (zdaniem Cezarego) dopuścić żadnego z nich do władzy, bo razem stworzyliby familijny gang, a jedynym lekarstwem na to miał być (zdaniem Cezarego) tylko Robert Krupowicz. A jego Cezary lubi, bo jest fajny i był wojewodą. O tym drugim już wiedziałem, fajność pojawiła się jako nowa informacja. Wprawdzie prorokował, że pewnie tandem i tak wybory wygra (albo jeden pan Z., albo drugi, tertium non datur), ale on będzie się starał ułatwić drogę panu Robertowi. Święte słowa, tak było, ułatwiał jak mógł.

Później wszystko poszło jak z bicza trzasnął. Obaj panowie Z. pobili się w pierwszej turze, w wyniku czego Krzysztof prowadził w wyścigu o fotel przed Robertem Krupowiczem. Lecz w drugiej turze pan Krupowicz okazał się czarnym koniem i wygrał wyścig. Śmieszne, gdyby (jak sugerował kolega Cezary) „straszny” duet panów Z. skonsumował zmowę i nie wchodził sobie nawzajem w paradę, jeden z nich wygrałby w cuglach w pierwszej turze, osiągając ponad 50% głosów. Nie ma co, sprytny spisek. Po wyborach okazało się zresztą, że spisek rzeczywiście był: pana Roberta Krupowicza z panem Henrykiem Zajko. Zawarty ponadto już przed momentem, w którym mój kolega przyszedł mnie uświadomić gdzie leżą konfitury.

Zaraz po drugiej turze wyborów, jak pamięć mi podpowiada w piątek 10 grudniu 2010 r., nareszcie miałem okazję zapoznać się z panem Krupowiczem osobiście. Pierwsze wrażenie – pewnie jak pierwsze wrażenia wszystkich spotykających się z nim po raz pierwszy w życiu: słodycz, zachwyt, entuzjazm, jak mój znajomy taki stan nazywał: „orgazm czubkowy”. Sympatyczny, elokwentny, skupiony, życzliwy człowiek, no klasa! Nie pytany sam z siebie zapowiedział, że w urzędzie nie będzie żadnych kadrowych rewolucji. On nigdy dobrych pracowników z pracy nie wywala. Najwyżej tym, którzy się nie sprawdzili, proponuje przejście na inne stanowiska. Jako szef taką ma filozofię, tak robił na przykład jako wojewoda. A goleniowski urząd to dobry urząd. Zatem ma być spokojna praca od razu, bez personalnej karuzeli. „I niech pan, panie Sekretarzu, tak pracownikom mówi”.

Rajstopy w kiosku to grzech Zdjęcie: frega24.pl

Rajstopy w kiosku to grzech
Zdjęcie: frega24.pl

Kryształowy obraz zarysował mi się trochę już tego pierwszego dnia, kiedy burmistrz postanowił obejść cały urząd. W końcu nie tylko dla mnie był kimś nowym, inni pracownicy też znali szefa raczej z opowieści i zdjęć, niż osobiście. Wszystko było OK, choć burmistrzowski gabinet mu się nie spodobał, co zapowiadało zakupy nowego umeblowania, lecz jedno miejsce się wyjątkowo nie spodobało – kiosk na parterze, przy Biurze Obsługi Interesantów. Przechodząc obok pan Krupowicz z niesmakiem zauważył leżące gdzieś z boku pakiety z damskimi rajstopami. Stwierdził podniesionym głosem: „Majtek w urzędzie mi tu nikt sprzedawać nie będzie!”. No i była to jego pierwsza historyczna decyzja, podjęta jako Burmistrz Gminy Goleniów. Nakazał zerwać umowę dzierżawy z firmą prowadzącą kiosk. Później pozostał głuchy na wszystkie argumenty: że kiosk jest potrzebny, ma wielu klientów, że prowadzi dla nich usługi ksero, że pracownicy kupują w nim coś do jedzenia i picia, że przecież te „majtki” można z niego wyprowadzić (zastrzegając w aneksie do umowy, czego burmistrz nie życzy sobie w kiosku widzieć), że wypowiedzenie umowy wysyła na bezrobocie osobę kiosk prowadzącą, że czynsz z dzierżawy jest stałym dochodem budżetu, że… Nie pomogły interwencje radnych interpelujących do burmistrza na kilku sesjach. Ukazała się wtedy nieśmiało cecha charakteru p. Krupowicza, która dziś błyszczy w pełnej krasie: jak mam rację, żadne argumenty mi niestraszne, zdania nie zmieniam. Pomieszczenie po kiosku do dziś stoi puste. Może służy jako podręczny magazyn powietrza na wypadek jego nagłego braku?

Później zaś pan Krupowicz już bez wielu słów zabrał się za dalsze działania, znacznie poważniejsze, niż tak drobiazgowo opisana likwidacja kiosku. Całkowicie przeczące jego zapowiedziom. W pierwszych dwóch tygodniach pracy burmistrz spokojnie zdemontował budowany przez wiele lat przez poprzedników szkielet organizacyjny urzędu, pozbywając się także znacznej części osób na stanowiskach kierowniczych. Szczegółów nie będę poruszał. Z jednej strony dziś Państwa z pewnością nie zainteresują, z drugiej zaś obiecałem Robertowi Krupowiczowi publicznie tego nie roztrząsać. Taki gentelmen’s agrement.

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

W ciągu dwóch tygodni od pierwszej rozmowy już byłem pewien, że nie chcę być podwładnym Roberta Krupowicza. Nie tylko, że nie miał on dla mnie żadnej prawdziwej pracy, ale nawet gdyby ją miał, raczej długo byśmy ze sobą nie wytrzymali. Koncentracja złego postępowania, jaką miałem nieprzyjemność przez ten czas zaobserwować w wykonaniu nowego szefa, przerosła znacznie moją wytrzymałość. Nie miałem zamiaru firmować jej moim nazwiskiem. I zrozumiałem też, że żadna pensja nie wynagrodziłaby mi konieczności codziennego z nim bytowania. Postanowiłem poszukać sobie nowego zajęcia, choć oczywiście łatwo takiej decyzji się nie podejmuje. Na moją prośbę, której wcale nie motywowałem i obecnie też nie mam zamiaru wyjaśniać, burmistrz przystał. Z pewnością takie rozwiązanie było dla niego niespodzianką, ale na pewno było mu na rękę. Tym, którzy twierdzili wtedy, że jestem frajerem, dziś odpowiadam: nie żałuję, nie żałowałem i nigdy nie będę tej decyzji żałował.  

Podłego i głupiego postępowania wobec moich kolegów i koleżanek nie wybaczę panu nigdy, panie burmistrzu. Inaczej co do mnie. Żadnych skarg na swój los nie składam, gentelmen’s agrement trwa, nie mam w tej sprawie panu niczego za złe. Postanowiłem jednak Czytelnikom udostępnić na ten temat pewien tekst, który w tamtych dniach popełniłem. Mój jedyny w życiu tekst, którego nie podpisałem własnym nazwiskiem. Posłużyłem się przypadkowym pseudonimem osoby, która miała „wejście” na portal internetowy „Gazety Goleniowskiej” i użyczyła mi dostępu (ja nie mam go do chwili obecnej i żadnych komentarzy tam nie umieszczam). Zabrałem w ten sposób głos w dyskusji pod maleńką notką mojego kolegi Cezarego w rubryce „Komentarz aktualny”:

„Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian. Zmiany były zawsze, także kiedy przychodzili do pracy panowie Chylicki, Lewek czy Wojciechowski. Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane. Zawsze byli zadowoleni z takiego biegu spraw, zawsze też byli niezadowoleni.

Cezary Martyniuk
2011-01-19 12:03″

Oto co napisałem wtedy jako Balbinka na portalu „Gazety Goleniowskiej”:

Nie wytrzymałem, bo są dla mnie sprawy fundamentalne, ważniejsze niż bieżące newsy. Te wlatują nam do ucha bezwiednie i bezmyślnie, a za chwilę stają się dla wszystkich pewnikami. Ilość powtórzeń kłamstwa przekształca je w prawdę, trzeba więc bić na alarm. Inaczej błona ślepoty zarośnie nam całkiem oczy, którymi patrzymy na świat. Przykro mi, że będzie to tak długi elaborat, ale chyba krótko się nie da. Chodzi mi o „komentarz aktualny”, jaki na portalu zamieścił 19 stycznia Cezary Martyniuk. Do „komentarza aktualnego” nie ma niestety możliwości zamieszczania bezpośrednich komentarzy. Taki przywilej gazetowego komentatora, chyba żeby „nasze” zostało na wierzchu. Nie ma sprawy, każdemu wolno mieć własne myśli i komentarze. Gorzej, kiedy komentarz tylko w części wyraża opinie, zaś w części podaje informacje. A raczej „informacje”…

Bo „komentarz aktualny” Cezarego Martyniuka z dnia 19 stycznia (ten o emocjach wokół zmian kadrowych w Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie) zawiera i komentarz, i informacje. Może najpierw warto wskazać te drugie – przygotuje to trochę mój „komentarz do komentarza”. Właściwie cała druga część „komentarza” to informacje. Cytuję:  „Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane.”

I teraz mój komentarz do tych „informacji”… Kim byli „znajomi wiceburmistrza” (nazwiska!)?; jakie osoby spokrewnione/skoligacone (nazwiska!)?; kim są „wpływowi urzędnicy” (nazwiska!)”?; na czym polegają wpływy „wpływowych urzędników”?; ile to jest „wiele osób”?; czy dziecko mogłoby wyjaśnić, po czym poznało „drukowanie” konkursów (rozumiem, że na dyrektorów wydziałów w Urzędzie Gminy i Miasta na początku kadencji 2002-2004)?; czym różni się „drukowanie konkursów ewidentne” od „nie do końca pewnego”?; dlaczego dziecko wcześniej nie poinformowało o swoich podejrzeniach nikogo z dorosłych? Te niby śmieszne pytania mają na celu pokazać różnicę między informowaniem uczciwym, a nieuczciwym. Gdyby Cezary Martyniuk informował uczciwie, nie byłoby o co pytać – po prostu napisałby coś w tym stylu: „Szwagier wiceburmistrza X, Pan Y, został dyrektorem wydziału Z. I to nie jest fajne, bo nie ma wystarczających do tego kwalifikacji i nie może wykazać się wymaganym doświadczeniem.” Albo: „Jak twierdzi jedna z naszych urzędowych „wiewiórek”, szara eminencja Urzędu, niejaki X, żeby doprowadzić do zatrudnienia na urzędniczym stanowisku swojego serdecznego kolegi z wojska, szewca z zawodu, Pana Y – zaszantażował Burmistrza ujawnieniem szczegółów spotkań z Panią Z w jego gabinecie poza godzinami urzędowania.”

Te przykładowe informacje są dziennikarsko uczciwe. Podają konkrety, możliwe do sprawdzenia, posiadające źródło pochodzenia. Tu nie ma insynuacji, mrugania do czytelnika w stylu „wy rozumiecie, a ja wiem”. Zaczepieni mogą wyjaśniać, dementować, bronić się, przedstawiać dowody niewinności albo do wszystkiego się przyznać, nawet dochodzić swych praw przed sądem. Jeśli informacje były prawdziwe – dziennikarz miał je prawo podawać i jest czysty jak łza. Od tego jest – od podawania informacji. I nie jego wina, że ktoś coś złego zmalował. Cóż natomiast uczciwego znajduje się w informacjach podanych przez Cezarego Martyniuka? To po prostu rzut zza węgła pewną smrodliwą substancją, której jak najwięcej ma się przykleić, bo na pewno trochę na obrzucanych zostanie – i odskok z niewinną miną na wcześniejszą pozycję – pozycję komentatora. Bo przecież pisze komentarz, a nie żadne tam informacje… Obrzucony tym czymś mazistym nawet nie spróbuje się odszczeknąć, bo za jaki szczegół się nie złapie – ta śliska substancja wypływa mu między palcami i jeszcze bardziej się rozłazi. A ponadto tworzy się „fakty”, które mają poprzeć wcześniejsze tezy.

