RSS
 

Rzućcie wszystko w kąt: pora na czarny bez

04 cze

Sprawca zamieszania - czarny bez w pełnej krasie Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Sprawca zamieszania – czarny bez w pełnej krasie
Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Obfotografowana niedawno wiosna odchodzi już szybkim krokiem, a gorące lato dyszy za progiem parnym oddechem. Szkoda wiosny, trwa tak krótko… Nie martwmy się i nie narzekajmy, zawsze przecież coś da się uratować. Fotki z wiosennych dni pokażą kolory i kształty. Lecz co ze smakiem i zapachem wiosny? Właśnie nadarza się idealna okazja, by przytrzymać trochę uciekinierkę za nogi, skraść jej jakiś klejnot i przechować w bezpiecznym sejfie aż do następnego roku. Jest taki sposób – trzeba zamknąć wiosenne skarby w butlach i słojach, przerabiając za pomocą alchemicznych czarów na syropy i nalewki. Do tego Was dziś spróbuję namówić.

Robieniem nalewek zajmuję się już kilkanaście lat. Trochę doświadczenia już więc nazbierałem i mogę się nim podzielić z każdym chętnym. Coraz więcej osób bawi się w takie hobby, a ja z radością spotykam coraz to nowych znajomych oddających się tej rozrywce. Jednak wielu niewtajemniczonym nalewki źle się kojarzą. Albo z jakimiś słodkimi ulepkami, mdlącymi i słabymi w smaku, albo z kolorowymi podróbkami dla pijaków, nieudolnie naśladującymi coś znośnego do picia. Zaręczam wszystkim wątpiącym, że prawdziwe domowe nalewki nie mają nic wspólnego z alkoholizmem. Za to służą zdrowiu na kilka sposobów, no i wspaniale relaksują w naszych zestresowanych i zagonionych czasach.

- Picie relaksuje? – zapyta ktoś. – Do czego ty nas namawiasz? I gdzie tu zdrowie? – No właśnie w nalewkach – odpowiadam. I wcale nie tylko w piciu, lecz w ich robieniu. Ich wartością nie jest alkohol, bo on służy do zakonserwowania właściwości roślin, z których robimy nalewkę. To z nich wynika zdrowotne działanie, bardzo różne dla każdego gatunku. Czy już samo wyjście z domu, kontakt z naturą i  spacerowanie po świeżym powietrzu nie poprawiają zdrowia? A wyjść trzeba, bo bez zebrania w naturze surowca przecież niewiele zrobicie. Wielu głównych składników nie da się po prostu kupić w sklepie. Ich pozyskanie wymaga wiedzy, sprytu, lecz rzadko pieniędzy. Czasem potrzeba detektywistycznych umiejętności, żeby odszukać dobre miejsce, w którym rośnie nasze potrzebne zielsko, a czasem akrobatycznych, żeby tam wleźć, zebrać surowiec, a jeszcze się przy tym nie zabić, spadając na kark. Obróbka i przygotowanie wielu owoców, kwiatów czy liści uczy cierpliwości, dokładności i daje możliwość rodzinnej współpracy. Przyznajcie, niewiele jest prac, które cała rodzina robi wspólnie. A w czyszczeniu czy przebieraniu zebranego surowca pomóc mogą nawet najmłodsi. Nie będę ukrywał, że mnie jednak interesują głównie walory smakowe i towarzyskie nalewek.

Smaki są niepowtarzalne, charakterystyczne dla każdej rośliny. Poza tym to nalewkarz sam decyduje, jak skomponować swoje nektary. Jasne, są gotowe przepisy, trzeba z nich skorzystać. Po jakimś czasie możecie spróbować samemu coś zmienić, poprawić, ulepszyć. Ani podane w przepisach składniki, ani ich proporcje nie są święte. Jeśli Wam coś wyjdzie za słodko (kwaśno, gorzko czy ostro), następnym razem można przecież postąpić inaczej. No i samemu można poeksperymentować, by zmienić kolor, mętny lub nudny, wyostrzyć ulubione smakowe nutki, dodać bądź ująć mocy, przerobić coś nieudanego na coś genialnego.

Jeszcze większej cierpliwości trzeba się nauczyć, kiedy nalewka dojrzewa. Niektóre potrzebują kilku dni, inne tygodni, większość miesięcy, zaś bywają i „oporniki”, którym potrzeba kilku lat dla osiągnięcia pożądanego efektu. Ale kiedy już nasze cudo dojrzeje, przychodzi pora na nagrodę. Jak to fajnie, kiedy siądą z Wami goście do stołu, by posmakować (koniecznie w małym kieliszku, malutkimi łyczkami i w niedużych ilościach!) jakiejś tajemniczej mikstury, zrobionej własnoręcznie przez dumnego gospodarza domu… Który zresztą próbuje gości namówić na odgadywanie: – No i z czego to jest? Nie bójcie się, zawsze w końcu z dumą wyzna, jaką wspaniałość zamknął w butelce. I na pewno z ochotą, kiedy goście pochwalą jego dzieło, wręczy wielkodusznie ładną butelkę pyszności w prezencie. I to jakim – takiego czegoś nie dostaniecie już nigdy, nigdzie i od nikogo!

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Do konkretów, dziś chcę namówić Was na roślinę i cudowną, i łatwo dostępną zarazem. CZARNY BEZ! Choć obecnie rośnie prawie wszędzie, niemal jak chwast, niewielu na niego nawet spogląda. Szczególnie o tej porze roku, bo przecież nie ma teraz owoców, charakterystycznych czarnych jagódek, zebranych w baldachach. Rzeczywiście, nie ma, ale ma coś znacznie lepszego: KWIATY! To z nich zrobicie dwa wspaniałe przetwory, które tu pragnę zarekomendować – syrop oraz nalewkę. Właśnie w tej kolejności. Syrop jest po pierwsze znacznie prostszy do zrobienia i ma szersze zastosowanie. Nalewka jest przede wszystkim dla koneserów. Możemy też obie delicje zrobić na raz, za jednym zamachem.

Najpierw skąd brać surowiec i jak go pozyskać? Jak wspomniałem, czarny bez rośnie wszędzie: w mieście i poza nim. Radzę oczywiście wyjść z miasta (właściwie w dowolnym kierunku), bo tam jest czyściej, bez spalin i zawartego w nich ołowiu, który raczej zdrowy nie jest.  Wybierajmy takie drzewa, które rosną w miejscach jak najbardziej oddalonych od dróg. Kwiaty, wbrew nazwie rośliny, są białe jak śnieg. Trzeba je zbierać zawsze w suchy dzień, o ile można rano lub do południa, najlepiej 2-3 dni po deszczu, który spłukał z nich kurz i brud. Po zebraniu nie będziecie już mogli baldachów umyć, bo wypłuczecie z nich niezbędny pyłek. Bierzmy te kwiatostany, które mają świeży jasny kolor i są w początkowej, a nie w końcowej fazie kwitnienia. Przekwitające baldachy nadadzą bardziej cierpkiego lub gorzkiego smaku syropowi lub nalewce, a przecież nie o to nam chodzi.

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dodam, że należy unikać gałęzi, na których usadziły się mszyce. Uwielbiają one czarny bez i czasami aż oblepiają kwiaty i liście czarnym kożuchem. Krzywdy nam nie zrobią, ale przecież nie chcemy zrobić nalewki z mszyc, prawda? Po prostu weźmy czyste kwiatostany, a mszyce omijajmy. Bierzmy duże, w pełni rozwinięte baldachy, obcinając je najlepiej nożycami. Już w domu rozłóżmy je na papierze lub płótnie, by pozbyć się nieproszonych gości – owadów czy pająków. Lepiej w tym celu kwiatów nie wytrząsać, bo wypada z nich cenny pyłek. Aha, na końcu policzmy ile kwiatostanów zebraliśmy, bo w przepisach podaje się ilość baldachów i do niej stosuje się proporcje innych składników.

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Surowiec powinien być przerobiony TEGO SAMEGO DNIA. Ścięte kwiaty szybko żółkną lub ciemnieją, a nawet mogłyby zacząć się psuć, co zawsze wpłynęłoby negatywnie na końcowy efekt. Niektórzy wprawdzie przechowują kwiaty przez noc w lodówce, jeśli nie mają czasu na robienie przetworów tego samego dnia, lecz pogorszy to ich jakość. Można też kwiaty (o ile się da, bez zielonych gałązek) zalać odrobiną soku z cytryny z dodatkiem cukru i pozostawić lekko przykryte w lodówce. Znów dodam, że ze stratą jakości. Więc po co? Zatem przygotujmy pozostałe składniki już wcześniej, nie zapominając też o niezbędnym sprzęcie. A są nim duże słoje, w których będziemy robić nasze transformacje. Ja mam do tego szczelnie zakręcane 5-litrowe słoje z szerokim otworem, co znacznie ułatwia wszystkie operacje.

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć
Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Słój kwiatów przygotowany do zalania Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

Słój kwiatów przygotowany do zalania
Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

A to już zalane słoje przed odcedzeniem Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A to już zalane słoje przed odcedzeniem
Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A teraz przepisy. Najpierw będzie syrop. Wykorzystacie go przede wszystkim do rozcieńczania wodą, co już wystarczy, by otrzymać wspaniały napój. Jeśli dodacie lodu i listek mięty do wody gazowanej – otrzymacie świetny bezalkoholowy orzeźwiający koktajl na lato, o oryginalnym smaku. Można też syrop dodawać do prawdziwych koktajli (mniej lub bardziej procentowych), ciast, deserów czy lodów. Uwaga: to jest BARDZO SŁODKI syrop. Trzeba go brać malutko, ostrożnie i z umiarem. Oczywiście jest wiele wariantów tego przetworu, lecz podam Wam swój wypróbowany.

Syrop z kwiatów czarnego bzu

30-40 baldachów czarnego bzu

2 kg cukru

4 dag kwasku cytrynowego lub sok z 1 średniej cytryny (lepiej!)

1 litr przegotowanej zimnej wody

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach
Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Bezpośrednio nad naczyniem w którym będziemy przygotowywać syrop,  odcinamy kwiaty tak, by było jak najmniej części zielonych. Im więcej jest kwiatów, tym mocniejszy będzie syrop, jednak nawet z kilkunastu dużych baldachów wyjdzie całkiem niezły. Kwiaty delikatnie przyciskamy w naczyniu, zalewamy wodą, wsypujemy kwasek lub wlewamy sok z cytryny. Płyn powinien zakryć kwiaty całkowicie, więc można je obciążyć. Naczynie zamknąć, odstawić na 2-3 dni w ciemne miejsce. Warto codziennie przemieszać zawartość słoja. Później filtrujemy ją przez gazę lub grube płótno. Otrzymamy żółtawy płyn, do którego w większym garnku wsypujemy powoli cukier. Należy go dodawać powoli, stale ucierając. To ważna faza, bo cukier z biegiem czasu rozpuszcza się coraz trudniej. Musi go jednak być dużo, bo tak robiony syrop nie będzie pasteryzowany, a stać będzie mógł długo i się nie zepsuje. Pod koniec, gdy płyn nie chce już przyjmować cukru, można dolać kieliszeczek wody. Starać się trzeba jednak wkręcić cały cukier do płynu. Im więcej, tym lepiej. 

... choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

… choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Następnie dokładnie filtrujemy syrop i przelewamy do wyparzonych butelek z drucianym zamknięciem (takie lepsze) lub szczelnie zamykanych na zakrętkę. Przechowuję zawsze w piwnicy (bo mam nieogrzewaną!), ale można też w lodówce. Po otwarciu syrop trzymamy w lodówce, bo w cieple może zacząć fermentować. Tak zrobiony syrop nigdy jeszcze mi się nie zepsuł, nawet stojąc cały rok! Na dnie butelek może tworzyć się osad, a i w szyjce butelki na wierzchu też może pojawić się cieniutki „korek”. To całkiem naturalne i niczemu nie przeszkadza. Po jej otwarciu delikatnie go zdejmujemy, by nie dostał się do produktów, które będziemy syropem zaprawiać.

Teraz nalewka. Będzie mocna, działająca napotnie i rozgrzewająco, więc nigdy nie można z nią przesadzić w konsumpcji. Natomiast kiedy przyjdziecie do domu zimą zmarznięci lub z przemoczonymi od chlapy nogami, wlejcie sobie pięćdziesiąteczkę i wypijcie małymi łyczkami. Niejednego uratowało to przed przeziębieniem, zaś smak wiosny, który sobie przypomnicie, to dodatkowa frajda.

Nalewka z kwiatów czarnego bzu „Bzik”

50-60 baldachów kwiatów czarnego bzu

2 cytryny (20 dag)

2 limety (20 dag)

50 dag cukru

1 l wody

1 l spirytusu 96%

1 płaska łyżeczka sproszkowanego  suszonego korzenia arcydzięgiela (do nabycia w sklepach zielarskich)

Z wody i cukru ugotować syrop i odstawić do przestygnięcia. Cytryny wyszorować namydloną szczoteczką, opłukać gorącą wodą, pokroić w cienkie plastry i wybrać pestki. Do wyparzonego wrzątkiem słoja włożyć kwiaty czarnego bzu, przekładając plastrami cytryny. Zalać syropem, przykryć słój pergaminem i postawić w nasłonecznionym miejscu na 10 dni. Codziennie sprawdzać, czy sok nie fermentuje (wyraźnie widać wtedy bąbelki gazu na powierzchni). Jeśli tak, należy zawartość słoja przemieszać wyparzoną łyżką. Po 10 dniach sok przecedzić przez sito wyłożone gazą, połączyć ze spirytusem, wymieszać, dodać sok wyciśnięty z limet. Przelać do litrowych butelek, do każdej wsypując pół łyżeczki arcydzięgiela, odstawić na miesiąc w ciemne miejsce. Należy co 3-4 dni potrząsać butelkami. Później przez 2 tygodnie zostawić butelki w spokoju, żeby płyn się sklarował. Potem ostrożnie zlewamy płyn, żeby nie wzburzyć osadu. Osad oddzielnie przesączamy przez gęsto złożoną gazę (jak do jałowych opatrunków), położoną na dnie sita. Ja stosuję do tego duży lejek, do którego do dzióbka wkładam „korek” z gazy. Potem cały uzyskany płyn ponownie powoli przesączam przez gazę (jak wyżej, przez korek wsadzony do dzióbka lejka) do słoja. Nie ma lecieć ciurkiem, tylko kapać, wtedy będzie idealnie klarowny. Później przelewam nalewkę do butelek, które odstawiam jeszcze na miesiąc do piwnicy. Po tym można ją już pić. Jak każda nalewka, im dłużej stoi, tym jest lepsza.

"Bzik" z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów) Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

„Bzik” z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów)
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jak widać na zdjęciu, z różnych lat nalewka ma różne kolory. To raczej wynik moich eksperymentów z obróbką zerwanych z drzew kwiatów, niż rezultat długiego leżakowania. Ciemniejszy kolor w środkowej butelce (najstarszej) pochodzi przede wszystkim od zielonych ogonków liściowych, których kiedyś dawałem więcej. Nowsze nalewki, robione dwa lata temu i w zeszłym roku, są jaśniejsze, bo ogonki obcinałem dokładniej. I tak jest lepiej – smak jest delikatniejszy, szlachetniejszy.  

I to by było na tyle. Śpieszcie się, czarny bez już jest prawie idealny do zebrania, a czekać przecież nie będzie. Za pierwszym razem możecie spróbować na niewielkiej próbce, żeby sprawdzić wiarygodność mojej reklamy. Później, w następnych latach, zrobicie sobie tyle, ile dusza zapragnie. Dacie spróbować znajomym, przekażecie im przepisy, nauczycie ich robić, a oni nauczą innych. I zapewne będziecie z utęsknieniem czekać na kolejny początek czerwca, żeby przygotować zapasy na następny rok. Zaręczam. Jak inaczej przetrwacie długą jesień i zimę bez zakonserwowanej w nich wiosny?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wiosenny reportażyk fejsbukowo zainspirowany

15 maj
Krokusy kwitną wiosną Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Krokusy kwitną wiosną
Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Nie będę ukrywał, do przygotowania dzisiejszego wpisu zdopingował mnie sam pan Burmistrz Robert Krupowicz. A konkretnie jego fejsbukowy profil, na który niedawno zupełnie przypadkiem się natknąłem, szukając przez Google ładnych zdjęć wiosennych. – Jak to przypadkiem? – zapyta ktoś ze zgrozą. – To ty nie czytasz najważniejszego gminnego źródła informacji?! Człowieku, żółta kartka! Skąd ty, mamucie jeden, bierzesz wiedzę? Pewnie dlatego ciągle taki niedoinformowany jesteś, panie radny!

No dobra, już któryś raz ze skruchą wyznaję, że świat Facebooka mnie nie pociąga. Jakiś wcześniej urodzony jestem, w czasach, kiedy rozmawiało się face to face (twarz w twarz), a nie przez fale Internetu. Przyzwyczaiłem  się też, że w takiej zwykłej rozmowie widzę czyjąś twarz, a nie „face”; że ktoś do mnie mówi, a nie skąpo cedzi telegraficzne półzdanka. A tak naprawdę nie ma nic do mnie, lecz popiskuje do całej uśrednionej fejsbukowej ludzkości, która niczego dłuższego niż dwie linijki nie czyta. Zresztą wcale nie ma czytać – ma lajkować, do tego cały wysiłek pisarski zmierza. Sztuczne to dla mnie jakieś, płytkie i schematyczne, na siłę przyjazne, ekshibicjonizmem mi pośmierduje, lizusostwem i sztampą. No, ale o co się obrażać? Świat jest już inny, zasady ma takie i albo się dostosujesz, albo cię nie ma.

Po prawdzie, próbuję się dostosować, ale ciężko mi idzie. Przykładem ten blog. Przecież blog to forma komunikacji już z tego stulecia a nie z omszonej historii, którą tak namiętnie wspominam. I co z tego? Nie ma w nim miejsca na lajkowanie i klikanie w kwadracik, a jak ktoś chce pochwalić, to musi sam coś napisać. Jak się poza tym mają moje długaśne wpisiska do normalnego ludzkiego bloga? Kto ma dziś czas trzy dni pisać tekst? No i kto ma go czas czytać? Stąd ze zdumieniem konstatuję, że jednak czasem jacyś czytacze zaglądają w moje „powieści”… Też pewnie starożytni jak ja. Do dzisiejszych czytelników trzeba krócej, częściej, bez wielokrotnie złożonych zdań, jak do normalnego fejsbukowego ludzia. Tak, jak u pana burmistrza poduważyłeś, blogerze antyczny. Masz wzór, to się ucz!

Ohudzki Ryszard, prezes, klubu "Tęcza" zresztą Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Ochódzki Ryszard, prezes, klubu „Tęcza” zresztą
Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Jak powiedziałem, na burmistrzowską „twarzową książkę” trafiłem, szukając wiosennych obrazków. Konkretnie krokusów. Zaraz o nich jeszcze powiem, ale najpierw parę słów o tej „twarzowej książce”. Idealna, poważnie! Dużo, krótko, często, na temat, z obrazkami (ładnymi!), z czarem i talentem. Jest co lajkować, z czego skwapliwie korzystają liczni wielbiciele. Sympatyczna twarz u wejścia (jak pamiętam – fotka z poprzednich wyborów; oczywiście z drugiego plakatowania, bo ten pierwotny Krupowicz patrzący ciężkim wzrokiem Wielkiego Brata był wyjątkowo nieudany). I uroczy tytuł: „Twój Burmistrz Goleniowa”. Oczywiście nikogo z lubiących nie podejrzewam o chęć przypodobania się, jak trener Jarząbek jakiś, co do szafy śpiewał peany Ochódzkiemu Ryszardowi, klubu „Tęcza” prezesowi. Szczególnie zaś nie podejrzewam pracowników Urzędu Gminy i Miasta. Oni po prostu szefa znają i wiedzą, co lubi, a czego nie. Jakiś malkontent mógłby marudzić, że w tytule powinno być „Burmistrz Gminy Goleniów” (taki tytuł zgodnie ze wszystkimi zasadami ma nasz burmistrz), ale o co się czepiać? Trochę dobrej woli, proszę, licentia poetica i tyle.

Inny malkontent mógłby czepić się tych ładnych obrazków. Nie, że ładne, tylko że nie wiadomo, skąd się wzięły. Po prostu brak nazwisk fotografów, zaś jest fizycznie niemożliwe, by właściciel profilu (pan Robert Krupowicz) robił zdjęcia sam. On po prostu na nich JEST. Zachodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że autorem bardzo wielu fotek jest pewien znany goleniowski reporter, pracujący za nasze składkowe (z podatków!) pieniądze na nieurzędniczym stanowisku w goleniowskim magistracie. Burmistrz zatrudnił go tam, by mu jakoby świadczył pomoc w kontaktach z mediami społecznościowymi. Sądzę, że użycie fotografii tego autorstwa da się wytłumaczyć w jakiś prosty sposób: być może reporter z czystej sympatii odstępuje nieodpłatnie smaczne obrazki na prywatny profil burmistrza. A że jest skromny, to i autorstwa nie podaje do publicznej wiadomości. Ludzka i sympatyczna relacja „dobry szef – wdzięczny pracownik”, tak powszechnie wszędzie spotykana. Skromność ma reporter w ogóle we krwi, gdyż innych zdjęć, wykonanych służbowo i zamieszczanych na stronie www.goleniow.pl (oficjalnej stronie gminy Goleniów) także nie podpisuje nazwiskiem. To akurat rozumiem, przecież robi to w ramach obowiązków, w godzinach zapłaconej pracy, jako pracownik Urzędu.

W takim razie, znów zapyta malkontent, w jakich godzinach robione są zdjęcia do burmistrzowskiego profilu? Przecież pokazują burmistrza przy pracy? Oj tam, oj tam… Nie szukajmy wszędzie taniej sensacji. Mistrz aparatu pewnikiem w chwilach robienia prezentowych fotografii dla swojego pryncypała bierze bezpłatny urlop. A kto nie rozumie twórczego połączenia prywaty i obowiązków służbowych, nie rozumie nic z nowatorskiego traktowania stanowisk doradców i asystentów przez Naszego Burmistrza Goleniowa. Nadając zakres obowiązków swemu asystentowi, takie działanie miał burmistrz w intencjach i wszystko jest okej. Miał asystent pomagać w kontaktach z mediami społecznościowymi – i pomaga. Na razie z jednym – z prywatnym fejsbukowym profilem burmistrza, który jest jako żywo medium społecznościowym. Miał „opracować i realizować system komunikacji społecznej” – i wdrożył go, przez tenże profil burmistrza. Miał „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy” – i właśnie twórczo wdraża to w życie poprzez „twarzową książkę” pana Roberta Krupowicza.

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu... Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu…
Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Jeszcze inny malkontent (kurczę, skąd oni się tak biorą stadami?) zaskrzeczałby, że ten sam reporter, ale już jako pracownik innego zakładu, opłacany przez innego pracodawcę, zawzięcie tępi przejawy propagandy sukcesu innego z burmistrzów naszego Powiatu Goleniowskiego. I słusznie! Bo oni tam temu niefajnemu i niesympatycznemu, a poza tym całkowicie niewłaściwego pochodzenia politycznego włodarzowi, Wydział Propagandy w urzędzie zrobili! Kadzą mu, z każdego drobiazgu rozdmuchują kopę siana, zdjęcia seriami puszczają na portalu gminy, gazety o nim piszą i poematy układają, lizusy jedne! Ten malkontent mógłby twierdzić, że nasz reporter, pracując na dwóch etatach w dwóch różnych zakładach pracy, sam w nich tworzy jednoosobowy wydzialik propagandy. Oczywiście nie zauważa, że tym razem słuszny i fajny, znacznie inteligentniej i mniej ostentacyjnie głoszący chwałę szefa, nie siejący siary prymitywnym piarem, delikatnie i z umiarem tylko głaszczący Naszego Burmistrza Goleniowa. Tak delikatnie i mięciutko, jak ten przed wojną reklamowany środek na przeczyszczenie, co to miał działać łagodnie podczas snu cierpiącego na zaparcie delikwenta.

I jeszcze jednego malkontenta dopuszczę na koniec do głosu, który marudzi mi od dawna, że może jacyś ludzie pracujący u tego niesłusznego burmistrza po prostu mają w zakresie obowiązków taki punkt, jak nasz asystent: „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy”. Przyznam, że mi to też przez głowę przeleciało, ale z powodu rażącej niedorzeczności porównywania Naszego Burmistrza Goleniowa z kimkolwiek przegoniłem tak głupie myśli natychmiast. A tych wszystkich malkontentów też już wyganiam z niniejszego wpisu. Nic tu dziś nie macie do roboty, zawistnicy!

- Ty, autor, gdzie krokusy? No te, co cię niby zainspirowały? I gdzie tytułowy wiosenny reportażyk? Bo się chyba już nie doczekam i idę grillować kaszankę! Przepraszam, już nadganiam, trochę mnie ci malkontenci w bok ściągnęli. Otóż tam krokusy ładne były, na burmistrzowskim profilu, w marcu. Bo marzec mi się najbardziej w tym wszystkim spodobał. Milusi był bardzo, z dwóch powodów nawet. To jeszcze Wam tylko te dwa powody przedstawię, i jadę do reportażyku.

Za cukierka dam się nawet pogłaskać - rozsądna decyzja Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Za cukierka dam się nawet pogłaskać – rozsądna decyzja
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Pierwszy powód uroczy – dzieciaczków tłum przecudnych. Głaskał je pan burmistrz i buział 9 marca w „Misiowym Przedszkolu”, umilając im czas czytaniem bajek, później 16 marca psuł zęby cukierkami uczniom II klasy Szkoły Podstawowej nr 2, a jeszcze 23 marca spędzał urocze chwile z przedszkolakami z „Bajkowej Akademii”, którym zdradzał tajniki zawodu burmistrza. To ostatnie mi szczególnie zaimponowało: już dziś sięgać do tak głębokich rezerw kadrowych! To zapowiada długie rządzenie Nam Miłościwie Panującego, bo zanim ten świeżo wyszkolony narybek dojdzie do dorosłości, żeby go w końcu zmienić na fotelu, jeszcze co najmniej pięciu kadencji będzie potrzeba.

Dzieci przyszłością narodu - w elektorat trzeba najpierw zainwestować Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Dzieci przyszłością narodu – w elektorat trzeba najpierw zainwestować
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi Skan: Ireneusz Zygmański

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi
Skan: Ireneusz Zygmański

Z piarowych dziecięcych podpórek politycy korzystają zawsze chętnie, niezależnie od ustroju i przekonań politycznych. Nie chce mi się tej tezy udowadniać szczegółowo, bo musiałbym pokazać całe hordy małych dziewczynek w strojach krakowskich, noszonych obficie na rękach przez różnych starszych panów, i tabuny nieletnich chłopiąt głaskanych po ulizanych główkach z troską o naszą przyszłość narodu. Jako niepoprawny filatelista posłużę się tylko jednym przykładem znaczka wydanego przez Pocztę Polską 1 czerwca 1952 roku z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Widzimy na nim ukochanego Ojca Narodu, Prezydenta naszego ówczesnego, towarzysza Bolesława Bieruta, idącego po ukwieconej łące za rączkę z grupką sympatycznych dziewcząt. Tak mi się jakoś ten obrazek skojarzył, nie wiedzieć czemu… Na marginesie dodam tylko, że projektant znaczka musiał posłużyć się fotomontażem, ale to już inna historia.

No i w końcu drugi powód szczególnej sympatyczności miesiąca marca na burmistrzowskim fejsbuku – krokusy! Bo właśnie w marcu, konkretnie 21., pan Burmistrz zarządził w Goleniowie wiosnę. Jak dobrze, że to zrobił, bo inaczej wiosna pewnie by Goleniów ominęła łukiem szerokim, zapominając nastąpić. I żeby ją specjalnie do nas zaprosić, pan Robert Krupowicz zamieścił te śliczne wiosenne kwiatki. Ach, któż zrobił krokusom tak przecudne portrety? Cymes! Niestety, autorstwo zatajono, a szkoda. I dobrze się stało, że burmistrz musiał powtórzyć zaklinanie wiosny jeszcze raz 26 marca, bo ona (mimo jej urzędowego zarządzenia!) coś się do nas jednak nie kwapiła. Ponownie zamieszczone zdjęcia z krokusami zadziałały (autor!) i w końcu wiosna przyszła. No i ją mamy!

