RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

Podsumowanie roku 2014 z perspektywy małego żuczka

31 gru

Witajcie, Szanowni Czytacze! To znowu ja, Adam, junior Zygmański. Znów pogoniło mnie do napisania czegoś od siebie. Tak mi to potrzebne, jak podniesienie pokrywki garnka, żeby piana opadła nad gotującym się wywarem. Kończy się rok 2014, jakby nie patrzeć, trzydziesty pierwszy rok mego skromnego żywota. Końcówka roku skłania mnie zwykle do przemyśleń i zadumy, zatrzymania się i spojrzenia za siebie chłodnym okiem, rozważenia wszystkich „pros and cons”, jak mawiają Amerykanie (a Polacy do niedawna jeszcze mówili „za i przeciw”). U mnie koniec roku to nie tylko święta, ale też urodziny i imieniny, więc dni nadających się do zadumy mam przeciętnie więcej niż inni.  Pozwólcie zatem, bym zważył miniony rok publicznie. Zauważam dziwną prawidłowość: im bliżej własnej skóry, tym lepiej. Im dalej, tym coraz bardziej jeży się włos na głowie… Zachęcam czytających do śmiałego komentowania, wymiany spostrzeżeń i uwag. Ponadto proszę o wyrozumiałość, gdyż młody jeszcze jestem, więc moje postrzeganie rzeczywistości z definicji cechują ułomności i błędy.

Ślubowanie Szczecin 2011

Ślubowanie Szczecin 2011

Zawodowo rok był dla mnie bardzo udany. Pewnie nie wszyscy wiedzą: jestem policjantem. Mówię to z dumą i silnym przekonaniem, że dobrze wybrałem swoją „ścieżkę kariery”. W tym roku 8 listopada rozpocząłem stałą służbę, po trzyletnim okresie przygotowawczym. Do końca życia zapamiętam dzień 11 listopada 2011, gdy wypowiadałem z pełnym przekonaniem każde słowo roty ślubowania. Na dodatek było to w Dzień Niepodległości, na Wałach Chrobrego, przy obecności kilku tysięcy ludzi, w tym najbliższej rodziny. Co więcej, miałem zaszczyt przysięgania w imieniu 96 innych młodych policjantek i policjantów, a mój stremowany występ uświetnił przelot myśliwców i wojskowa defilada! Bardziej uroczyście już chyba nie można zacząć pełnienia służby Ojczyźnie 8-) . Trzy lata minęły w tym roku, a zakończyłem „okres próbny” w stopniu sierżanta. Przez ten czas dużo się nauczyłem. Wiem już, że mając kochającą rodzinę, pracę, którą chcę wykonywać i dobre zdrowie, należę do naprawdę wąskiego grona szczęśliwców. W tym czasie poznałem wiele ludzkich historii, zazwyczaj mniej szczęśliwych od mojej. Poznałem ludzi będących często w sytuacjach, z których nie ma dobrego i słusznego wyjścia. Taka już specyfika zawodu, że ze szczęśliwymi styczność mam bardzo rzadko. Nie ma co narzekać… Każdemu spotkanemu staram się pomóc,  jak umiem. Mam nadzieję, że  gdzieś po drodze nie zje mnie rutyna, na którą w tej służbie nie powinno być miejsca.

Życie prywatne uznaję za jeszcze bardziej udane. Żona nie ma zamiaru mnie zostawiać, co więcej, stara się unikać wobec mnie stosowania przemocy. 8-) Aż dziw, bo kumuluję w sobie wszystkie możliwe przywary rodzaju męskiego. Gdybym sam był w związku z osobą o moim charakterze, domagałbym się wcześniejszej emerytury, i to z górniczymi dodatkami za „szkodliwe”, bo ciężki w obyciu jestem… Zostaje tylko cieszyć się, że małżonka toleruje dziwactwa. Ona chyba naprawdę mnie kocha… Obraz szczęścia nie byłby pełen, gdyby małe, pełne życia stworzenie zwane Laurą, owoc naszego związku małżeńskiego, nie zapewniało nam każdego dnia więcej wrażeń niż cały sezon „Mody na sukces”. Brzdąc jeszcze nie ma trzech lat, a już boję się o przyszłość świata, który nie jest przygotowany na Nią…  Już dziś to tajfun energii, a kiedy przekroczy „metr sześćdziesiąt”, trzeba będzie poważnie zastanowić się nad wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Mówię to ja, duży facet z bronią u pasa. Poza tym w rodzinie wszyscy zdrowi… O pasji nie będę teraz wspominał, gdyż sprawy dotyczące piwa wymagają osobnego artykułu.