Przykro mi, ale tych konkretnych informacji w wykonaniu Cezarego Martyniuka nie było; sama mazista substancja, mająca przygotować usprawiedliwienie dla najpierw napisanego komentarza. Może by i coś konkretnego dałoby się napisać, ale się nie pisze. Redaktor podaje zresztą te „informacje” jedynie w konkretnym celu: jeżeli wskaże, że inni też, to obecny burmistrz jest całkowicie usprawiedliwiony. A co, tylko jednemu wolno robić źle? Zło czynione przez innych miałoby usprawiedliwić zło czynione obecnie.

No i nareszcie dochodzę do tego, co najważniejsze. Do właściwego komentarza wyrażonego przez Cezarego Martyniuka. Cytuję: „Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian.” Dwa zdania, a można byłoby napisać tomy rozpraw filozoficznych, dysertacji prawniczych, nawet powieści psychologicznych i dramatów, zawsze współczesnych. Zapytam naiwnie, jak to wcześniej wspomniane przez redaktora Martyniuka dziecko: a z czego wynika to prawo burmistrza do dobierania sobie współpracowników?

W jakim akcie prawnym zawarty jest przepis, pozwalający usprawiedliwić tak bezsensowną tezę? Wiem, zgadzają się z tym „prawidłem” prawie wszyscy, ale jeszcze raz: jaka podstawa prawna uzasadnia takie postępowanie? I odpowiem: nie ma takiego przepisu… To tylko obowiązująca praktyka, u nas powszechnie akceptowana, a nie mająca nic wspólnego z prawem, logiką, zasadami dobrej organizacji, demokracją, a nawet etyką, nie tylko chrześcijańską. To siedząca w nas zgoda na niezauważanie bezsensu, niesprawiedliwości, rozrzutności i niezgodności z prawem takiej postawy.

Już wyjaśniam, bo pewnie czytający przecierają oczy ze zdziwienia – czego tu się czepiać? Najlepiej wyjaśnić na przykładach. Podam kilka, które mi do głowy przychodzą:

1. W szkole pojawia się nowy dyrektor. Zwalnia 10 nauczycieli (nie, lepiej wszystkich – też by mógł), argumentując, że ma prawo dobierać sobie współpracowników. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i odchodzą na zieloną trawkę spokojnym krokiem. Kurator oczywiście klepie dobrotliwie dyrektora po plecach, a burmistrz załatwia roboty publiczne przy kopaniu rowów dla zwolnionych. Uczniowie cieszą się jeszcze bardziej, bo uwielbiają, jak coś się dzieje innego, niż nudne zakuwanie lekcji. Rodzicom jest to na razie obojętne.

2. Do fabryki produkującej śrubki przychodzi nowy dyrektor. Oczywiście obowiązkowo wyrzuca na bruk całą załogę, bo ma dużą rodzinę i wielu znajomych. Wszyscy oni są zdolni i bardzo szybko nauczą się, jak robić śrubki. Przejściowy spadek produkcji i przychodów firmy rekompensowany jest radością, że atmosfera w zakładzie jest iście rodzinna. Nie zepsuje tego nawet fakt, że inne fabryki produkujące śrubki wygryzły w tym czasie naszą z rynku.

3. W jednej z najlepszych gmin w kraju, zbierającej hurtem wyróżnienia w niemal każdej dziedzinie, stary burmistrz postanowił odpocząć na emeryturze. Jego aparat pomocniczy, czyli urząd gminy, musiał być raczej dość dobry, bo wbrew poglądom niektórych, to nie sam burmistrz i radni decydują o jakości działania organów gminy. Nie zrobiliby wiele, gdyby nie mieli dobrych urzędników do realizacji nawet najlepszych pomysłów. Albo gdyby nie mieli pomysłów, spuszczając się na urzędników, którym płaci się za rozwiązywanie problemów. Wybrano nowego burmistrza, którego „świętym prawem” (chyba wszyscy się zgodzą?!) jest wymienić urzędników na dowolnych innych. Problemu nie ma żadnego, bo dobrych urzędników jest multum. Cóż może być prostszego, niż bycie urzędnikiem? No i dobrze, wymienił. Czemu nie wszystkich, nie wiadomo. Być może miał mało znajomych chętnych do pracy w urzędzie, może pensje były za niskie? Niektórzy bardziej gospodarni mieszkańcy gminy trochę złorzeczyli odchodzącym urzędnikom, że ich zwalnianie kosztowało kupę szmalu, za co powinni się wstydzić. A te darmozjady nawet nie próbowały się wytłumaczyć czy przeprosić. Może dlatego, że nikt im nie udzielił głosu. Gdyby udzielił, z pewnością by się pokajali. Natomiast po zaledwie 3 latach mieszkańcy będą mogli już próbować przychodzić do urzędu załatwiać swoje sprawy. Właśnie  pracujący tam nowi urzędnicy ogarną się trochę z robotą, przestaną szukać min pozostawionych przez poprzedników i nabiorą rzetelnych kompetencji. Trochę szkoda, że za chwilę następne wybory, a po nich załoga wyleci z roboty. Bo nowowybrany burmistrz oczywiście przyprowadzi swoich nowych urzędasów – takie ma prawo. Oczywiste dla wszystkich.

To ja protestuję! To „oczywiste prawo burmistrza” jest prawem zbója łupiącego wszystkich spoza swojej własnej bandy, mafiozo liczącego się tylko z dobrem swojej mafijnej rodziny. Nieważne, czy rodziny politycznej, czy kolesiowskiej ferajny. Jest to prawo do oficjalnego i powszechnie akceptowanego nepotyzmu na dowolną skalę. To potulna zgoda owieczek na bycie strzyżonym i dojonym ze swoich podatków, wyrzucanych w błoto na bezsensowne i pozorne reorganizacje. To przyzwolenie na dzielenie łupów w podbitym kraju. Przesadzam świadomie, bo różnica jest tylko w skali grabieży.

Może więc urzędnicy to święte krowy, paniska nie do ruszenia, nieusuwalni i chronieni przez specjalne przywileje? Nic z tych rzeczy. Tak jak zły kamieniarz nie sprzeda swoich nagrobków, jak zły sklepikarz straci klientów, jak zły robotnik wyleci za nadmiar braków, jak zły architekt pójdzie do więzienia za niezgodnie ze sztuką zaprojektowany i zawalony most – tak i na złych urzędników są kary, do wyrzucenia z pracy włącznie. Tylko trzeba im wykazać, że źle pracują, że są niekompetentni, że nie szanują interesantów, że po prostu partaczą swoją robotę. Tego niestety nie da się załatwić jednym zarządzeniem burmistrza, bo wymaga bardzo sumiennych, obiektywnych i konsekwentnych działań, indywidualnie wobec każdego z badanych.

Chcesz burmistrzu wprowadzić swoich, bo do zastanych nie masz zaufania? Dobrze, tylko zrób to zgodnie ze sztuką. Wiesz, że biorą łapówki – zgłoś przestępstwo do prokuratury. Spóźniają się i bumelują? Karz ich zgodnie z regulaminem pracy, do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie. Zwalniaj ich, gdy są niekompetentni, nierzetelni, działają niezgodnie z prawem. Gdy ich winą jest coś więcej, niż tylko bycie „nie z tego układu”. To nieprawda, że wywalić z pracy można za nic. Jeśli to zyskuje przyzwolenie, niech wstydzą się przyzwalający. A gdy masz burmistrzu lepszych, to ich zatrudnij i daj okazję się wykazać, sprawdzić i porównać. Piszę to nie o burmistrzu Krupowiczu, tylko o każdym, który znalazłby się na jego miejscu.

Burmistrza wybierają wyborcy, ale tylko jego dotyczą wybory. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, że nie musi on nikomu zapłacić stanowiskami w urzędzie po wygraniu wyborów? Jest politykiem, niech płaci politycznymi stołkami. I wyłącznie tymi. Czy nie może na drugi dzień po przyjściu do pracy zająć się wspólnie ze SWOIMI URZĘDNIKAMI normalną pracą, bez tracenia miesięcy czasu, kupy pieniędzy, olbrzymiego zaangażowania na wprowadzenie SWOICH? Czemu ma zniszczyć wspólną inwestycję poprzedników w tworzenie kompetentnej kadry, czemu ma wyrzucić w błoto niemałe pieniądze podatników wsadzone w jej wyszkolenie?

Jeśli ktoś oceni, że to tylko mój naiwny idealizm, jakieś nierealne rojenia, to także zaprotestuję. Taki model działa w niejednym kraju, gdzie polityka odbywa się jedynie do szczebla burmistrza. A niżej pracują fachowcy, którym jest naprawdę obojętne, jak nazywa się ich szef i z jakiej jest partii. Bo oni nie są od polityki, tylko od roboty.

Balbinka

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa Zdjęcie: demotywatory.pl

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Dziś nie wycofuję się z ani jednej napisanej wtedy litery. Dodam jeszcze, że po tym wpisie zadzwonił do mnie kolega Cezary z jednym tylko pytaniem: „Czy to ty jesteś Balbinka?” I znów mu skłamałem, zapierając się w żywe oczy, o czym pewnie dobrze wiedział. Zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia. Po prostu od pierwszej rozmowy z panem Krupowiczem minął już ponad miesiąc, w trakcie którego moje wszystkie złudzenia co do prawości burmistrzowskiego charakteru prysły się jak mydlane bańki nad balią pełną piorących się kalesonów. Myślę, że nie zrozumiałby mojego prawa do zabrania głosu pod własnym nazwiskiem, dając sobie prawo do jakichś represji. Ponadto już wtedy wiedziałem, w styczniu roku 2011, że mój kolega Cezary Martyniuk pełni (na razie społecznie i nieodpłatnie) funkcję osobistego asystenta burmistrza Roberta Krupowicza. I że z pewnością była ona dla niego ważniejsza, niż bycie moim kolegą. A tak łatwo „zabić kogoś gazetą”, o czym niejeden się przekonał. Może jestem naiwnym idealistą, ale nie samobójcą, jakiś elementarny instynkt samozachowawczy jeszcze mi pozostał.

Wszystkim miłośnikom burmistrza Krupowicza radzę zastosować proste kryterium oceny, z którego ja skorzystałem już 6 lat temu. Znajdziecie je w Ewangelii według św. Mateusza gdzie napisano: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Bo nie słowa, nawet najpiękniejsze i najpotoczyściej z ust płynące, dają właściwe podstawy do szacowania czyjejś wartości moralnej. Takimi właściwymi kryteriami oceny ludzkiej moralności są tylko nasze czyny.

 
 

Zaciemniające wyjaśnienia, czyli jak Burmistrz Krupowicz zdemaskował wojującego ateistę

28 mar
Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Dzisiejszy temat wynika niejako automatycznie: jestem winien Państwu zapowiedzianą relację z posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu. W środę 23 marca drugi raz zajęła się zlotem motocyklowo-rockowym, o którym pisałem poprzednim razem. Tym razem nie zachowam chronologii, gdyż pełne nagranie spotkania znajdziecie Państwo na portalu www.goleniow.net.pl. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, lecz najważniejsze usłyszeć można. Skoncentruję się na niektórych wątkach.

Frekwencja była nadspodziewanie wysoka. Nie poczytują sobie tego oczywiście jako własną zasługę, bo poza opublikowaniem poprzedniego wpisu nic więcej ku temu nie uczyniłem. Zatem zainteresowanie było samoistne,  a na sali obrad Rady Miejskiej, w której rzecz miała miejsce, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Przybyło „na moje oko” około 40-50 osób – żałuję, że nie policzyłem dokładnie. Mówię oczywiście o publiczności, bo było to przede wszystkim posiedzenie KSSEKiS. Stawiła się ona w pełnym, 8-osobowym składzie: Krystyna Jaworska – Przewodnicząca Komisji, Marzena Pach – Wiceprzewodnicząca, Irena Henkelman, Agata Wilińska-Onyśko, Krzysztof Czerwiński, Artur Panek, Wojciech Łebiński i Wasz sprawozdawca, Ireneusz Zygmański.