Wiecie, wiosna jest w tak oklepany i banalny sposób piękna, w tak jednoznaczny sposób przez wszystkich wyczekiwana, tak wytęskniona, że jej przyjście jest także oczywistością. Niby czekamy i czekamy, tęsknimy, gotujemy się na pierwsze słońcem ozłocone wiosenne dni, lecz kiedy upragnione przychodzi, nigdy nie zdążymy się nim nacieszyć. A później cały rok znów żałujemy, że jakiś kolor czy zapach wiosny nam umknął, że zakrętasy płatków któregoś kwiatka przegapiliśmy, że znów zapominamy o odurzającej woni majowej nocy. Gdyby tak móc sobie wiosnę zawekować na później, po kawałku, w malutkich słoiczkach i buteleczkach, na długie szare dni i ciemne wieczory zimowej posuchy…

Te zabiegi zaklinania wiosny tak mnie właśnie rozczuliły, że postanowiłem śledzić jej codzienne postępy. Wszystko działo się oczywiście w Goleniowie, w promieniu 300 metrów od mojego domu. Czyniłem inwestygacje regularnie od kwietnia aż do dziś, czego wynikiem będzie właśnie zapowiedziany reportaż. Może właściwiej byłoby go nazwać „Sprawozdaniem z Postępów Wiosny, zarządzonej 21 marca 2016 r. przez Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza”. Jemu to bowiem, w hołdzie za naprawdę fajny profil fejsbukowy, niniejsze dzieło dedykuję.

A teraz już pora na skorzystanie z nauki: jak najmniej słów, jak najwięcej obrazków. Zrobiłem je wszystkie sam, może niezbyt fachowo, zwykłym telefonem, lecz mam nadzieję, że z niech wiosna sama do Was przemówi.

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.  Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.
Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Goleniowska specjalność - alejka japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Goleniowska specjalność – alejka japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”. Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński - niespodzianka - jest złoty.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński – niespodzianka – jest złoty.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:  Ireneusz Zygmański,14.05.201

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:
Ireneusz Zygmański,14.05.201

Życie kwiatów jest krótkie - tyle zostało z japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Życie kwiatów jest krótkie – tyle zostało z japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Belfer pouczony, czyli czemu warto robić błędy ortograficzne

02 maj
Belfer w akcji Rysunek: www.wmfp.pl

Belfer w akcji
Rysunek: www.wmfp.pl

W środę 27 kwietnia, w trakcie XIX sesji Rady Miejskiej, jakoś tak całkiem mimochodem, Wasz sprawozdawca nauczył się czegoś. Jak zwykle w sposób najpowszechniej w przyrodzie występujący, na błędach. Wyrywam tę anegdotkę spośród wielu interesujących kwestii, które na tej sesji były poruszane, gdyż ma ona lżejszy kaliber niż te inne sprawy. O nich napiszę  następnym razem, za kilka dni. Cóż zatem się stało, jakie to błędy popełniłem i czego się na nich nauczyłem? Było tak…

Najpierw Wasz sprawozdawca zabrał głos w punkcie 3 porządku dziennego, czyli „Przyjęcie protokołu z posiedzenia XVIII sesji Rady Miejskiej odbytej w dniu 30 marca 2016 r.” Stwierdziłem, że poza jedną uwagą ortograficzną, które robią się już, niestety, nieco tradycyjne, nic do poprzedniego protokołu istotnego nie mam: – Instruktaż” pisze się przez „ż” – dokładnie tyle powiedziałem. Następnie od razu spytałem Przewodniczącego Rady, Łukasza Mitułę, czy w tym punkcie porządku mogę zgłosić uwagę odnośnie poprzedniego protokołu, z sesji XVII, który zatwierdzono 30 marca. Pozwolił mi, więc wyjaśniłem, o co mi chodzi.

Otóż na poprzedniej sesji w tym punkcie odbyła się polemika między Przewodniczącym Mitułą a radnym Czesławem Majdakiem, który nie zgadzał się z treścią protokołu z sesji XVII z 24 lutego. Jego zastrzeżenia nie dotyczyły słów, które można byłoby sprostować prostym zapisem, lecz opisu działań, jakie nastąpiły w punktach odnośnie przyjęcia taryf za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków. Po zawiłej dyskusji ze współudziałem radcy prawnego radny Majdak stwierdził wtedy, że złoży do protokołu zdanie odrębne. Po sesji pismo kolegi Czesława rzeczywiście wpłynęło, możecie je sobie sami przeczytać.

Zdanie odrębne radnego Czesława Majdaka do protokołu z XVII sesji RM

Zostało radnym przekazane w pakiecie kilkudziesięciu pism skierowanych do Rady między sesjami. Ja natomiast zauważyłem, że w treści protokołu z XVII sesji wciąż nie widnieje na ten temat żadna wzmianka. Jak więc ktoś może wiedzieć o tym zdaniu odrębnym, jeżeli protokół go nie zawiera?

Tu dodam poza nawiasem, że tak zwane „zdania odrębne” nie są w protokołach z obrad ciał kolegialnych żadną nowością czy dziwnym wymysłem. Pozwalają w cywilizowany sposób uwidocznić, że ktoś się z jakimiś stwierdzeniami nie zgadza, a mimo to może podpisać (czy zagłosować) cały protokół, którego innych części nie kwestionuje. Zdania odrębne powinny mieć odzwierciedlenie w treści protokołów, choć praktykowane są różne sposoby zapisywania takich zdarzeń. Niektóre protokoły zawierają zdania odrębne po punktach, przy których nastąpiła kontrowersja, inne mają o tym uwagi na końcu, inne traktują je jako załączniki (wtedy wspomniane w treści protokołu i wymienione na liście załączników). Dziś często, z uwagi na publikację protokołów poprzez Internet, obserwuje się praktykę zamieszczania zdania odrębnego w tym samym folderze, w którym znalazł się protokół, z wyraźnym zaznaczeniem w tytule pliku, że chodzi o zdanie odrębne do konkretnego protokołu. Żadnej z tych praktyk jednak w tym przypadku nie zastosowano.

Dość dziwnie zachował się Pan Przewodniczący po tym moim głosie. Zapytał o coś po cichu siedzącego obok kierownika Biura Rady Miejskiej, a kiedy ten pokiwał głową potakująco, do mikrofonu powiedział coś takiego: „To jest ujęte w protokole”. Nie chciałem ciągnąć tematu w nieskończoność, więc dałem sobie spokój. – A może w naszej Radzie znaleziono jeszcze inny sposób włączenia zdania odrębnego do protokołu? – pomyślałem z podziwem. – Gapowaty jesteś Zygmański, to nie znalazłeś – dodałem sobie w myślach.

Jeśli jesteście Państwo bardziej spostrzegawczy ode mnie, pomóżcie, błagam. Bo ja jednak (mimo kilku prób prowadzonych do chwili obecnej włącznie) tego zdania odrębnego kolegi Czesława w protokole z XVII sesji Rady Miejskiej z dnia 24 lutego nie odszukałem. Dla znalazcy funduję nagrodę rzeczową.

Nie pouczaj mistrza Zdjęcie: www.memy.pl

Nie pouczaj mistrza
Zdjęcie: www.memy.pl

I co, tyle anegdoty? A gdzie obiecana nauka na błędach? Już, momencik. Otóż w przedostatnim punkcie sesji, czyli „Informacje o działalności między sesjami Przewodniczącego Rady”, pan Mituła zwrócił się bezpośrednio do mnie z dość długą przemową, którą niniejszym streszczam. Otóż miał do mnie pretensje, że zgłaszam swoje ortograficzne uwagi pod adresem protokołów z sesji. Brzmi to jego zdaniem jak popisy, które w żaden sposób nie są konstruktywne, a popularności u wyborców raczej radnemu nie przysparzają. Przecież pisanie protokołów proste nie jest, samo ich odsłuchanie bywa skomplikowane. Zapisanie wszystkiego wymaga dużo czasu i uwagi. A radny Zygmański, jakby tego nie zauważając, krytykuje publicznie pracę pań z Biura Rady Miejskiej prowadzących protokół, co jest dla nich przede wszystkim nieprzyjemne. Ponadto w tym konkretnym przypadku radny Zygmański pozwolił sobie na złośliwe krytykowanie nie mając racji. Otóż jak przy współudziale Pana Przewodniczącego sprawdzono, wyraz „instruktaż” można zapisać zgodnie z regułami języka polskiego na dwa sposoby, czyli także jako „instruktarz”. Wtedy ma on znaczenie „regulamin”, a radny Zygmański w takim właśnie sensie mówił na sesji. I jeszcze pan Przewodniczący zaapelował do radnego Zygmańskiego, żeby po pierwsze przed przystąpieniem do krytykowania skorzystał ze słownika języka polskiego, a ponadto jeśli już coś tam znajdzie, niech takie uwagi zgłasza dyskretniej, poza sesją, najlepiej wprost do osoby prowadzącej protokół.

Pan Przewodniczący mówił głosem spokojnym, opanowanym, z miną pewną, tonem spokojnym i bez agresji. Nie używał słów napastliwych, raczej zwracał się jak cierpliwy rodzic do rozgrymaszonego dziecka, któremu trzeba objaśnić sprawy oczywiste. Dziecka bić nie wolno, trzeba je wychowywać. Tak też zadziałał pan Mituła.

Dobrze, że mówił tak długo, bo w ten sposób miałem więcej czasu na zastanowienie się i powstrzymanie nerwów. Wiecie sami, jak nas niesie do bitki, kiedy poddamy się emocjom. Najpierw ręka sama podskoczyła mi w stronę przycisku „ad vocem”, żeby złożyć wyjaśnienia i dać odpór niecnej napaści. Jednak z tokiem słów kolegi Przewodniczącego wróciła mi zdolność myślenia i przyszła prosta refleksja: – Odpuść radny Zygmański, gość ma rację.

Przede wszystkim nie chciałeś się panie radny czepiać trudnej roboty pań w BRM, a tak mogłoby to zostać odebrane przez obecnych na sesji. Dowód masz, tak to przecież zrozumiał pan Przewodniczący. A to nie tak, że nasze protokoły roją się od błędów ortograficznych. Jak na zazwyczaj długie teksty zdarzają się one wyjątkowo, sporadycznie. Wyraźnie widać, że panie protokolantki starają się bardzo sprostać krasomówstwu radnych. To po co się, belfrze jeden, czepiasz? Prawda, poprawki ortograficzne mogłem zgłosić poza sesją, wprost do autorek protokołu. Zapewne wtedy można było spokojnie uzgodnić, co mówiący miał na myśli. Pewnie dałoby się też wtedy zerknąć do słownika i przeanalizować jego wyjaśnienia. I w ten prosty sposób uniknąłbym wrodzonego obrzydzenia dla głosowania nad protokołem posiadającym jakiekolwiek usterki ortograficzne. Czyli rację ma pan Przewodniczący, zabieraj łapę z „ad vocem” i nie zawracaj głowy zmęczonym na końcu sesji kolegom.

Zdusiłem w sobie uwagi, że mi może jest też nieprzyjemnie wysłuchiwać publicznej reprymendy pana Mituły, na co dzień stosującego wobec mnie stałą zasadę zimnego wychowu i zachowującego się niezbyt elegancko. Przecież nie popieram stosowania takich metod. Jasne, mógłby skorzystać z własnej rady i powiedzieć mi to wszystko poza sesją. Bo przyganiał kocioł garnkowi… Jednak osoby z tak twardą tylną częścią ciała, jak moja, dużo silniejsze kuksańce do płaczu nie zmuszą. Nawet kąśliwe uwagi o działaniu jakoby „pod publikę”, dla poklasku wśród wyborców, puszczam mimo uszu jako zupełnie nielogiczne. Od kiedy to bowiem upierdliwiec, czepiający się błędów ortograficznych, mógłby liczyć na wzrost popularności wśród rodaków? Wolne żarty… Nie pierwszy to raz pan Przewodniczący raczy przypisywać mi jakieś intencje, zamiast twardo trzymać się faktów.

Tak piszą w słownik u o instruktażu Skan: Ireneusz Zygmański

Tak piszą w słownik u o instruktażu
Skan: Ireneusz Zygmański

Nie ma także znaczenia, że nadal twierdzę, iż z tym „instruktażem” mam jednak rację. Jak mogło powstać u Przewodniczącego wrażenie, że „radny nie sprawdził w słowniku”, nie wiem. Po prostu automatycznie wszystkie wątpliwości ortograficzne ZAWSZE sprawdzam w słowniku. Tym razem skorzystałem z „Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny” PWN z roku 2011, który słowo „instruktarz” wymienia w znaczeniu podanym przez pana Mitułę z wyraźną uwagą „przestarz.”. Tym skrótem (od słowa „przestarzałe”) oznacza się tam słowa dziś już nie używane, zabytki języka, wyrazy archaiczne. Czyli tak można było napisać w XIX wieku, a nie obecnie, w wieku XXI. Po sesji sprawdziłem jeszcze kilka innych słowników – rezultat ten sam. Znów sam sobie jestem winien. Trzeba było powiedzieć „regulamin” albo „instrukcja”, i wszystko byłoby jasne. Jak w klasycznym skeczu „Sęk” – staropolszczyzny mi się zachciało!

Ucz się, radny Zygmański, choćby od diabła. Dziękuję zatem, panie Łukaszu, za udzielony instruktaż, skorzystałem niezwłocznie. Przede wszystkim kupiłem kwiatki i poszedłem do Biura Rady. Grzecznie przeprosiłem autorkę protokołu za spowodowanie zupełnie niezamierzonych nieprzyjemności, usprawiedliwiłem swoje zachowanie belferskimi przyzwyczajeniami związanymi z wykonywanym na co dzień zawodem nauczyciela, obiecałem poprawę i bezproblemowe zachowanie w przyszłości. Myślę, że moje przeprosiny zostały przyjęte, na dowód czego objęliśmy się na koniec i wycałowaliśmy serdecznie.

Przyznaję, ta historyjka jest dla mnie ważna. O swojej ortograficznej nadwrażliwości wiem od dawna, chciałbym więc tą drogą pokazać jej skutki. Jest to cecha mojego charakteru przysparzająca kłopotów co niemiara, choć z drugiej strony także czasem przydatna. Wiem, jak trudny jest nasz język ojczysty, jak niełatwo się nim posługiwać, lecz ciężko mi się powstrzymać z wyjęciem czerwonego długopisu, gdy widzę rażący błąd. Skądinąd nigdy nie miałem osobiście pretensji do nikogo, gdy mnie kiedykolwiek poprawił. Bo parę razy zdarzyło mi się nieźle ortograficznie nabruździć. W formie gratisu podam Czytelnikom kilka prawdziwych przykładów i co z nich wyniknęło.

Rok 1975. Jako uczeń 8 klasy SP 2 w Goleniowie i świeżo upieczony laureat 3. miejsca w powiatowej olimpiadzie języka polskiego mam zaszczyt uczestniczyć w drużynie reprezentującej Goleniów w finale wojewódzkim. W pierwszej części pisało się wypracowanie na zadany temat, a uzyskujący powyżej 30 punktów przechodzili do części ustnej. Ja dostałem 29,5 punktu i nie wszedłem do tego etapu. Zrobiłem błąd w wyrazie „sierpień” (napisałem „śerpień”, co poprzedził kilkuminutowy namysł i wahanie, bo coś mi się tak zapisany wyraz od razu nie podobał, wygrało jednak przekonanie, że „przecież tak się mówi”), co kosztowało 3 punkty i zaważyło o moim odpadnięciu. Podobno komisja nawet długo dyskutowała, czy mi tego 0,5 pkt. gdzieś nie doliczyć, lecz słusznie trzymano się regulaminu. Skutek: wystarczyło tego błędu nie zrobić, a nasza drużyna wygrałaby finał wojewódzki. Do części ustnej weszło po jednym zawodniku z każdego powiatu; gdyby z Goleniowa obok koleżanki Brygidy (pozdrowienia dla pani doktor!) asystowała moja skromna obecność, mielibyśmy jako drużyna w sposób automatyczny największą ilość punktów. Kurczę, uciekło nam miejsce w historii! Pani Grzywacka, opiekunka zespołu, jeszcze wiele lat pytała mnie na ulicy, czy pamiętam jak pisze się „sierpień”? Oj, pamiętam i zawsze będę pamiętał. O olimpiadzie z 1975 roku już nikt nie pamięta, a „sierpień” pozostał.

Trochę później, już w „ogólniaku”, założyłem się z koleżanką (Dorotka, pozdrawiam i nie bądź już na mnie zła) o lody. Nie ukrywam, że ważniejszy był prestiż, bo tej rywalizacji parę osób kibicowało. Stawiać lody miał ten, kto pierwszy popełni 10 błędów, tym razem w mówieniu, więc raczej gramatycznych. Walczyliśmy coś już tydzień i wynik był 8:4 na moją korzyść. Już byłem w ogródku, już prawie lizałem te lody, kiedy jednego popołudnia… bum, w pół godziny 6 razy z rzędu powiedziałem „poszłem”. Oj, wiedziałem, że ma być „poszedłem”, ale wokół panoszył się ten nieznośny błąd, więc mimowolnie nasiąknąłem niepoprawnością. Skutek: przegrane lody (i to z babą!), zawalony autorytet u kolegów (co, ty z klasy „b” ośmieliłeś się przegrać – i to z babą! – z klasy „a”?). Od tego czasu już nigdy nie powiedziałem, że gdzieś „poszłem”. Jak przydałaby się podobna porażka wszystkim, którzy nadal nie wiedzą, że „poszedłem”…

Też w ogólniaku, na lekcji polskiego. Nasz nauczyciel (Tadeusz, pozdrowionka) miał zwyczaj szczegółowo omawiać poczynione przez nas na klasówkach błędy. Przy jednym dostałem ataku niepowstrzymanego śmiechu. Otóż koleżanka Gośka (Gosia, spoko, nie rozpoznają – mieliśmy przecież w klasie dwie Gośki) napisała kiedyś „zagatka”. Musiałem sobie chyba wyobrazić te „gatki”, za którymi coś tam miało być. Skutek: kiedy po wielu latach spotkaliśmy się, ja oczywiście „zagatki” już nie pamiętałem. Gosia pamiętała, co gorsza, nie mogła mi tego śmiechu nadal wybaczyć. Ale już nigdy tego błędu (jak przyznała) nie zrobiła.

Rok 1999. Pracuję jako Sekretarz Gminy, odpowiadam za różne rzeczy. Właśnie oddano do użytku nowy budynek Urzędu Gminy i Miasta. Burmistrz powierza mi zorganizowanie i skoordynowanie przeprowadzki. W jeden grudniowy weekend, praktycznie bezkosztowo i bez widocznych dolegliwości dla klientów, przy wielkim zaangażowaniu wszystkich urzędników (Mirek, pamiętasz swojego „żuka”, którym obróciliśmy w sobotę i niedzielę parę kursów?) przenieśliśmy całe wyposażenie, dokumenty i zainstalowaliśmy na nowym miejscu. Udało się zrobić wszystko, łącznie z wyprzedażą niepotrzebnych sprzętów w starym budynku na ul. Dworcowej, zmontowaniem równocześnie dostarczonych nowych mebli, skręceniem na śruby wszystkich nowych regałów w archiwum (to było w niedzielę w nocy, pamiętacie chłopaki ze Straży Miejskiej?), założeniem wszystkich do dziś służących tablic informacyjnych. No, ogrom przygotowań i wielka akcja logistyczna. Na pierwszej sesji Rady Miejskiej w nowej pięknej sali konferencyjnej (Jurek, pamiętasz jak z powodu awarii elektryczności najpierw włączyły się światła awaryjne, a za parę minut zapadły egipskie ciemności?) w charakterze pochwały posłużyła interpelacja jednego z radnych (ówczesnego upierdliwca, w którego roli ja obecnie występuję) na temat tablicy informacyjnej w holu. Jak byk widniało na niej „województwo zachodnio-pomorskie”, zaś powinno być oczywiście „zachodniopomorskie”. Oj najadłem się wstydu, i słusznie. Ktoś przecież powinien tego dopilnować. Skutek: tego samego dnia z tablicy osobiście zdjąłem kreseczkę. Błąd zniknął, mieszkańcy znają prawidłową nazwę swojego województwa, bo czysta kultura ortograficzna płynie do interesantów naszego Urzędu z tablicy informacyjnej. Tak powinno być.

Rok 2013. Piszę regularnie felietony w „Moim zdaniem” w „Gazecie Goleniowskiej”. Pewnego razu kończę nie jak zwykle w środę o 6.00 rano, co dawało jeszcze zawsze możliwość dokonania korekty przez obowiązkowo pierwszego czytelnika, czyli moją własną żonę, lecz później. Oczy zapuchnięte, nie mam już siły patrzeć w ekran. Muszę tekst wysłać na gwałt do redakcji, bo już poganiają, bez korekty. Wysyłam, idę na dwie godziny spać. Wieczorem siadam i czytam jeszcze raz chłodnym i wypoczętym okiem, a tam nazwa naszego kraju napisana tak: „polska”. Małą literą! Tekst w drukarni, na zmianę za późno, klęska. Przecież nigdy sobie tego nie wybaczę! W piątek kupuję gazetę, otwieram jak skazaniec, a tam… „Polska”! Kochana „Gazeta”, ktoś moje wypociny przed drukiem przeczytał i litościwie poprawił babola. Czy to pani, pani Tereso? Na wszelki wypadek z wdzięczności całuję po rękach. Skutek: już nigdy więcej nie puszczam niczego do druku bez akceptacji żony.

Takich anegdotek mógłbym jeszcze przytoczyć tuziny. O dystynkcjach „wyhawtowanych” na mundurach z regulaminu Straży Miejskiej, o pułapkach zastawianych notorycznie przez kolegów Józka czy Leszka. Co ja się im wszystkim namarudziłem, oj! Po pewnym czasie (oczywiście po przeminięciu pierwszego gniewu i ostudzeniu główek) zwykle mi dziękowano. Kończyło się zaś na tym, że musiałem robić korekty dziesiątek tekstów, które nic z moją pracą nie miały wspólnego. Znosili je ludzie z całego Urzędu, bo podobno za sprawdzanie tekstów odpowiadał… Sekretarz. Co czyniłem z wrodzoną belferską zawziętością, zaspokajając swoją ortograficzno-gramatyczną manię.

Moja wstrętna przypadłość zaczęła się chyba od kolegi, z którym siedziałem przez kilka lat w jednej ławce w podstawówce. Miał do ortografii stosunek zupełnie odwrotny niż ja – nienawidził jej szczerze. Dziś pewnie ktoś mądry by go zbadał i stwierdził wrodzoną dysleksję, dysortografię czy inne dysy, ale w barbarzyńskich czasach naszych wczesnych podstawówkowych lat mówiono po prostu, że jest śmierdzącym leniem i że nie chce mu się uczyć. Mój kolega zatem kosił całe pęki pał z języka polskiego. Piotrek (bo mu Piotr jest; pozdrawiam cię Piotruś serdecznie) nie tylko nie stosował żadnych pracowicie zapominanych reguł ortografii, ale w lekkim poważaniu miał też interpunkcję, gramatykę i wszystkie podobne głupoty. Za to nie lubił złych stopni, więc wpadł na prosty pomysł. Otóż ja, od początku lepiej z chińszczyzną-polszczyzną obeznany, miałem obowiązek z jego problemami walczyć. Więc na każdym jego wypracowaniu musiałem robić korektę, zasmarowując wszystkie bohomazy i poprawiając błędy. To samo było z klasówkami; najpierw musiałem szybko skończyć swoją, po czym zamienialiśmy się kartkami i długopisami, a ja zabierałem się za poprawę jego byków. Bywało, że nie zdążyłem wszystkiego zrobić, a wtedy pani od polskiego pytała Piotrka ze zdziwieniem: – Jak to z tobą jest? Na pierwszej stronie wypracowania nie zrobiłeś żadnego błędu, a na drugiej masz ponad 40 bykoli? Piotruś się czerwienił i coś tam bąkał pod nosem, a kończyło się ponownie pałą. Skutek: wina była oczywiście moja, bo poprawiałem zbyt wolno, na co Piotrek się nieraz z żalem skarżył

Dziś słyszę od niektórych uczniów, których uczę przecież angielskiego, że więcej dowiadują się na tych lekcjach o własnym języku niż o języku Szekspira. No, nie przesadzajcie. Po prostu wszystkie języki europejskie (za wyjątkiem fińskiego i węgierskiego) mają wspólne korzenie. Trochę polskiego na angielskim na pewno się przyda. Dodam, że jako belfer poprawiam wszystkich uczniów, kiedy jest na to pora, niemal odruchowo i bezmyślnie. Nigdy się na to nie obrażają, ale to przecież lekcje i uczniowie. Poza lekcjami pewnie by mi to tak gładko nie przeszło.

Wybaczcie mi jeszcze raz wszyscy, których pouczam i nauczam, poprawiam i naprawiam, koryguję i wyprowadzam z błędu. Pozwólcie mi to czasem robić, skoro taka moja natura. Nigdy nie czynię tego dla ośmieszenia czyjejś niewiedzy, a tylko tak, jak moja nauczycielska mania mi każe. Z wiarą, że lepiej błąd pokazać, bo na błędach też można się uczyć, skoro aż tak bardzo na nas bolą. I to by było na tyle. Bogusia, możesz mi sprawdzić nowy felieton?

 

Jak mylą pierwsze wrażenia, czyli po czynach ich sądźcie, nie po słowach

07 kwi
Liczą się czyny, nie słowa Zdjęcie: demotywatory.pl

Liczą się czyny, nie słowa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Pod koniec poprzedniego wpisu obiecałem napisać coś o kręgosłupie moralnym miłościwie nami rządzącego burmistrza Roberta Krupowicza. Nie dlatego, że takie mam hobby, że odczuwam głęboką potrzebę analizowania jaźni którejkolwiek osoby. Wręcz przeciwnie, prosty jestem człowiek, moja instrukcja obsługi mieści się na malutkim karteluszku, który żona powiesiła sobie 33 lata temu na lodówce ku codziennemu używaniu. Ludzi o osobowości dla mnie zbyt trudnej unikam raczej jak diabeł święconej wody. Cóż jednak czynić, kiedy ktoś się do nas garnie i gdzie nie postawię nogi, tam pan burmistrz? No i jego skomplikowany charakter, o który potykam się już od kilku lat.

Tak po prawdzie to jeszcze 6 lat temu pana Krupowicza wcale nie znałem. Pierwszym, który zwrócił mi na niego uwagę, był mój dobry znajomy przez wieki, Cezary Martyniuk. Wiem, znacie go też, dziennikarz „Gazety Goleniowskiej” od prehistorii, w stopce redakcyjnej stale uwidoczniony jako członek zespołu. Niektórym znany także od ubiegłego roku jako asystent burmistrza Roberta Krupowicza ds. komunikacji społecznej (cokolwiek miałoby to znaczyć). Oczywiście te dwie funkcje się absolutnie nie gryzą, wszystkie insynuacje na ten temat wepchnę z powrotem do gardeł podłym ludziom je głoszącym. W ostatnim akapicie zeszłorocznego artykułu prezentującego między innymi jego funkcję stwierdziłem, że będę uważnie przyglądać się jego pracy. Dzisiejszy wpis chyba też jest troszkę i o tym.