Dość o mnie! Mówiąc to, jakbym powiedział: stop o dobrym! Rok 2014 był znaczący dla całej goleniowskiej społeczności, znaczący dla Polski, Europy i dla świata. Zmiany w naszym kraju, wybory samorządowe, na zewnątrz krwawa rewolucja u naszych najbliższych sąsiadów, jeszcze bardziej krwawe i przerażające wydarzenia na Bliskim Wschodzie. O ile otwarcie mówię, że mam w sobie mnóstwo odwagi do podejmowania indywidualnych decyzji w życiu codziennym, to wydarzenia „zza miedzy” i z dalszych rejonów świata wywołują u mnie dreszcze i zimne poty…

Wojna w Syrii

Wojna w Syrii

Obrazy z Syrii i Iraku mrożą krew w żyłach. Okrucieństwo „Bojowników Państwa Islamskiego”, których nie nazwę inaczej jak rzeźnikami, przerasta wszystko, co człowiek urodzony po II wojnie światowej obejmuje swoim rozumieniem. Reakcja „świata zachodniego” jest jak zwykle spóźniona i nieadekwatna. Ekscytujemy się życiem celebrytów, podniecamy Facebookiem i głupiutkimi, miałkimi filmikami na Youtubie, a nie możemy pomóc ludziom, na których napadli bezlitośni mordercy i bandyci. Nie dostrzegamy ludzkich tragedii, śmierci i niesprawiedliwości, które mają miejsce kilka godzin lotu samolotem od nas. Świat jest tak mały. To, co dzisiaj dzieje się w Syrii, za kilka lat może się zdarzyć pod Szczecinem. Dla mnie, stróża prawa, jest to nie do przyjęcia.

Lesja Szulc

Lesja Szulc

Niestety, to tylko jeden z przykładów. Spójrzcie, drodzy goleniowianie, co dzieje się na Ukrainie. Zachwycamy się sukcesem naszej Lesji w „Must be the Music”. Mało kto zastanowił się choć przez chwilę, co Lesja czuje w sercu, śpiewając swoje piękne utwory. Czy wiemy, co Ukraińcy przeżywają na co dzień? Wyobraźcie sobie, że wojna toczy się na Lubelszczyźnie, Podlasiu, na Mazurach, w miejscach, gdzie mieszkają Nasi bliscy, dziadkowie, rodzeństwo… Polacy byli w takim położeniu w 1921. Uratował nas Cud nad Wisłą. Mam nadzieję, że bracia Ukraińcy będą mieli swój Cud.

Uff… , wracam do Goleniowa. Całe życie byłem dumny z bycia goleniowianinem, jestem nadal dumny i nie mam zamiaru przestać! W niedawnych wyborach samorządowych Burmistrzem naszego świetnego miasta został ponownie Robert Krupowicz. Ja, funkcjonariusz publiczny, nie przedstawię swojego zdania na jego temat. Życzę Panu Burmistrzowi, żeby miał baczenie na potrzeby każdego z mieszkańców naszej Gminy. Tutaj mieszkamy, pracujemy, spędzamy wolny czas. Szczecin jest blisko, a jednak tak daleko stąd. Akceptuję, że Robert Krupowicz jest od kilku lat goleniowianinem, a nie szczecinianinem.  Zauważył, jak sądzę, że zanim postanowił się sprowadzić, mieszkali tu już ludzie umiejący pisać i czytać 8-) . Chciałbym, żeby pamiętał o mnie i moich bliskich. Jestem przekonany, że tak będzie. Mam nadzieję, że Pan Krupowicz wyciągnie wnioski z błędów własnych i swoich poprzedników. Życzę mu w nowym roku samych sukcesów.