Komisja na to posiedzenie zaprosiła Burmistrza Gminy Roberta Krupowicza, który pojawił się w towarzystwie obu zastępców, Tomasza Banacha i Henryka Zajko. Przyszedł także zaproszony Prezes Zarządu Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich pan Jacek Szambelan. Ten ostatni w towarzystwie pana Pawła Bartoszewskiego, który przedstawił się jako „osoba z zewnątrz, wspierająca SMG”.

Co do roli Pawła Bartoszewskiego wyjaśnienia były potrzebne dalej w trakcie posiedzenia, bo kilkakrotnie na pytania kierowane do organizatora imprezy, którym jest SMG, właśnie on rozpoczynał odpowiedzi. Dziwiło to, skoro nie jest on członkiem SMG (sam o tym mówił), a obok niego siedział Prezes Szambelan. Wypowiedzi pana Bartoszewskiego zajęły sporą część posiedzenia (czasu wystąpień nie ograniczano). Część pytań kierowano wprost do niego, często jednak, nawet mitygowany przez pytających, wyręczał Prezesa SMG. Ten też udzielił kilku wyjaśnień bardzo wyczerpujących. Liczne pytania dotyczyły Burmistrza Krupowicza, który był raczej lakoniczny. Wypowiedzi pytających nieraz też były obszerne, z dużą ilością komentarzy. Spotkanie trwało ok. 2 godzin. Spróbuję przedstawić, co powiedzieli poszczególni „odpowiadacze” – p. Szambelan, p. Bartoszewski i burmistrz.

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Zaczynam od Prezesa SMG Jacka Szambelana. Planowany festiwal opisał jako przede wszystkim zlot motocyklowy organizowany przez swoją organizację. Szeroko mówił o wcześniejszych wydarzeniach organizowanych w krótkiej historii SMG. Przyszłą imprezę określił jako prywatną, biletowaną, przeznaczoną dla środowiska motocyklowego Goleniowa i wielu motocyklistów z zewnątrz, także zaproszonych z zagranicy. Koncert heavymetalowy uważa za jedną z atrakcji, przyciągających uczestników. Jako ważniejsze przedstawiał jednak czysto motocyklowe akcenty, jak parady, konkursy czy licytacje. Absolutnie nie ukrywał, że SMG ma zamiar na imprezie zarobić, a uzyskany dochód przeznaczyć na cele statutowe swej organizacji. Wykazywał, że w koncercie wystąpią zespoły o różnym zabarwieniu ideowym, nie wykluczając także grup o charakterze chrześcijańskim (cokolwiek miałoby to znaczyć). Uważał, że udział zespołu Behemoth jest przesadnie wyolbrzymiany, podczas gdy on sam za „gwóźdź programu” uważa brytyjskich weteranów z Saxona. Dementował zdecydowanie plotki, jakoby punktem koncertu miała być „czarna msza” satanistyczna, choć program jest jeszcze nieustalony. Wszystkich zamierzających oceniać negatywnie festiwal przez Internet odsyłał do ich własnych stron, bo na stronie festiwalu możliwości komentowania nie będzie. Pod koniec spotkania bez owijania w bawełnę nazwał imprezę „wielką prywatką na prywatnym terenie”, co miało oddalić publiczne zainteresowanie pytających o szczegóły.

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Paweł Bartoszewski, kolejny odpowiadający na pytania publiczności, uściślił swą rolę w spotkaniu jako „nieformalny współorganizator” festiwalu, ponadto zaproszony do udziału przez Burmistrza Krupowicza jako doradca ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, w którym ma mieć miejsce impreza. Później kilkakroć powtarzał, że nie jest oficjalnie w gronie organizatorów. Z drugiej strony był bardzo emocjonalnie w wydarzenie zaangażowany, często mówiąc o nim „nasz festiwal”, „nasza impreza”, „nasz koncert”. Imprezę też nazwał „prywatną, biletowaną”.

Wystąpił także w roli eksperta, bardzo szeroko analizując kulturowe aspekty wartości muzyki heavymetalowej, stosowanych w niej konwencji. Podkreślał absolutne niezrozumienie czystych intencji muzyków głównie przez środowiska chrześcijańskie. Jego zdaniem (całkowicie niesłusznie) poważnie traktują one diaboliczną oprawę koncertów, lecz to tylko jest styl, konwencja, wręcz żartobliwe mruganie do słuchaczy. Wykazywał, że niczego w tej muzyce i jej otoczce nie można traktować dosłownie, szczególnie zaś tekstów utworów, stąd nie ma sensu ich analizowanie. Argumentował, że także tekstu Biblii nie można traktować dosłownie, a tylko metaforycznie. Sugerował, że zamieszanie wokół „satanizmu” grup ciężkiego rocka jest sztucznie tworzone przez ludzi go nierozumiejących, a obawy przez nich wyrażane są wyolbrzymione. To, co streściłem w tym akapicie, panu Pawłowi zajęło łącznie kilkanaście minut. Ku wyraźnemu zniecierpliwieniu jednych, których wypowiedzi kontrował, narzucając swoje interpretacje, oraz innych, pragnących zadawać dalsze pytania.

Pan Paweł podkreślił, jak szeroko i dokładnie informuje się o przyszłym wydarzeniu, szczególnie wskazując na swój profil facebookowy, gdzie od lutego udzielane są wszelkie informacje (na razie tylko tam, bo na oficjalnej stronie festiwalu nie ma żadnego miejsca na zapytania czy komentarze). Akurat ten aspekt wydał się na spotkaniu szczególnie niejasny. Dokładniej pokażę więc, jakie poglądy Paweł Bartoszewski wygłosił co do obiektywnego informowania o imprezie i jak traktowani są chętni do „myślenia inaczej niż on”.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że na tym profilu wpisy (powiedziała o licznych przypadkach) zawierające jakiekolwiek wątpliwości co do imprezy są natychmiast, w ciągu minut lub wręcz sekund, blokowane i kasowane, przez co nie ma mowy o rzetelnym informowaniu. Na profilu widnieją w ten sposób same pozytywne wpisy o imprezie, dające wrażenie powszechnego co do niej entuzjazmu. W odpowiedzi pan Bartoszewski strofował ją, że zadawanie pytań na profilu o godzinie 1.00 w nocy jest niewłaściwe, on o tej porze nie musi reagować. Uznał intencję tego jako sprytną chęć, by nieprzychylnie zadane pytanie „powisiało na Facebooku przez całą noc”, co dałoby okazję opatrzenia go także nieprzychylnymi komentarzami. Określił treść i formę przysyłanych na profil wpisów jako „niecywilizowane”, za przykład podając kilkunastokrotną próbę załączenia filmu dokumentalnego o satanizmie „przez środowiska chrześcijańskie”. Ponieważ celem profilu ma być „organizacyjne przedstawienie imprezy od strony zawartości”, usuwa wszystkie wątki o innym charakterze, na przykład polityczne czy ideologiczne. Ma to „wygasić napięcia między zwolennikami i przeciwnikami Behemotha”. Dodał także, że wszystkie wpisy komentujące udział Behemotha były nieprzychylne i oczywiście… zostały usunięte. Pan Paweł zapytany, dlaczego jego profil działa także w godzinach, w których jest on zobowiązany pracować, wyjaśnił bez żadnego skrępowania, że na profilu naprawdę pracują „pod jego nazwiskiem”… cztery różne osoby.

Wybaczcie, skomentuję od siebie. Ręce mi opadają, bo nigdy nie zrozumiem facetów tak „logicznie” myślących. Mieć pretensje o godziny, w jakich ktoś coś wpisuje przez Internet??? Toż „połowa Internetu” by zniknęła, gdyby zabroniono go używać w nocy! Z jednej strony on „nie ma obowiązku” odpisywać o późnej porze, bo „w nocy się śpi”, z drugiej zaś czuwa do rana, żeby nic nieprawomyślnego się nie pojawiło. Czemu zatem w ciągu dnia nie można jednak do pytań wrócić i je skomentować dowolnie, odpowiadając choćby „co ślina na język przyniesie”? Czterech „murzynów” posługujących się nazwiskiem „Paweł Bartoszewski” udaje, że rozmawiacie właśnie z nim! Zwodzą użytkowników portalu zafałszowaną tożsamością, choć to zwykłe oszustwo. Wyręcza się nimi właściciel profilu, zamiast po prostu odpowiadać na pytania czy zarzuty. I jeszcze kreowanie zakłamanego wizerunku imprezy, która ma jedynie „dobrą prasę”, wszystkim się podoba, jest bezdyskusyjnie piękna. Po co umożliwiono przysyłanie komentarzy, skoro i tak tylko jednoznacznie pozytywne mają pozostać? Żadnego regulaminu użytkowania nie podano; gdyby był i stosował opisane przez p. Bartoszewskiego reguły, może nikt by mu nie zawracał głowy i nie tracił czasu na próby kontaktu. Pokrętne i śliskie tłumaczenie, kompletny brak szacunku, lekceważenie, manipulacja dążąca jedynie do postawienia na swoim wszelkimi środkami. Żonglerka słowami „prywatny”, „służbowy”, oficjalny”, „nieoficjalny”, w której efekcie wszystko się zaciera i nikt już nie wie, co pan Paweł robi przy tej imprezie, prywatnie czy służbowo. Tak moralnie umiejscowiony gość gani bez żenady kogoś, że ośmielił się prosić o wyjaśnienia!

Za niepotrzebny zgrzyt uważam jedno z pytań zadanych p. Bartoszewskiemu przez radną p. Dorotę Chodyko. W kontekście daty przyjętej do przeprowadzenia imprezy (24 czerwca – wspomnienie Jana Chrzciciela), jej zdaniem dobranej jako prowokacja religijna, zapytała wprost: „Czy jest pan wierzący?” Usprawiedliwiam to zachowanie brakiem odpowiedzi na podnoszona przez nią kwestię, czy można wyeliminować z imprezy „złe zespoły” (miała na myśli zespoły propagujące zło, konkretnie wymieniła Behemotha). Wybacz, Doroto, Paweł Bartoszewski powinien ci odpowiedzieć, ale jego wierzenia są wyłącznie prywatną sprawą. Takimi kartami grać nie wolno.

Trzecim udzielającym licznych odpowiedzi był sam Burmistrz Robert Krupowicz. Najpierw ponownie odżegnał się od współuczestnictwa gminy w organizacji festiwalu, której udziałem ma być jedynie udzielenie pożyczki dla SMG jako organizacji pozarządowej działającej na naszym terenie. Sam festiwal z jednej strony określił jako imprezę prywatną, na gruncie prywatnym, biletowaną, prowadzoną w oddaleniu od miasta, przez co nie będzie rodzić żadnych zagrożeń dla osób postronnych. Stwierdził, że jeśli SMG złoży w odpowiednim terminie prawidłowo sporządzony wniosek o przeprowadzenie zlotu, on taka zgodę wyda. Przypomniał prezesowi o odpowiedzialności karnej wynikającej z przepisów ustawy o organizacji imprez masowych.

Tu dygresja: nie mogę pojąć, czemu wszyscy trzej „odpowiadacze” jak mantry używają terminu „biletowana impreza”. Sprawdziłem w słowniku. Biletować znaczy dokładnie tyle: sprzedwać bilety wszystkim uczestnikom wydarzenia, wyprzedać. Czyżby chodziło o zamiennik, by nie padło niesympatycznie brzmiące „impreza komercyjna”? Semantyczna sztuczka, i tyle. Komercja źle się kojarzy, więc ją ukrywają pod inną nazwą.

W odniesieniu do przyczyn udzielenia pożyczki nieznanej sobie organizacji pozarządowej, z którą wcześniej gmina nie współpracowała, pan Krupowicz powiedział jedynie: „Wniosek o przyznanie pożyczki wpłynął bodajże w grudniu albo styczniu. Od razu rozpoznałem w Stowarzyszeniu ogromny potencjał, który warto wspierać. Przyznanie pożyczki to tylko moja odpowiedzialność, ale uznałem, że należy im dać szansę.”. Zamierzoną imprezę uznał za mającą „światowy rozgłos”, o dużym walorze promocyjnym dla gminy, wręcz unikatową w skali kraju, a pieniądze z pożyczki jako świetnie zainwestowane. Przemilczał komercyjny charakter organizowanej imprezy, bagatelizując go. SMG wprawdzie nie ma zgodnie z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego prawa prowadzić działalności zarobkowej, lecz pana Krupowicza to nie interesuje.