Zagadałem się, miało być o zwróceniu mojej uwagi na pana Krupowicza. No właśnie, przed rokiem 2010 wiedziałem tylko, że był Wojewodą Zachodniopomorskim przez niemal dwa lata (2005-2007), a w tym czasie zamieszkał na terenie naszej gminy. Pracując w Urzędzie Gminy i Miasta nie miałem ani razu okazji się z nim zetknąć osobiście, bo wojewoda niewiele ma wspólnego z samorządem, nawet twarz była mi znana tylko ze zdjęć. A w roku 2010 okazało się, że ma zamiar kandydować w wyborach na Burmistrza Gminy Goleniów. I z tym właśnie przyszedł kiedyś do mnie kolega Cezary.

Żadna rewelacja, dziennikarze „Gazety Goleniowskiej” pojawiali się w UGiM niemal codziennie, a do mnie jako prostego Sekretarza Gminy Cezary wdeptywał rutynowo. Nie z powodu starożytnej znajomości prywatnej oczywiście, tylko po informacje, jak to dziennikarz. Jednak tego razu, o którym piszę, tak jakoś w wakacje roku 2010, przyszedł po coś innego. Chciał zwierzyć się mi jako koledze, że ma zamiar popierać w nadchodzących wyborach samorządowych (listopad-grudzień 2010) kandydaturę pana Krupowicza. Nie pytajcie, skąd poczuł taka potrzebę, nie wiem. Może uznał, że trzeba mnie ostrzec? Nie bardzo wiedziałem przed czym, przecież w zapowiedziach przedwyborczych kandydat Krupowicz zapowiadał (mówię oczywiście w skrócie) kontynuację działań poprzedników, jedynie zmieniając nieco styl, inaczej rozmieszczając akcenty. Czego się bać?

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Przyznam się, że skłamałem wtedy. Otóż udałem, że ta deklaracja poparcia jest dla mnie niespodzianką i nowością. Po prawdzie zaś wcale nie była. Bo miałem nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że dziennikarz Cezary Martyniuk już kilka miesięcy ciężko pracuje, by przybliżyć postać właśnie tego kandydata goleniowskim wyborcom. Właściwie w każdym kolejnym numerze „GG” pojawiały się treści autorstwa CM ukazujące go jako fajnego gościa. W kontraście do gości niefajnych, jak na przykład niejaki Krzysztof Zajko, obrzydły typ mający także niecną chęć objęcia burmistrzowskiego stolca. Ten niedobry człowiek zresztą czemuś podpadł redakcji „GG” już dużo wcześniej, jako wiceburmistrz przy jeszcze bardziej wrednym typie, długoletnim burmistrzu Andrzeju Wojciechowskim. Oj, nie miała ta ekipa medialnego wsparcia, wiem coś o tym. Bądźmy sprawiedliwi, żadna wcześniejsza ekipa takiego wsparcia nie miała. Ani za burmistrza Mirosława Chylickiego, ani za „wczesnego” Wojciechowskiego, ani za Andrzeja Lewka, burmistrza przed „późnym” Wojciechowskim.

Zapytałem kolegę sprytnie i naiwnie, czym pan Krupowicz się zasłużył w jego oczach, by powierzać mu najwyższy gminny fotel. Na to usłyszałem dość oględną krytykę zarówno kandydata Krzysztofa Zajko, jak i jego kuzyna, też kandydującego w wyborach, Henryka Zajko. Nie wolno było (zdaniem Cezarego) dopuścić żadnego z nich do władzy, bo razem stworzyliby familijny gang, a jedynym lekarstwem na to miał być (zdaniem Cezarego) tylko Robert Krupowicz. A jego Cezary lubi, bo jest fajny i był wojewodą. O tym drugim już wiedziałem, fajność pojawiła się jako nowa informacja. Wprawdzie prorokował, że pewnie tandem i tak wybory wygra (albo jeden pan Z., albo drugi, tertium non datur), ale on będzie się starał ułatwić drogę panu Robertowi. Święte słowa, tak było, ułatwiał jak mógł.

Później wszystko poszło jak z bicza trzasnął. Obaj panowie Z. pobili się w pierwszej turze, w wyniku czego Krzysztof prowadził w wyścigu o fotel przed Robertem Krupowiczem. Lecz w drugiej turze pan Krupowicz okazał się czarnym koniem i wygrał wyścig. Śmieszne, gdyby (jak sugerował kolega Cezary) „straszny” duet panów Z. skonsumował zmowę i nie wchodził sobie nawzajem w paradę, jeden z nich wygrałby w cuglach w pierwszej turze, osiągając ponad 50% głosów. Nie ma co, sprytny spisek. Po wyborach okazało się zresztą, że spisek rzeczywiście był: pana Roberta Krupowicza z panem Henrykiem Zajko. Zawarty ponadto już przed momentem, w którym mój kolega przyszedł mnie uświadomić gdzie leżą konfitury.

Zaraz po drugiej turze wyborów, jak pamięć mi podpowiada w piątek 10 grudniu 2010 r., nareszcie miałem okazję zapoznać się z panem Krupowiczem osobiście. Pierwsze wrażenie – pewnie jak pierwsze wrażenia wszystkich spotykających się z nim po raz pierwszy w życiu: słodycz, zachwyt, entuzjazm, jak mój znajomy taki stan nazywał: „orgazm czubkowy”. Sympatyczny, elokwentny, skupiony, życzliwy człowiek, no klasa! Nie pytany sam z siebie zapowiedział, że w urzędzie nie będzie żadnych kadrowych rewolucji. On nigdy dobrych pracowników z pracy nie wywala. Najwyżej tym, którzy się nie sprawdzili, proponuje przejście na inne stanowiska. Jako szef taką ma filozofię, tak robił na przykład jako wojewoda. A goleniowski urząd to dobry urząd. Zatem ma być spokojna praca od razu, bez personalnej karuzeli. „I niech pan, panie Sekretarzu, tak pracownikom mówi”.

Rajstopy w kiosku to grzech Zdjęcie: frega24.pl

Rajstopy w kiosku to grzech
Zdjęcie: frega24.pl

Kryształowy obraz zarysował mi się trochę już tego pierwszego dnia, kiedy burmistrz postanowił obejść cały urząd. W końcu nie tylko dla mnie był kimś nowym, inni pracownicy też znali szefa raczej z opowieści i zdjęć, niż osobiście. Wszystko było OK, choć burmistrzowski gabinet mu się nie spodobał, co zapowiadało zakupy nowego umeblowania, lecz jedno miejsce się wyjątkowo nie spodobało – kiosk na parterze, przy Biurze Obsługi Interesantów. Przechodząc obok pan Krupowicz z niesmakiem zauważył leżące gdzieś z boku pakiety z damskimi rajstopami. Stwierdził podniesionym głosem: „Majtek w urzędzie mi tu nikt sprzedawać nie będzie!”. No i była to jego pierwsza historyczna decyzja, podjęta jako Burmistrz Gminy Goleniów. Nakazał zerwać umowę dzierżawy z firmą prowadzącą kiosk. Później pozostał głuchy na wszystkie argumenty: że kiosk jest potrzebny, ma wielu klientów, że prowadzi dla nich usługi ksero, że pracownicy kupują w nim coś do jedzenia i picia, że przecież te „majtki” można z niego wyprowadzić (zastrzegając w aneksie do umowy, czego burmistrz nie życzy sobie w kiosku widzieć), że wypowiedzenie umowy wysyła na bezrobocie osobę kiosk prowadzącą, że czynsz z dzierżawy jest stałym dochodem budżetu, że… Nie pomogły interwencje radnych interpelujących do burmistrza na kilku sesjach. Ukazała się wtedy nieśmiało cecha charakteru p. Krupowicza, która dziś błyszczy w pełnej krasie: jak mam rację, żadne argumenty mi niestraszne, zdania nie zmieniam. Pomieszczenie po kiosku do dziś stoi puste. Może służy jako podręczny magazyn powietrza na wypadek jego nagłego braku?

Później zaś pan Krupowicz już bez wielu słów zabrał się za dalsze działania, znacznie poważniejsze, niż tak drobiazgowo opisana likwidacja kiosku. Całkowicie przeczące jego zapowiedziom. W pierwszych dwóch tygodniach pracy burmistrz spokojnie zdemontował budowany przez wiele lat przez poprzedników szkielet organizacyjny urzędu, pozbywając się także znacznej części osób na stanowiskach kierowniczych. Szczegółów nie będę poruszał. Z jednej strony dziś Państwa z pewnością nie zainteresują, z drugiej zaś obiecałem Robertowi Krupowiczowi publicznie tego nie roztrząsać. Taki gentelmen’s agrement.

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

W ciągu dwóch tygodni od pierwszej rozmowy już byłem pewien, że nie chcę być podwładnym Roberta Krupowicza. Nie tylko, że nie miał on dla mnie żadnej prawdziwej pracy, ale nawet gdyby ją miał, raczej długo byśmy ze sobą nie wytrzymali. Koncentracja złego postępowania, jaką miałem nieprzyjemność przez ten czas zaobserwować w wykonaniu nowego szefa, przerosła znacznie moją wytrzymałość. Nie miałem zamiaru firmować jej moim nazwiskiem. I zrozumiałem też, że żadna pensja nie wynagrodziłaby mi konieczności codziennego z nim bytowania. Postanowiłem poszukać sobie nowego zajęcia, choć oczywiście łatwo takiej decyzji się nie podejmuje. Na moją prośbę, której wcale nie motywowałem i obecnie też nie mam zamiaru wyjaśniać, burmistrz przystał. Z pewnością takie rozwiązanie było dla niego niespodzianką, ale na pewno było mu na rękę. Tym, którzy twierdzili wtedy, że jestem frajerem, dziś odpowiadam: nie żałuję, nie żałowałem i nigdy nie będę tej decyzji żałował.  

Podłego i głupiego postępowania wobec moich kolegów i koleżanek nie wybaczę panu nigdy, panie burmistrzu. Inaczej co do mnie. Żadnych skarg na swój los nie składam, gentelmen’s agrement trwa, nie mam w tej sprawie panu niczego za złe. Postanowiłem jednak Czytelnikom udostępnić na ten temat pewien tekst, który w tamtych dniach popełniłem. Mój jedyny w życiu tekst, którego nie podpisałem własnym nazwiskiem. Posłużyłem się przypadkowym pseudonimem osoby, która miała „wejście” na portal internetowy „Gazety Goleniowskiej” i użyczyła mi dostępu (ja nie mam go do chwili obecnej i żadnych komentarzy tam nie umieszczam). Zabrałem w ten sposób głos w dyskusji pod maleńką notką mojego kolegi Cezarego w rubryce „Komentarz aktualny”:

„Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian. Zmiany były zawsze, także kiedy przychodzili do pracy panowie Chylicki, Lewek czy Wojciechowski. Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane. Zawsze byli zadowoleni z takiego biegu spraw, zawsze też byli niezadowoleni.

Cezary Martyniuk
2011-01-19 12:03″

Oto co napisałem wtedy jako Balbinka na portalu „Gazety Goleniowskiej”:

Nie wytrzymałem, bo są dla mnie sprawy fundamentalne, ważniejsze niż bieżące newsy. Te wlatują nam do ucha bezwiednie i bezmyślnie, a za chwilę stają się dla wszystkich pewnikami. Ilość powtórzeń kłamstwa przekształca je w prawdę, trzeba więc bić na alarm. Inaczej błona ślepoty zarośnie nam całkiem oczy, którymi patrzymy na świat. Przykro mi, że będzie to tak długi elaborat, ale chyba krótko się nie da. Chodzi mi o „komentarz aktualny”, jaki na portalu zamieścił 19 stycznia Cezary Martyniuk. Do „komentarza aktualnego” nie ma niestety możliwości zamieszczania bezpośrednich komentarzy. Taki przywilej gazetowego komentatora, chyba żeby „nasze” zostało na wierzchu. Nie ma sprawy, każdemu wolno mieć własne myśli i komentarze. Gorzej, kiedy komentarz tylko w części wyraża opinie, zaś w części podaje informacje. A raczej „informacje”…

Bo „komentarz aktualny” Cezarego Martyniuka z dnia 19 stycznia (ten o emocjach wokół zmian kadrowych w Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie) zawiera i komentarz, i informacje. Może najpierw warto wskazać te drugie – przygotuje to trochę mój „komentarz do komentarza”. Właściwie cała druga część „komentarza” to informacje. Cytuję:  „Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane.”

I teraz mój komentarz do tych „informacji”… Kim byli „znajomi wiceburmistrza” (nazwiska!)?; jakie osoby spokrewnione/skoligacone (nazwiska!)?; kim są „wpływowi urzędnicy” (nazwiska!)”?; na czym polegają wpływy „wpływowych urzędników”?; ile to jest „wiele osób”?; czy dziecko mogłoby wyjaśnić, po czym poznało „drukowanie” konkursów (rozumiem, że na dyrektorów wydziałów w Urzędzie Gminy i Miasta na początku kadencji 2002-2004)?; czym różni się „drukowanie konkursów ewidentne” od „nie do końca pewnego”?; dlaczego dziecko wcześniej nie poinformowało o swoich podejrzeniach nikogo z dorosłych? Te niby śmieszne pytania mają na celu pokazać różnicę między informowaniem uczciwym, a nieuczciwym. Gdyby Cezary Martyniuk informował uczciwie, nie byłoby o co pytać – po prostu napisałby coś w tym stylu: „Szwagier wiceburmistrza X, Pan Y, został dyrektorem wydziału Z. I to nie jest fajne, bo nie ma wystarczających do tego kwalifikacji i nie może wykazać się wymaganym doświadczeniem.” Albo: „Jak twierdzi jedna z naszych urzędowych „wiewiórek”, szara eminencja Urzędu, niejaki X, żeby doprowadzić do zatrudnienia na urzędniczym stanowisku swojego serdecznego kolegi z wojska, szewca z zawodu, Pana Y – zaszantażował Burmistrza ujawnieniem szczegółów spotkań z Panią Z w jego gabinecie poza godzinami urzędowania.”

Te przykładowe informacje są dziennikarsko uczciwe. Podają konkrety, możliwe do sprawdzenia, posiadające źródło pochodzenia. Tu nie ma insynuacji, mrugania do czytelnika w stylu „wy rozumiecie, a ja wiem”. Zaczepieni mogą wyjaśniać, dementować, bronić się, przedstawiać dowody niewinności albo do wszystkiego się przyznać, nawet dochodzić swych praw przed sądem. Jeśli informacje były prawdziwe – dziennikarz miał je prawo podawać i jest czysty jak łza. Od tego jest – od podawania informacji. I nie jego wina, że ktoś coś złego zmalował. Cóż natomiast uczciwego znajduje się w informacjach podanych przez Cezarego Martyniuka? To po prostu rzut zza węgła pewną smrodliwą substancją, której jak najwięcej ma się przykleić, bo na pewno trochę na obrzucanych zostanie – i odskok z niewinną miną na wcześniejszą pozycję – pozycję komentatora. Bo przecież pisze komentarz, a nie żadne tam informacje… Obrzucony tym czymś mazistym nawet nie spróbuje się odszczeknąć, bo za jaki szczegół się nie złapie – ta śliska substancja wypływa mu między palcami i jeszcze bardziej się rozłazi. A ponadto tworzy się „fakty”, które mają poprzeć wcześniejsze tezy.

Przykro mi, ale tych konkretnych informacji w wykonaniu Cezarego Martyniuka nie było; sama mazista substancja, mająca przygotować usprawiedliwienie dla najpierw napisanego komentarza. Może by i coś konkretnego dałoby się napisać, ale się nie pisze. Redaktor podaje zresztą te „informacje” jedynie w konkretnym celu: jeżeli wskaże, że inni też, to obecny burmistrz jest całkowicie usprawiedliwiony. A co, tylko jednemu wolno robić źle? Zło czynione przez innych miałoby usprawiedliwić zło czynione obecnie.

No i nareszcie dochodzę do tego, co najważniejsze. Do właściwego komentarza wyrażonego przez Cezarego Martyniuka. Cytuję: „Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian.” Dwa zdania, a można byłoby napisać tomy rozpraw filozoficznych, dysertacji prawniczych, nawet powieści psychologicznych i dramatów, zawsze współczesnych. Zapytam naiwnie, jak to wcześniej wspomniane przez redaktora Martyniuka dziecko: a z czego wynika to prawo burmistrza do dobierania sobie współpracowników?

W jakim akcie prawnym zawarty jest przepis, pozwalający usprawiedliwić tak bezsensowną tezę? Wiem, zgadzają się z tym „prawidłem” prawie wszyscy, ale jeszcze raz: jaka podstawa prawna uzasadnia takie postępowanie? I odpowiem: nie ma takiego przepisu… To tylko obowiązująca praktyka, u nas powszechnie akceptowana, a nie mająca nic wspólnego z prawem, logiką, zasadami dobrej organizacji, demokracją, a nawet etyką, nie tylko chrześcijańską. To siedząca w nas zgoda na niezauważanie bezsensu, niesprawiedliwości, rozrzutności i niezgodności z prawem takiej postawy.

Już wyjaśniam, bo pewnie czytający przecierają oczy ze zdziwienia – czego tu się czepiać? Najlepiej wyjaśnić na przykładach. Podam kilka, które mi do głowy przychodzą:

1. W szkole pojawia się nowy dyrektor. Zwalnia 10 nauczycieli (nie, lepiej wszystkich – też by mógł), argumentując, że ma prawo dobierać sobie współpracowników. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i odchodzą na zieloną trawkę spokojnym krokiem. Kurator oczywiście klepie dobrotliwie dyrektora po plecach, a burmistrz załatwia roboty publiczne przy kopaniu rowów dla zwolnionych. Uczniowie cieszą się jeszcze bardziej, bo uwielbiają, jak coś się dzieje innego, niż nudne zakuwanie lekcji. Rodzicom jest to na razie obojętne.

2. Do fabryki produkującej śrubki przychodzi nowy dyrektor. Oczywiście obowiązkowo wyrzuca na bruk całą załogę, bo ma dużą rodzinę i wielu znajomych. Wszyscy oni są zdolni i bardzo szybko nauczą się, jak robić śrubki. Przejściowy spadek produkcji i przychodów firmy rekompensowany jest radością, że atmosfera w zakładzie jest iście rodzinna. Nie zepsuje tego nawet fakt, że inne fabryki produkujące śrubki wygryzły w tym czasie naszą z rynku.

3. W jednej z najlepszych gmin w kraju, zbierającej hurtem wyróżnienia w niemal każdej dziedzinie, stary burmistrz postanowił odpocząć na emeryturze. Jego aparat pomocniczy, czyli urząd gminy, musiał być raczej dość dobry, bo wbrew poglądom niektórych, to nie sam burmistrz i radni decydują o jakości działania organów gminy. Nie zrobiliby wiele, gdyby nie mieli dobrych urzędników do realizacji nawet najlepszych pomysłów. Albo gdyby nie mieli pomysłów, spuszczając się na urzędników, którym płaci się za rozwiązywanie problemów. Wybrano nowego burmistrza, którego „świętym prawem” (chyba wszyscy się zgodzą?!) jest wymienić urzędników na dowolnych innych. Problemu nie ma żadnego, bo dobrych urzędników jest multum. Cóż może być prostszego, niż bycie urzędnikiem? No i dobrze, wymienił. Czemu nie wszystkich, nie wiadomo. Być może miał mało znajomych chętnych do pracy w urzędzie, może pensje były za niskie? Niektórzy bardziej gospodarni mieszkańcy gminy trochę złorzeczyli odchodzącym urzędnikom, że ich zwalnianie kosztowało kupę szmalu, za co powinni się wstydzić. A te darmozjady nawet nie próbowały się wytłumaczyć czy przeprosić. Może dlatego, że nikt im nie udzielił głosu. Gdyby udzielił, z pewnością by się pokajali. Natomiast po zaledwie 3 latach mieszkańcy będą mogli już próbować przychodzić do urzędu załatwiać swoje sprawy. Właśnie  pracujący tam nowi urzędnicy ogarną się trochę z robotą, przestaną szukać min pozostawionych przez poprzedników i nabiorą rzetelnych kompetencji. Trochę szkoda, że za chwilę następne wybory, a po nich załoga wyleci z roboty. Bo nowowybrany burmistrz oczywiście przyprowadzi swoich nowych urzędasów – takie ma prawo. Oczywiste dla wszystkich.

To ja protestuję! To „oczywiste prawo burmistrza” jest prawem zbója łupiącego wszystkich spoza swojej własnej bandy, mafiozo liczącego się tylko z dobrem swojej mafijnej rodziny. Nieważne, czy rodziny politycznej, czy kolesiowskiej ferajny. Jest to prawo do oficjalnego i powszechnie akceptowanego nepotyzmu na dowolną skalę. To potulna zgoda owieczek na bycie strzyżonym i dojonym ze swoich podatków, wyrzucanych w błoto na bezsensowne i pozorne reorganizacje. To przyzwolenie na dzielenie łupów w podbitym kraju. Przesadzam świadomie, bo różnica jest tylko w skali grabieży.

Może więc urzędnicy to święte krowy, paniska nie do ruszenia, nieusuwalni i chronieni przez specjalne przywileje? Nic z tych rzeczy. Tak jak zły kamieniarz nie sprzeda swoich nagrobków, jak zły sklepikarz straci klientów, jak zły robotnik wyleci za nadmiar braków, jak zły architekt pójdzie do więzienia za niezgodnie ze sztuką zaprojektowany i zawalony most – tak i na złych urzędników są kary, do wyrzucenia z pracy włącznie. Tylko trzeba im wykazać, że źle pracują, że są niekompetentni, że nie szanują interesantów, że po prostu partaczą swoją robotę. Tego niestety nie da się załatwić jednym zarządzeniem burmistrza, bo wymaga bardzo sumiennych, obiektywnych i konsekwentnych działań, indywidualnie wobec każdego z badanych.

Chcesz burmistrzu wprowadzić swoich, bo do zastanych nie masz zaufania? Dobrze, tylko zrób to zgodnie ze sztuką. Wiesz, że biorą łapówki – zgłoś przestępstwo do prokuratury. Spóźniają się i bumelują? Karz ich zgodnie z regulaminem pracy, do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie. Zwalniaj ich, gdy są niekompetentni, nierzetelni, działają niezgodnie z prawem. Gdy ich winą jest coś więcej, niż tylko bycie „nie z tego układu”. To nieprawda, że wywalić z pracy można za nic. Jeśli to zyskuje przyzwolenie, niech wstydzą się przyzwalający. A gdy masz burmistrzu lepszych, to ich zatrudnij i daj okazję się wykazać, sprawdzić i porównać. Piszę to nie o burmistrzu Krupowiczu, tylko o każdym, który znalazłby się na jego miejscu.

Burmistrza wybierają wyborcy, ale tylko jego dotyczą wybory. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, że nie musi on nikomu zapłacić stanowiskami w urzędzie po wygraniu wyborów? Jest politykiem, niech płaci politycznymi stołkami. I wyłącznie tymi. Czy nie może na drugi dzień po przyjściu do pracy zająć się wspólnie ze SWOIMI URZĘDNIKAMI normalną pracą, bez tracenia miesięcy czasu, kupy pieniędzy, olbrzymiego zaangażowania na wprowadzenie SWOICH? Czemu ma zniszczyć wspólną inwestycję poprzedników w tworzenie kompetentnej kadry, czemu ma wyrzucić w błoto niemałe pieniądze podatników wsadzone w jej wyszkolenie?

Jeśli ktoś oceni, że to tylko mój naiwny idealizm, jakieś nierealne rojenia, to także zaprotestuję. Taki model działa w niejednym kraju, gdzie polityka odbywa się jedynie do szczebla burmistrza. A niżej pracują fachowcy, którym jest naprawdę obojętne, jak nazywa się ich szef i z jakiej jest partii. Bo oni nie są od polityki, tylko od roboty.

Balbinka

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa Zdjęcie: demotywatory.pl

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Dziś nie wycofuję się z ani jednej napisanej wtedy litery. Dodam jeszcze, że po tym wpisie zadzwonił do mnie kolega Cezary z jednym tylko pytaniem: „Czy to ty jesteś Balbinka?” I znów mu skłamałem, zapierając się w żywe oczy, o czym pewnie dobrze wiedział. Zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia. Po prostu od pierwszej rozmowy z panem Krupowiczem minął już ponad miesiąc, w trakcie którego moje wszystkie złudzenia co do prawości burmistrzowskiego charakteru prysły się jak mydlane bańki nad balią pełną piorących się kalesonów. Myślę, że nie zrozumiałby mojego prawa do zabrania głosu pod własnym nazwiskiem, dając sobie prawo do jakichś represji. Ponadto już wtedy wiedziałem, w styczniu roku 2011, że mój kolega Cezary Martyniuk pełni (na razie społecznie i nieodpłatnie) funkcję osobistego asystenta burmistrza Roberta Krupowicza. I że z pewnością była ona dla niego ważniejsza, niż bycie moim kolegą. A tak łatwo „zabić kogoś gazetą”, o czym niejeden się przekonał. Może jestem naiwnym idealistą, ale nie samobójcą, jakiś elementarny instynkt samozachowawczy jeszcze mi pozostał.

Wszystkim miłośnikom burmistrza Krupowicza radzę zastosować proste kryterium oceny, z którego ja skorzystałem już 6 lat temu. Znajdziecie je w Ewangelii według św. Mateusza gdzie napisano: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Bo nie słowa, nawet najpiękniejsze i najpotoczyściej z ust płynące, dają właściwe podstawy do szacowania czyjejś wartości moralnej. Takimi właściwymi kryteriami oceny ludzkiej moralności są tylko nasze czyny.

 
 

Zaciemniające wyjaśnienia, czyli jak Burmistrz Krupowicz zdemaskował wojującego ateistę

28 mar
Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Dzisiejszy temat wynika niejako automatycznie: jestem winien Państwu zapowiedzianą relację z posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu. W środę 23 marca drugi raz zajęła się zlotem motocyklowo-rockowym, o którym pisałem poprzednim razem. Tym razem nie zachowam chronologii, gdyż pełne nagranie spotkania znajdziecie Państwo na portalu www.goleniow.net.pl. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, lecz najważniejsze usłyszeć można. Skoncentruję się na niektórych wątkach.

Frekwencja była nadspodziewanie wysoka. Nie poczytują sobie tego oczywiście jako własną zasługę, bo poza opublikowaniem poprzedniego wpisu nic więcej ku temu nie uczyniłem. Zatem zainteresowanie było samoistne,  a na sali obrad Rady Miejskiej, w której rzecz miała miejsce, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Przybyło „na moje oko” około 40-50 osób – żałuję, że nie policzyłem dokładnie. Mówię oczywiście o publiczności, bo było to przede wszystkim posiedzenie KSSEKiS. Stawiła się ona w pełnym, 8-osobowym składzie: Krystyna Jaworska – Przewodnicząca Komisji, Marzena Pach – Wiceprzewodnicząca, Irena Henkelman, Agata Wilińska-Onyśko, Krzysztof Czerwiński, Artur Panek, Wojciech Łebiński i Wasz sprawozdawca, Ireneusz Zygmański.

Komisja na to posiedzenie zaprosiła Burmistrza Gminy Roberta Krupowicza, który pojawił się w towarzystwie obu zastępców, Tomasza Banacha i Henryka Zajko. Przyszedł także zaproszony Prezes Zarządu Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich pan Jacek Szambelan. Ten ostatni w towarzystwie pana Pawła Bartoszewskiego, który przedstawił się jako „osoba z zewnątrz, wspierająca SMG”.

Co do roli Pawła Bartoszewskiego wyjaśnienia były potrzebne dalej w trakcie posiedzenia, bo kilkakrotnie na pytania kierowane do organizatora imprezy, którym jest SMG, właśnie on rozpoczynał odpowiedzi. Dziwiło to, skoro nie jest on członkiem SMG (sam o tym mówił), a obok niego siedział Prezes Szambelan. Wypowiedzi pana Bartoszewskiego zajęły sporą część posiedzenia (czasu wystąpień nie ograniczano). Część pytań kierowano wprost do niego, często jednak, nawet mitygowany przez pytających, wyręczał Prezesa SMG. Ten też udzielił kilku wyjaśnień bardzo wyczerpujących. Liczne pytania dotyczyły Burmistrza Krupowicza, który był raczej lakoniczny. Wypowiedzi pytających nieraz też były obszerne, z dużą ilością komentarzy. Spotkanie trwało ok. 2 godzin. Spróbuję przedstawić, co powiedzieli poszczególni „odpowiadacze” – p. Szambelan, p. Bartoszewski i burmistrz.