Dość tego… Teraz będę składał życzenia!!! Życzę Wam, jak i sobie, żebyśmy każdy dzień mogli docenić, przyjrzeć się mu. Żebyśmy nie musieli biec na oślep, gonieni „żądzą pieniądza”, żebyśmy nie byli szczurami w wyścigu. Chciałbym, żebyśmy czerpali siłę i tylko pozytywne myśli ze wsparcia Naszych rodzin i przyjaciół. Chciałbym, aby świat był lepszy…  Żebyśmy byli w stanie stawić czoła wszystkim wyzwaniom, które na Nas czekają.  Cieszmy się każdą chwilą, bo jak pokazują wydarzenia dookoła nas, życie jest kruche i nigdy nie wiadomo, kiedy się zakończy. Dużo zdrowia, smacznego jedzenia i świetnego piwa!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Gile czy kicz? – świąteczny goleniowski dylemat

26 gru
O to poszło... Skan: Ireneusz Zygmański

O to poszło…
Skan: Ireneusz Zygmański

Gile nie były najważniejszym tematem III sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, lecz niespodziewanie wywołały wiele emocji. Właśnie motywem gili z czerwonymi brzuszkami, siedzących na gałązkach jarzębiny, ozdobione zostały kartki bożonarodzeniowe, przekazane wraz z życzeniami wszystkim radnym od Burmistrza i jego Zastępców. Koledze Majdakowi te gile się bardzo nie spodobały, czemu dał wyraz w dramatycznym wystąpieniu. Jego góralski gust świąteczny gile obraziły, bo nie są tradycyjne i nie religijne. Na kartkach z okazji Świąt Bożego Narodzenia mają być (tak Czesław autorytatywnie stwierdził) ilustracje godne powagi przeżycia religijnego najwyższej rangi, jednego z dwóch najważniejszych świąt katolickich w ciągu roku. Kilka z takich motywów Czesław przykładowo wskazał: Święta Rodzina, choinka świąteczna… Niektórzy pod nosem dopowiedzieli kilka innych, np. śniegowe bałwany. Wybaczcie, wcale nie po to o tym piszę, żeby się nabijać.

Wręcz odwrotnie, strasznie poważne myśli przyszły mi do głowy po awanturze z gilami. Zafrapował mnie mimowolnie poruszony problem, z którym obcujemy wcale nie od chwili powstania kartek świątecznych, a raczej od czasu utrwalenia się naszych współczesnych tradycji bożonarodzeniowych. Co wchodzi do kanonu naszych obecnych świątecznych zachowań, co jest akceptowalne, a co jeszcze nie? I szerzej: jak się ma polskość do tego? I jeszcze: czy jest tu miejsce na naszą Małą Goleniowska Ojczyznę?

Czyli gile a Sprawa Polska, jakby mnie podsumowali złośliwcy. Gościu, o co ci chodzi? Za rok zwyczaj wysyłania kartek świątecznych pocztą polegnie całkiem wraz z ostatnim mamutem, któremu będzie się chciało wybierać i kupować kartki, lizać znaczki, pisać życzenia własnoręcznie długopisem (a może gęsim piórem, mamucie!?), a później samemu zatargać to wszystko na pocztę, bo starożytne skrzynki pocztowe gdzieś dawno zniknęły. Nie obroni się to przed zalewem wysyłanych za przyciśnięciem jednego guzika esemesów z przepięknymi wierszykami (standardowo 15 różnych wersji do wybrania, skopiowania i wklejenia) lub emaili z dołączonymi słitfotkami (ja z żoną pod choinką, żona z psem pod choinką, pies pod choinką, sama choinka i jeszcze pies w zbliżeniu bez choinki). I nie ma co ubolewać, że czas spędzony nad tym zajęciem miał swój urok i czar, że inaczej odbiera się pamięć bliskich osób okupioną tak ciężkimi wyrzeczeniami. Płacze we mnie dusza filatelisty, bo co ja będę zbierał, gigabajty? Nie rozklejaj się Zygmański, miałeś pisać o gilach, tfu, o kanonie akceptowalnych zachowań świątecznych Polaka.