Dodam, że udzielenie pożyczki przez burmistrza podlegać będzie jeszcze kontroli przez Komisję Rewizyjną. Był to wniosek radnego Wojciecha Łebińskiego (członka tego ciała), który przyjęła Komisja Spraw Społecznych na koniec posiedzenia. Konkurencyjny wniosek, by sprawę powierzyć do zbadania zewnętrznej instytucji, przepadł większością głosów. Nie wróżę inicjatywie powodzenia. Komisja Rewizyjna oceni tylko legalny aspekt sprawy, a nie on jest kwestionowany. Jak wszyscy wiedzą, interpretacje prawne to obosieczne miecze. Moralność natomiast to spojrzenie przez pryzmat sumienia konkretnych osób. Burmistrz też to wie i niczego się od tej strony złego nie spodziewa. Oświadczył już 26 marca na stronie www gminy: „Chcę wyraźnie oświadczyć, że w sprawie czerwcowego koncertu rockowego na terenie należącym do jednej z firm działających w GPP będę się kierował wyłącznie zasadami obowiązującego w Polsce prawa. Tak więc jeśli organizatorzy koncertu spełnią wymagania stawiane imprezom masowym, otrzymają zgodę na jego przeprowadzenie.(…) Oświadczam, że pożyczka została udzielona zgodnie z prawem, na powszechnie obowiązujących zasadach, podobnie jak szereg innych pożyczek udzielanych innym organizacjom działającym w gminie. Cieszę się, że sprawę zbada komisja rewizyjna Rady Miejskiej, na wynik kontroli będę czekał spokojnie.”

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Zapytany przeze mnie o pozwolenie dla SMG na użycie herbu Goleniowa burmistrz stwierdził, że je wydał. Odnośnie przeróbek dokonanych w wyglądzie herbu na banerze imprezy powiedział, że nie widzi w nich nic złego, a ich ocena zależy od subiektywnych impresji odbiorców. Jest to jedynie „projekcja artystyczna”, utrzymana w konwencji stylu miłośników muzyki hardrockowej. Tak można uważać, przyznaję. Jeśli przerabia się jakiś nieistotny znak, można się tak pobawić. Lecz nasz herb podlega ochronie prawnej. Nasuwa mi się analogia z herbem państwa, do którego stosuje się art. 137. § 1 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Powie ktoś, że nasz herb to nie godło państwa. No cóż, w skali gminy to odpowiednik godła krajowego. Nie ulega wątpliwości, że w świetle Statutu Gminy na burmistrzu spoczywa obowiązek chronienia go przed zniewagą, a nie tylko przywilej uzasadniania gustowności popełnionej przeróbki. Ten zaś zwracając się do mnie, stwierdził tylko, że każdy urażony ma prawo iść do sądu i tam dochodzić praw. On urażony nie był. Ciekawe, co by się stało, gdyby projektanci plakatu goleniowskiej imprezy przerobili logo jakiegoś znanego koncernu, np. Volkswagena, Coca-Coli albo Shell? Zapewne to właśnie burmistrz byłby pierwszym biegnącym w te dyrdy do sądu, w obawie o przypisanie mu pomocy w takim świętokradztwie, a w konsekwencji nieuchronnej srogiej kary finansowej.

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło
Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Tu jeszcze jedna dygresja co do stylistyki przerobionego herbu. Wydaje się, że grafik czerpał pomysł z tego samego źródła, co projektant plakatu promującego tegoroczną trasę zespołu Behemoth. Głównym motywem jest godło Polski, Orzeł Biały, któremu dorobiono diabelskie rogi, dodano odwrócony krzyż, oplatające go węże oraz trupie czaszki na skrzydłach. Sympatyczna stylistyczna zabawa orzełkiem czy świadoma prowokacja milionów Polaków, dla których ten symbol jest święty? Tym razem już nie tylko zaczepka religijna, lecz znieważenie symbolu Państwa, za który wielu oddało swoje życie. Tytuł reklamowanego koncertu „Rzeczpospolita Niewierna” prowokuje i chrześcijan, i patriotów. Pewnie zareagują z oburzeniem, a pan Darski będzie się śmiał w kułak, kiedy ciągnące się procesy sądowe zapewnią mu darmową reklamę i status męczennika szatana na długo.    

Gdy dalej pytałem, czy nie pojawiły się u niego jakieś moralne wątpliwości co do celów festiwalu, który jest całkowicie komercyjny, a ponadto rodzi kontrowersje (ich dobitnym wyrazem było najpierw poprzednie posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, prowadzące do przeprowadzenia bieżącego), pan Krupowicz nic zdrożnego nie odnotował. Na końcu odpowiedzi powiedział natomiast coś takiego: „Widzę pozytywny aspekt całej tej dyskusji. Otóż pan Zygmański, taki zdeklarowany antyklerykał i wojujący ateista, podejrzewam że doświadcza w tej sytuacji nawrócenia. I chciałbym, żeby pan wiedział, o czym pan mówi. (…) I niech pan przeczyta, a jak pan uzna, że już coś z tego zrozumiał, to proszę mi oddać moje Pismo Święte”. To mówiąc pan Krupowicz podszedł, z trzymanej w ręku reklamówki coś wyciągnął i położył przede mną na stole.

Czy te oczy mogą kłamać? Zdjęcie: radioszczecin.pl

Czy te oczy mogą kłamać?
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Kiedy burmistrz szedł w moim kierunku, ledwie słyszałem, co do mnie mówi, a rozumiałem jeszcze mniej. Patrzyłem z fascynacją na jego twarz. A zbliżał się ku mnie z takim uśmiechem, jak na fotografii obok: twarz ściągnięta w sztywny grymas, zaś oczy jak stalowe noże. Nawet trochę się bałem, że wyciągnie z tej reklamówki pistolet. Jego słowa dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy odszedł, a przede mną leżała na stole Biblia. Przyznam, że wyłączyłem się z dalszego toku spotkania na parę minut, a moje myśli były daleko od sali obrad.

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy i w jaki sposób dałem się poznać jako zdeklarowany antyklerykał, a tym bardziej jako wojujący ateista. Czym się to u mnie przejawiało? Przecież nigdy się publicznie nie wypowiadałem na tematy religijne, nigdy nie uczestniczyłem w żadnych otwartych dyskusjach światopoglądowych, nie krytykowałem nikogo za stosunek do religii, nie napisałem ani jednego słowa przeciw komukolwiek z powodów religijnych. Nawet w prywatnych rozmowach nie są to tematy, w jakich zabierałbym głos. Nie próbowałem nikogo do ateizmu namawiać czy przekonywać. Bo że jestem ateistą, to wyłącznie moja prywatna sprawa. Przez pół wieku ani razu jeszcze nie miałem na ten temat żadnej kontrowersji z nikim. Nie mam pojęcia, skąd burmistrz zna mój światopogląd, a już zupełnie nie wiem, jak mógł sobie o mnie wyrobić opinię kogoś, kto agresywnie ateizmem się posługuje.

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Później przyjrzałem się egzemplarzowi Biblii, którą burmistrz mi dał. Piękna książka, oprawiona w grubą skórę. Wyglądała jak nowa, dziewicza, prosto z drukarni. Nie tak, jak dwa egzemplarze różnych wydań, które mam  w domu; każdy przeczytałem sumiennie po dwa razy od deski do deski, inni domownicy dołożyli swoje, więc się trochę zużyły. Dziwne, czemu ateista czyta Biblię? Pewnie znam ją lepiej niż niejeden żarliwy chrześcijanin – po prostu sądzę, że każdy człowiek powinien to dzieło znać. Znalazłem tam wiele wskazówek moralnych, jak w życiu postępować, cenię ją też za piękny język.

Kartkowałem ten śliczny egzemplarz, nie bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. I wtedy zauważyłem kartę wklejoną pod okładką. Pomyślałem, że burmistrz coś tam do mnie napisał. Była na niej treść, jaką zauważycie na zdjęciu zamieszczonym obok. Dopiero doszło do mnie, że pan Krupowicz dał mi Biblię swojego dziecka! Przyznam, że teraz rzeczywiście się zdenerwowałem. Czemu burmistrz miesza córkę do swojej prywatnej wojny? Czyżby nie miał w domu pod ręką innego egzemplarza, swojego, który mógłby poświęcić w wypadku utraty? Co bowiem taki antychryst jak ja z Pismem Świętym uczyni, pewności nie ma żadnej.

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

I teraz już poważnie, bez ironii. Biblię zwróciłem burmistrzowi natychmiast, jeszcze na posiedzeniu, tuż przed swoim wyjściem. Podziękowałem mu i poprosiłem, by oddał ją swojemu dziecku. Odparł, że przecież mi jej nie dał na zawsze, a tylko użyczył. Korciło mnie, by przekręcić na „pożyczył”, ale ugryzłem się w język. Wyjść zaś musiałem, bo za chwilę zaczynały mi się lekcje. Trzeba było wrócić do realnego życia. Usłyszałem już wszystkie ważne odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, nie było więc powodu do dalszego marnowania czasu.

Burmistrzowskie przedstawienie zostało wcześniej przygotowane, wyreżyserowane i pewnie przećwiczone przed lustrem. Biblia w reklamówce nie znalazła się przypadkiem, miała zagrać jako rekwizyt wobec widzów na sali. Nie była to sztuka wysokiego lotu. Ta fanfaronada przypominała mi pamiętne zagrania w stylu partii Palikota, która do perfekcji dopracowała wykorzystywanie różnych spektakularnych gadżetów dla dyskredytacji przeciwników. A to pistolet, a to świński ryj, a to wibrator. Czyżby burmistrz lekcje pobierał u tych samych mistrzów czarnego piaru? Przykro mi, że księgę najważniejszą dla tak wielu wykorzystano jako rekwizyt w marnym skeczu.

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet - były gorsze Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet – były gorsze
Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Pan Robert Krupowicz wyróżnił mnie swoim gestem z rozmysłem, taktycznie. Potraktował jako domniemanego przywódcę wrogiej mu akcji, którego należy wskazać swoim wojskom, ośmieszyć przed sojusznikami, wyizolować z ich grupy. Jeśli gra się dla złej sprawy, jakoś wygrać trzeba. Należy tylko sprawę oderwać od jej meritum, odsłonić inspiratorów, zindywidualizować wroga, przedstawić jako osobiste porachunki. Taktyka, którą w wykonaniu pana Krupowicza obserwuję często, choćby wobec wcześniejszych sojuszników. „Patrzcie jaki to łobuz, z niskich pobudek osobistej i politycznej zemsty, prowadzi Was w złą stronę. Pewnie nie wiedzieliście, ale ten „moralista” nawet nie wierzy w Boga!”

Kulą w płot, panie burmistrzu! Źle pan rozpoznał wroga. Może pan w to nie wierzyć, ale ludzie na salę przyszli naprawdę przez nikogo nie inspirowani. Przywiódł ich sprzeciw dla imprezy, w którą się pan tak mocno zaangażował. A nie bierze się on tylko z pobudek religijnych, lecz przede wszystkim moralnych, także z oburzenia dla profanowania idei samorządności, z odrzucania panoszącego się kolesiostwa, z niezgody na arogancję. Nie muszę być głęboko wierzącym katolikiem, żeby mieć prawo do negatywnej oceny pańskich działań. Jeśli tak panu zależy na przyklejaniu etykietek, to ateista też jest zdolny do rozpoznawania zła. I niech się panu nie wydaje, że neutralizacja jednej osoby rozwiąże problem. Lepiej niech pan po prostu słucha, o co proszą mieszkańcy i wykonuje płynące z burmistrzowskiej przysięgi zobowiązania wobec nich.