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Zaczynam od Prezesa SMG Jacka Szambelana. Planowany festiwal opisał jako przede wszystkim zlot motocyklowy organizowany przez swoją organizację. Szeroko mówił o wcześniejszych wydarzeniach organizowanych w krótkiej historii SMG. Przyszłą imprezę określił jako prywatną, biletowaną, przeznaczoną dla środowiska motocyklowego Goleniowa i wielu motocyklistów z zewnątrz, także zaproszonych z zagranicy. Koncert heavymetalowy uważa za jedną z atrakcji, przyciągających uczestników. Jako ważniejsze przedstawiał jednak czysto motocyklowe akcenty, jak parady, konkursy czy licytacje. Absolutnie nie ukrywał, że SMG ma zamiar na imprezie zarobić, a uzyskany dochód przeznaczyć na cele statutowe swej organizacji. Wykazywał, że w koncercie wystąpią zespoły o różnym zabarwieniu ideowym, nie wykluczając także grup o charakterze chrześcijańskim (cokolwiek miałoby to znaczyć). Uważał, że udział zespołu Behemoth jest przesadnie wyolbrzymiany, podczas gdy on sam za „gwóźdź programu” uważa brytyjskich weteranów z Saxona. Dementował zdecydowanie plotki, jakoby punktem koncertu miała być „czarna msza” satanistyczna, choć program jest jeszcze nieustalony. Wszystkich zamierzających oceniać negatywnie festiwal przez Internet odsyłał do ich własnych stron, bo na stronie festiwalu możliwości komentowania nie będzie. Pod koniec spotkania bez owijania w bawełnę nazwał imprezę „wielką prywatką na prywatnym terenie”, co miało oddalić publiczne zainteresowanie pytających o szczegóły.

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Paweł Bartoszewski, kolejny odpowiadający na pytania publiczności, uściślił swą rolę w spotkaniu jako „nieformalny współorganizator” festiwalu, ponadto zaproszony do udziału przez Burmistrza Krupowicza jako doradca ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, w którym ma mieć miejsce impreza. Później kilkakroć powtarzał, że nie jest oficjalnie w gronie organizatorów. Z drugiej strony był bardzo emocjonalnie w wydarzenie zaangażowany, często mówiąc o nim „nasz festiwal”, „nasza impreza”, „nasz koncert”. Imprezę też nazwał „prywatną, biletowaną”.

Wystąpił także w roli eksperta, bardzo szeroko analizując kulturowe aspekty wartości muzyki heavymetalowej, stosowanych w niej konwencji. Podkreślał absolutne niezrozumienie czystych intencji muzyków głównie przez środowiska chrześcijańskie. Jego zdaniem (całkowicie niesłusznie) poważnie traktują one diaboliczną oprawę koncertów, lecz to tylko jest styl, konwencja, wręcz żartobliwe mruganie do słuchaczy. Wykazywał, że niczego w tej muzyce i jej otoczce nie można traktować dosłownie, szczególnie zaś tekstów utworów, stąd nie ma sensu ich analizowanie. Argumentował, że także tekstu Biblii nie można traktować dosłownie, a tylko metaforycznie. Sugerował, że zamieszanie wokół „satanizmu” grup ciężkiego rocka jest sztucznie tworzone przez ludzi go nierozumiejących, a obawy przez nich wyrażane są wyolbrzymione. To, co streściłem w tym akapicie, panu Pawłowi zajęło łącznie kilkanaście minut. Ku wyraźnemu zniecierpliwieniu jednych, których wypowiedzi kontrował, narzucając swoje interpretacje, oraz innych, pragnących zadawać dalsze pytania.

Pan Paweł podkreślił, jak szeroko i dokładnie informuje się o przyszłym wydarzeniu, szczególnie wskazując na swój profil facebookowy, gdzie od lutego udzielane są wszelkie informacje (na razie tylko tam, bo na oficjalnej stronie festiwalu nie ma żadnego miejsca na zapytania czy komentarze). Akurat ten aspekt wydał się na spotkaniu szczególnie niejasny. Dokładniej pokażę więc, jakie poglądy Paweł Bartoszewski wygłosił co do obiektywnego informowania o imprezie i jak traktowani są chętni do „myślenia inaczej niż on”.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że na tym profilu wpisy (powiedziała o licznych przypadkach) zawierające jakiekolwiek wątpliwości co do imprezy są natychmiast, w ciągu minut lub wręcz sekund, blokowane i kasowane, przez co nie ma mowy o rzetelnym informowaniu. Na profilu widnieją w ten sposób same pozytywne wpisy o imprezie, dające wrażenie powszechnego co do niej entuzjazmu. W odpowiedzi pan Bartoszewski strofował ją, że zadawanie pytań na profilu o godzinie 1.00 w nocy jest niewłaściwe, on o tej porze nie musi reagować. Uznał intencję tego jako sprytną chęć, by nieprzychylnie zadane pytanie „powisiało na Facebooku przez całą noc”, co dałoby okazję opatrzenia go także nieprzychylnymi komentarzami. Określił treść i formę przysyłanych na profil wpisów jako „niecywilizowane”, za przykład podając kilkunastokrotną próbę załączenia filmu dokumentalnego o satanizmie „przez środowiska chrześcijańskie”. Ponieważ celem profilu ma być „organizacyjne przedstawienie imprezy od strony zawartości”, usuwa wszystkie wątki o innym charakterze, na przykład polityczne czy ideologiczne. Ma to „wygasić napięcia między zwolennikami i przeciwnikami Behemotha”. Dodał także, że wszystkie wpisy komentujące udział Behemotha były nieprzychylne i oczywiście… zostały usunięte. Pan Paweł zapytany, dlaczego jego profil działa także w godzinach, w których jest on zobowiązany pracować, wyjaśnił bez żadnego skrępowania, że na profilu naprawdę pracują „pod jego nazwiskiem”… cztery różne osoby.

Wybaczcie, skomentuję od siebie. Ręce mi opadają, bo nigdy nie zrozumiem facetów tak „logicznie” myślących. Mieć pretensje o godziny, w jakich ktoś coś wpisuje przez Internet??? Toż „połowa Internetu” by zniknęła, gdyby zabroniono go używać w nocy! Z jednej strony on „nie ma obowiązku” odpisywać o późnej porze, bo „w nocy się śpi”, z drugiej zaś czuwa do rana, żeby nic nieprawomyślnego się nie pojawiło. Czemu zatem w ciągu dnia nie można jednak do pytań wrócić i je skomentować dowolnie, odpowiadając choćby „co ślina na język przyniesie”? Czterech „murzynów” posługujących się nazwiskiem „Paweł Bartoszewski” udaje, że rozmawiacie właśnie z nim! Zwodzą użytkowników portalu zafałszowaną tożsamością, choć to zwykłe oszustwo. Wyręcza się nimi właściciel profilu, zamiast po prostu odpowiadać na pytania czy zarzuty. I jeszcze kreowanie zakłamanego wizerunku imprezy, która ma jedynie „dobrą prasę”, wszystkim się podoba, jest bezdyskusyjnie piękna. Po co umożliwiono przysyłanie komentarzy, skoro i tak tylko jednoznacznie pozytywne mają pozostać? Żadnego regulaminu użytkowania nie podano; gdyby był i stosował opisane przez p. Bartoszewskiego reguły, może nikt by mu nie zawracał głowy i nie tracił czasu na próby kontaktu. Pokrętne i śliskie tłumaczenie, kompletny brak szacunku, lekceważenie, manipulacja dążąca jedynie do postawienia na swoim wszelkimi środkami. Żonglerka słowami „prywatny”, „służbowy”, oficjalny”, „nieoficjalny”, w której efekcie wszystko się zaciera i nikt już nie wie, co pan Paweł robi przy tej imprezie, prywatnie czy służbowo. Tak moralnie umiejscowiony gość gani bez żenady kogoś, że ośmielił się prosić o wyjaśnienia!

Za niepotrzebny zgrzyt uważam jedno z pytań zadanych p. Bartoszewskiemu przez radną p. Dorotę Chodyko. W kontekście daty przyjętej do przeprowadzenia imprezy (24 czerwca – wspomnienie Jana Chrzciciela), jej zdaniem dobranej jako prowokacja religijna, zapytała wprost: „Czy jest pan wierzący?” Usprawiedliwiam to zachowanie brakiem odpowiedzi na podnoszona przez nią kwestię, czy można wyeliminować z imprezy „złe zespoły” (miała na myśli zespoły propagujące zło, konkretnie wymieniła Behemotha). Wybacz, Doroto, Paweł Bartoszewski powinien ci odpowiedzieć, ale jego wierzenia są wyłącznie prywatną sprawą. Takimi kartami grać nie wolno.

Trzecim udzielającym licznych odpowiedzi był sam Burmistrz Robert Krupowicz. Najpierw ponownie odżegnał się od współuczestnictwa gminy w organizacji festiwalu, której udziałem ma być jedynie udzielenie pożyczki dla SMG jako organizacji pozarządowej działającej na naszym terenie. Sam festiwal z jednej strony określił jako imprezę prywatną, na gruncie prywatnym, biletowaną, prowadzoną w oddaleniu od miasta, przez co nie będzie rodzić żadnych zagrożeń dla osób postronnych. Stwierdził, że jeśli SMG złoży w odpowiednim terminie prawidłowo sporządzony wniosek o przeprowadzenie zlotu, on taka zgodę wyda. Przypomniał prezesowi o odpowiedzialności karnej wynikającej z przepisów ustawy o organizacji imprez masowych.

Tu dygresja: nie mogę pojąć, czemu wszyscy trzej „odpowiadacze” jak mantry używają terminu „biletowana impreza”. Sprawdziłem w słowniku. Biletować znaczy dokładnie tyle: sprzedwać bilety wszystkim uczestnikom wydarzenia, wyprzedać. Czyżby chodziło o zamiennik, by nie padło niesympatycznie brzmiące „impreza komercyjna”? Semantyczna sztuczka, i tyle. Komercja źle się kojarzy, więc ją ukrywają pod inną nazwą.

W odniesieniu do przyczyn udzielenia pożyczki nieznanej sobie organizacji pozarządowej, z którą wcześniej gmina nie współpracowała, pan Krupowicz powiedział jedynie: „Wniosek o przyznanie pożyczki wpłynął bodajże w grudniu albo styczniu. Od razu rozpoznałem w Stowarzyszeniu ogromny potencjał, który warto wspierać. Przyznanie pożyczki to tylko moja odpowiedzialność, ale uznałem, że należy im dać szansę.”. Zamierzoną imprezę uznał za mającą „światowy rozgłos”, o dużym walorze promocyjnym dla gminy, wręcz unikatową w skali kraju, a pieniądze z pożyczki jako świetnie zainwestowane. Przemilczał komercyjny charakter organizowanej imprezy, bagatelizując go. SMG wprawdzie nie ma zgodnie z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego prawa prowadzić działalności zarobkowej, lecz pana Krupowicza to nie interesuje.

Dodam, że udzielenie pożyczki przez burmistrza podlegać będzie jeszcze kontroli przez Komisję Rewizyjną. Był to wniosek radnego Wojciecha Łebińskiego (członka tego ciała), który przyjęła Komisja Spraw Społecznych na koniec posiedzenia. Konkurencyjny wniosek, by sprawę powierzyć do zbadania zewnętrznej instytucji, przepadł większością głosów. Nie wróżę inicjatywie powodzenia. Komisja Rewizyjna oceni tylko legalny aspekt sprawy, a nie on jest kwestionowany. Jak wszyscy wiedzą, interpretacje prawne to obosieczne miecze. Moralność natomiast to spojrzenie przez pryzmat sumienia konkretnych osób. Burmistrz też to wie i niczego się od tej strony złego nie spodziewa. Oświadczył już 26 marca na stronie www gminy: „Chcę wyraźnie oświadczyć, że w sprawie czerwcowego koncertu rockowego na terenie należącym do jednej z firm działających w GPP będę się kierował wyłącznie zasadami obowiązującego w Polsce prawa. Tak więc jeśli organizatorzy koncertu spełnią wymagania stawiane imprezom masowym, otrzymają zgodę na jego przeprowadzenie.(…) Oświadczam, że pożyczka została udzielona zgodnie z prawem, na powszechnie obowiązujących zasadach, podobnie jak szereg innych pożyczek udzielanych innym organizacjom działającym w gminie. Cieszę się, że sprawę zbada komisja rewizyjna Rady Miejskiej, na wynik kontroli będę czekał spokojnie.”

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Zapytany przeze mnie o pozwolenie dla SMG na użycie herbu Goleniowa burmistrz stwierdził, że je wydał. Odnośnie przeróbek dokonanych w wyglądzie herbu na banerze imprezy powiedział, że nie widzi w nich nic złego, a ich ocena zależy od subiektywnych impresji odbiorców. Jest to jedynie „projekcja artystyczna”, utrzymana w konwencji stylu miłośników muzyki hardrockowej. Tak można uważać, przyznaję. Jeśli przerabia się jakiś nieistotny znak, można się tak pobawić. Lecz nasz herb podlega ochronie prawnej. Nasuwa mi się analogia z herbem państwa, do którego stosuje się art. 137. § 1 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Powie ktoś, że nasz herb to nie godło państwa. No cóż, w skali gminy to odpowiednik godła krajowego. Nie ulega wątpliwości, że w świetle Statutu Gminy na burmistrzu spoczywa obowiązek chronienia go przed zniewagą, a nie tylko przywilej uzasadniania gustowności popełnionej przeróbki. Ten zaś zwracając się do mnie, stwierdził tylko, że każdy urażony ma prawo iść do sądu i tam dochodzić praw. On urażony nie był. Ciekawe, co by się stało, gdyby projektanci plakatu goleniowskiej imprezy przerobili logo jakiegoś znanego koncernu, np. Volkswagena, Coca-Coli albo Shell? Zapewne to właśnie burmistrz byłby pierwszym biegnącym w te dyrdy do sądu, w obawie o przypisanie mu pomocy w takim świętokradztwie, a w konsekwencji nieuchronnej srogiej kary finansowej.

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło
Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Tu jeszcze jedna dygresja co do stylistyki przerobionego herbu. Wydaje się, że grafik czerpał pomysł z tego samego źródła, co projektant plakatu promującego tegoroczną trasę zespołu Behemoth. Głównym motywem jest godło Polski, Orzeł Biały, któremu dorobiono diabelskie rogi, dodano odwrócony krzyż, oplatające go węże oraz trupie czaszki na skrzydłach. Sympatyczna stylistyczna zabawa orzełkiem czy świadoma prowokacja milionów Polaków, dla których ten symbol jest święty? Tym razem już nie tylko zaczepka religijna, lecz znieważenie symbolu Państwa, za który wielu oddało swoje życie. Tytuł reklamowanego koncertu „Rzeczpospolita Niewierna” prowokuje i chrześcijan, i patriotów. Pewnie zareagują z oburzeniem, a pan Darski będzie się śmiał w kułak, kiedy ciągnące się procesy sądowe zapewnią mu darmową reklamę i status męczennika szatana na długo.    

Gdy dalej pytałem, czy nie pojawiły się u niego jakieś moralne wątpliwości co do celów festiwalu, który jest całkowicie komercyjny, a ponadto rodzi kontrowersje (ich dobitnym wyrazem było najpierw poprzednie posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, prowadzące do przeprowadzenia bieżącego), pan Krupowicz nic zdrożnego nie odnotował. Na końcu odpowiedzi powiedział natomiast coś takiego: „Widzę pozytywny aspekt całej tej dyskusji. Otóż pan Zygmański, taki zdeklarowany antyklerykał i wojujący ateista, podejrzewam że doświadcza w tej sytuacji nawrócenia. I chciałbym, żeby pan wiedział, o czym pan mówi. (…) I niech pan przeczyta, a jak pan uzna, że już coś z tego zrozumiał, to proszę mi oddać moje Pismo Święte”. To mówiąc pan Krupowicz podszedł, z trzymanej w ręku reklamówki coś wyciągnął i położył przede mną na stole.

Czy te oczy mogą kłamać? Zdjęcie: radioszczecin.pl

Czy te oczy mogą kłamać?
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Kiedy burmistrz szedł w moim kierunku, ledwie słyszałem, co do mnie mówi, a rozumiałem jeszcze mniej. Patrzyłem z fascynacją na jego twarz. A zbliżał się ku mnie z takim uśmiechem, jak na fotografii obok: twarz ściągnięta w sztywny grymas, zaś oczy jak stalowe noże. Nawet trochę się bałem, że wyciągnie z tej reklamówki pistolet. Jego słowa dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy odszedł, a przede mną leżała na stole Biblia. Przyznam, że wyłączyłem się z dalszego toku spotkania na parę minut, a moje myśli były daleko od sali obrad.

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy i w jaki sposób dałem się poznać jako zdeklarowany antyklerykał, a tym bardziej jako wojujący ateista. Czym się to u mnie przejawiało? Przecież nigdy się publicznie nie wypowiadałem na tematy religijne, nigdy nie uczestniczyłem w żadnych otwartych dyskusjach światopoglądowych, nie krytykowałem nikogo za stosunek do religii, nie napisałem ani jednego słowa przeciw komukolwiek z powodów religijnych. Nawet w prywatnych rozmowach nie są to tematy, w jakich zabierałbym głos. Nie próbowałem nikogo do ateizmu namawiać czy przekonywać. Bo że jestem ateistą, to wyłącznie moja prywatna sprawa. Przez pół wieku ani razu jeszcze nie miałem na ten temat żadnej kontrowersji z nikim. Nie mam pojęcia, skąd burmistrz zna mój światopogląd, a już zupełnie nie wiem, jak mógł sobie o mnie wyrobić opinię kogoś, kto agresywnie ateizmem się posługuje.

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Później przyjrzałem się egzemplarzowi Biblii, którą burmistrz mi dał. Piękna książka, oprawiona w grubą skórę. Wyglądała jak nowa, dziewicza, prosto z drukarni. Nie tak, jak dwa egzemplarze różnych wydań, które mam  w domu; każdy przeczytałem sumiennie po dwa razy od deski do deski, inni domownicy dołożyli swoje, więc się trochę zużyły. Dziwne, czemu ateista czyta Biblię? Pewnie znam ją lepiej niż niejeden żarliwy chrześcijanin – po prostu sądzę, że każdy człowiek powinien to dzieło znać. Znalazłem tam wiele wskazówek moralnych, jak w życiu postępować, cenię ją też za piękny język.

Kartkowałem ten śliczny egzemplarz, nie bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. I wtedy zauważyłem kartę wklejoną pod okładką. Pomyślałem, że burmistrz coś tam do mnie napisał. Była na niej treść, jaką zauważycie na zdjęciu zamieszczonym obok. Dopiero doszło do mnie, że pan Krupowicz dał mi Biblię swojego dziecka! Przyznam, że teraz rzeczywiście się zdenerwowałem. Czemu burmistrz miesza córkę do swojej prywatnej wojny? Czyżby nie miał w domu pod ręką innego egzemplarza, swojego, który mógłby poświęcić w wypadku utraty? Co bowiem taki antychryst jak ja z Pismem Świętym uczyni, pewności nie ma żadnej.

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

I teraz już poważnie, bez ironii. Biblię zwróciłem burmistrzowi natychmiast, jeszcze na posiedzeniu, tuż przed swoim wyjściem. Podziękowałem mu i poprosiłem, by oddał ją swojemu dziecku. Odparł, że przecież mi jej nie dał na zawsze, a tylko użyczył. Korciło mnie, by przekręcić na „pożyczył”, ale ugryzłem się w język. Wyjść zaś musiałem, bo za chwilę zaczynały mi się lekcje. Trzeba było wrócić do realnego życia. Usłyszałem już wszystkie ważne odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, nie było więc powodu do dalszego marnowania czasu.

Burmistrzowskie przedstawienie zostało wcześniej przygotowane, wyreżyserowane i pewnie przećwiczone przed lustrem. Biblia w reklamówce nie znalazła się przypadkiem, miała zagrać jako rekwizyt wobec widzów na sali. Nie była to sztuka wysokiego lotu. Ta fanfaronada przypominała mi pamiętne zagrania w stylu partii Palikota, która do perfekcji dopracowała wykorzystywanie różnych spektakularnych gadżetów dla dyskredytacji przeciwników. A to pistolet, a to świński ryj, a to wibrator. Czyżby burmistrz lekcje pobierał u tych samych mistrzów czarnego piaru? Przykro mi, że księgę najważniejszą dla tak wielu wykorzystano jako rekwizyt w marnym skeczu.

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet - były gorsze Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet – były gorsze
Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Pan Robert Krupowicz wyróżnił mnie swoim gestem z rozmysłem, taktycznie. Potraktował jako domniemanego przywódcę wrogiej mu akcji, którego należy wskazać swoim wojskom, ośmieszyć przed sojusznikami, wyizolować z ich grupy. Jeśli gra się dla złej sprawy, jakoś wygrać trzeba. Należy tylko sprawę oderwać od jej meritum, odsłonić inspiratorów, zindywidualizować wroga, przedstawić jako osobiste porachunki. Taktyka, którą w wykonaniu pana Krupowicza obserwuję często, choćby wobec wcześniejszych sojuszników. „Patrzcie jaki to łobuz, z niskich pobudek osobistej i politycznej zemsty, prowadzi Was w złą stronę. Pewnie nie wiedzieliście, ale ten „moralista” nawet nie wierzy w Boga!”

Kulą w płot, panie burmistrzu! Źle pan rozpoznał wroga. Może pan w to nie wierzyć, ale ludzie na salę przyszli naprawdę przez nikogo nie inspirowani. Przywiódł ich sprzeciw dla imprezy, w którą się pan tak mocno zaangażował. A nie bierze się on tylko z pobudek religijnych, lecz przede wszystkim moralnych, także z oburzenia dla profanowania idei samorządności, z odrzucania panoszącego się kolesiostwa, z niezgody na arogancję. Nie muszę być głęboko wierzącym katolikiem, żeby mieć prawo do negatywnej oceny pańskich działań. Jeśli tak panu zależy na przyklejaniu etykietek, to ateista też jest zdolny do rozpoznawania zła. I niech się panu nie wydaje, że neutralizacja jednej osoby rozwiąże problem. Lepiej niech pan po prostu słucha, o co proszą mieszkańcy i wykonuje płynące z burmistrzowskiej przysięgi zobowiązania wobec nich.

Ta sprawa nie nazywa się „Krupowicz kontra Zygmański”, aż tak prosto nie jest. Ta sprawa to jeden z wielu wątków serialu „Krupowicz kontra mieszkańcy gminy Goleniów”. Jeżeliby Państwo mieli jeszcze wiele złudzeń co do moralnej postawy burmistrza, wróćcie do mojego bloga i przeczytajcie następny tekst. Będziecie sobie sami mogli wyrobić zdanie o moralnym kręgosłupie miłościwie nam panującego.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek

21 mar
Bogu świeczkę, a diabłu ogarek Rys.: aszera.wordpress.com

Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Rys.: aszera.wordpress.com

Czasem na tym blogu bywają tematy lekkie, jak choćby niżej zamieszczony gościnnie wpis Adama Zygmańskiego, ale jednak przeważają ciężkie, kobylaste elaboraty. Te drugie usprawiedliwiam gęstością ich materii, gdyż faktów w nich muszę zmieścić niemało. Szkoda byłoby ślizgać się tylko na powierzchni zdarzeń, jeśli zasługują na poważne potraktowanie. Mam nadzieję, że mimo to Czytelnikom udaje się przez te zarośla przedzierać z zainteresowaniem. Dzisiejszy temat należy właśnie do rodzaju takich ciężkich i trudnych. Sami zresztą poczytajcie…

Kiedy kilka dni temu zwróciła się do mnie o pomoc Czytelniczka bloga, przyznam, że byłem w pewnym kłopocie. Po prostu mało o sprawie wiedziałem – tyle, ile podała dotąd w kilku kolejnych numerach „Gazeta Goleniowska”. Informacje czytane pojedynczo budziły tylko moje lekkie zdziwienie, lecz nie bardzo potrafiłem zebrać je do kupy w jakiś całościowy obraz. Gdy zwrócono mi na sprawę uwagę, dopiero zaczęły mi się coraz szerzej otwierać oczy. Poskładam zatem najpierw tę garść faktów udostępnionych przez „Gazetę” na Wasz użytek, Drodzy Czytelnicy. Może Wasze oczy też się szerzej otworzą.

O wydarzeniu o nazwie „Rock Hard Festival” po raz pierwszy „GG” napisała 12 lutego, przedstawiając je jako „wielką motocyklowo-rockową imprezę”, z możliwym udziałem kilkutysięcznej publiczności (Leszek Ozimek w „Komentarzu aktualnym”). On też od razu napomknął, że imprezę organizuje „prywatne stowarzyszenie, ale z udziałem finansowym i organizacyjnym podmiotów publicznych – gminy i województwa.” Zasugerował także, że wydarzenie wspierają osobiście Marszałek Województwa (Olgierd Geblewicz) i doradca Burmistrza Gminy Goleniów ds. Parku Przemysłowego (Paweł Bartoszewski). Park Przemysłowy ma być tym miejscem, w którym zlot zostanie zorganizowany w czerwcu tego roku, stąd autor „Komentarza” podkreślił niewątpliwy aspekt promocyjny dla GPP.

W tym samym numerze „Gazety” Paweł Palica wymienił zarówno listę mających wziąć udział zespołów rockowych, potwierdzonych oraz jeszcze rozmawiających z organizatorami o uczestnictwie, jak też listę sponsorów. Wśród tych pierwszych jako gwiazdę największej wielkości wskazał brytyjski zespół Saxon, lecz wspomniał o możliwym udziale zespołów Behemoth, Kat i Turbo. Napisał, że organizatorów (Stowarzyszenie Motycyklistów Goleniowskich) finansowo i logistycznie wspierać będą zarówno „gminne instytucje i spółki”, jak też firmy z Goleniowa i okolic. Między sponsorami z nazwy wskazał Goleniowski Dom Kultury, Goleniowskie Wodociągi i Kanalizację, Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej.

Kolejny numer „GG” z 19 lutego przyniósł komentarz Pawła Bartoszewskiego, który próbował wyjaśnić swoją rolę w organizacji imprezy. Oświadczył, że panowie ze Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich prosili go o wytypowanie w GPP terenów na potrzeby festiwalu rockowego. Razem „znaleźli” odpowiednie działki (wszystkie prywatne) „pod biletowany festiwal, miasteczko motocyklowe, parking i camping”. Entuzjastycznie wspomniał o 30 zespołach, które wystąpią, z nazwy wymieniając i opisując dokładniej trzy z nich: hardrockowy brytyjski Saxon, szwedzki heavymetalowy Candlemass i polski Behemoth (bez określania jego profilu). Ten sam numer przyniósł również kilka wypowiedzi internautów z portalu www.gazetagoleniowska.com. Jeden z nich już wtedy zadał kilka ważkich pytań wyrażających wątpliwości, które podzielałem. Zatem jeszcze do nich wrócimy.

W następnym numerze „GG” z 28 lutego w rubryce „Moim zdaniem” ciekawy komentarz o imprezie napisał Michał Niklas. Powiedział sporo o zespołach mających wystąpić, z sympatią pisząc o wielu hardrockowych grupach. Natomiast bez żadnej sympatii odniósł się do grupy Behemoth, którą wyraźnie nazwał satanistyczną. O panu Adamie Darskim (Nergalu), w kontrze do określających jego satanizm „jasełkowym”, napisał: „Ja jednak sądzę, że za tym miłym obliczem stoi wyrachowany człowiek, łaknący sławy i sukcesu, który dzięki głupocie zapraszających go mediów propaguje zło”. Miał nadzieję, że do udziału zespołu Behemoth w zlocie motocyklowym nie dojdzie.