Nie pora na wykład z historii, ale może już nie pamiętamy, że zwyczaje świąteczne na naszych ziemiach wcale nie były zawsze jednolite i identyczne. Ślady tego mamy do dziś w różnych regionach Polski, zarówno w odniesieniu do tradycyjnych zachowań, kolęd, potraw świątecznych, nazw, dekoracji i akcesoriów związanych ze Świętami. Także w naszych rodzinach kultywujemy tradycyjne odrębności, choćby dobierając zestaw na wigilijny stół. Babcia spod Wilna kojarzy mi się ze śliżykami (takie drobniutkie ciasteczka z makiem) i kwasem chlebowym (ale „prawdziwym”!), a teściowa spod Częstochowy z kapustą z grochem i makowcem. Raz w roku wracamy do ulubionych smaków Świąt. Co zatem jest ogólnopolskie, powszechnie obowiązujące: karp po grecku czy śledź po japońsku? barszcz czerwony z uszkami czy raczej grzybowa? kutia czy kluski z makiem? piernik czy babka piaskowa? Błagam o rozsądek: wszystko, byle nie hamburgery z pizzą popijane colą, codzienny posiłek młodego Polaka. I raczej „Cicha noc” niż „Silent night”.

Sądzę, że dylemat, czy Święta Bożego Narodzenia są przede wszystkim tradycją katolicką, czy raczej polskim narodowym przeżyciem, odróżniającym nas od innych nacji, rozwiązywaliśmy dotąd praktycznie i rozsądnie, w drodze niepisanego kompromisu, godzącego różne postawy. Współcześnie wrzucamy do jednego worka różne tradycje, a podejście Polaków do obchodzenia Świąt jest znacznie liberalniejsze. Bo nasz świat jest inny niż za mrocznej nocy zaborów, gdy trzeba było dla zachowania odrębności narodowej kreślić ostre granice tego, co polskie, a co niepolskie. Inny też niż w okresach rzeczywistych prób narzucania nam obcej obyczajowości, jak za czasów stalinowskiego Dziadka Mroza. Stał się bardzo pluralistyczny, skomplikowany i wielokulturowy. Uczy nas raczej dostrzegania bogactwa w różnorodności, bardziej cieszenia się z niej i jej szanowania, nie zamykania w sztywnych ramach „jedynie słusznych” tradycji.

Uważam, że głoszenie teraz stereotypu „Prawdziwego Polaka” może nas tylko sprowadzić na manowce. Albo będziemy koło siebie mieszkali tacy, jacy jesteśmy, akceptując różnice, albo wykluczali ze swojego kręgu kolejnych, niespełniających czyichś kryteriów „polskości”. Nieostre to kryteria, wywołujące wiele trudnych pytań. Czy jak Polak, to tylko katolik? Czy Polak musi mieszkać tylko w Polsce? Czy jak go z nami tu nie było, to wolno mu się o nas wypowiadać? Czy nasz rodak potrafi pracować dobrze i efektywnie tylko zagranicą? Czy dziecko Polaka mieszkającego zagranicą musi mówić po polsku? Czy Polak może być czarnoskóry albo urodzić się w Wietnamie? Czy Polakowi wolno płacić podatki za granicą, a nie państwu polskiemu? Czy obowiązkiem Polaka jest narzekać na wszystko własne, a chwalić mu wolno tylko obce? Czy Polak musi chandrę leczyć polską czystą, czy wolno mu wypić scotch whisky albo wręcz nic nie wypić? Czy…

Stop, kończmy te mądre pytania, bo za daleko zabrniemy. Myślę, że puentę da anegdotka, od wielu lat pozwalająca mi patrzeć na te sprawy z dystansem. Otóż jako początkujący nauczyciel, uczestnik kursu języka angielskiego we wczesnych latach 90. ubiegłego wieku, miałem wraz ze swoją grupą po raz pierwszy zetknąć się z nowym nauczycielem, rodowitym Kanadyjczykiem. Czekaliśmy na niego z ciekawością i trochę z obawą. Po pierwsze: jak sobie damy radę z językiem? Po drugie: czemu ma takie dziwne imię – Azzam? Facet to czy kobitka? Na pierwszych zajęciach okazało się, że facet, młody i sympatyczny. Canadian English na całe szczęście dawał się dobrze rozumieć, ale ta reszta „kanadyjskości”… Nasz Azzam miał bardzo indyjsko brzmiące nazwisko, bardzo arabską twarz, a jak się okazało, wprawdzie urodził się w sercu Kanady, lecz rodzice pochodzili z serca Czarnej Afryki. Kiedy ktoś w końcu wydukał nieśmiało: „Nie traktuj tego osobiście, ale czy ty jesteś typowym Kanadyjczykiem?”, pierwszy i ostatni raz mieliśmy okazję zobaczyć go naprawdę zdenerwowanym. Niemal krzyknął: „A jak według was ma wyglądać prawdziwy Kanadyjczyk? To się przyjrzyjcie: mam dwie ręce, dwie nogi i głowę! Tak to przeciętnie u nas wygląda!”. Wiem od wtedy, że tak samo wygląda przeciętny Polak.