Ta sprawa nie nazywa się „Krupowicz kontra Zygmański”, aż tak prosto nie jest. Ta sprawa to jeden z wielu wątków serialu „Krupowicz kontra mieszkańcy gminy Goleniów”. Jeżeliby Państwo mieli jeszcze wiele złudzeń co do moralnej postawy burmistrza, wróćcie do mojego bloga i przeczytajcie następny tekst. Będziecie sobie sami mogli wyrobić zdanie o moralnym kręgosłupie miłościwie nam panującego.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek

21 mar
Bogu świeczkę, a diabłu ogarek Rys.: aszera.wordpress.com

Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Rys.: aszera.wordpress.com

Czasem na tym blogu bywają tematy lekkie, jak choćby niżej zamieszczony gościnnie wpis Adama Zygmańskiego, ale jednak przeważają ciężkie, kobylaste elaboraty. Te drugie usprawiedliwiam gęstością ich materii, gdyż faktów w nich muszę zmieścić niemało. Szkoda byłoby ślizgać się tylko na powierzchni zdarzeń, jeśli zasługują na poważne potraktowanie. Mam nadzieję, że mimo to Czytelnikom udaje się przez te zarośla przedzierać z zainteresowaniem. Dzisiejszy temat należy właśnie do rodzaju takich ciężkich i trudnych. Sami zresztą poczytajcie…

Kiedy kilka dni temu zwróciła się do mnie o pomoc Czytelniczka bloga, przyznam, że byłem w pewnym kłopocie. Po prostu mało o sprawie wiedziałem – tyle, ile podała dotąd w kilku kolejnych numerach „Gazeta Goleniowska”. Informacje czytane pojedynczo budziły tylko moje lekkie zdziwienie, lecz nie bardzo potrafiłem zebrać je do kupy w jakiś całościowy obraz. Gdy zwrócono mi na sprawę uwagę, dopiero zaczęły mi się coraz szerzej otwierać oczy. Poskładam zatem najpierw tę garść faktów udostępnionych przez „Gazetę” na Wasz użytek, Drodzy Czytelnicy. Może Wasze oczy też się szerzej otworzą.

O wydarzeniu o nazwie „Rock Hard Festival” po raz pierwszy „GG” napisała 12 lutego, przedstawiając je jako „wielką motocyklowo-rockową imprezę”, z możliwym udziałem kilkutysięcznej publiczności (Leszek Ozimek w „Komentarzu aktualnym”). On też od razu napomknął, że imprezę organizuje „prywatne stowarzyszenie, ale z udziałem finansowym i organizacyjnym podmiotów publicznych – gminy i województwa.” Zasugerował także, że wydarzenie wspierają osobiście Marszałek Województwa (Olgierd Geblewicz) i doradca Burmistrza Gminy Goleniów ds. Parku Przemysłowego (Paweł Bartoszewski). Park Przemysłowy ma być tym miejscem, w którym zlot zostanie zorganizowany w czerwcu tego roku, stąd autor „Komentarza” podkreślił niewątpliwy aspekt promocyjny dla GPP.

W tym samym numerze „Gazety” Paweł Palica wymienił zarówno listę mających wziąć udział zespołów rockowych, potwierdzonych oraz jeszcze rozmawiających z organizatorami o uczestnictwie, jak też listę sponsorów. Wśród tych pierwszych jako gwiazdę największej wielkości wskazał brytyjski zespół Saxon, lecz wspomniał o możliwym udziale zespołów Behemoth, Kat i Turbo. Napisał, że organizatorów (Stowarzyszenie Motycyklistów Goleniowskich) finansowo i logistycznie wspierać będą zarówno „gminne instytucje i spółki”, jak też firmy z Goleniowa i okolic. Między sponsorami z nazwy wskazał Goleniowski Dom Kultury, Goleniowskie Wodociągi i Kanalizację, Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej.

Kolejny numer „GG” z 19 lutego przyniósł komentarz Pawła Bartoszewskiego, który próbował wyjaśnić swoją rolę w organizacji imprezy. Oświadczył, że panowie ze Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich prosili go o wytypowanie w GPP terenów na potrzeby festiwalu rockowego. Razem „znaleźli” odpowiednie działki (wszystkie prywatne) „pod biletowany festiwal, miasteczko motocyklowe, parking i camping”. Entuzjastycznie wspomniał o 30 zespołach, które wystąpią, z nazwy wymieniając i opisując dokładniej trzy z nich: hardrockowy brytyjski Saxon, szwedzki heavymetalowy Candlemass i polski Behemoth (bez określania jego profilu). Ten sam numer przyniósł również kilka wypowiedzi internautów z portalu www.gazetagoleniowska.com. Jeden z nich już wtedy zadał kilka ważkich pytań wyrażających wątpliwości, które podzielałem. Zatem jeszcze do nich wrócimy.

W następnym numerze „GG” z 28 lutego w rubryce „Moim zdaniem” ciekawy komentarz o imprezie napisał Michał Niklas. Powiedział sporo o zespołach mających wystąpić, z sympatią pisząc o wielu hardrockowych grupach. Natomiast bez żadnej sympatii odniósł się do grupy Behemoth, którą wyraźnie nazwał satanistyczną. O panu Adamie Darskim (Nergalu), w kontrze do określających jego satanizm „jasełkowym”, napisał: „Ja jednak sądzę, że za tym miłym obliczem stoi wyrachowany człowiek, łaknący sławy i sukcesu, który dzięki głupocie zapraszających go mediów propaguje zło”. Miał nadzieję, że do udziału zespołu Behemoth w zlocie motocyklowym nie dojdzie.

W wydaniu z 4 marca Leszek Ozimek odsłonił szerzej kotarę, już wyraźnie negatywnie odnosząc się do postawy burmistrza Krupowicza. Określił ją jako „niefrasobliwą” wobec udziału w organizowaniu i finansowaniu rockowego festiwalu w GPP przez jego doradcę (przy tym członka Rad Nadzorczych PEC i GWiK) Pawła Bartoszewskiego. Wskazał na bardzo prawdopodobny konflikt jego interesów zawodowych i prywatnych zainteresowań, które trudno oddzielić. Przy czym miał za złe burmistrzowi, że zachowuje się biernie, zderzenia interesów nie zauważając i nie komentując. Dokładniej zajął się też finansowym udziałem organizacyjnym gminy Goleniów i sponsorskim udziałem gminnych spółek.

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo Zdjęcie: www.gwik.pl

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo
Zdjęcie: www.gwik.pl

W artykule „Nie ma konfliktu interesów?” pan Ozimek sprecyzował, że marszałek Olgierd Geblewicz objął imprezę patronatem honorowym, wspierając organizatorów [w jakiej formie?] kwotą 10 tys. zł. Także wyraźnie i po raz pierwszy sprecyzował, na czym polega zaangażowanie gminy: ma ona pożyczyć organizatorom [czyli jeszcze chyba nie pożyczyła?)] 40 tys. zł „na zasadach ogólnych”. Inne „gminne” podmioty dołożą taki udział: GDK użyczy nieodpłatnie scenę plenerową, barierki i namioty, GWiK postawi darmowe dystrybutory wody, PEC da 3 tys. zł na sponsorowanie udziału zespołu Saxon. W artykule napisano, że burmistrz Krupowicz zaprzeczył pytany, czy prowadził osobiście, prywatnie lub w imieniu gminy, rozmowy w sprawie organizacji albo sponsorowania festiwalu przez gminne lub prywatne podmioty. Co do zaangażowania swojego doradcy w organizację imprezy i odnośnie prowadzonych przez niego rozmów ze sponsorami burmistrz stwierdził: „Pewnie prowadził je prywatnie, ale w tym nie widzę konfliktu interesów…”.

Do chwili kontaktu ze wspomnianą na początku osobą, poznałem jeszcze czyjeś inne zdanie o motocyklowo-rockowej imprezie. Poza „Gazetą Goleniowską” temat ten poruszył pan Andrzej Bugajski na portalu www.goleniow.net.pl. Kto chce przeczytać znacznie krótszą wypowiedź, niż niniejsza, powinien zapoznać się z jego wpisem.

Behemoth i ogień piekielny Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Behemoth i ogień piekielny
Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Tyle wiadomości udało mi się zebrać po sygnale od pierwszej osoby. Wnet było to już kilka osób. Nie ujawnię żadnych nazwisk, bo nikt mnie do tego nie upoważnił. Najpierw dostałem alarmującego e-maila, później były rozmowy telefoniczne, w końcu spotkanie. Aha, zapomniałem powiedzieć, po co te osoby się do mnie zwróciły, i czemu do mnie. Zaniepokoili się wielkim zagrożeniem, jakie niesie ich zdaniem przeprowadzenie wspomnianej imprezy. Te obawy przede wszystkim koncentrowały się na satanistycznym zabarwieniu części zespołów, wręcz całkowicie jawnie nawołujących do szerzenia kultu szatana. Jako grupę szczególnie przodującą w tym „dziele” wskazali Behemotha. Mówili mi, jak bardzo ich sataniści przerażają, jak wiele złych rzeczy wiadomo im o koncertach satanistycznych zespołów, jak często prowadzą one do prawdziwie strasznych czynów, nawet kultowych morderstw. Potraktowali mnie jako kogoś godnego zaufania, otwarcie piszącego, co myśli, poza tym jako osobę obytą, radnego mogącego ich skierować na drogę skutecznego powstrzymania zła, do którego może dojść. 

Przyznam, że choć część wcześniej opisanych okoliczności wokół zlotu w GPP mnie bulwersowała, na niektóre jednak patrzyłem dotąd dość pobłażliwie. Nie jestem fanem podobnej muzyki, rzadko takich kawałków słucham, stąd wcale nie miałem świadomości, jaką „ideologię” głoszą niektóre zespoły, do czego namawiają swoich słuchaczy. Satanizm jest mi tak obcy, jak tylko coś obce być może. Uprzednio nie interesowałem się ani treścią tekstów, ani otoczką koncertów – po prostu po pobieżnym zapoznaniu się omijałem je szerokim łukiem. Oczywiście echa potyczek pana Adama Darskiego (czyli Nergala – lidera Behemotha) z kolejnymi odwołanymi koncertami w różnych miejscach (nie tylko w Polsce!) docierały do mnie, nie miałem jednak na ten temat wyrobionego zdania.

Słyszałem też argumenty zwolenników imprezy, bo moja wrodzona tolerancja żąda wysłuchania wszystkich stron. „Mi się nie podoba, lecz może ja nienowoczesny jestem, może gust mam staromodny?” – tak sobie dumałem. „Trudno coś z góry oceniać, jeżeli tym bardziej wcześniej nigdy nie miałem do czynienia z podobnymi wydarzeniami.” Początkowo zdawało się, że to impreza raczej prywatna, dla zamkniętego środowiska, poza tym w miejscu ustronnym, nie stwarzającym zagrożenia dla niezainteresowanych mieszkańców, zaś sam udział gminy niewielki. Sama ona (ani jej instytucje) bezpośrednio przecież jej nie firmują. Później jednak zmieniłem zdanie. Przekonały mnie fakty.

Zanim więc cokolwiek odpowiedziałem na apel proszących o pomoc osób, pokrążyłem po licznych stronach internetowych zespołów, które organizatorzy zlotu wymienili w jego reklamie. Spróbowałem więcej dowiedzieć się o ideologii satanistycznej i jak się stało, że satanizm „przyczepił się” do muzyki rockowej. Szybciutko to streszczę, w małej pigułeczce, bo za wiele o tym pisać nie warto.

Nazwą „satanizm” określa się wiele różnych systemów religijnych, wierzeń oraz praktyk, które nawiązują do różnie rozumianego Szatana. Powstał z kontestacji chrześcijaństwa, jako jego zaprzeczenie. Wszystkie odmiany satanizmu wywyższają dobro indywidualne nad zbiorowe, sprzeciwiają się powszechnie uznawanym normom i wzorcom społecznym, głoszą wiedzę tajemną nawiązującą do wyobrażeń o demonach. Ta wiedza wcale nie musi być powiązana z kultem zła lub wiarą w osobowego Szatana. Nazwa ta określa przekonania i ideologie, a więc satanizmu nie można zabronić. Po prostu nie da się ludziom zakazać wierzenia w cokolwiek by chcieli. Natomiast w każdym systemie prawnym są normy zabraniające tego, co zagraża życiu i zdrowiu człowieka, co w świetle prawa jest niemoralne, nieetyczne. A takimi często są czyny osób wyznających satanizm. Stąd z punktu widzenia społecznego i prawnego satanizm jest zły, głosząc i promując kult zła. Prowadzi do zaburzenia porządku moralnego, osobowości jednostek go kultywujących, do odwrócenia wszystkiego, czym społeczeństwo kieruje się w wychowaniu swoich obywateli.