W wydaniu z 4 marca Leszek Ozimek odsłonił szerzej kotarę, już wyraźnie negatywnie odnosząc się do postawy burmistrza Krupowicza. Określił ją jako „niefrasobliwą” wobec udziału w organizowaniu i finansowaniu rockowego festiwalu w GPP przez jego doradcę (przy tym członka Rad Nadzorczych PEC i GWiK) Pawła Bartoszewskiego. Wskazał na bardzo prawdopodobny konflikt jego interesów zawodowych i prywatnych zainteresowań, które trudno oddzielić. Przy czym miał za złe burmistrzowi, że zachowuje się biernie, zderzenia interesów nie zauważając i nie komentując. Dokładniej zajął się też finansowym udziałem organizacyjnym gminy Goleniów i sponsorskim udziałem gminnych spółek.

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo Zdjęcie: www.gwik.pl

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo
Zdjęcie: www.gwik.pl

W artykule „Nie ma konfliktu interesów?” pan Ozimek sprecyzował, że marszałek Olgierd Geblewicz objął imprezę patronatem honorowym, wspierając organizatorów [w jakiej formie?] kwotą 10 tys. zł. Także wyraźnie i po raz pierwszy sprecyzował, na czym polega zaangażowanie gminy: ma ona pożyczyć organizatorom [czyli jeszcze chyba nie pożyczyła?)] 40 tys. zł „na zasadach ogólnych”. Inne „gminne” podmioty dołożą taki udział: GDK użyczy nieodpłatnie scenę plenerową, barierki i namioty, GWiK postawi darmowe dystrybutory wody, PEC da 3 tys. zł na sponsorowanie udziału zespołu Saxon. W artykule napisano, że burmistrz Krupowicz zaprzeczył pytany, czy prowadził osobiście, prywatnie lub w imieniu gminy, rozmowy w sprawie organizacji albo sponsorowania festiwalu przez gminne lub prywatne podmioty. Co do zaangażowania swojego doradcy w organizację imprezy i odnośnie prowadzonych przez niego rozmów ze sponsorami burmistrz stwierdził: „Pewnie prowadził je prywatnie, ale w tym nie widzę konfliktu interesów…”.

Do chwili kontaktu ze wspomnianą na początku osobą, poznałem jeszcze czyjeś inne zdanie o motocyklowo-rockowej imprezie. Poza „Gazetą Goleniowską” temat ten poruszył pan Andrzej Bugajski na portalu www.goleniow.net.pl. Kto chce przeczytać znacznie krótszą wypowiedź, niż niniejsza, powinien zapoznać się z jego wpisem.

Behemoth i ogień piekielny Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Behemoth i ogień piekielny
Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Tyle wiadomości udało mi się zebrać po sygnale od pierwszej osoby. Wnet było to już kilka osób. Nie ujawnię żadnych nazwisk, bo nikt mnie do tego nie upoważnił. Najpierw dostałem alarmującego e-maila, później były rozmowy telefoniczne, w końcu spotkanie. Aha, zapomniałem powiedzieć, po co te osoby się do mnie zwróciły, i czemu do mnie. Zaniepokoili się wielkim zagrożeniem, jakie niesie ich zdaniem przeprowadzenie wspomnianej imprezy. Te obawy przede wszystkim koncentrowały się na satanistycznym zabarwieniu części zespołów, wręcz całkowicie jawnie nawołujących do szerzenia kultu szatana. Jako grupę szczególnie przodującą w tym „dziele” wskazali Behemotha. Mówili mi, jak bardzo ich sataniści przerażają, jak wiele złych rzeczy wiadomo im o koncertach satanistycznych zespołów, jak często prowadzą one do prawdziwie strasznych czynów, nawet kultowych morderstw. Potraktowali mnie jako kogoś godnego zaufania, otwarcie piszącego, co myśli, poza tym jako osobę obytą, radnego mogącego ich skierować na drogę skutecznego powstrzymania zła, do którego może dojść. 

Przyznam, że choć część wcześniej opisanych okoliczności wokół zlotu w GPP mnie bulwersowała, na niektóre jednak patrzyłem dotąd dość pobłażliwie. Nie jestem fanem podobnej muzyki, rzadko takich kawałków słucham, stąd wcale nie miałem świadomości, jaką „ideologię” głoszą niektóre zespoły, do czego namawiają swoich słuchaczy. Satanizm jest mi tak obcy, jak tylko coś obce być może. Uprzednio nie interesowałem się ani treścią tekstów, ani otoczką koncertów – po prostu po pobieżnym zapoznaniu się omijałem je szerokim łukiem. Oczywiście echa potyczek pana Adama Darskiego (czyli Nergala – lidera Behemotha) z kolejnymi odwołanymi koncertami w różnych miejscach (nie tylko w Polsce!) docierały do mnie, nie miałem jednak na ten temat wyrobionego zdania.

Słyszałem też argumenty zwolenników imprezy, bo moja wrodzona tolerancja żąda wysłuchania wszystkich stron. „Mi się nie podoba, lecz może ja nienowoczesny jestem, może gust mam staromodny?” – tak sobie dumałem. „Trudno coś z góry oceniać, jeżeli tym bardziej wcześniej nigdy nie miałem do czynienia z podobnymi wydarzeniami.” Początkowo zdawało się, że to impreza raczej prywatna, dla zamkniętego środowiska, poza tym w miejscu ustronnym, nie stwarzającym zagrożenia dla niezainteresowanych mieszkańców, zaś sam udział gminy niewielki. Sama ona (ani jej instytucje) bezpośrednio przecież jej nie firmują. Później jednak zmieniłem zdanie. Przekonały mnie fakty.

Zanim więc cokolwiek odpowiedziałem na apel proszących o pomoc osób, pokrążyłem po licznych stronach internetowych zespołów, które organizatorzy zlotu wymienili w jego reklamie. Spróbowałem więcej dowiedzieć się o ideologii satanistycznej i jak się stało, że satanizm „przyczepił się” do muzyki rockowej. Szybciutko to streszczę, w małej pigułeczce, bo za wiele o tym pisać nie warto.

Nazwą „satanizm” określa się wiele różnych systemów religijnych, wierzeń oraz praktyk, które nawiązują do różnie rozumianego Szatana. Powstał z kontestacji chrześcijaństwa, jako jego zaprzeczenie. Wszystkie odmiany satanizmu wywyższają dobro indywidualne nad zbiorowe, sprzeciwiają się powszechnie uznawanym normom i wzorcom społecznym, głoszą wiedzę tajemną nawiązującą do wyobrażeń o demonach. Ta wiedza wcale nie musi być powiązana z kultem zła lub wiarą w osobowego Szatana. Nazwa ta określa przekonania i ideologie, a więc satanizmu nie można zabronić. Po prostu nie da się ludziom zakazać wierzenia w cokolwiek by chcieli. Natomiast w każdym systemie prawnym są normy zabraniające tego, co zagraża życiu i zdrowiu człowieka, co w świetle prawa jest niemoralne, nieetyczne. A takimi często są czyny osób wyznających satanizm. Stąd z punktu widzenia społecznego i prawnego satanizm jest zły, głosząc i promując kult zła. Prowadzi do zaburzenia porządku moralnego, osobowości jednostek go kultywujących, do odwrócenia wszystkiego, czym społeczeństwo kieruje się w wychowaniu swoich obywateli.

Okładka płyty zespołu Night Demon - czarna diabelska msza Ilustr.: www.nightdemon.net

Okładka płyty zespołu Night Demon – czarna diabelska msza
Ilustr.: www.nightdemon.net

Satanizm heavy metalowych zespołów rockowych ma niewiele wspólnego z tak opisanymi ideologiami, bo jest bardzo powierzchowny i ma zupełnie inne intencje. Raczej można go nazwać pseudosatanizmem. Liderzy kapel wykorzystujących satanistyczny sztafarz nie mają ambicji być przywódcami diabelskiej krucjaty przeciw dobru. Prawdziwym motorem ich działania jest zysk, reklamowy chwyt, dający im rozgłos i zwiększenie sprzedaży płyt. Mit satanistyczny wykorzystują muzycy z nurtów rocka zwanych death metal, black metal i blackened death metal. Jak zwał, tak zwał… Wszystkie „satanistyczne” grupy używają diablego przebrania, bo jest efektowne, chwytliwe, wyróżnia je od przeciętności. Są „satanistyczni”, bo „diabeł dobrze się sprzedaje”.

Chcecie przykładu diabelskiej symboliki? Na banerze strony internetowej reklamującej festiwal wydarzeniu widnieje napis „Goleniów” zapisany w taki sposób: „Gole\n/iów”. Znak \m/ to tzw. rogata ręka, którą sobie sataniści pokazują jako symbol przynależności do szatana. Ponieważ w nazwie naszego miasta nie ma literki „m”, to rogi zostały doprawione wokół „n”. Na logo imprezy, widniejącym tamże, świadomie wykorzystano herb Goleniowa. Gwiazdy są na nim pięcioramienne, co odwołuje się do diabelskiego pentagramu, demoniczne są też twarze półksiężyców i kolory użyte w logo.

Krew, seks, przemoc - czyli Behemoth Ilustr.: heavyrock.eu

Krew, seks, przemoc – czyli Behemoth
Ilustr.: heavyrock.eu

Nie odbierałbym takiej muzyce wszelkich wartości artystycznych i nie twierdzę, że jest wyłącznie nędzna, komercyjna. Ależ nie, choć spotyka się tu licznych muzycznych szarlatanów, wielu muzyków rockowych tych nurtów to warsztatowo świetni instrumentaliści, trafiający w gusta rzeszy miłośników ciężkich brzmień. Lecz co do warstwy tekstowej i płynącego z niej przesłania, zdanie mam całkowicie odwrotne. Olbrzymia większość tekstów to kompletny bełkot, mieszanka dowolnie ze sobą połączonych słów pochodzących z wszelkich systemów religijnych, bezładne blablanie nasycone niezrozumiałymi dla słuchaczy wyrazami, mającymi w sumie stwarzać wrażenie niezmiernej głębi i filozoficznego, wręcz proroczego natchnienia. Apologia i ubóstwienie szatana pod dziesiątkami imion, używanie diabelskiej mitologii. Totalna negacja wszelkich tradycyjnych wartości, wyzywająca prowokacja wobec powszechnie szanowanych idei i osób je wyznających, świadome bluźnierstwa, użycie ważnych religijnych symboli, często agresja wobec nich i ich profanacja, wyrywane z głębi trzewi flaki, tryskająca krew – a wszystko podane w obłokach kadzidła okultystycznych bajań, nawiązującymi do starożytnych cywilizacji i religii ich gadżetami i nazwami. Coś, co ma słuchacza przekonać, że ze sceny drze się do nich sam diabeł we własnym diabelskim języku.  

Nie mam najmniejszego zamiaru takich tekstów reklamować, ale jakiś przykład dać muszę, bo mi nie uwierzycie. Oto tłumaczenie fragmentu kawałka tekstu utworu naszego przyszłego topowego gościa zlotu motocyklistów, grupy „Behemoth”:

Ora pro nobis Lucifer                                                                     Tłumaczenie: Tekstowo.pl

Głosie aeonu
Aniele Diabelski
Módl się za nami Lucyferze
Tyś jeden cierpiał
Upadek i męczarnie wstydu
Pokonam złotą dumę niebios
I nigdy się nad Tobą nie zlituję
Niepokalany boski
Szatanie Elohima
Nikt nie śmie stać na twej drodze
Nie kłaniasz się żadnemu
Z fekaliów Edenu
Wezwij Węża wysłanniku
Zbawiciela (porządku w) zapaści świata
Zgodo w kuszeniu
I upadku Ewy

Bo Twoje jest królestwo i potęga
Bo Twoje jest królestwo
I chwała na wieki

Itp., itd… Nic z tego nie rozumiem, pewnie jestem za głupi i niewrażliwy na takie środki obrazowania. Błagam, może mi ktoś wyjaśni, co autor dokładnie miał na myśli? Może że Szatan zapowiada wygraną w odwiecznej walce zła z dobrem? To ja nie będę mu kibicować.

Ta muzyka ma słuchaczy przyciągać, przykuwać ich uwagę. Tak samo zresztą, jak efektowne sceniczne przebrania, piekielny ogień co chwila wybuchający z gazowych palników, gęsty dym szczelnie otulający scenę i widownię; narkotyczny (często dosłownie) trans publiki otumanionej rykiem głośników, oślepionej ogniem, walonej po głowie wrzaskiem wokalistów przebranych w diabelskie mundurki. Nawet obowiązkowa gotycka stylizacja liternictwa w nazwach kapel i na plakatach reklamowych ma działać na wyobraźnię widzów, rodząc podświadome skojarzenia. Zaś słowa tekstów, które wprawdzie jako przesłanie są bezsensowne, mają przyciągać mrocznością i niezrozumiałością osoby zagubione, sfrustrowane, podatne na przywództwo silnych osobowości, garnące się do uczestniczenia w grupie podobnych sobie. Przede wszystkim ludzi młodych, jeszcze nie ukształtowanych, nastawionych do świata buntowniczo.

Przez uczestnictwo w koncertach pseudosatanistycznych grup słuchacze wystawiają się na niebezpieczny kontakt ze złem i nihilizmem, zarażają się negacją społeczeństwa i „zwykłego życia”. Oczywiście „artystom” spod znaku diabła jest to obojętne; liczy się przede wszystkim, że słuchacze zapłacą za bilety. Pan Darski, po jednym z kolejnych zerwanych koncertów, powiedział tak: „Chcielibyśmy, by osoby, które torpedują naszą działalność, wiedziały, że komuś odbierają możliwość zarabiania. Jesteśmy muzykami i w ten sposób zarabiamy na chleb.” W tłumaczeniu na nasze, jasno i klarownie: „My naszym satanizmem krzywdy wam zrobić nie chcemy, to tylko służbowy strój do zarabiania kasy. A jak przypadkiem zrobimy, to bez urazy. Nic prywatnie do was nie mamy”.

Może brzmię nieco, jakbym chciał zagrożenie ze strony pseudosatanistycznych grup rockowych zlekceważyć. Ani myślę! Przez nastawienie na komercję nie są ani o krztynę mniej groźne, niż gdyby były szczerze i do bólu „ideowo satanistyczne”. Który ze słuchaczy ma tego świadomość, jak wielu potrafi rozpoznać ukryte chwyty marketingowe? Jeden ze znanych polskich muzyków rockowych, Tomasz Budzyński, powiedział: „Mam 39 lat, żonę i dwoje dzieci. Od prawie 17 lat uprawiam zawód muzyka rockowego, śpiewając w zespołach Armia i 2Tm2,3. Musimy przetrzeć wreszcie oczy i zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w okresie wielkich przemian kulturowych, w świecie, który jest antychrześcijański, a kultura lansowana przez „wszechpanujące” media jest – jak mówił Jan Paweł II – kulturą śmierci. Wybitny twórca rockowy, Nick Cave, powiedział ostatnio w wywiadzie, że Marilyn Manson [amerykańska topowa grupa spod znaku najcięższego rocka, używająca satanistycznego image] jest bardziej niebezpieczny, niż Britney Spears. Mówię akurat o Mansonie, bo niedawno odbył się w Polsce koncert tego zespołu. Z tej okazji otrzymałem wiele telefonów z różnych gazet, radia i telewizji z pytaniem, czy należałoby zakazać w Polsce jego występów. Odpowiadałem, że już samo postawienie takiego pytania jest bez sensu, no bo jak tu zakazywać koncertu, skoro płytę Mansona można sobie kupić w każdym sklepie na rogu ulicy, a teledyski tego zespołu „lecą” w telewizji. Wprowadzić cenzurę? Owszem można, ale to niczego nie zmieni.”

Jerzy Wasiukiewicz (rysownik satyryczny, felietonista) stwierdził: „Wystarczyło niewiele wysiłku, aby trochę poszperać w Internecie i do końca się upewnić, że Darski jest świadomym satanistą i przestać się cieszyć z jego sukcesów na świecie”. Uzasadnił to między innymi tym, że tekściarzem zespołu Behemoth jest okultysta Krzysztof Azarewicz.

Helenko, czy jest w domu kakao? Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Bożenko, czy jest w domu kakao?
Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Lider grupy Marilin Manson mówi: „Uważam, że za każdym razem gdy ludzie słuchają tego nowego albumu, Bóg może zostać zniszczony w ich wyjałowionych umysłach”. Zatem muzycy sieją tę degrengoladę świadomie. Wiedzą, jak destrukcyjny może być ich wpływ na słuchaczy. Jednak nie przeszkadza im to, ważne, żeby publika dała się przyciągnąć. A jako listek figowy dla „artystów” służy hasło: „Prawdziwa Sztuka musi odbiorcę prowokować!” Wiec epatują maluczkich służbowo, żeby wyciągnąć z ich kieszeni trochę szmalu, a później wracają do domu, posiedzieć trochę przed telewizorem w normalnym świecie. Trzeba przecież odpocząć od produkowanego przez siebie jazgotu. Świetnie wyśmiał to w ubiegłorocznych skeczach kabaret Smile, parodiując Mansona od strony codzienności domowych pieleszy. Zmęczony diabeł-flegmatyk jedzący jajko na śniadanie i zbierający burę od żony za krecie kopce na trawniku przed domem – pyszne!

Tyle mniej więcej do mnie dotarło w czasie kilku dni, kiedy to buszowałem przez fale Internetu sprawdzając, czy zgłaszający się do mnie ludzie może nie przesadzają, wyolbrzymiając potencjalne zagrożenia wynikające z czerwcowego koncertu. Omijam tu najbardziej drastyczne szczegóły, bo spotkałem także informacje i obrazy tak brutalne i ohydne, że nie zdecydowałem się ich tu zaprezentować. Wyzbyłem się wszelkich początkowych wątpliwości, czy mam w tej sprawie zabierać głos i czy udzielać swojej pomocy proszącym o nią. Obiecałem inicjatorom tematu, że nie tylko napiszę na blogu, co myślę o nadchodzącym wydarzeniu, ale że spróbuję pomóc w przedstawieniu ich racji na forum Rady Miejskiej.

Tak się szczęśliwie składało, że we wtorek 15 marca było zaplanowane posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, spytałem zatem, czy nie zechcieliby przedstawić jej radnym na tym spotkaniu. Nie bez obiekcji, ale zgodzili się (o posiedzeniu komisji za chwilę). Obiecałem też naświetlić takie aspekty, których oni nie poruszyli, albo z których nie zdawali sobie sprawy.

Bo poza wymienionymi już licznymi kwestiami natury moralnej czy religijnej, pozostaje wiele wątpliwości co do udziału władz naszej gminy w przeprowadzeniu koncertu i całego zlotu. Tu wrócę do początku, kiedy pisałem o pytaniach postawionych przez jednego z internautów na portalu „Gazety Goleniowskiej”. Otóż osoba o pseudonimie Feldiuk zapytała o trzy rzeczy:

1. Jaki jest klucz przyznania środków publicznych na tę właśnie imprezę, a nie inną?

2. Czy zbadał ktokolwiek preferencje mieszkańców Gminy Goleniów dotyczące rodzaju imprezy kulturalnej? Skąd wiemy, że akurat rock? Być może mieszkańcy preferują disco-polo (wiem, skrajny przykład), a może (już bardziej serio) chcieliby festiwalu w nawiązaniu do kilku poprzednich edycji Festiwalu Hanzeatyckiego?

3. Czy został ogłoszony otwarty i transparentny konkurs wyłaniający podmiot mający zrealizować owo zadanie? Choćby dla zasady, dla czystej uczciwości?

Popieram te pytania w 100%! Nie padły one już nigdzie w „Gazecie” (chyba, że na portalu internetowym), a tym bardziej nikt nie udzielał odpowiedzi. A są to takie pytania, które właśnie radni powinni postawić burmistrzowi. I rzeczywiście ich wątki zaistniały wyraźnie w dyskusji w trakcie posiedzenia komisji. Bo finalnie tę sprawę jednogłośnie do porządku posiedzenia przyjęto.

Oddano najpierw głos gościom, którzy zreferowali przede wszystkim moralne i religijne obawy większej grupy osób, które reprezentują. Bo to nie tak, że tylko jakieś trzy osoby poczuły się zaniepokojone. Ich obecność była wynikiem wcześniejszych dyskusji w szerszym gronie. Pokazali radnym przykłady tekstów, pokazali ilustracje z „czarnych mszy” satanistycznych, odprawianych na koncertach, wskazali zło z tych koncertów płynące. Mówili o podprogowych przekazach, wmontowanych w występy, skłaniających słuchaczy do niemoralnych i złych zachowań. Mówili też o trudności zapewnienia bezpieczeństwa uczestników w warunkach, gdy zahipnotyzowany tłum ma nieograniczony dostęp do alkoholu, a taki organizatorzy zlotu motocyklowego reklamują jawnie na swojej stronie.

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Pojawił się też nigdzie wcześniej nie zauważony wątek „przeróbki” naszego herbu, który jako jeden z symboli naszej gminy podlega prawnej ochronie. Temat sam w sobie zasługujący na interwencję radnych, a jak widać z dyskusji, nie do końca im znany. Dlatego też przedstawię go nieco dokładniej.

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Załącznik Nr 2 do Statutu Gminy pod nazwą „Symbole oraz insygnia Gminy Goleniów” w Rozdziale I. „Wzory symboli Gminy Goleniów” określa wzór herbu. W § 2 mówi się tak: „1. Herb Gminy Goleniów stanowią dwa złote półksiężyce, odwrócone do siebie grzbietami oraz cztery srebrne sześcioramienne gwiazdy położone symetrycznie na tarczy herbowej, dwie w środku zakoli półksiężycy [przepraszam, to nie mój błąd - powinno być „półksiężyców”; jak sądzę zauważenie tego błędu przez Przewodniczącego Mitułę zadecydowało o powołaniu na początku kadencji Komisji Statutowej, która usilnie nad niniejszą poprawką pracuje] z prawej i lewej strony oraz po jednej w górnej i dolnej części tarczy herbowej, częściowo w rozwidleniach utworzonych przez półksiężyce. Tło tarczy jest niebieskie.” Dalej, w Rozdziale III. „Zasady używania symboli i insygniów Gminy Goleniów”, stwierdza się: „§ 13. Ustala się zasady używania symboli Gminy Goleniów przez: a) organy gminy; b) jednostki organizacyjne i pomocnicze gminy; c) osoby fizyczne nie prowadzące działalności gospodarczej; d) osoby fizyczne i prawne będące podmiotami gospodarczymi; e) inne podmioty ubiegające się o używanie herbu, flagi gminy.

§ 14. 1. Symbole Gminy podlegają ochronie prawnej. Ich używanie w celach komercyjnych, w tym handlowych i reklamowych, wymaga zgody Burmistrza Goleniowa z wyjątkiem wykorzystania ich do publikacji naukowych i popularnonaukowych. 2. Symbole Gminy, powinny być otoczone należytą czcią i szacunkiem.”

Czy burmistrz udzielił zgody na wykorzystanie herbu gminy do reklamowania komercyjnego koncertu? Jak sądzę, na pewno, przecież inaczej byłoby to nielegalne użycie herbu. A czy zezwolił także na jego dowolne i daleko idące przeróbki, jakie widzimy w logo zlotu? Pewnie nie, bo przecież Statut mu takiego prawa nie daje.

Feldiuk zapytał, czy ktoś badał preferencje mieszkańców dotyczące imprezy kulturalnej; odpowiem – nie. Akurat byłaby to idealna sprawa do skonsultowania się z mieszkańcami. Przepisy lokalne w tej dziedzinie mamy, choć nie są one stosowane w praktyce prawie wcale. Wszelkie „konsultacje”, jakie się u nas przeprowadza, nie są prowadzone zgodnie z tymi uregulowaniami, w praktyce są one martwe. Przypomniało mi się, kiedy w „konsultacjach” odnośnie zmiany granic naszej gminy na wniosek władz Szczecina wzięły udział… 3 osoby. Zapytałem złośliwie na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, w której to ubikacji Urzędu Gminy i Miasta wywieszono ogłoszenie o tych konsultacjach? Dostałem burę od zastępcy burmistrza Tomasza Banacha, że sobie żartuję – co ma władza zrobić, kiedy społeczeństwo się nie garnie do konsultacji? Nie było wtedy czasu dyskutować, ale z chęcią podpowiem praktyczne rozwiązania, gdyby kogoś z rządzących to interesowało.   

Radni w dyskusji poruszyli także inne kwestie. Obecny na posiedzeniu zastępca burmistrza Henryk Zajko musiał trochę się napracować, by wyjaśnić rozdzielenie prywatnej i służbowej roli pana Pawła Bartoszewskiego, o czym „Gazeta” tak szeroko pisała. W końcu pan Bartoszewski jest doradcą burmistrza ds. promocji GPP i pracownikiem Urzędu Gminy i Miasta, tymczasem po jego aktywności internetowej i społecznej widać, że gros czasu pracy i energii poświęca festiwalowi. Jego zaangażowanie w tym aspekcie jest bardzo widoczne. Kwestia pozyskanych sponsorów została już wspomniana na wstępie. Według różnych źródeł bezpośrednio zabiegającym o sponsorów był właśnie Paweł Bartoszewski. Nie da się udowodnić, że prośby o sponsoring byłyby tak skuteczne, gdyby nie stał za nimi autorytet osoby związanej wprost z gminą Goleniów, z burmistrzem, z UGiM. Z powodów w oczywisty sposób zawodowych bardzo dobrze zna on firmy i osobiście decydentów podmiotów gospodarczych z GPP. Nie wiadomo czy sponsorzy zdają sobie sprawę, co sponsorują, ani w jaki sposób została im idea przedstawiona. Przecież, a wyraźnie pisano o tym w „GG”, nawet dziennikarzom na żadne pytania pan Paweł nie odpowiada.

Nie tylko dziennikarzom… Jedna z goszczonych osób wspomniała, że próbowała na facebookowym evencie porozmawiać z panem Bartoszewskim, ale ten bardzo szybko wykasował niewygodne pytania i zablokował jej konto. Osoba ta prosiła innych, by z nim porozmawiali, ale skończyło się tym samym. Zauważono również, że pan Bartoszewski z jednej strony nazywa festiwal prywatną imprezą Stowarzyszenia Motocyklistów, jednak udziela się na stronie facebookowej tego wydarzenia dzień i noc. I nie jest to przesada. Bardzo pilnuje by żaden demaskujący wpis nie zawisł na stronie dłużej niż kilka minut, a czasami sekund. Przy czym robi to stale, w godzinach popołudniowych czy nocnych, ale i w takich, w których powinien być tylko urzędnikiem pracującym w gminie.

Następnie sam poruszyłem sprawy wynikające z pytań internauty Feldiuka. Nie rozumiejąc, co to jest „pożyczka na zasadach ogólnych”, o której „Gazecie” mówił burmistrz Krupowicz, chciałem wiedzieć precyzyjnie gdzie w budżecie gminy znajdują się środki na takie cele. Nie ukrywałem, że poprzedniego dnia prosiłem burmistrza Zajko o przygotowanie się do odpowiedzi – chciałem, żeby były one dokładne i konkretne. Burmistrz zadanie domowe odrobił. Podał, że pieniądze w kwocie 40 tys. zł pochodzą z (jeśli dobrze zanotowałem ze słuchu) z § 991, czyli rezerwy przeznaczonej na pożyczki dla różnych podmiotów, między innymi dla organizacji pozarządowych z terenu naszej gminy. Na początku tego roku było tam według Henryka Zajki 40 tys. zł, ale już w trakcie roku uchwałą zmieniającą pierwotny budżet wprowadzono tam kolejne 40 tys. zł, zwrócone z zeszłorocznych pożyczek. [Powiem szczerze, że chyba jednak źle ze słuchu coś napisałem, bo ja nie mogę takiego miejsca w budżecie znaleźć; pewno się pomyliłem w zapisie, jednak jak mam to sprawdzić, skoro na stronie internetowej gminy w BIP-ie nadal możemy znaleźć tylko projekt budżetu na rok 2016, jakby Rada budżetu w grudniu nie uchwaliła i jakby odtąd nie upłynął cały kwartał?]

Trochę to wyjaśnienie radnych zbulwersowało. Bo okazuje się, że burmistrz pożyczył od razu w pierwszym kwartale jednej organizacji połowę tego, co ma na cały rok (gdyby inne organizacje nie oddały długu w terminie – to nawet 100%), przy czym jak dotąd z tym stowarzyszeniem nie miał jeszcze okazji współpracować ani razu, nie mógł ocenić jej rzetelności ani jakości działania. A współpracować nie było okazji, skoro Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich zostało zarejestrowane oficjalnie dopiero 13.07.2015, będąc już drugim podobnym jednocześnie w gminie działającym.

Jak się też okazuje, takie pożyczki udzielane są w sposób dość niejasny, bo nie istnieje (tak stwierdził Henryk Zajko) żaden regulamin ich dotyczący. Wyrażono na gorąco opinie, że trzeba by było taki regulamin w przyszłości opracować. Ano trzeba, bo inaczej burmistrz naraża się na zarzuty uznaniowego przyznawania znacznych pożyczek. Z swojej strony dodam, że pożyczka 40 tys. zł była maksymalną, jaką burmistrz może udzielić. §17 uchwały budżetowej upoważnia Burmistrza Gminy do udzielania w roku budżetowym pożyczek łącznie do właśnie takiej wysokości – 40 tys. zł.

Od razu powiem, że już na posiedzeniu zwróciłem uwagę na inny aspekt tej pożyczki. Sam pomysł „pożyczania” pieniędzy na prowadzenie imprez komercyjnych uważam za chybiony. Gmina z założenia nie może służyć zarabianiu pieniędzy. Gmina to nie bank, tym bardziej finansujący zabawy raczej bogatych „chłopców”. Pożyczane pieniądze mogłyby być z pożytkiem wydane na wiele innych potrzeb, o które wnioskują (nieskutecznie!) mieszkańcy gminy do burmistrza od wielu lat. Dodam, potrzeb, o które mają w pierwszym rzędzie troszczyć się władze gminy. A ta kontrowersyjna impreza ma być przede wszystkim zabawą i rozrywką dla amatorów spoza naszej gminy. Czy miłośnicy tego zlotu nie mogliby dostać potrzebnych środków jako zwykły kredyt od banku? Przecież i tak mają oddać wszystko gminie jeszcze w tym roku.

Tu burmistrz Zajko wspomniał, że nasze lokalne przepisy odnośnie pożyczek określają cele ich udzielania następująco: „Na realizację przedsięwzięć ze sfery własnych zadań gminy, oraz innych”. Ani trochę się z tym nie zgodziłem. „Oraz innych” nie oznacza, że dowolnych, także całkowicie spoza spraw, którymi mają się gminy zajmować. Oznacza natomiast, że przede wszystkim „ze sfery własnych zadań gminy”. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek względy kulturowe czy promocyjne usprawiedliwiały wspieranie tego typu koncertów. Gmina sama na pewno takiego zlotu by nie organizowała, po co więc miesza się do pomagania?

Z uwagi na liczne wyżej wymienione wątpliwości, komisja postanowiła spotkać się ponownie, tym razem także z udziałem gości inicjujących temat, jak też z przedstawicielami organizatorów. Wprawdzie uważałem, że już wtedy, w dniu opisywanego posiedzenia, każdy byłby w stanie zagłosować za konkretnymi wnioskami do burmistrza, w końcu jednak zgodziłem się ze zdaniem większości, w tym naszych gości. Ponowne posiedzenie komisji, tylko dla tego tematu, ma odbyć się w środę 23 marca o godz. 15.30. Piszę tak dokładnie, bo posiedzenia są jawne, każdy może przyjść i posłuchać. 

Zastanawiam się któreż to zadanie własne gminy ma być realizowane rękoma SMG za pomocą organizacji festiwalu ciężkiej muzyki z elementami satanistycznymi i konsumpcją piwa? Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich w swojej „Misji” zawiera takie cele:

1. Organizowanie i popularyzowanie turystyki motocyklowej. 2. Działanie na rzecz podnoszenia bezpieczeństwa na drogach. 3. Rozwijanie i propagowanie kultury motocyklowej wśród społeczeństwa. 4. Działanie na rzecz ochrony zabytków kultury motocyklowej oraz w szczególności ochrony i restauracji samych pojazdów. 5. Działanie na rzecz ochrony środowiska.

Rozumiem, że chodzi o cel nr 3 – propagowanie kultury motocyklowej, bo inne zupełnie nie pasują do festiwalu. No jasne, gmina musi pomagać w szerzeniu kultury motocyklowej, to wie każdy. Jak widać nie ma w „Misji” nic o zarabianiu pieniędzy. Skoro gmina także zarabianiu pieniędzy nie służy, czemu obie organizacje współtworzą wydarzenie o charakterze całkowicie komercyjnym, nakierowanym na zarobek? I to spory. Przy planowanej ilości 3000 uczestników na samych biletach w cenie 179 zł i 94 zł (dwu- lub jednodniowych) da się zarobić brutto od 282.000 do 537.000 zł.

Fajny biznes, prawda? Pożyczam od kogoś 40 tys. na chwilę, robię wielki event zarabiając 10 razy tyle, zwracam grzecznie kasę. Jasne, trzeba odliczyć koszty, podatki, itp. No ale pożyczający pomaga mi te koszta obniżyć, namawiając swoich kolegów na sponsoring. Fajny jest gość, kumple mu nie odmówią. No i razem szerzymy kulturę motocyklową, zaś zarobek to tylko „efekt uboczny”.

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia
Zdjęcie: radioszczecin.pl

O ironio, wszystko to ma wydarzyć się w gminie, którą 23 listopada 2013 roku burmistrz Krupowicz zawierzył Jezusowi Chrystusowi, Królowi Wszechświata. Powiedział wtedy: „Uznałem, że powinienem poddać się weryfikacji wyborczej także w związku z moim świadectwem wiary. Mieszkańcy Goleniowa będą mogli ocenić, czy uważają mnie za kompletnego dewota i człowieka, który postradał zmysły, czy też za kogoś, kto intencjonalnie zabiega o ich dobro.” Zaś w samym akcie zawierzenia zawarł słowa: „Jezu Chryste, Królu Wszechświata, staję dzisiaj przed Tobą z osobistą intencją, zawierzenia siebie, swojej rodziny i wszystkich mieszkańców mojej gminy Tobie, który jesteś i drogą, i prawdą, i życiem. Prowadź nas Panie w codziennym życiu.”

Robert Krupowicz informował, że zawierza gminę jako osoba prywatna, a nie burmistrz. Tłumaczył, że chce w ten sposób szerzyć wartości chrześcijańskie wśród mieszkańców. Już wtedy miał pewne kłopoty z rozróżnieniem sfery prywatnej od służbowej. Zupełnie tak samo jak obecnie, gdy nie dostrzega konfliktu interesów prywatnych i służbowych u swojego doradcy.

Zarzucałem wtedy burmistrzowi nieszczere intencje, pisząc o tym w felietonie w „Gazecie Goleniowskiej”. Wygląda na to, że dziś niestety potwierdzają się. Dla mnie jest całkowicie niepojętym, czemu człowiek deklarujący aż nazbyt szumnie, że chce nas wieść drogą dobra, uważa że da się to czynić pomagając w organizacji imprezy propagującej zło i szatana. Może to jakaś szczególnie wymyślna próba, której powinniśmy sprostać dążąc w do nieba? Może dążąc do nieba, najpierw mamy liznąć trochę piekła? A może po prostu to osobisty plan pana burmistrza, żeby na wszelki wypadek obstawić wszystkie opcje? Dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Cieszcie się, goleniowscy miłośnicy piw niezwykłych

20 mar
Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać Zdjęcie: joemonster.org

Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać
Zdjęcie: joemonster.org

Szanowny Rodziciel odzyskał moc, werwę twórczą i przypomniał sobie, że jakiś czas temu założył bloga… Cieszę się niezmiernie z powyższego :) Znaczyłoby to tyle, że mogę się znów poświęcić komentowaniu opisywanych przez niego spraw, co pokazałoby pełnię mojej złośliwości. A jednak trafia mi się temat, który muszę poruszyć w osobnym wpisie. A nawet dwa tematy warte opisania. Oczywiście dotyczą one piwa, bo czegóż by innego…

Po pierwsze i najważniejsze!!! Po kilku latach przerwy w naszym małym mieście ponownie mamy możliwość dokonania zakupu rzemieślniczego piwa. Jakieś 10 dni temu w pasażu handlowym nad Strugą Goleniowską, niedaleko placu zabaw przy ulicy Kościuszki, otworzył się skromny sklepik pod szyldem „Chmiel do odkrycia”. Parę lat temu podobna inicjatywa miała miejsce niedaleko ronda koło dworca, jednak po kilku miesiącach działalności się zwinęła. Tym razem chyba wszystko potoczy się inaczej. Skąd mój optymizm??? Minęły dwa lata, piwna rewolucja trafiła w tym czasie pod strzechy, a dostępność dobrego piwa jest znacznie większa. Klientela też się rozrosła. Co więcej, sklep jest mały, ale według mnie rozsądnie przemyślany. Dwie ściany, z lewej czeska i niemiecka klasyka, a z prawej polski kraft. Właściciele są entuzjastami dobrego piwa i posiadają całkiem dobre rozpoznanie na tym trudnym rynku. Co więcej, na bieżąco starają się sprowadzać nowości, premiery i piwa warte uwagi. A przy tym można u nich znaleźć piwne ikony, które ukształtowały polski rynek piw rzemieślniczych. Mowa tu o takich piwach jak: King of Hops i Crazy Mike z Alebrowaru, Pacyfik Ale z Artezana, Red AIPA z Birbanta i cała gama piw z Browaru Pinta… To wszystko są piwa świetne i uznane za ikony polskiej rewolucji piwnej. Ponadto znajdziecie tu wiele wartościowych piw i pełen przekrój stylów piwnych. Od amerykańskiego pilsa i niemieckiego pszeniczniaka, przez wszelkiego rodzaju APY, IPY, Stouty, aż do Imperial Stouta! Uważam się za bardzo wymagającego klienta, a mimo to podczas każdej wizyty w tym przybytku, znajduję coś, co mnie zainteresuje. No i jest jeszcze jedna ważna sprawa. Wchodząc do sklepu trafiamy na uśmiechniętą twarz Izy lub Piotrka. To młode małżeństwo po prostu cieszy się z tego, co robi. Chętnie rozmawiają o piwie i widać, że to ich kręci. Cieszy mnie niezmiernie, że za każdym razem, kiedy ich odwiedzałem, w sklepie znajdowali się też inni miłośnicy piwa. Ktoś to kupuje i jest rynek, zapewniający zbyt. Radość mnie rozpiera!!! Trzymajcie tak dalej, a będziecie zadowoleni z interesu! Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam Wszystkich, do odwiedzin w sklepie i dokonania zakupu! Dodam, że nikt mi za reklamę nie płaci, a kieruję się jedynie zbożną intencją rozpowszechniania piwnej rewolucji tak szeroko, jak to tylko możliwe.

Druga sprawa: Dziś, czyli 20 marca 2016 roku odbywa się V Szczeciński Konkurs Piw Domowych organizowany przez Zachodniopomorski Oddział Terenowy Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Wystawiłem do tego konkursu dwa piwa. Imperial Stout, uwarzony w październiku, a także piwo-wynalazek Hopeless IPA, czyli takie amerykańskie India Pale Ale, tyle że praktycznie bez chmielu. Ten użyty jest tylko na goryczkę, a cały smak i aromat, za który normalnie odpowiadają amerykańskie odmiany chmielu, powstaje w wyniku dodania tego, co fantazja do głowy przyniesie. Skrótowo mówiąc, piwo ma wręcz buchać cytrusami i żywicą, a przy tym imitować klasyczną amerykańską IPA. I właśnie z tym drugim piwem wiążę pewne nadzieje. Bardzo się starałem w trakcie warzenia, a wstępne oceny znajomych są bardzo pozytywne. Ciekawskim powiem, że w mojej interpretacji wskazane wyżej aromaty tworzą dodane na różnych etapach produkcji: skórki pomarańczy, cytryny, limetki, mandarynki i grejpfruta, a także jagody jałowca i ziarna pieprzu czarnego, zielonego i cayenne. A nóż, widelec, uda mi się zająć jakieś eksponowane miejsce :) O postępach na froncie, poinformuję na bieżąco!!!

Ostatni tydzień przyniósł mi wiele radości, jeśli chodzi o piwo i piwowarstwo. Mam nadzieję, że Wy także nie narzekacie! Pozdrawiam i zapraszam Was do odwiedzin w „Chmielu do Odkrycia”!

Adam Zygmański

Pewnie piją Adamowe beznadziejne Zdjęcie: www.sfora.pl

Pewnie piją Adamowe beznadziejne
Zdjęcie: www.sfora.pl

A teraz ja, właściciel bloga, bo już wytrzymać nie mogę! Nie tylko, że moje dziecko zabrało się za reklamę zaprzyjaźnionej placówki handlowej, nie dość, że się tego bezczelnie wypiera w żywe oczy i zaprzecza, że mu za to płacą (musi za skrzynkę piwa, nie za kesz), to jeszcze autoreklamę sobie darmową u ojca załatwił, jaki to on piwowar kreatywny. Fakt, widziałem go kiedyś zaraz po Nowym Roku, jak po śmietnikach łaził i czemuś suche skórki po cytrusach wygrzebywał, ale nie skojarzyłem, że on z tego zrobi piwo! Jak widać, jeszcze zabezpieczył się przed pretensjami co do prawie pewnej marnej jakości tego „specjału”, wymyślając sprytnie nazwę „Hopeless IPA – czyli po angielsku „beznadziejne IPA”. Obiecał wtedy, że mi jakiegoś wpisa gościnnie wyśle, żebym tylko nikomu o tych śmietnikach nie powiedział, ale skąd miałem wiedzieć, że wpis będzie darmowym reklamowaniem piwnego nałogu?! Obiecałem, więc odmówić publikacji nie mogłem, jeszcze by mi jakiś mandat przywalił w zemście. Ale daję mu żółtą kartkę i ostrzegam, że więcej się już nie dam nabrać. Nigdy więcej takich publikacji!!! No, chyba żeby mi jakąś małą skrzyneczkę tego cytrusowego beznadziejnego IPA odpalił w formie rekompensaty za straty moralne, to się może zastanowię…

 

Ireneusz Zygmański, oburzony gospodarz bloga

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Głosuj na mnie, dam ci kubek

08 mar
Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach Fot.: www.1917.net.pl

Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach
Fot.: www.1917.net.pl

Najpierw odniosę się hurtem do komentarzy, jakie pojawiły się dotąd pod ostatnim artykułem. W większości były ciekawe i nieco wątków do artykułu dołożyły. Trochę merytorycznych, ale przede wszystkim…, no, trochę innych. Nareszcie, poza standardowo pozytywnymi, pojawiły się też i negatywne. Będzie jak zwykle u mnie – po kolei.

Najpierw jedyny komentarz „na temat”, odnoszący się do treści mojego artykułu. Kolega Czesław Majdak podał łączną ceny 1m³ wody oraz odprowadzanego 1m³ ścieków, jaką zapłacimy pod rządami nowych taryf. I dobrze, gdyż moja tabelka z artykułu rozbita jest na poszczególne składniki, przez co finalnej ceny można sobie nie uświadamiać. A to prawie 30 zł razem! Komentarz kolegi Czesława podkreśla też ewidentnie nieformalny tryb przyjęcia taryf. Otóż debatowane na sesji 24 lutego projekty uchwał odnośnie taryf nie przeszły wymaganej Statutem Gminy procedury. Wpłynęły dzień przed sesją, stąd nie zapoznała się z nimi żadna stała komisja Rady Miejskiej, tym bardziej nie były przez nie opiniowane. Radni „oglądnęli” wprawdzie nowe wnioski taryfowe na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, ale to nie to samo, co wymaga Statut. Bo Rada nie uchwala wniosków taryfowych, tylko uchwały. Pozwolę sobie zacytować odnośne przepisy Statutu Gminy Goleniów:

§ 33. 1. Projekt uchwały, po złożeniu go przez projektodawcę w Biurze Rady – Przewodniczący Rady przekazuje w ciągu 7 dni do zaopiniowania przez właściwą komisję Rady.

2. Niedostarczenie Przewodniczącemu Rady opinii o projekcie uchwały w terminie 14 dni od daty skierowania jej do komisji oznacza, iż komisja odstąpiła od opiniowania projektu.

3. Przewodniczący Rady kieruje projekt uchwały na sesję, nie później niż 60 dni od daty jego zarejestrowania w Biurze Rady.

§ 34. 1. Projekt uchwały spełniający wymogi formalne może być w nagłych wypadkach przedłożony przez projektodawcę na sesji z pominięciem trybu wymienionego w § 33.

2. Rada decyduje w głosowaniu bezwzględną większością ustawowego składu Rady o jego wprowadzeniu do porządku obrad.”

Komantarze Marka i Maxa przysporzyły mi oczywiście satysfakcji. Cieszę się, gdy Czytelnikom się podoba, dla nich przecież piszę. Jednak Max trochę przesadził, skoro aż dwa razy powiedział prawie to samo. Max, daruj, aż tak łasy na pochwały nie jestem.

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Bardzo się cieszę, że głos zabrał kolega Łukasz Dykowski. Przecież to do działań kolegów z klubu „Porozumienie” mój artykuł się przede wszystkim odnosił, a pan Łukasz klub sobą firmuje. Przy okazji otrzymałem jakiś namacalny dowód, że radni „Porozumienia” moje wpisy czytają. Nigdy od żadnego z nich wcześniej tego nie usłyszałem, nigdy nie odnosili się do ani jednej z licznych spraw przeze mnie poruszanych. Jakbym pisał sobie a muzom. I po prawdzie bałem się już, że tylko grono znajomych i przychylnych osób na tego bloga zaglądało.  Niestety, komentarz pana Dykowskiego w ogóle nie odniósł się do treści mojego wpisu. Wręcz odwrotnie, jakby chciał dyskusję przekierować na zupełnie inny tor. Moim zdaniem ślepy tor.

Odmawiam, panie Łukaszu. Dla mnie sprawy komitetu NGNG są już przeszłością, bardzo bolesną i gorzką życiową nauczką. Nie dam się wciągnąć w te wspomnienia. Niczego konstruktywnego do naszej pracy w Radzie Miejskiej nie wnoszą. Dociekania pełnej prawdy i jej opisanie zostawiłem sobie na okazję, gdybym miał kiedyś dużo zbędnego czasu. Materiał mam, chęci na razie nie. Choć może byłaby to dobra przestroga dla następców, jak nie dać się nabić w butelkę… O nie, uczcie się lepiej, następcy, na własnych błędach.

Co do Karty Goleniowskiej Rodziny, odwraca Pan kota ogonem. Przecież na sesji powiedziałem, że podobał mi się zeszłoroczny projekt. Przeszedł przez dyskusję na komisji merytorycznej, był pozytywnie zaopiniowany. Radni go na życzenie wnioskodawcy (!) zdjęli z porządku dziennego sesji i skierowali do burmistrza do poprawki (przez co uniknął publicznej dyskusji). A ten go już prawie rok cichaczkiem poprawia. Czy mam wyrażać inicjatywę uchwałodawczą wyciągnięcia gotowca z zakurzonej burmistrzowskiej szuflady? Przecież nawet Przewodniczący Mituła, inicjator Karty, burmistrza w tej sprawie nie popędza. To dopiero ja musiałem sprawę Karty przypomnieć na sesji, przez co narażam się u Pana na zarzut krytykanctwa.

Odnośnie krytykowania, podejmowania decyzji i pracowania… Nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Do podejmowania decyzji dostępu nie mam (proszę zapytać siebie i kolegów, czemu?), natomiast ciężko i aktywnie pracuję nad usprawnianiem pracy rzeczywiście podejmujących decyzje. Patrzę im na ręce, czytam i analizuję wszystkie projekty uchwał. Tak ma obowiązek robić każdy z nas, radnych. Chyba trudno robić zarzuty komuś, kto znajduje w projektach dużo błędów czy niedoróbek różnej maści? Uważa Pan, że lepiej pozwalać na ich robienie?

Ostatnia rzecz – nie mam żalu o to, „że nikt nie chce ze mną rozmawiać i dyskutować”. Myli się Pan: wielu ze mną i rozmawia, i dyskutuje. Ignorowanie i obstrukcja pojawiają się najwyżej w kontaktach z dawnymi członkami NGNG. Przypomnę, że w maju zeszłego roku płynąc parę godzin tym samym kajakiem, jakoś sobie o żadnych ważnych sprawach nie pogadaliśmy. Moja pretensja dotyczy natomiast takiego modelu działania, w którym do każdego równania z dowolną niewiadomą Wasze ugrupowanie pod daną „Rada Miejska” podstawia „klub „Porozumienie”. O tym piszę w swoim artykule, a Pan to omija szerokim łukiem. Nie wierzę, że Pan tego nie zrozumiał.

Komentator Adam Zygmański odpowiedział Łukaszowi Dykowskiemu z własnej inicjatywy, jak zwykle bez mojej inspiracji. Też ominął cały mój artykuł, widocznie woda i ścieki to nie jego hobby. Woli chwycić konkretne wypowiedzi i się z nimi rozprawić. Jest to polemista zawzięty i trudny do przebicia, bo wali prosto z mostu co mu w zwojach mózgowych krąży. Dosadniej niż ja, gdyż jako komentującemu więcej mu wolno. Ale co do jakości tłumaczenia wypowiedzi Łukasza Dykowskiego na uproszczony polski obiekcji nie mam. Nie dziwię mu się, że nie chciał czytać między wierszami komentarza pana Łukasza – ja też bym nie umiał.

Mea culpa, nadużyłem zaufania komentatorki „m”, która chciała pisać tylko do mojej prywatnej wiadomości. Miałem przeczytać i wpis skasować. Zdecydowałem się jednak ten komentarz ujawnić, bo jej cytat z wypowiedzi Przewodniczącego Mituły był godny przypomnienia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Na wszelki wypadek przepraszam „m” stokrotnie. Mam nadzieję, że mnie zrozumie i w swojej wielkoduszności nadużycie zaufania wybaczy, z wrodzonym sobie poczuciem humoru. „M”, całuję w stóp spód.

Na zaczepkę komentatora „obser” odpowiedział zarówno Adam Zygmański (potwierdzam, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mógłbym sobie u niego taki wpis obstalować; nigdy go o to nie prosiłem), jak i później komentator „po”. Dzięki serdeczne. Zwolniło mnie to z konieczności ponownego udowadniania, jak wielką wdzięczność czuję do pana Krupowicza z powodu rozstania się z funkcją sekretarza gminy. Ile to już razy musiałem tłumaczyć, że rozeszliśmy się w zgodzie, i to na moje własne życzenie. On nie miał dla mnie pracy, o czym całkowicie szczerze i po męsku mi powiedział, a ja nie miałem chęci siedzieć jak przykręcony do stołka, udając pracę. Czego by nie powiedzieć, pchnęło to moje życie na nowe tory, więc na pewno nie żałuję. Ani trochę, jak bonie dydy! Jeśli ktoś tego nie rozumie – jego sprawa… Wiem, że zawsze będą niedowierzający, ale cóż na to mogę? Ja naprawdę uważam, że dobra pensja to nie wszystko, żeby żyć szczęśliwie.

By było jasne, nie podobał mi się sposób rozpoczęcia rządów przez pana Krupowicza, deklarującego przecież przed wyborami kontynuację działań poprzedników. No tak, ale styl miał być inny, tak mówił. Widocznie dla tego stylu musiał „rozmontować” w dużym stopniu aparat kierowniczy Urzędu Gminy i Miasta, tworzony przez wiele lat przez poprzedników. Dodam, że ten „demontaż” nie był przeprowadzony w dobrym stylu, choć oczywiście skutecznie. Różne symptomy późniejszych gorszych praktyk widoczne były od samego początku.

Mój negatywny stosunek do Burmistrza Krupowicza, a taki przecież mam, bierze się z zupełnie innych źródeł, niż prywatna niechęć. Po prostu uważam go za niedobrego burmistrza, hamującego szybszy rozwój naszej gminy. Nie wszędzie i nie w każdej sprawie, jasne, ale w wielu istotnych dziedzinach. O tym nie wiedziałem z góry, a dopiero po przyjrzeniu się jego konkretnym działaniom. Nabrałem w pełni takiego przekonania po jakichś dwu latach sprawowania przez niego tej funkcji. Wcześniej życzyłem mu szczerze samych sukcesów, bo jego sukcesy byłyby jednocześnie sukcesami mieszkańców gminy. Nie znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi dyskredytujących obecnego burmistrza. Nie uwierzysz, Szanowny „obser”, ale uparcie i na przekór wciąż życzę burmistrzowi samych dobrych pomysłów i ich sprawnej realizacji. Stąd cały mój wysiłek, by zwalczać pomysły niedobre albo nieudolnie wprowadzane w życie.

I tu już kończę komentować komentatorów, a przejdę do donosu. Składam go na ręce pana Burmistrza Krupowicza, czym mam zamiar pomóc zwalczać jeden z jego głównych nieudanych pomysłów. Tym pomysłem jest zaś … Przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Mituła. Boć przecież to pana Burmistrza Krupowicza pomysłem było powierzenie funkcji w ręce tej osoby, prawdaż? Panie Burmistrzu, rób pan coś, bo was ten człowiek do reszty skompromituje.

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Wcale nie chodzi mi o już poprzednio opisane występy sesyjne Łukasza Mituły. Zupełnie przypadkiem doszedł mi do kolekcji następny kwiatek, zgrabnie pasujący do namalowanego wcześniej bukietu. I nie wpadłbym na niego bez pomocy Czytelniczki (chciała skromnie, by jej dane pozostały w ukryciu), korzystającej często z dobrodziejstw Facebooka – po naszemu fejsbuka. Ja sam jestem tak bardzo między dinozaurami, że konta na fejsie nie posiadam (zgroza!) i zaglądam w odmęty tego oceanu rzadko. Przez co mógłbym przeoczyć rewelację, którą zaraz przedstawię.

Wspomnana skromna Czytelniczka otworzyła mi oczy na konto „Łukasz Mituła – radny Rady Miejskiej w Goleniowie”. Pozostałem aż do tej chwili z tymi oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, choć przecierałem je parę razy. Jest to oczywiście prywatne konto bohatera mojego donosu. Nikt mu nie ma zamiaru zabronić je prowadzić i tam siebie reklamować jako znakomitego radnego; ja na pewno nie. Nikt też nie może mu zabraniać wymyślania przezabawnych konkursów, z nagrodami w postaci prywatnych fantów. Zupełnie jednak inaczej się to przedstawia, kiedy prywatne konto propaguje prywatnego radnego w prywatnym konkursie okraszonym… gminnymi fantami.