Okładka płyty zespołu Night Demon - czarna diabelska msza Ilustr.: www.nightdemon.net

Okładka płyty zespołu Night Demon – czarna diabelska msza
Ilustr.: www.nightdemon.net

Satanizm heavy metalowych zespołów rockowych ma niewiele wspólnego z tak opisanymi ideologiami, bo jest bardzo powierzchowny i ma zupełnie inne intencje. Raczej można go nazwać pseudosatanizmem. Liderzy kapel wykorzystujących satanistyczny sztafarz nie mają ambicji być przywódcami diabelskiej krucjaty przeciw dobru. Prawdziwym motorem ich działania jest zysk, reklamowy chwyt, dający im rozgłos i zwiększenie sprzedaży płyt. Mit satanistyczny wykorzystują muzycy z nurtów rocka zwanych death metal, black metal i blackened death metal. Jak zwał, tak zwał… Wszystkie „satanistyczne” grupy używają diablego przebrania, bo jest efektowne, chwytliwe, wyróżnia je od przeciętności. Są „satanistyczni”, bo „diabeł dobrze się sprzedaje”.

Chcecie przykładu diabelskiej symboliki? Na banerze strony internetowej reklamującej festiwal wydarzeniu widnieje napis „Goleniów” zapisany w taki sposób: „Gole\n/iów”. Znak \m/ to tzw. rogata ręka, którą sobie sataniści pokazują jako symbol przynależności do szatana. Ponieważ w nazwie naszego miasta nie ma literki „m”, to rogi zostały doprawione wokół „n”. Na logo imprezy, widniejącym tamże, świadomie wykorzystano herb Goleniowa. Gwiazdy są na nim pięcioramienne, co odwołuje się do diabelskiego pentagramu, demoniczne są też twarze półksiężyców i kolory użyte w logo.

Krew, seks, przemoc - czyli Behemoth Ilustr.: heavyrock.eu

Krew, seks, przemoc – czyli Behemoth
Ilustr.: heavyrock.eu

Nie odbierałbym takiej muzyce wszelkich wartości artystycznych i nie twierdzę, że jest wyłącznie nędzna, komercyjna. Ależ nie, choć spotyka się tu licznych muzycznych szarlatanów, wielu muzyków rockowych tych nurtów to warsztatowo świetni instrumentaliści, trafiający w gusta rzeszy miłośników ciężkich brzmień. Lecz co do warstwy tekstowej i płynącego z niej przesłania, zdanie mam całkowicie odwrotne. Olbrzymia większość tekstów to kompletny bełkot, mieszanka dowolnie ze sobą połączonych słów pochodzących z wszelkich systemów religijnych, bezładne blablanie nasycone niezrozumiałymi dla słuchaczy wyrazami, mającymi w sumie stwarzać wrażenie niezmiernej głębi i filozoficznego, wręcz proroczego natchnienia. Apologia i ubóstwienie szatana pod dziesiątkami imion, używanie diabelskiej mitologii. Totalna negacja wszelkich tradycyjnych wartości, wyzywająca prowokacja wobec powszechnie szanowanych idei i osób je wyznających, świadome bluźnierstwa, użycie ważnych religijnych symboli, często agresja wobec nich i ich profanacja, wyrywane z głębi trzewi flaki, tryskająca krew – a wszystko podane w obłokach kadzidła okultystycznych bajań, nawiązującymi do starożytnych cywilizacji i religii ich gadżetami i nazwami. Coś, co ma słuchacza przekonać, że ze sceny drze się do nich sam diabeł we własnym diabelskim języku.  

Nie mam najmniejszego zamiaru takich tekstów reklamować, ale jakiś przykład dać muszę, bo mi nie uwierzycie. Oto tłumaczenie fragmentu kawałka tekstu utworu naszego przyszłego topowego gościa zlotu motocyklistów, grupy „Behemoth”:

Ora pro nobis Lucifer                                                                     Tłumaczenie: Tekstowo.pl

Głosie aeonu
Aniele Diabelski
Módl się za nami Lucyferze
Tyś jeden cierpiał
Upadek i męczarnie wstydu
Pokonam złotą dumę niebios
I nigdy się nad Tobą nie zlituję
Niepokalany boski
Szatanie Elohima
Nikt nie śmie stać na twej drodze
Nie kłaniasz się żadnemu
Z fekaliów Edenu
Wezwij Węża wysłanniku
Zbawiciela (porządku w) zapaści świata
Zgodo w kuszeniu
I upadku Ewy

Bo Twoje jest królestwo i potęga
Bo Twoje jest królestwo
I chwała na wieki

Itp., itd… Nic z tego nie rozumiem, pewnie jestem za głupi i niewrażliwy na takie środki obrazowania. Błagam, może mi ktoś wyjaśni, co autor dokładnie miał na myśli? Może że Szatan zapowiada wygraną w odwiecznej walce zła z dobrem? To ja nie będę mu kibicować.

Ta muzyka ma słuchaczy przyciągać, przykuwać ich uwagę. Tak samo zresztą, jak efektowne sceniczne przebrania, piekielny ogień co chwila wybuchający z gazowych palników, gęsty dym szczelnie otulający scenę i widownię; narkotyczny (często dosłownie) trans publiki otumanionej rykiem głośników, oślepionej ogniem, walonej po głowie wrzaskiem wokalistów przebranych w diabelskie mundurki. Nawet obowiązkowa gotycka stylizacja liternictwa w nazwach kapel i na plakatach reklamowych ma działać na wyobraźnię widzów, rodząc podświadome skojarzenia. Zaś słowa tekstów, które wprawdzie jako przesłanie są bezsensowne, mają przyciągać mrocznością i niezrozumiałością osoby zagubione, sfrustrowane, podatne na przywództwo silnych osobowości, garnące się do uczestniczenia w grupie podobnych sobie. Przede wszystkim ludzi młodych, jeszcze nie ukształtowanych, nastawionych do świata buntowniczo.

Przez uczestnictwo w koncertach pseudosatanistycznych grup słuchacze wystawiają się na niebezpieczny kontakt ze złem i nihilizmem, zarażają się negacją społeczeństwa i „zwykłego życia”. Oczywiście „artystom” spod znaku diabła jest to obojętne; liczy się przede wszystkim, że słuchacze zapłacą za bilety. Pan Darski, po jednym z kolejnych zerwanych koncertów, powiedział tak: „Chcielibyśmy, by osoby, które torpedują naszą działalność, wiedziały, że komuś odbierają możliwość zarabiania. Jesteśmy muzykami i w ten sposób zarabiamy na chleb.” W tłumaczeniu na nasze, jasno i klarownie: „My naszym satanizmem krzywdy wam zrobić nie chcemy, to tylko służbowy strój do zarabiania kasy. A jak przypadkiem zrobimy, to bez urazy. Nic prywatnie do was nie mamy”.

Może brzmię nieco, jakbym chciał zagrożenie ze strony pseudosatanistycznych grup rockowych zlekceważyć. Ani myślę! Przez nastawienie na komercję nie są ani o krztynę mniej groźne, niż gdyby były szczerze i do bólu „ideowo satanistyczne”. Który ze słuchaczy ma tego świadomość, jak wielu potrafi rozpoznać ukryte chwyty marketingowe? Jeden ze znanych polskich muzyków rockowych, Tomasz Budzyński, powiedział: „Mam 39 lat, żonę i dwoje dzieci. Od prawie 17 lat uprawiam zawód muzyka rockowego, śpiewając w zespołach Armia i 2Tm2,3. Musimy przetrzeć wreszcie oczy i zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w okresie wielkich przemian kulturowych, w świecie, który jest antychrześcijański, a kultura lansowana przez „wszechpanujące” media jest – jak mówił Jan Paweł II – kulturą śmierci. Wybitny twórca rockowy, Nick Cave, powiedział ostatnio w wywiadzie, że Marilyn Manson [amerykańska topowa grupa spod znaku najcięższego rocka, używająca satanistycznego image] jest bardziej niebezpieczny, niż Britney Spears. Mówię akurat o Mansonie, bo niedawno odbył się w Polsce koncert tego zespołu. Z tej okazji otrzymałem wiele telefonów z różnych gazet, radia i telewizji z pytaniem, czy należałoby zakazać w Polsce jego występów. Odpowiadałem, że już samo postawienie takiego pytania jest bez sensu, no bo jak tu zakazywać koncertu, skoro płytę Mansona można sobie kupić w każdym sklepie na rogu ulicy, a teledyski tego zespołu „lecą” w telewizji. Wprowadzić cenzurę? Owszem można, ale to niczego nie zmieni.”

Jerzy Wasiukiewicz (rysownik satyryczny, felietonista) stwierdził: „Wystarczyło niewiele wysiłku, aby trochę poszperać w Internecie i do końca się upewnić, że Darski jest świadomym satanistą i przestać się cieszyć z jego sukcesów na świecie”. Uzasadnił to między innymi tym, że tekściarzem zespołu Behemoth jest okultysta Krzysztof Azarewicz.

Helenko, czy jest w domu kakao? Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Bożenko, czy jest w domu kakao?
Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Lider grupy Marilin Manson mówi: „Uważam, że za każdym razem gdy ludzie słuchają tego nowego albumu, Bóg może zostać zniszczony w ich wyjałowionych umysłach”. Zatem muzycy sieją tę degrengoladę świadomie. Wiedzą, jak destrukcyjny może być ich wpływ na słuchaczy. Jednak nie przeszkadza im to, ważne, żeby publika dała się przyciągnąć. A jako listek figowy dla „artystów” służy hasło: „Prawdziwa Sztuka musi odbiorcę prowokować!” Wiec epatują maluczkich służbowo, żeby wyciągnąć z ich kieszeni trochę szmalu, a później wracają do domu, posiedzieć trochę przed telewizorem w normalnym świecie. Trzeba przecież odpocząć od produkowanego przez siebie jazgotu. Świetnie wyśmiał to w ubiegłorocznych skeczach kabaret Smile, parodiując Mansona od strony codzienności domowych pieleszy. Zmęczony diabeł-flegmatyk jedzący jajko na śniadanie i zbierający burę od żony za krecie kopce na trawniku przed domem – pyszne!

Tyle mniej więcej do mnie dotarło w czasie kilku dni, kiedy to buszowałem przez fale Internetu sprawdzając, czy zgłaszający się do mnie ludzie może nie przesadzają, wyolbrzymiając potencjalne zagrożenia wynikające z czerwcowego koncertu. Omijam tu najbardziej drastyczne szczegóły, bo spotkałem także informacje i obrazy tak brutalne i ohydne, że nie zdecydowałem się ich tu zaprezentować. Wyzbyłem się wszelkich początkowych wątpliwości, czy mam w tej sprawie zabierać głos i czy udzielać swojej pomocy proszącym o nią. Obiecałem inicjatorom tematu, że nie tylko napiszę na blogu, co myślę o nadchodzącym wydarzeniu, ale że spróbuję pomóc w przedstawieniu ich racji na forum Rady Miejskiej.

Tak się szczęśliwie składało, że we wtorek 15 marca było zaplanowane posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, spytałem zatem, czy nie zechcieliby przedstawić jej radnym na tym spotkaniu. Nie bez obiekcji, ale zgodzili się (o posiedzeniu komisji za chwilę). Obiecałem też naświetlić takie aspekty, których oni nie poruszyli, albo z których nie zdawali sobie sprawy.