Zaryzykuję, zadam parę pytań panu Krupowiczowi. A może pan Burmistrz też czasami na mojego bloga zagląda? Albo jacyś życzliwi mu doniosą, że się Zygmański znów dopiernicza? Oto zatem moje pytania. Nie mogę pojąć, panie Burmistrzu, jak Pański pupil pozyskał koszulkę, dwa kubki, dwa scyzoryki i komplet długopisów z emblematami Gminy Goleniów i logiem „Jestem z Goleniowa”, stanowiącymi gadżety promocyjne naszej Gminy? Czy je dostał od kogoś w prezencie, czy je raczej kupił za własne pieniądze? Pomijając sposób wejścia w ich posiadanie, skąd mu mogło wpaść do głowy, że gadżety służące z założenia do promocji walorów tej Gminy, mogą przydać się jemu do prywatnych celów? Czy Pan uważa to za właściwy i stosowny sposób ich użycia? Czy to właśnie po to zostały wymyślone, zaprojektowane, wykonane i zakupione za pieniądze goleniowskich podatników, żeby służyć do reklamowania któregokolwiek radnego? Czy wykorzystanie gadżetów odbyło się za Pańską wiedzą i przyzwoleniem?

Mógłbym pytania mnożyć, ale aż zatyka mnie bezczelność tego pomysłu. Poraża mnie nowatorskie podejście pana Mituły do wspólnej własności wyrażone w idei „Gmina to Ja”. Uważam, że ten niechlubny kontynuator Ludwika XIV kompromituje na potęgę nie tylko siebie, ale także swojego protektora – burmistrza. Nie tylko kompletnie niezgodnym z przeznaczeniem użyciem gminnych gadżetów. Prostacki pomysł konkursu, skierowanego w zamiarze chyba do jakichś idiotów, na pewno nie przysparza chwały ani pomysłodawcy, ani jego politycznym kompanom. „Polub fanpage radnego Mituły, skalkuj post na swoim profilu – a wygrasz gminny gadżet” – łot e bjutifulaśny ajdej, fak! Miałem Pana, Panie Burmistrzu, za osobę inteligentną, o dobrym guście. Czy naprawdę Pan to prostactwo popiera?

 

Nabici w butelkę – czyli zderzenie z czołgiem

28 lut
Nie tylko wodę da się nabić w butelkę Rysunek: bejsment.com

Nie tylko wodę da się nabić w butelkę
Rysunek: bejsment.com

Siedzę przy klawiaturze, pisząc o XVII sesji Rady Miejskiej i już nawet nie płaczę. Początkowo szloch mną targał taki, że nie dawałem rady trafiać w dobre klawisze, a z łez zrobiła się niezła kałuża. A mówią, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze… Nie wierzcie, płacze bezproblemowo, szczególnie po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z innym prawdziwym mężczyzną, jak się okazuje rzeczywistym twardzielem. Ta twarda ściana tytanowych mięśni i umysłu jak siekiera ostrego, o którą się na sesji boleśnie potłukłem, to nasz Szanowny Przewodniczący Łukasz Mituła.

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji
Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Co, nie dowierzacie, że Wódz Wszystkich Radnych mógł mnie jakoś brutalnie potraktować?! Że niemożliwe, kłamię, że to przecież dobroduszny człowiek, który muchy by nawet nie skrzywdził, a co dopiero kolegę (bądź co bądź) radnego? Otóż mógł, bo o ile muchy pewnie szanuje, to z radnymi już inna bajka. Pan Mituła poważa tylko „swoich” radnych, kolegów z klubu „Porozumienie”, ścieląc się podnóżkiem u ich stóp, otaczając troskliwie opiekuńczym ramieniem, chroniąc przed najmniejszą troską. Stanowczo przeciwdziała najbardziej choćby nieśmiałym i niewinnym próbom wyrażania opinii dla swego klubu niepochlebnych, zresztą niepochlebnych tylko w jego mniemaniu. Nie ukrywajmy, Pan Przewodniczący jest „Porozumienia” tak dalece zaangażowanym stronnikiem, że radnych do niego nie należących traktuje standardowo jako „nieporozumienie”. Moja sesyjna przygoda, którą Szanownym Czytelnikom dziś opiszę, będzie -jak sądzę- wystarczająco obrazową ilustracją tych gorzkich słów.

A sam sobie jestem winien, przyznaję. Po pierwsze, bo nie zapisałem się do klubu radnych „Porozumienie”, od początku obecnej kadencji miłościwie nam panującego. Toż przecież zaraz po powstaniu klubu, na drugiej sesji Rady Miejskiej, Pan Przewodniczący łaskawie wszystkim błądzącym (czyli jeszcze w klubie niezrzeszonym) rękę podawał, zapraszając do niezwłocznego dopisania się – sam o tym pisałem. Po drugie, zamiast sobie siedzieć cicho i brać dietę, jak to konstruktywnej opozycji wypada, pyszczę na sesjach i posiedzeniach komisji, wiecznie jakieś pretensje zgłaszam, czepiam się przestrzegania jakichś (tfu!) zasad, ignoruję „ustalenia”, często zresztą mi nieznane, ciągle gdzieś węszę za błędami, wytykam pomyłki, krytykuję, pytam o liczby, fakty i przyczyny, ośmielam się targać godność burmistrzów, przewodniczącego rady, a nawet doradców burmistrza i, Bożeż ty mój, Dyrektora Łukaszewskiego! A najgorsze po trzecie, że jeszcze często mam rację…

Dobra, już kończę się użalać i śpieszę opisać, jak to mnie ten czołg na sesji potrącił. W zasadzie opowieść dotyczy tylko jednego punktu obrad, choć kilka innych było wręcz frapujących. Skoro jednak głos zabierałem przy kilku z nich, już wcześniej przyszło mi przyjąć ogień zaczepny naszego czołgu, dość mało celny zresztą. Na przykład przy punkcie „Projekt uchwały w sprawie zawarcia porozumienia partnerskiego z Województwem Zachodniopomorskim dotyczącego współdziałania w realizacji zadań pn. Zachodniopomorska Karta Rodziny i Zachodniopomorska Karta Seniora”, Przewodniczący udzielając mi głosu już wstępnie ocenił moje wystąpienie (zanim się odezwałem!). Okazało się jednak, że intuicja go zawiodła – mówiłem o czymś innym. W tym samym punkcie jako „wice czołg” wystąpił wiceburmistrz Henryk Zajko. Kiedy ubolewałem, że od prawie roku nic nie dzieje się z „Goleniowską Kartą Rodziny”, rekomendowaną w marcu 2015 r. przez Komisję Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu jako gotowy projekt do przyjęcia na sesji, zastępca burmistrza odpowiedział mi coś takiego: „Przypominam panu radnemu Zygmańskiemu, że przecież to sami radni zdjęli ten projekt z porządku dziennego sesji”. Ano zdjęli, a było to na VIII sesji w kwietniu zeszłego roku, na wniosek … Przewodniczącego Łukasza Mituły. Pamiętam, że motywacja była bardzo mętna, a ja osobiście byłem najbardziej zdziwiony. Przecież projekt ten został przez ludzi pana burmistrza przygotowany w marcu właśnie na wniosek … Przewodniczącego Mituły. I jak tu zrozumieć stosunki w tej rodzinie? Oni się o coś tam powadzili, a winien Zygmański…

Wracam do tego jednego punktu obrad, który mam Państwu opowiedzieć. Chodzi o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków w naszej gminie, co wnioskowała spółka Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja. Uściślając, w porządku sesji były to dwa oddzielne punkty, bo Rada miała osobno podjąć uchwałę o cenie wody, a osobno o cenie ścieków. Za te tematy zabrano się zgodnie z porządkiem w punktach 15 i 16, gdzieś około godziny 14, czyli już (jak się pozornie zdawało), pod koniec sesji. Jaki tam koniec: mimo „omówienia” tych zagadnień na wspólnym posiedzeniu stałych komisji w poprzednim tygodniu, dyskusja wraz z głosowaniami zajęła prawie godzinę. Na marginesie, już kilka wcześniejszych punktów przedłużyło się w czasie, za co osobiście winię sposób prowadzenia obrad przez Przewodniczącego Mitułę. Jego często zaczepne wypowiedzi prowokowały niektórych radnych do głosów „ad vocem” i do niepotrzebnego polemizowania. O nie, źle się domyślacie, Wasz sprawozdawca ani razu niczego nie „advocemował”. Apogeum nasilenia tego stylu nastąpiło właśnie przy tych wodno-ściekowych tematach.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w wodno-kanalizacyjnej bijatyce na sesji chodziło, trzeba się cofnąć i przedstawić chronologię poprzednich zdarzeń. Jak zwykle przy takiej okazji posłużę się wypunktowaniem istotnych momentów akcji.

Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji Zdjęcie: www.gs24.pl

Prezes Janusz Dawidziak w całej okazałości
Zdjęcie: www.gs24.pl

1. W kwietniu zeszłego roku, na VIII sesji RM, o czym pisałem w długachnym 13 punkcie relacji z tego posiedzenia, przyjęty został „Wieloletni plan rozwoju i modernizacji urządzeń wodociągowych i urządzeń kanalizacyjnych miasta i gminy Goleniów na lata 2015-2020 będących w posiadaniu Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Goleniowie”. Prezes GWiK Janusz Dawidziak przedstawił wtedy symulację, prognozującą wzrost cen wody i ścieków do łącznego poziomu 13,49 zł w roku 2020. Pokazywała ona przewidywany wzrost w poszczególnych latach, wynikający (jak twierdził wtedy) przede wszystkim ze skali ogromnych inwestycji. Głosujący za przyjęciem niniejszego planu radni siłą rzeczy zaakceptowali jednocześnie ten wzrost, uznając go za strawny dla płacących za wodę i ścieki mieszkańców. Siebie do tej grupy nie zaliczam, bo w głosowaniu się wstrzymałem. Moją motywację mogą Państwo znaleźć we wspomnianym wpisie na blogu.

2. 21 stycznia 2016 r. wpłynął do Burmistrza Gminy „Wniosek o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków” od spółki GWiK. Radnym został przez Burmistrza wysłany drogą elektroniczną 2 lutego. Wniosek nie był żadną niespodzianką, przecież wzrost cen zapowiedziano i poprzednią uchwałą automatycznie zaklepano w kwietniu zeszłego roku.

3. Burmistrz zdecydował, że dokona własnymi siłami weryfikacji danych zawartych we wniosku taryfowym GWiK. Chwali się, przecież gdzieś tam mogli się w wyliczeniach rąbnąć. Powierzył to sprawdzenie inspektorowi ds. kontroli UGiM w Goleniowie, pani Ewelinie Markowicz. Protokół z tej weryfikacji, sporządzony 8 lutego, radni otrzymali e-mailem 10 lutego. Podsumowując wyniki tego badania, nie stwierdza się w nim żadnych nieprawidłowości wniosku taryfowego GWiK. Na końcu stwierdza się: „(taryfy) opracowane zostały przez Spółkę zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i odprowadzaniu ścieków (…) oraz Rozporządzenia Ministra Budownictwa z dnia 28 czerwca 2006 r. w sprawie określenia taryf, wzoru wniosku o zatwierdzenie taryf oraz warunków rozliczeń za zbiorowe zaopatrzenie w wodę i zbiorowe odprowadzanie ścieków (…)”. Zatem wszystko w porządku, wniosek jest OK.

4. Tak przygotowany wniosek taryfowy, obudowany sporządzonym rękoma pracowników UGiM odpowiednim projektem uchwały Rady Miejskiej, miał trafić pod obrady wspólnego posiedzenia stałych komisji RM. Na takich posiedzeniach dyskutuje się i opiniuje zwykle te projekty, które mają stanąć pod obrady najbliższej sesji. Zawiadomienie o posiedzeniu komisji wraz z jego porządkiem radni otrzymali drogą elektroniczną 12 lutego. Określono w nim czas spotkania na 16 lutego na godzinę 15.30.

5. Wniosek GWiK miał trafić pod obrady połączonych stałych komisji, lecz nie trafił. Otóż w dniu posiedzenia, już 16 lutego, dokładnie o godz. 15.28, radni otrzymali e-maila z załącznikiem o nazwie „Aktualizacja wniosku o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków”. Ta „Aktualizacja” nosi datę sporządzenia w Spółce 16 lutego i taką samą datę wpływu ma w Biurze Rady Miejskiej. No, świeża bułeczka, po prostu. Przekazany radnym tekst nie miał żadnego pisma przewodniego. W szczególności nic nie wyjaśniało, czemu zaistniała potrzeba zrobienia „aktualizacji” poprzednio złożonego wniosku, skoro Rada jeszcze nie zabrała się za jego rozpatrywanie. Spółka po prostu się czemuś rozmyśliła. Wahliwi tacy.     

6. Na to ostatnie pytanie odpowiem sobie sam, już bez żadnych dokumentów i twardych dowodów, a czerpiąc wiedzę jedynie z ustnych informacji pochodzących od radnych należących do klubu „Porozumienie”. Otóż okazuje się, że Rada Miejska za rozpatrywanie wniosku już przed datą 16 lutego się jednak zabrała. Wynika z ich wypowiedzi, bez skrępowania wyrażanych także w trakcie obrad na sesji, że klub „Porozumienie” nie tylko sprawę wniosku taryfowego GWiK już omówił, ale nawet „nakazał” go poprawić zgodnie z ich intencją. Mianowicie radni klubu przed 16 lutego zebrali się dla przedyskutowania wniosku. Stwierdzili, że ceny wody i ścieków, proponowane we wniosku taryfowym, są ich zdaniem dla mieszkańców zbyt wysokie. Fajnie, że nareszcie do takiej konstatacji doszli, zgadzam się z nimi w zupełności! Nie mam żadnych dokładnych danych, co i komu w konsekwencji nakazali uczynić, by wniosek „poprawiono”, ale go przecież finalnie poprawiono! Wspomniana „Aktualizacja” była zatem dzieckiem klubowej dyskusji.

Tym samym koledzy z „Porozumienia” przeszli do porządku dziennego nad tym, że (jak wspomniałem wyżej w punkcie 1.) w kwietniu 2015 r. zaaprobowali nie tylko ambitny plan inwestycji GWiK na około 40 mln zł, ale też finansujący ten program stopniowy i wyraźnie zasygnalizowany wzrost cen wody i ścieków. Zatem klasyka – chcą zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Inwestycje – tak, każdemu się woda należy, ścieki w XXI wieku muszą iść do kanalizacji. Wzrost cen – nie, musimy chronić nasze ubogie społeczeństwo. Ja się z kolegów nie naśmiewam, sam czuję nieraz naiwną tęsknotę za tym, żeby zawsze być dobrym i wszystkim robić dobrze. Wiem jednak, jak bardzo taka dziecinna tęsknota mija się z rzeczywistością. Przykro mi, życie uczy, że wszystko kosztuje, więc musimy wybierać. A słowo się już w zeszłym roku rzekło, kobyłka u płota.

Co ja sobie o takiej praktyce działania kolegów z „Porozumienia” myślę, wyrażałem niejednokrotnie. Nie tylko na własnym blogu przy różnych okazjach, ale także w toku prac komisji i na sesjach Rady. Nie mam intencji nikogo obrażać, a tylko przedstawiam nagie fakty. Jeśli kogoś obrażają, tym gorzej dla faktów. Uważam ich zapędy rządzenia poprzez forum klubu „Porozumienie”, z pominięciem radnych do klubu nienależących, za sprzeczne z duchem demokracji, ale przede wszystkim jako działania osłabiające Radę Miejską merytorycznie. Sprzyjają one oczywiście cementowaniu rządzącej koalicji, wybitnie ułatwiając burmistrzowi Krupowiczowi bieżące rządzenie. O ile ostentacyjnie nie uczestniczy on w pracach komisji Rady, wysyłając do nich swoich zastępców, o tyle dla klubu „Porozumienie” ma czas osobiście. „Na klubie” ustala się sposób jednolitego głosowania, bez względu na wartość merytoryczną lub stronę formalną składanych przez burmistrza projektów. Utrzymywanie twardej dyscypliny klubowej, tej „maszyny do głosowania”, która daje pewność wygrania przez koalicjantów każdego głosowania na sesji, wyklucza jednocześnie z udziału w dyskusji i rządzeniu pozostałych radnych. Bagatelka, marginalizuje 1/3 składu Rady, radnych zdolnych wnieść do jej prac wiele dobrego. Próbują to zresztą stale czynić, bez wielkich nadziei na sukces. Oficjalnie ignorowani są przez członków „Porozumienia”, a w kuluarach częstowani przyjaznymi gestami i słowami w stylu „Przecież rozumiesz, muszę”.

Klub nie jest ciałem, którego obrady się protokołuje, a protokoły publikuje dla powszechnego dostępu. Na jego posiedzenia nie może wejść także publiczność, bo to w sumie spotkania prywatne. Nikt nie podaje na tablicy informacyjnej, kiedy klub się spotyka. Wszystko, czego dowiadujemy się o jego działaniu, pochodzi z „trzeciej ręki”. Nie da się odróżnić, czy są to informacje, czy dezinformacje. Zawsze łatwo się z nich wykręcić niepamięcią bądź powiedzieć, że to bezczelne kłamstwa. Członkowie klubu są informowani u źródła, wtajemnicza się ich w kulisy i tło projektów uchwał, dalekosiężnych planów, taktyki i strategii. Pozaklubowy plebs, wybrany w tych samych wyborach i teoretycznie mający takie same szanse reprezentowania swoich wyborców, może oczywiście o wszystko pytać, tylko najpierw musi wiedzieć, że jest się o co pytać. Jeśli poprzez tak działające ciało załatwia się wszystkie istotne lokalne sprawy, to jaka jest ta nasza lokalna demokracja?

Sami sobie winni ci separatyści – mogli się do klubu „Porozumienie” zapisać, prawda? A tak jako „wiecznie niedoinformowani” i „nie nasi” pchają się do pomocy, tylko zaburzając przyjęte wcześniej ustalenia klubowiczów. Co gorsza, często mącą im w głowach pokazując albo ewidentne błędy i niedoróbki projektów uchwał, albo rozwiązania po prostu lepsze, a przynajmniej alternatywne. I jeszcze motyw psychologiczny: co ma  niejeden członek „Porozumienia” zrobić ze swoim czystym sumieniem przy głosowaniu, kiedy rozum i serce mówią: „kurczę, mają rację!”, a zdrowy rozsądek pragmatycznie podsuwa: „nie pchaj palca między drzwi, głosuj jak ustaliliśmy „na klubie”, za rozbijactwo przecież cię nie pochwalą”?

Ale dość tym gorzkim żalom, wróćmy do mokrej roboty, czyli wydarzeń wodno-ściekowych.

7. Znów jesteśmy przed sesją, na wspólnym posiedzeniu stałych komisji RM 16 lutego. Tak się pechowo składa, że w rozpoczęciu tego spotkania nie uczestniczyłem z powodów zawodowych. Przyszedłem po około godzinie, czyli o 16.30, kiedy temat wniosku GWiK był już zakończony. Jak wiem z kilku relacji obecnych, załatwiono go bardzo sprawnie, choć po prawdzie nieco zaskakująco. Otóż od razu wręczono obecnym radnym wydruk przysłanej im teoretycznie dwie minuty wcześniej e-mailem „Aktualizacji wniosku GWiK” (patrz punkt 5) informując, że to treść właśnie tego wniosku będzie na posiedzeniu omawiana. Do nowego wniosku przygotowane też będą nowe projekty uchwał (w tej chwili jeszcze nie istniejące). A stary wniosek, pierwotny? Jakoś wyparował samoistnie, Rada go nie będzie rozpatrywać. Po co, skoro GWiK go „sam z siebie zaktualizował”? Moi informatorzy twierdzili, że nikogo z członków „Porozumienia” to nie zaskoczyło. Jak napisałem wcześniej, zaskoczyć nie mogło, przecież sami ten nowy wniosek zainicjowali. Pozostali radni, być może nawet co do tła wahliwości GWiK odnośnie taryf nieuświadomieni, dość biernie nie pytali o przyczyny pojawienia się nowego wniosku. Następnie prawie bezdyskusyjnie wniosek GWiK zaopiniowano pozytywnie w głosowaniu. 

Jak powiedziałem, przyszedłem na posiedzenie spóźniony. Zapytałem tylko kolegów, czy tą sprawę już zakończono. Trochę się zdziwiłem, że tak szybko. Nie miałem oczywiście świadomości, że przyjęto taryfy w wersji z „Aktualizacji”, bo o niej jeszcze nie wiedziałem. Do tego pewności nie mam, czy mi też wspomniany wydruk przekazano, gdyż zajęły mnie bieżące sprawy. Być może jako spóźnialski dostałem ten papier, czego sobie na 100% nie przypominam, ale pewnie i tak odłożyłbym go na bok, nawet nie spoglądając. Miałem przecież przy sobie własny, który wydrukowałem w domu. Jasne, że się myliłem, bo wydrukowałem oczywiście wniosek pierwotnie złożony, przesłany nam już 2 lutego. Mam te wątpliwości, bo w swoich przechowywanych skrzętnie papierach wydruków „Aktualizacji” nie posiadam. Ponieważ spraw innych było wiele, a posiedzenie jeszcze dość długo trwało, nie zaprzątałem sobie głowy wodą i ściekami. Dopiero wieczorem sprawdzając pocztę zauważyłem, że w ciągu dnia wpłynęła „Aktualizacja”. W ten sposób ominęła mnie okazja, żeby swoje rozterki rozplątać na posiedzeniu stałych komisji. Za gapowe się płaci… – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

8. W tygodniu przed sesją wyjaśniło mi się, że taryfy za wodę i ścieki będą obradowane w wersji „zaktualizowanej”, a nie pierwotnej. Zapoznałem się z nowym wnioskiem, a przede wszystkim z jego najważniejszym ustaleniem – stawkami taryf. Zastanawiałem się, skąd różne wysokości stawek wobec poprzedniego wniosku. Przecież burmistrz weryfikował poprzedni wniosek wnikliwie (patrz punkt 3)? Czyżby Prezes Dawidziak dokonał jakiejś samowoli, stawiając burmistrza w kłopotliwej sytuacji? Zdziwiłem się, że brak we wniosku jakiejkolwiek motywacji jego zgłoszenia. Dopiero wtedy uzyskałem informacje o dokładnym przebiegu tego punktu programu posiedzenia wspólnego stałych komisji. Wtedy też pierwszy raz doszły do mnie słuchy o klubowej robocie kolegów z „Porozumienia”. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

9. Obiecane na posiedzeniu 16 lutego projekty uchwał „przyszły” e-mailem dnia 23 lutego o godzinie 14.53. Porównałem je ze „starymi” (przygotowanymi do zatwierdzenia taryf figurujących w pierwszym wniosku GWiK) i znów nie mogłem czegoś zrozumieć. Poza oczywistymi różnicami w wysokości stawek rzucało się w oczy coś innego. Pierwotne projekty zawierały stawki netto (bez uwzględnienia 8% VAT), zaś w nowych ceny podano brutto (już z VAT-em). Bardzo trudno było więc zauważyć, czym się właściwie różnią te ceny: czy w porównaniu są wyższe w projektach pierwotnych, czy w „aktualizacyjnych”? I czy tak może ustalili klubowicze, czy też ludzie burmistrza samodzielnie zmienili formę określenia stawek w uchwałach? Ponieważ na analizę czasu do sesji dużo nie miałem, dość pobieżnie przejrzałem cały nowy kilkudziesięciostronicowy wniosek GWiK.

10. Tu znów muszę nieco przynudzić, tym razem liczbami. Żeby dokonać jakichkolwiek porównań zrobiłem sobie zbiorczą tabelkę, którą niniejszym Państwu zademonstruję. Przedstawia ona obok siebie wszystkie trzy taryfy razem: „starą”, obowiązującą w roku 2015; następnie stawki z pierwszego wniosku GWiK; później stawki z drugiego wniosku (tzw. „aktualizacji”); najbardziej na prawo są jeszcze ostateczne (przyjęte na środowej sesji) powiększone o VAT stawki brutto, żebyście Państwo wiedzieli, ile naprawdę Was usługi GWiK będą kosztować.

Stawki za wodę netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 dostarczonej wody

3,23

3,39

+4,95

3,40

+5,26

3,67

Abonament – opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

2,82

2,96

+4,96

2,87

+1,77

3,10

Stawki za odbiór ścieków netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 odbieranych ścieków

6,94

7,24

+4,32

7,25

+4,47

7,83

Abonament -  opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

5,05

5,29

+4,75

5,55 (7,25)!

+9,90 (+43,56)!

5,55

 

11. Tworząc tabelkę korzystałem między innymi z obu złożonych przez GWiK wniosków taryfowych. Przy czym spisywałem dane nie z głównych tabel 4.1 „Wysokość cen i stawek opłat za dostarczana wodę” i 4.2 „Wysokość cen i stawek za odprowadzane ścieki” (zamieszczonych na odpowiednio 4 i 5 stronach obu wniosków), zawierających właściwe, przenoszone później do uchwał stawki. Skorzystałem z tabel o nazwie „Porównanie cen i stawek taryfy obowiązującej w dniu złożenia wniosku z cenami i stawkami opłat nowej taryfy dotyczącej: A – zaopatrzenia w wodę; B – odprowadzania ścieków”, zamieszczonych w „Uzasadnieniu wniosku taryfowego”. Teoretycznie jest to bez znaczenia, bo dane muszą w nich być identyczne. Uzasadnienie nie może dotyczyć przecież innych stawek, a tylko tych zawartych we wniosku.

Sprawdzając na końcu, czy się gdzieś nie chlapnąłem, porównywałem te dane z projektami obu uchwał. Z zaskoczeniem zauważyłem pewną różnicę. Otóż w mojej tabeli jedna ze stawek miała inną wysokość, niż finalna w ostatecznym projekcie uchwały. Dotyczyła wniosku „aktualizacyjnego” w odniesieniu do ścieków w części „Opłata abonamentowa za gotowość (ostatnia, najniższa rubryka tabeli). Sprawdziłem, o co idzie i aż dech mi zaparło z wrażenia. Otóż wniosek „aktualizacyjny” rzeczywiście MA RÓŻNE STAWKI w tej samej rubryce: 5,55 zł w głównej tabeli wniosku (ze strony 5) i 7,25 zł w tabeli w „Uzasadnieniu”. I o ile procent wzrostu +9,90 wyliczyłem sobie sam, bo główna tabela % nie podaje, to wzrost +43,56% w „Uzasadnieniu” figuruje jak byk!

Poprawiłem swoją tabelkę, pozostawiając w ostatniej rubryce te dwie różniące się wartości. Za chińskiego Boga nie jestem w stanie sobie wyjaśnić, skąd taka niespójność między wnioskiem a jego uzasadnieniem. Te wyliczenia po prostu MUSZĄ się zgadzać! Inaczej można podejrzewać, że ktoś coś tu manipulował, a całe uzasadnienie da się o kant dupy potłuc! Być może są to ślady nici, którymi szyto zamówioną przez radnych „Porozumienia” zmianę? Nie mam zresztą zamiaru snuć jakichkolwiek teorii w tej sprawie, niech wyjaśni to wnioskodawca. Przypominam, jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

12. To jednak było tylko przygotowanie do najważniejszej roboty. Proste zebranie i porównanie danych. Przede wszystkim interesował mnie jednak finalny wynik: różnica przychodów Spółki między sprzedażą wody i odbioru ścieków po stawkach pierwotnych a po stawkach „zaktualizowanych”. Krótko mówiąc chciałem ustalić, czy nowe stawki płacącym za usługi klientom GWiK coś zaoszczędzają, czy raczej wypompują więcej pieniędzy z naszych kieszeni. Słyszałem przecież, że radni „Porozumienia” chcieli obniżyć stawki z pierwotnego wniosku GWiK. Tu zrobiłem sobie kolejną tabelkę.

Skorzystałem znów z danych GWiK zawartych w obu wnioskach. W „Uzasadnieniu” obu znajduje się Tabela G o tytule: „Zestawienie przychodów według taryfowych grup odbiorców usług, z uwzględnieniem wielkości zużycia oraz cen i stawek opłat w roku obowiązywania nowych taryf w złotych”. Dane tam zawarte porównują, ile wszyscy odbiorcy zapłaciliby w ciągu 12 miesięcy, gdyby przy zużyciu identycznej ilości wody i odprowadzeniu takiej samej ilości ścieków musieli zapłacić wnioskowane przez GWiK stawki. Otóż co mi wyszło:

Podstawa przychodów GWiK

Przychód GWiK za wodę

Przychód GWiK za ścieki

Rok 2015 (dotychczasowe stawki)

3.639.456,77 zł

6.295.125,39 zł

Rok 2016 (stawki z I wniosku)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Rok 2016 (stawki z „Aktualizacji”)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Tak, wzrok Państwa nie myli… Mimo zupełnie różnych taryf kwoty, które ma zamiar uzyskać Spółka z kieszeni mieszkańca za swoje usługi są IDENTYCZNE CO DO GROSZA!

13. Żebyśmy się dobrze rozumieli: te dane zawarła spółka GWiK w dokumentach jawnych, przekazanych radnym do rąk własnych przed sesją, uwiarygodnionych podpisem Prezesa Zarządu mgr. inż. Janusza Dawidziaka na każdej stronie. Niczego nie zmieniałem, nie pomyliłem, sprawdzałem wszystko po kilka razy. Mimo interwencji radnych, dążących ponoć do obniżenia ciężaru wydatków gminnego podatnika za wodę i ścieki, mimo spełnienia wymogu zmiany poszczególnych stawek taryfowych – GWiK i tak zgarnie od nas takie same pieniądze. Na nic zdały się nerwowe próby manipulowania wnioskiem Spółki. Tak czy tak – górą Dawidziak. Miała Spółka chęć dostać o 542.842,32 zł więcej z naszej kieszeni i tyle dostanie, ani grosza mniej! Przypominam jednak, że jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. Jakby tak kolegom z „Porozumienia” zwrócić uwagę, to może się zdenerwują i „Aktualizacji” nie przyjmą? – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

Niech się koń martwi Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

Niech się koń martwi
Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

14. Gwoli ścisłości dodam, że pewności co do powyższego wniosku jednak nie miałem. Skoro mógł się Prezes chlapnąć i umieścić w „Aktualizacji” błąd opisany w punkcie 11, to może i dane w tabelach z „Uzasadnień” obu wniosków przepisano bez zmian omyłkowo? Może po wprowadzeniu stawek zawartych w „Aktualizacji” rzeczywiste przychody Spółki mają jednak się różnić W końcu czasu na sporządzenie „Aktualizacji” radni wiele dla GWiK nie pozostawili… Tego wniosku przecież żaden kontroler UGiM nie weryfikował jak pierwotnie złożonego, może jest w nich jeszcze więcej błędów? – A co tam (pomyślałem), koń ma duży łeb, niech się martwi. Na sesji się dopytam.

15. Doczekaliście się Państwo, jestem już na XVII sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, w środę 24 lutego. Jest około 14.00. Rozpoczął się właśnie 15. punkt programu sesji, zajmujemy się więc wodą. Mój zbiór kwestii do wyjaśnienia jest dość pokaźny, a przecież radny w dyskusji ma tylko 5 minut. Jak dochodzą słuchy z prac Komisji Statutowej i tak ulegnie to skróceniu do 3 minut w zmienianym statucie, nad którym to szacowne ciało biedzi się już rok. Podobnież sam Przewodniczący Mituła te 3 minuty zażyczył, bo mu organizacja sesji kuleje z powodu gadulstwa radnych. Szczerze mówiąc, ja na miejscu pana Przewodniczącego Mituły ograniczyłbym wystąpienia w dyskusji do 30 sekund, a za przekroczenie czasu wprowadziłbym karne rażenie prądem. Ględzą z reguły tylko niezrzeszeni w „Porozumieniu”, a skoro klub i tak już wszystko ustalił, to na co to? Przecież ustalenia już są, teraz jeszcze tylko szybkie głosowanko i po herbacie. Strata czasu i tyle.

Do dyskusji o wodzie zapisało się niespodziewanie wielu radnych, co przyjmuję z ulgą. Może uda mi się coś z gęstniejących pytań rozjaśnić, nie będę więc musiał pytać o aż tak dużo. Postanawiam poczekać, aż lista zgłoszeń się uspokoi (bo nadal rosła) i ustawić się w kolejce na końcu. Ostatecznie figurowałem tam jako drugi od końca, zaraz za koleżanką Lucyną Skałecką-Włodarczyk, a zaraz przed ostatnim kolegą Czesławem Majdakiem. Siedzę zatem spokojnie słuchając i próbując wyłowić jakieś wyjaśniające się kwestie. Nawet zaplanowałem taktycznie (się jest taktykiem!), jak podzielić moje wątpliwości na 5 minut przy punkcie z wodą, a później drugie 5 minut na punkcie ze ściekami. Przecież ten następny punkt programu jest pokrewny, wynika z tego samego wniosku GWiK. Spoko, dam radę, aż 10 minut to wręcz zbędny nadmiar luksusu.

Czekałem tak ponad pół godziny. Niestety, nic mi się nie wyjaśniało, bo wypowiedzi raczej omijały moje pytania. Poza kolejką radnych głos dostawał często Prezes Dawidziak dla udzielania wyjaśnień. I nawet burmistrz Krupowicz oderwał się na chwilę od telefonu, na którym bez przerwy od początku sesji pisał jakąś powieść, żeby dyskusję skierować na właściwy jego zdaniem tor. Na to Przewodniczący Mituła udzielił mu extra głosu „ad vocem”. Bo niektórzy dyskutanci nieco zbaczali z tematu taryf na wątki inwestycyjne chociażby. Na przykład radna Dorota Chodyko bardzo chciała usłyszeć, czy nie opóźnia się budowa wodociągu dla Niewiadowa. Roiło się od „ad vocem”, czyli „w nawiązaniu do głosu przedmówcy”, które powodowały następne „ad vocem”. Przewodniczący Mituła próbując nad tym zapanować z coraz większą rozpaczą klonował następne „ad vocem”, bo wyczuwalne w jego głosie zniecierpliwienie i mentorski ton niektórych do tego prowokowały. Tylko kolega Czesław Majdak zahaczył w dyskusji o wyjaśnienie stawianych przeze mnie pytań, nikt jednak do jego wypowiedzi nie nawiązywał, nadal niczego mi nie tłumaczył. Lecz kolejka czekających jednak się posuwała, o już tylko Lucyna, i będę się mógł pytać do woli.

16. Niewiele pamiętam z wypowiedzi koleżanki Lucyny, choć zawsze lubię jej słuchać.  Mówi zwykle sensownie, choć niekoniecznie myśli jak ja. Wiem to od urodzenia, bo tyle się przecież znamy, wychowani na jednym podwórku: ja już 56 lat, a ona coś połowę z tego – nikt by jej przecież więcej niż 25 lat nie dał. Tym razem jednak układałem sobie w głowie moje zbliżające się 5 minut. Widzę, że jej czas już się kończy, przysuwam sobie bliżej mikrofon i nagle słyszę z jej ust: – Stawiam formalny wniosek o zakończenie dyskusji. Jak obuchem w łeb, bo wiem, co będzie dalej. Pan Przewodniczący radośnie podskakuje i błyskawicznie rzuca: – Czy jest wniosek przeciwny? Pokazuję mu bezradnie ręką, że zostało już tylko dwóch dyskutantów (widzi), ale właściwego guzika już nie zdążyłem nacisnąć. Pan Mituła z uśmiechem zarządził głosowanie wniosku. Co by dało, gdybym zdążył złożyć wniosek przeciwny? Ano nic. Jak można uzyskać odwrotny wynik, skoro najpierw zgłoszony wniosek formalny uzyskuje poparcie 10:6?

Dojaśnię, że wniosek formalny zgodnie ze statutem gminy musi być głosowany natychmiast, a nie na końcu, po skończonej dyskusji. Pozytywnie przegłosowany kończy dyskusję od razu, nawet gdyby nie wiem jak ważne były uwagi chcących jeszcze zabrać głos. Znając Przewodniczącego, gdyby nie chciał dyskusji zakończyć, sam by zgłosił wniosek przeciwny. Przetrenował to już kilkakrotnie, zresztą wyłącznie na wnioskach formalnych zgłaszanych kiedyś przeze mnie. Tym razem pan Mituła nie miał zamiaru interweniować. Oczywiście widział, że już tylko dwie osoby zostały, lecz uznał, że czemuś lepiej ich do dyskusji nie dopuszczać.

Dodam jeszcze, że już po sesji koleżanka Lucyna z własnej inicjatywy mnie za tę sytuację przeprosiła. Tłumaczyła, że po prostu nie zauważyła, że jeszcze ktoś w dyskusji pozostał – siedzi przecież przy stole prezydialnym (jako Wiceprzewodnicząca Rady), tyłem do ekranu wyświetlającego listę zgłoszeń. Ja te przeprosiny przyjąłem i nie mam zamiaru się na nią obrażać. Nie obrażam się także na Przewodniczącego Mitułę, który przecież mógł skorygować błąd koleżanki Lucyny i zapytać ją, czy podtrzymuje swój wniosek jeśli pozostały już tylko dwa zgłoszenia. Jest konsekwentny w rzucaniu kłód pod nogi „nie swoim”, czemu nagle miałoby być inaczej?

17. Oczywiście za kilka chwil nastąpiło głosowanie odnośnie przyjęcia taryf za wodę, co przyjęto bezproblemowo: chlup i już mamy nowe ceny. Mój głos przeciwny w tej sprawie zabrzmiał jak plusk przy grzmiącym wodospadzie poparcia. Czemu przeciwny? Ile może być w końcu tajemnic i błędów, istotnie zaciemniających wysokość stawek z „Aktualizacji”? Jak w zgodzie z własnym sumieniem podnosić rękę za? Proszę zauważyć, że gdybyśmy głosowali pierwszy wniosek GWiK, z pewnością byłbym za nim, bo nie pałętało się koło niego tyle niejasności. Wszystko było zapowiedziane, zgodne z wieloletnim planem strategicznym, poparte niepodważalnymi (jak mi się zdawało) i zweryfikowanymi wyliczeniami. Musiałbym być super upartym matołem, żeby głosować przeciw.

18. Ochłonąłem nieco i pomyślałem: dobra, zaraz będziesz miał szansę przy ściekach. Kolejka dyskutantów była dużo krótsza, niektórzy wypstrykali się przy wodzie. No i już, pan Przewodniczący udziela mi głosu. Jest godzina 14.45.

Zacząłem po kolei, jak w tym wpisie, od przypomnienia zeszłorocznego przyjęcia programu inwestycji GWiK i skutkującego z tego planowanego wzrostu cen wody i ścieków. Szybciutko nawiązuję do pierwszego wniosku taryfowego GWiK, który w zasadzie niczego nowego nie wnosił wobec wcześniejszych zapowiedzi. Został on poddany weryfikacji przez burmistrza i okazał się spójny z przepisami normującymi tą sferę. Pytam, skąd zatem pojawił się ten następny wniosek, nazwany „Aktualizacją”. I czemu nikt nie wyraża żadnego zaskoczenia jego pojawieniem się? Przecież i radni, i Prezes byli świadomi, jak rysuje się prognozowany wzrost cen aż do roku 2020. Przypominam, że to właśnie z wpływów z usług ambitny program inwestycyjny ma być sfinansowany. A tu Pan Prezes Dawidziak, jakoby idąc w innym kierunku, składa nowy wniosek, podobno obniżając żądania Spółki z pierwotnego wniosku. Czyżby chciał zarżnąć swoją własną firmę? Jak w trakcie sesji słyszę, to radni „Porozumienia” dbając o kieszeń mieszkańców w bieżącym roku naciskają na Spółkę, korygując własny uprzedni plan.

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem Fot.: wiadomosci.wp.pl

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem
Fot.: wiadomosci.wp.pl

19. Tyle zdążyłem powiedzieć, a zajęło mi to około 2 minuty. Właśnie miałem przejść do zadania wielu pytań, które w tym wpisie zasygnalizowałem, ale od stołu prezydialnego grzmotnął jak wystrzał z tytułowego czołgu mniej więcej taki tekst: „O nie, panie radny, tak pan nie będzie mówił. Odbieram panu głos”. Jeszcze nie przestała mi w głowie grzmieć ta czołgowa eksplozja, gdy w ślad za tym mój mikrofon ucichł.

20. Nie pozbierałem nawet myśli, kiedy pan Mituła zdążył ogłosić zakończenie dyskusji. Byłem w niej ostatni, więc natychmiast przystąpił do prowadzenia głosowania w tym punkcie. Wybaczcie, nie pamiętam, czy w nim uczestniczyłem. Poczułem po prostu, że muszę już wyjść, a moja dalsza obecność może się źle zakończyć dla mojego zdrowia. Zdałem sobie sprawę, że nie dam rady niczego konstruktywnego wnieść do trwającej przecież nadal sesji. Chciałem zabierać jeszcze głos w kilku punktach, szczególnie odnośnie zmian w bieżącym budżecie, ale to już chyba byłoby samobójstwo, dokończenie mokrej roboty wykonanej przez Przewodniczącego. Spakowałem więc torbę i opuściłem salę, żegnając zbiorczo wszystkich obecnych.

Nie dajmy się zakneblować Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

Nie dajmy się zakneblować
Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

21. Jak myślicie, Drodzy Czytelnicy, dlaczego Przewodniczący Mituła zabrał mi głos? Nie powiedziałem żadnego nieparlamentarnego słowa, nie obrażałem nikogo, mówiłem tylko o rzeczach powszechnie znanych. Nie krzyczałem, starałem się mówić tak spokojnie, jak tylko można, by sprostać trudnemu zadaniu streszczenia wszystkiego w czasie krótkich 5 minut. Do ich upływu brakowało ponad połowy tego czasu. Jeśli zdradziłem jakąś tajemnicę, to tylko nieświadomie. Żadna ze spraw, które zdążyłem wspomnieć, oznaczona gryfem tajności nie była. A przecież Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Z tym że jak wiadomo, Konstytucja ostatnio nie ma wysokich notowań w rankingu ważności aktów prawnych. Bardziej ceni się rozporządzenia ministrów.

No to może Przewodniczący wziął pod uwagę jakieś swoje uprawnienia, nadane mu Statutem Gminy. Sprawdźmy, zacytuję poniżej wszystko, o czym mówi w tej dziedzinie Statut:

§ 27. 1. Prowadzący obrady czuwa nad sprawnym przebiegiem i zachowaniem porządku obrad.

2. Radny lub osoba spoza składu Rady nie może zabrać głosu bez zgody prowadzącego obrady.

3. Gdy mówca odbiega od tematu, prowadzący obrady powinien go upomnieć.

4. Jeżeli mówca swoim wystąpieniem lub zachowaniem w sposób oczywisty zakłóca porządek obrad bądź uchybia powadze sesji, prowadzący obrady przywołuje go „do porządku” a gdy to nie przynosi skutku, może odebrać głos, nakazując odnotowanie tego faktu w protokole.

5. W razie rażącego zakłócania przebiegu obrad przez osobę przebywającą w sali, prowadzący może zwrócić się do właściwych organów o jej usunięcie z sali i przywrócenie porządku.”

Jak widać, moje wykroczenie nie należało do gatunku najcięższych, określonych w § 27. 5. , skoro pan Mituła nie wezwał Policji, która wyprowadziłaby mnie z sali w kajdankach. Tryb określony w § 27. 3. też nie został zastosowany, bo nikt mnie nie upomniał. Ani nie było to postępowanie zgodne z § 27. 4. – Przewodniczący nie przywoływał mnie do porządku. Zastosował nowy, nieokreślony w Statucie tryb. Po prostu zabrał mi głos. Ciach i już. Być może ćwiczy sobie już to, co się znajdzie w tej kwestii w statucie zmienionym, ale nawet laik w prawie wie, że tak nie wolno robić.

22. Powoli zbliżam się z mozołem do końca. Co zatem się stało, poza oczywistym nokautem, który zastosował wobec mnie Przewodniczący Łukasz Mituła? Otóż poprzez jego działanie Rada Miejska przyjęła nowe stawki taryf za wodę i ścieki, obarczone moim zdaniem wielu różnej rangi wątpliwościami. Radnemu, który miał zamiar o tym kolegom powiedzieć, ostrzegając przed wdepnięciem w taki błąd, Przewodniczący Rady w trybie niezgodnym ze swoimi uprawnieniami zamknął usta. Bez żadnego widocznego powodu, w kompletnie irracjonalny sposób.

Pole do domysłów mam otwarte, skoro wyjaśnień odebrania mi głosu nie widać. Zwrócę się o nie oczywiście do Pana Przewodniczącego na piśmie, ale domyślać mogę się sam. Tym bardziej, że na własnym blogu nikt mi głosu nie odbierze. A tylko jedno możliwe wyjaśnienie ciśnie mi się do głowy. Otóż prawdopodobnie kierunek mojej sesyjnej wypowiedzi jasno dał Przewodniczącemu do zrozumienia, że niewygodne pytania za kilka sekund na sesji zabrzmią. Że za chwilę trudno będzie zamieść pod dywan jakieś sprawki, które powinny jego zdaniem pozostać w ukryciu. Wydaje się, że byłem zbyt niebezpiecznie blisko prawdy, i tylko dlatego trzeba było za wszelką cenę zamknąć mi usta.

Podsumujmy, o ile się w ogóle da… Czy naprawdę tego chcieliście, koledzy radni z „Porozumienia”, żeby doprowadzając do całego zamieszania ze zmianą wniosku przez GWiK nie zmienić niczego w wysokości stawek? Przecież informacja, że chronicie mieszkańców przed podwyżkami już poszła w lud. Czy nie czujecie się nabici w butelkę i czy nie wkurza was to? A jeśli tak, to przez kogo? A może to Prezes Dawidziak powinien czuć się nabity w butelkę, skoro od kwietnia zeszłego roku liczył skrzętnie pieniądze na przeprowadzenie zaplanowanych inwestycji? A tu taka wolta, radni niczego nie pamiętają, tylko uprawiają ekonomiczne chciejstwo uważając, że stawki pewnie i tak są zawyżone, można je więc dowolnie ściąć? A może to burmistrz Krupowicz jest tym nabitym w butelkę? On lojalnie Prezesa od początku popiera, broni przed skolegowanymi radnymi tworząc dowody, że wniosek (pierwszy) GWiK jest cacy. A kiedy radni tego nie chcą słuchać, prąc do obniżenia stawek, co dostaje od Prezesa? Jakąś fałszywkę, która niby coś zmieniając, suszy kieszeń podatników identycznie, jak tego radni nie chcieli? Co będzie, kiedy się tego dowiedzą? Rany, jeszcze zbuntują się i co wtedy?

A co ja ich będę żałował, siebie mi szkoda. Za zetknięcie z sesyjnym czołgiem już sporo zapłaciłem. Cukier mi skoczył w górę na parę dni, ciśnienie łeb rozsadza, papierochów z nerwów smolę więcej niż zwykle. Pewnie niepotrzebnie grzebiąc się w wodzie i ściekach, skracam sobie właśnie życie o bezcenne tygodnie czy miesiące, których nikt mi nie odda. A oni? Sami sobie winni. Po pierwsze, drugie i trzecie, po co tworzyli mechanizm, w którym wyautowani głosu nie mając, nie mają możliwości ustrzec ich przed nabiciem w butelkę? Patentu na rację nie ma nikt, a przecież co 21 głów, to nie jedna. Może kiedyś to zrozumieją…

 

Władza słucha ludu

05 lut
Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko
Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Ten wpis jest jakby suplementem do poprzedniego. W tamtym opisałem sposób, w jaki przyjęty został budżet gminy Goleniów na rok bieżący, 2016. Napisałem między innymi o wnioskach inwestycyjnych, składanych przez mieszkańców gminy. Jak ubolewałem, żadna ich lista w projekcie budżetu przedstawionym Radzie Miejskiej przez Burmistrza nie została zaprezentowana, nie przedstawiono sposobu ich obróbki przed sporządzeniem tego projektu, nie wiadomo nawet, czy jakiekolwiek z nich został rzeczywiście poważnie przedyskutowany. Przykładami takich źle potraktowanych postulatów nie sypałem zbyt rzęsiście, mogłoby wiec powstać wrażenie, że zjawisko jest marginalne. Czyli że po prostu przesadzam. Zatem dziś pokażę konkretny przykład, który powinien dobrze wyjaśnić kulisy tej (moim zdaniem niewłaściwej) praktyki. Zatem odwiedźmy… Krępsko.

Przed każdą sesją Rady Miejskiej radni otrzymują listę pism, które wpłynęły do rozpatrzenia lub zapoznania się. Te kierowane „do wiadomości” z reguły nie są obradowane, a jeśli radni żadnych z wątków w nich poruszonych nie podejmą, przykrywa je kurz niepamięci. Chciałbym jedno z takich pism Państwu przybliżyć, bo może przyczyni się do zmiany wyżej wspomnianej praktyki budżetowej. Wpłynęło ono do Biura Rady Miejskiej 18 grudnia, tuż przed grudniową sesją budżetową. Skierowane jest do burmistrza Roberta Krupowicza, a do Rady tylko do wiadomości. Zatem milczeniem Rada je przyjęła, bo jak miała zareagować? Co nadawcy odpowiedział burmistrz – nie mam bladego pojęcia; nie przedstawiono nam takiej odpowiedzi, choćby do widomości. Przeczytajcie więc sami, Drodzy Czytelnicy, o czym pani Bożena Olszewska, sołtys Krępska (wraz z całą Radą Sołecką), do burmistrza pisze.

Pismo Sołtys Krępska część 1

Pismo Sołtys Krępska część 2

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Może troszkę chaotycznie, ale w miarę jasne, prawda? Chcą mieć na ulicy Kościelnej normalną drogę, chodnik i parking przy kościele. Są rozgoryczeni, bo choć im to już nie raz obiecywano (jak pani sołtys twierdzi, na piśmie też), po raz kolejny ich wnioski w tej sprawie olano. Widocznie próbowali sobie o tym z burmistrzem Robertem Krupowiczem nieco więcej porozmawiać, ale ten pośpieszył do nich z wieścią, że „nie czuje potrzeby tłumaczenia się ze swojego postępowania”. Oczywiście nie jest to żadna „arogancja władzy”, skąd… On po prostu nie czuje takiej potrzeby. Napisał im w piśmie z 4 grudnia, że takich inwestycji nie ma w projekcie budżetu, ani także w „wieloletniej prognozie finansowej” (chyba w wieloletnim planie inwestycyjnym gminy?), czyli kiszka! Oni go molestują, a przecież burmistrz zrobił, co mógł. Zajrzał do (własnego zresztą) projektu budżetu na 2016, a nawet do „wieloletniej prognozy finansowej” (cokolwiek miałoby to znaczyć, ale jednak też sterowanej burmistrza działaniami) – a tam NIC o Krępsku nie ma! To co miał zrobić?! No i jeszcze im przypomniał, że przecież gmina już im dała w tym Krępsku tak wiele: szkoła (zbudowana w końcowych latach 90. XX wieku), i sala gimnastyczna przy niej, a nawet piękny wóz strażacki dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Krępsku. A oni tacy niewdzięcznicy, następnego miliona się domagają…

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie Zdjęcie: fotopolska.eu

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie
Zdjęcie: fotopolska.eu

Jak objaśnia sołtys Olszewska, burmistrz Krupowicz własną ręką raczył w stronę Krępska skierować 50 tys. zł z gminnych środków, odkąd pełni swoją burmistrzowską posługę. Na kościół. Pani sołtys nazywa to wprost dotacją, choć gmina oczywiście działania Kościoła nie dotuje. Może wspierać remonty zabytków, co zresztą czyni. A że wiele spośród zabytków to kościoły, stąd wspiera ich remonty. Ale cóż, współpraca burmistrza z tą instytucją układa się dotąd wzorowo, nie ma się czemu dziwić. Mało, ale dał. Za to w blasku prezentu od Państwowej Straży Pożarnej za 690 tys. zł, czyli pięknego czerwoniastego wozu strażackiego, chętnie grzał się i Marszałek Olgierd Geblewicz, i wiceburmistrz Henryk Zajko na przednie siedzenie się załapał, i było bardzo efektowne wręczenie. Burmistrz Krupowicz też był obecny, choć zapędy do prowadzenia wozu strażackiego uznał chyba za zbyt dziecinne. Każda władza lubi to ciepełko i leci do takich okazji jak do miodu. Natomiast marudzenia niewdzięcznych włościan władza nie lubi, choćby nawet dotyczyły podstawowego zakresu działania tej władzy – czyli codziennych potrzeb bytowych swojej trzódki.

Stąd burmistrz marudzenie krępszczan odpinpongował w liście z 4 grudnia do Rady Miejskiej. To „rada nie przyjęła inwestycji”, nie on. I tyle, cóż on sam mógł przeciwko 21 niechętnym radnym? Pani sołtys ani Rada Sołecka kmiotkami nie są, pytają zatem burmistrza: „Kiedy taki projekt Pan złożył do Rady? I czy w ogóle Pan go złożył?”

Co ja mogę, biedny żuczek? Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

Co ja mogę, biedny żuczek?
Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

I tu cały problem, o którym wspominałem we wstępie. Brak jakichkolwiek dowodów, że burmistrz tworząc projekt budżetu rozważał potrzeby mieszkańców Krępska, którzy niejednokrotnie go o nich informowali. Brak wiedzy, skąd wzięła się wymieniona przez burmistrza kwota 1 mln zł, którą reprezentanci sołectwa zresztą kwestionują. Brak znamion, że to wredni radni Rady Miejskiej zablokowali burmistrzowi drogę do spełnienia próśb płynących z Krępska. Ale brak też jednoznacznego potwierdzenia zarzucanej burmistrzowi w piśmie „wyjątkowo złej woli” – pokażcie mieszkańcy (najlepiej na piśmie!), że to burmistrz wasze wnioski blokuje. Co, nie możecie? Czyli skończcie te wredne i całkowicie nieuzasadnione insynuacje, bo jeszcze was ktoś przed sąd poprowadzi!

Tak się to robi w Nysie Zdjęcie: www.nysa.eu

Tak się to robi w Nysie
Zdjęcie: www.nysa.eu

A teraz poważnie, bo czasem tu sobie żartujemy. Problem jest znacznie szerszy, niż się zdaje, przecież nie tylko Krępska dotyczy. Sprawa polega raczej na niezbyt transparentnym działaniu naszego samorządu, na braku pełnej jasności co do kolejności załatwiania gminnych potrzeb. I to nie tylko aktualny problem burmistrza Krupowicza, a historia ze znacznie dłuższą brodą. Niektórzy twierdzą, że przecież nasza praktyka jest powszechnie stosowana, że wszystkie samorządy tak robią. Inaczej się nie da. Otóż nie, w niektórych gminach do wniosków mieszkańców podchodzi się wręcz z pietyzmem, dbając o ich pełną jawność. Popatrzcie proszę na zdjęcie z Nysy, gdzie budżetowe wnioski mieszkańców wywiesza się na rynku dla powszechnej wiadomości. Co, staromodnie, średniowieczem zalatuje? Odwrotnie, toż to dziś nowatorstwo. Piękna, symbolicznie jawnie i publicznie prowadzona debata budżetowa, w której nikt niczego nie schowa ani nie zamiecie pod dywan. Spór na racje i pieniądze, a nie na dworskie układy.

Mam w tej dziedzinie pewne przemyślenia, z którymi wkrótce się z Państwem podzielę. Lecz przede wszystkim mam zamiar podzielić się nimi z koleżankami i kolegami radnymi. Sądzę, że dyskusja w Radzie Miejskiej ma sens. Inaczej, niż napisał w komentarzu do poprzedniego wpisu niejaki Adam Zygmański. Otóż uważam, iż wyrażona przez niego sugestia zaorania Rady Miejskiej świadczy jedynie, że i memu synowi także chwile słabości umysłowej się zdarzają. Normalnie myśli on dość rozsądnie, lecz widocznie coś mu ostatnio rozsądek nieco zaburzyło. Nie wiedzieć, nowe obowiązki ojcowskie czy to piwo namiętnie produkowane, a potem być może w nadmiarze spożywane? Co tam, nie moja broszka, duży jest, niech sam się tłumaczy…