Bo poza wymienionymi już licznymi kwestiami natury moralnej czy religijnej, pozostaje wiele wątpliwości co do udziału władz naszej gminy w przeprowadzeniu koncertu i całego zlotu. Tu wrócę do początku, kiedy pisałem o pytaniach postawionych przez jednego z internautów na portalu „Gazety Goleniowskiej”. Otóż osoba o pseudonimie Feldiuk zapytała o trzy rzeczy:

1. Jaki jest klucz przyznania środków publicznych na tę właśnie imprezę, a nie inną?

2. Czy zbadał ktokolwiek preferencje mieszkańców Gminy Goleniów dotyczące rodzaju imprezy kulturalnej? Skąd wiemy, że akurat rock? Być może mieszkańcy preferują disco-polo (wiem, skrajny przykład), a może (już bardziej serio) chcieliby festiwalu w nawiązaniu do kilku poprzednich edycji Festiwalu Hanzeatyckiego?

3. Czy został ogłoszony otwarty i transparentny konkurs wyłaniający podmiot mający zrealizować owo zadanie? Choćby dla zasady, dla czystej uczciwości?

Popieram te pytania w 100%! Nie padły one już nigdzie w „Gazecie” (chyba, że na portalu internetowym), a tym bardziej nikt nie udzielał odpowiedzi. A są to takie pytania, które właśnie radni powinni postawić burmistrzowi. I rzeczywiście ich wątki zaistniały wyraźnie w dyskusji w trakcie posiedzenia komisji. Bo finalnie tę sprawę jednogłośnie do porządku posiedzenia przyjęto.

Oddano najpierw głos gościom, którzy zreferowali przede wszystkim moralne i religijne obawy większej grupy osób, które reprezentują. Bo to nie tak, że tylko jakieś trzy osoby poczuły się zaniepokojone. Ich obecność była wynikiem wcześniejszych dyskusji w szerszym gronie. Pokazali radnym przykłady tekstów, pokazali ilustracje z „czarnych mszy” satanistycznych, odprawianych na koncertach, wskazali zło z tych koncertów płynące. Mówili o podprogowych przekazach, wmontowanych w występy, skłaniających słuchaczy do niemoralnych i złych zachowań. Mówili też o trudności zapewnienia bezpieczeństwa uczestników w warunkach, gdy zahipnotyzowany tłum ma nieograniczony dostęp do alkoholu, a taki organizatorzy zlotu motocyklowego reklamują jawnie na swojej stronie.

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Pojawił się też nigdzie wcześniej nie zauważony wątek „przeróbki” naszego herbu, który jako jeden z symboli naszej gminy podlega prawnej ochronie. Temat sam w sobie zasługujący na interwencję radnych, a jak widać z dyskusji, nie do końca im znany. Dlatego też przedstawię go nieco dokładniej.

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Załącznik Nr 2 do Statutu Gminy pod nazwą „Symbole oraz insygnia Gminy Goleniów” w Rozdziale I. „Wzory symboli Gminy Goleniów” określa wzór herbu. W § 2 mówi się tak: „1. Herb Gminy Goleniów stanowią dwa złote półksiężyce, odwrócone do siebie grzbietami oraz cztery srebrne sześcioramienne gwiazdy położone symetrycznie na tarczy herbowej, dwie w środku zakoli półksiężycy [przepraszam, to nie mój błąd - powinno być „półksiężyców”; jak sądzę zauważenie tego błędu przez Przewodniczącego Mitułę zadecydowało o powołaniu na początku kadencji Komisji Statutowej, która usilnie nad niniejszą poprawką pracuje] z prawej i lewej strony oraz po jednej w górnej i dolnej części tarczy herbowej, częściowo w rozwidleniach utworzonych przez półksiężyce. Tło tarczy jest niebieskie.” Dalej, w Rozdziale III. „Zasady używania symboli i insygniów Gminy Goleniów”, stwierdza się: „§ 13. Ustala się zasady używania symboli Gminy Goleniów przez: a) organy gminy; b) jednostki organizacyjne i pomocnicze gminy; c) osoby fizyczne nie prowadzące działalności gospodarczej; d) osoby fizyczne i prawne będące podmiotami gospodarczymi; e) inne podmioty ubiegające się o używanie herbu, flagi gminy.

§ 14. 1. Symbole Gminy podlegają ochronie prawnej. Ich używanie w celach komercyjnych, w tym handlowych i reklamowych, wymaga zgody Burmistrza Goleniowa z wyjątkiem wykorzystania ich do publikacji naukowych i popularnonaukowych. 2. Symbole Gminy, powinny być otoczone należytą czcią i szacunkiem.”

Czy burmistrz udzielił zgody na wykorzystanie herbu gminy do reklamowania komercyjnego koncertu? Jak sądzę, na pewno, przecież inaczej byłoby to nielegalne użycie herbu. A czy zezwolił także na jego dowolne i daleko idące przeróbki, jakie widzimy w logo zlotu? Pewnie nie, bo przecież Statut mu takiego prawa nie daje.

Feldiuk zapytał, czy ktoś badał preferencje mieszkańców dotyczące imprezy kulturalnej; odpowiem – nie. Akurat byłaby to idealna sprawa do skonsultowania się z mieszkańcami. Przepisy lokalne w tej dziedzinie mamy, choć nie są one stosowane w praktyce prawie wcale. Wszelkie „konsultacje”, jakie się u nas przeprowadza, nie są prowadzone zgodnie z tymi uregulowaniami, w praktyce są one martwe. Przypomniało mi się, kiedy w „konsultacjach” odnośnie zmiany granic naszej gminy na wniosek władz Szczecina wzięły udział… 3 osoby. Zapytałem złośliwie na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, w której to ubikacji Urzędu Gminy i Miasta wywieszono ogłoszenie o tych konsultacjach? Dostałem burę od zastępcy burmistrza Tomasza Banacha, że sobie żartuję – co ma władza zrobić, kiedy społeczeństwo się nie garnie do konsultacji? Nie było wtedy czasu dyskutować, ale z chęcią podpowiem praktyczne rozwiązania, gdyby kogoś z rządzących to interesowało.   

Radni w dyskusji poruszyli także inne kwestie. Obecny na posiedzeniu zastępca burmistrza Henryk Zajko musiał trochę się napracować, by wyjaśnić rozdzielenie prywatnej i służbowej roli pana Pawła Bartoszewskiego, o czym „Gazeta” tak szeroko pisała. W końcu pan Bartoszewski jest doradcą burmistrza ds. promocji GPP i pracownikiem Urzędu Gminy i Miasta, tymczasem po jego aktywności internetowej i społecznej widać, że gros czasu pracy i energii poświęca festiwalowi. Jego zaangażowanie w tym aspekcie jest bardzo widoczne. Kwestia pozyskanych sponsorów została już wspomniana na wstępie. Według różnych źródeł bezpośrednio zabiegającym o sponsorów był właśnie Paweł Bartoszewski. Nie da się udowodnić, że prośby o sponsoring byłyby tak skuteczne, gdyby nie stał za nimi autorytet osoby związanej wprost z gminą Goleniów, z burmistrzem, z UGiM. Z powodów w oczywisty sposób zawodowych bardzo dobrze zna on firmy i osobiście decydentów podmiotów gospodarczych z GPP. Nie wiadomo czy sponsorzy zdają sobie sprawę, co sponsorują, ani w jaki sposób została im idea przedstawiona. Przecież, a wyraźnie pisano o tym w „GG”, nawet dziennikarzom na żadne pytania pan Paweł nie odpowiada.

Nie tylko dziennikarzom… Jedna z goszczonych osób wspomniała, że próbowała na facebookowym evencie porozmawiać z panem Bartoszewskim, ale ten bardzo szybko wykasował niewygodne pytania i zablokował jej konto. Osoba ta prosiła innych, by z nim porozmawiali, ale skończyło się tym samym. Zauważono również, że pan Bartoszewski z jednej strony nazywa festiwal prywatną imprezą Stowarzyszenia Motocyklistów, jednak udziela się na stronie facebookowej tego wydarzenia dzień i noc. I nie jest to przesada. Bardzo pilnuje by żaden demaskujący wpis nie zawisł na stronie dłużej niż kilka minut, a czasami sekund. Przy czym robi to stale, w godzinach popołudniowych czy nocnych, ale i w takich, w których powinien być tylko urzędnikiem pracującym w gminie.

Następnie sam poruszyłem sprawy wynikające z pytań internauty Feldiuka. Nie rozumiejąc, co to jest „pożyczka na zasadach ogólnych”, o której „Gazecie” mówił burmistrz Krupowicz, chciałem wiedzieć precyzyjnie gdzie w budżecie gminy znajdują się środki na takie cele. Nie ukrywałem, że poprzedniego dnia prosiłem burmistrza Zajko o przygotowanie się do odpowiedzi – chciałem, żeby były one dokładne i konkretne. Burmistrz zadanie domowe odrobił. Podał, że pieniądze w kwocie 40 tys. zł pochodzą z (jeśli dobrze zanotowałem ze słuchu) z § 991, czyli rezerwy przeznaczonej na pożyczki dla różnych podmiotów, między innymi dla organizacji pozarządowych z terenu naszej gminy. Na początku tego roku było tam według Henryka Zajki 40 tys. zł, ale już w trakcie roku uchwałą zmieniającą pierwotny budżet wprowadzono tam kolejne 40 tys. zł, zwrócone z zeszłorocznych pożyczek. [Powiem szczerze, że chyba jednak źle ze słuchu coś napisałem, bo ja nie mogę takiego miejsca w budżecie znaleźć; pewno się pomyliłem w zapisie, jednak jak mam to sprawdzić, skoro na stronie internetowej gminy w BIP-ie nadal możemy znaleźć tylko projekt budżetu na rok 2016, jakby Rada budżetu w grudniu nie uchwaliła i jakby odtąd nie upłynął cały kwartał?]

Trochę to wyjaśnienie radnych zbulwersowało. Bo okazuje się, że burmistrz pożyczył od razu w pierwszym kwartale jednej organizacji połowę tego, co ma na cały rok (gdyby inne organizacje nie oddały długu w terminie – to nawet 100%), przy czym jak dotąd z tym stowarzyszeniem nie miał jeszcze okazji współpracować ani razu, nie mógł ocenić jej rzetelności ani jakości działania. A współpracować nie było okazji, skoro Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich zostało zarejestrowane oficjalnie dopiero 13.07.2015, będąc już drugim podobnym jednocześnie w gminie działającym.

Jak się też okazuje, takie pożyczki udzielane są w sposób dość niejasny, bo nie istnieje (tak stwierdził Henryk Zajko) żaden regulamin ich dotyczący. Wyrażono na gorąco opinie, że trzeba by było taki regulamin w przyszłości opracować. Ano trzeba, bo inaczej burmistrz naraża się na zarzuty uznaniowego przyznawania znacznych pożyczek. Z swojej strony dodam, że pożyczka 40 tys. zł była maksymalną, jaką burmistrz może udzielić. §17 uchwały budżetowej upoważnia Burmistrza Gminy do udzielania w roku budżetowym pożyczek łącznie do właśnie takiej wysokości – 40 tys. zł.

Od razu powiem, że już na posiedzeniu zwróciłem uwagę na inny aspekt tej pożyczki. Sam pomysł „pożyczania” pieniędzy na prowadzenie imprez komercyjnych uważam za chybiony. Gmina z założenia nie może służyć zarabianiu pieniędzy. Gmina to nie bank, tym bardziej finansujący zabawy raczej bogatych „chłopców”. Pożyczane pieniądze mogłyby być z pożytkiem wydane na wiele innych potrzeb, o które wnioskują (nieskutecznie!) mieszkańcy gminy do burmistrza od wielu lat. Dodam, potrzeb, o które mają w pierwszym rzędzie troszczyć się władze gminy. A ta kontrowersyjna impreza ma być przede wszystkim zabawą i rozrywką dla amatorów spoza naszej gminy. Czy miłośnicy tego zlotu nie mogliby dostać potrzebnych środków jako zwykły kredyt od banku? Przecież i tak mają oddać wszystko gminie jeszcze w tym roku.

Tu burmistrz Zajko wspomniał, że nasze lokalne przepisy odnośnie pożyczek określają cele ich udzielania następująco: „Na realizację przedsięwzięć ze sfery własnych zadań gminy, oraz innych”. Ani trochę się z tym nie zgodziłem. „Oraz innych” nie oznacza, że dowolnych, także całkowicie spoza spraw, którymi mają się gminy zajmować. Oznacza natomiast, że przede wszystkim „ze sfery własnych zadań gminy”. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek względy kulturowe czy promocyjne usprawiedliwiały wspieranie tego typu koncertów. Gmina sama na pewno takiego zlotu by nie organizowała, po co więc miesza się do pomagania?

Z uwagi na liczne wyżej wymienione wątpliwości, komisja postanowiła spotkać się ponownie, tym razem także z udziałem gości inicjujących temat, jak też z przedstawicielami organizatorów. Wprawdzie uważałem, że już wtedy, w dniu opisywanego posiedzenia, każdy byłby w stanie zagłosować za konkretnymi wnioskami do burmistrza, w końcu jednak zgodziłem się ze zdaniem większości, w tym naszych gości. Ponowne posiedzenie komisji, tylko dla tego tematu, ma odbyć się w środę 23 marca o godz. 15.30. Piszę tak dokładnie, bo posiedzenia są jawne, każdy może przyjść i posłuchać. 

Zastanawiam się któreż to zadanie własne gminy ma być realizowane rękoma SMG za pomocą organizacji festiwalu ciężkiej muzyki z elementami satanistycznymi i konsumpcją piwa? Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich w swojej „Misji” zawiera takie cele:

1. Organizowanie i popularyzowanie turystyki motocyklowej. 2. Działanie na rzecz podnoszenia bezpieczeństwa na drogach. 3. Rozwijanie i propagowanie kultury motocyklowej wśród społeczeństwa. 4. Działanie na rzecz ochrony zabytków kultury motocyklowej oraz w szczególności ochrony i restauracji samych pojazdów. 5. Działanie na rzecz ochrony środowiska.

Rozumiem, że chodzi o cel nr 3 – propagowanie kultury motocyklowej, bo inne zupełnie nie pasują do festiwalu. No jasne, gmina musi pomagać w szerzeniu kultury motocyklowej, to wie każdy. Jak widać nie ma w „Misji” nic o zarabianiu pieniędzy. Skoro gmina także zarabianiu pieniędzy nie służy, czemu obie organizacje współtworzą wydarzenie o charakterze całkowicie komercyjnym, nakierowanym na zarobek? I to spory. Przy planowanej ilości 3000 uczestników na samych biletach w cenie 179 zł i 94 zł (dwu- lub jednodniowych) da się zarobić brutto od 282.000 do 537.000 zł.

Fajny biznes, prawda? Pożyczam od kogoś 40 tys. na chwilę, robię wielki event zarabiając 10 razy tyle, zwracam grzecznie kasę. Jasne, trzeba odliczyć koszty, podatki, itp. No ale pożyczający pomaga mi te koszta obniżyć, namawiając swoich kolegów na sponsoring. Fajny jest gość, kumple mu nie odmówią. No i razem szerzymy kulturę motocyklową, zaś zarobek to tylko „efekt uboczny”.

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia
Zdjęcie: radioszczecin.pl

O ironio, wszystko to ma wydarzyć się w gminie, którą 23 listopada 2013 roku burmistrz Krupowicz zawierzył Jezusowi Chrystusowi, Królowi Wszechświata. Powiedział wtedy: „Uznałem, że powinienem poddać się weryfikacji wyborczej także w związku z moim świadectwem wiary. Mieszkańcy Goleniowa będą mogli ocenić, czy uważają mnie za kompletnego dewota i człowieka, który postradał zmysły, czy też za kogoś, kto intencjonalnie zabiega o ich dobro.” Zaś w samym akcie zawierzenia zawarł słowa: „Jezu Chryste, Królu Wszechświata, staję dzisiaj przed Tobą z osobistą intencją, zawierzenia siebie, swojej rodziny i wszystkich mieszkańców mojej gminy Tobie, który jesteś i drogą, i prawdą, i życiem. Prowadź nas Panie w codziennym życiu.”

Robert Krupowicz informował, że zawierza gminę jako osoba prywatna, a nie burmistrz. Tłumaczył, że chce w ten sposób szerzyć wartości chrześcijańskie wśród mieszkańców. Już wtedy miał pewne kłopoty z rozróżnieniem sfery prywatnej od służbowej. Zupełnie tak samo jak obecnie, gdy nie dostrzega konfliktu interesów prywatnych i służbowych u swojego doradcy.

Zarzucałem wtedy burmistrzowi nieszczere intencje, pisząc o tym w felietonie w „Gazecie Goleniowskiej”. Wygląda na to, że dziś niestety potwierdzają się. Dla mnie jest całkowicie niepojętym, czemu człowiek deklarujący aż nazbyt szumnie, że chce nas wieść drogą dobra, uważa że da się to czynić pomagając w organizacji imprezy propagującej zło i szatana. Może to jakaś szczególnie wymyślna próba, której powinniśmy sprostać dążąc w do nieba? Może dążąc do nieba, najpierw mamy liznąć trochę piekła? A może po prostu to osobisty plan pana burmistrza, żeby na wszelki wypadek obstawić wszystkie opcje? Dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Cieszcie się, goleniowscy miłośnicy piw niezwykłych

20 mar
Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać Zdjęcie: joemonster.org

Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać
Zdjęcie: joemonster.org

Szanowny Rodziciel odzyskał moc, werwę twórczą i przypomniał sobie, że jakiś czas temu założył bloga… Cieszę się niezmiernie z powyższego :) Znaczyłoby to tyle, że mogę się znów poświęcić komentowaniu opisywanych przez niego spraw, co pokazałoby pełnię mojej złośliwości. A jednak trafia mi się temat, który muszę poruszyć w osobnym wpisie. A nawet dwa tematy warte opisania. Oczywiście dotyczą one piwa, bo czegóż by innego…

Po pierwsze i najważniejsze!!! Po kilku latach przerwy w naszym małym mieście ponownie mamy możliwość dokonania zakupu rzemieślniczego piwa. Jakieś 10 dni temu w pasażu handlowym nad Strugą Goleniowską, niedaleko placu zabaw przy ulicy Kościuszki, otworzył się skromny sklepik pod szyldem „Chmiel do odkrycia”. Parę lat temu podobna inicjatywa miała miejsce niedaleko ronda koło dworca, jednak po kilku miesiącach działalności się zwinęła. Tym razem chyba wszystko potoczy się inaczej. Skąd mój optymizm??? Minęły dwa lata, piwna rewolucja trafiła w tym czasie pod strzechy, a dostępność dobrego piwa jest znacznie większa. Klientela też się rozrosła. Co więcej, sklep jest mały, ale według mnie rozsądnie przemyślany. Dwie ściany, z lewej czeska i niemiecka klasyka, a z prawej polski kraft. Właściciele są entuzjastami dobrego piwa i posiadają całkiem dobre rozpoznanie na tym trudnym rynku. Co więcej, na bieżąco starają się sprowadzać nowości, premiery i piwa warte uwagi. A przy tym można u nich znaleźć piwne ikony, które ukształtowały polski rynek piw rzemieślniczych. Mowa tu o takich piwach jak: King of Hops i Crazy Mike z Alebrowaru, Pacyfik Ale z Artezana, Red AIPA z Birbanta i cała gama piw z Browaru Pinta… To wszystko są piwa świetne i uznane za ikony polskiej rewolucji piwnej. Ponadto znajdziecie tu wiele wartościowych piw i pełen przekrój stylów piwnych. Od amerykańskiego pilsa i niemieckiego pszeniczniaka, przez wszelkiego rodzaju APY, IPY, Stouty, aż do Imperial Stouta! Uważam się za bardzo wymagającego klienta, a mimo to podczas każdej wizyty w tym przybytku, znajduję coś, co mnie zainteresuje. No i jest jeszcze jedna ważna sprawa. Wchodząc do sklepu trafiamy na uśmiechniętą twarz Izy lub Piotrka. To młode małżeństwo po prostu cieszy się z tego, co robi. Chętnie rozmawiają o piwie i widać, że to ich kręci. Cieszy mnie niezmiernie, że za każdym razem, kiedy ich odwiedzałem, w sklepie znajdowali się też inni miłośnicy piwa. Ktoś to kupuje i jest rynek, zapewniający zbyt. Radość mnie rozpiera!!! Trzymajcie tak dalej, a będziecie zadowoleni z interesu! Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam Wszystkich, do odwiedzin w sklepie i dokonania zakupu! Dodam, że nikt mi za reklamę nie płaci, a kieruję się jedynie zbożną intencją rozpowszechniania piwnej rewolucji tak szeroko, jak to tylko możliwe.

Druga sprawa: Dziś, czyli 20 marca 2016 roku odbywa się V Szczeciński Konkurs Piw Domowych organizowany przez Zachodniopomorski Oddział Terenowy Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Wystawiłem do tego konkursu dwa piwa. Imperial Stout, uwarzony w październiku, a także piwo-wynalazek Hopeless IPA, czyli takie amerykańskie India Pale Ale, tyle że praktycznie bez chmielu. Ten użyty jest tylko na goryczkę, a cały smak i aromat, za który normalnie odpowiadają amerykańskie odmiany chmielu, powstaje w wyniku dodania tego, co fantazja do głowy przyniesie. Skrótowo mówiąc, piwo ma wręcz buchać cytrusami i żywicą, a przy tym imitować klasyczną amerykańską IPA. I właśnie z tym drugim piwem wiążę pewne nadzieje. Bardzo się starałem w trakcie warzenia, a wstępne oceny znajomych są bardzo pozytywne. Ciekawskim powiem, że w mojej interpretacji wskazane wyżej aromaty tworzą dodane na różnych etapach produkcji: skórki pomarańczy, cytryny, limetki, mandarynki i grejpfruta, a także jagody jałowca i ziarna pieprzu czarnego, zielonego i cayenne. A nóż, widelec, uda mi się zająć jakieś eksponowane miejsce :) O postępach na froncie, poinformuję na bieżąco!!!

Ostatni tydzień przyniósł mi wiele radości, jeśli chodzi o piwo i piwowarstwo. Mam nadzieję, że Wy także nie narzekacie! Pozdrawiam i zapraszam Was do odwiedzin w „Chmielu do Odkrycia”!

Adam Zygmański

Pewnie piją Adamowe beznadziejne Zdjęcie: www.sfora.pl

Pewnie piją Adamowe beznadziejne
Zdjęcie: www.sfora.pl

A teraz ja, właściciel bloga, bo już wytrzymać nie mogę! Nie tylko, że moje dziecko zabrało się za reklamę zaprzyjaźnionej placówki handlowej, nie dość, że się tego bezczelnie wypiera w żywe oczy i zaprzecza, że mu za to płacą (musi za skrzynkę piwa, nie za kesz), to jeszcze autoreklamę sobie darmową u ojca załatwił, jaki to on piwowar kreatywny. Fakt, widziałem go kiedyś zaraz po Nowym Roku, jak po śmietnikach łaził i czemuś suche skórki po cytrusach wygrzebywał, ale nie skojarzyłem, że on z tego zrobi piwo! Jak widać, jeszcze zabezpieczył się przed pretensjami co do prawie pewnej marnej jakości tego „specjału”, wymyślając sprytnie nazwę „Hopeless IPA – czyli po angielsku „beznadziejne IPA”. Obiecał wtedy, że mi jakiegoś wpisa gościnnie wyśle, żebym tylko nikomu o tych śmietnikach nie powiedział, ale skąd miałem wiedzieć, że wpis będzie darmowym reklamowaniem piwnego nałogu?! Obiecałem, więc odmówić publikacji nie mogłem, jeszcze by mi jakiś mandat przywalił w zemście. Ale daję mu żółtą kartkę i ostrzegam, że więcej się już nie dam nabrać. Nigdy więcej takich publikacji!!! No, chyba żeby mi jakąś małą skrzyneczkę tego cytrusowego beznadziejnego IPA odpalił w formie rekompensaty za straty moralne, to się może zastanowię…

 

Ireneusz Zygmański, oburzony gospodarz bloga

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Występy gościnne