Lecz wróćmy do naszych baranów, tfu, gili. Można byłoby wysunąć tezę, że typowe tematy bożonarodzeniowych świątecznych kartek to także wynik propagandowego kompromisu, osiągniętego przez wiele lat prób i błędów. Jako praktyk-kolekcjoner przejrzałem swój dobytek, żeby uzyskać szerszy pogląd. I co mi wyszło? Potwierdzam: na starych i współczesnych kartkach pocztowych widać ślady tych kompromisów. Przykładowo: najczęstszymi obrazkami przedwojennymi są górale i krakowskie szopki, dzieci i kolędnicy, a nie motywy ściśle religijne. Dobrze tłumaczy to pozaborowa mozaika nacji i religii, które II Rzeczpospolita musiała skleić w swoim nowym organizmie państwowym. Górale to ostoja patriotyzmu i wyspa polskości na morzu obcych tradycji, a Krakusy w swojej najmniej represyjnej Galicji zdołali ocalić więcej niż Polacy w zaborze pruskim czy rosyjskim. Stalinowscy ideolodzy bardzo ostrożnie wkraczali w tę sferę wiedząc, że nie zdołają w krótkim czasie pozbawić Polaków świątecznych obyczajów. Stąd niemal wolność na świątecznych kartkach z lat 50., gdzie więcej jest motywów ewangelicznych niż przed wojną. Zniknęli górale i Krakusy, zostały dzieci, kolędnicy, anioły, szopki. Garścią przykładów służę, by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie. Później już króluje nuda, bo od lat 60. sklejono Boże Narodzenie z Nowym Rokiem (oszczędność?), w efekcie osiągając bezlik kieliszków szampana na tle kolorowych bombek i łańcuchów.

1928 Skan: Ireneusz Zygmański

1928
Skan: Ireneusz Zygmański

1931 Skan: Ireneusz Zygmański

1931
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

1937 Skan: Ireneusz Zygmański

1937
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1937 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1937 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1938 Skan: Ireneusz Zygmański

1938
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1945 Skan: Ireneusz Zygmański

1945
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1946 Skan: Ireneusz Zygmański

1946
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 Skan: Ireneusz Zygmański

1947
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1947 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 trzecia Skan: Ireneusz Zygmański

1947 trzecia
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1949 Skan: Ireneusz Zygmański

1949
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 Skan: Ireneusz Zygmański

1950
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1950 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 trzecia Skan: Ireneusz Zygmański

1950 trzecia
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 czwarta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 czwarta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 piąta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 piąta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 szósta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 szósta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1951 Skan: Ireneusz Zygmański

1951
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potwierdzam jednak, że kartek świątecznych z gilami nie znalazłem wcale. A przewaliłem stertę ponad 100 własnych egzemplarzy i pięć razy tyle przez Internet. Przepłynąłem przez morze kiczu i pretensjonalności, ocean złego gustu, artystycznej chały i beznadziejnego braku wartościowych pomysłów plastycznych. Czy zatem gile mieszczą się w granicach naszego bożonarodzeniowego kompromisu narodowego? Już dla mnie, mistrza świata w tolerancji, są zaledwie dopuszczalne, bo można powiedzieć, że przynajmniej oryginalne. Z tego punktu widzenia równie dobrze pasowałyby jednak niedźwiedzie polarne – też oryginalne, a przecież u nich ciągle jest zima, logicznie więc pasują. Inny spojrzałby fachowym okiem pod gilowe łapki na powykręcane gałązki z jagódkami jarzębiny i orzekł, że to raczej wierzba. Jeszcze inny podważałby precyzję odwzorowania ptaszków, choć wyglądają dość sympatycznie. Jak zatem wypada ocenić dobór świątecznego obrazka przez Panów Burmistrzów? W moim mniemaniu dość blado to wyszło. A co dopiero, gdy za ocenę weźmie się taki bezkompromisowiec jak Czesław. Każdy kompromis „zatrzeszczy”, kiedy ktoś zachce go trochę surowiej potraktować.

Punkt widzenia osób sądzących podobnie jak radny Majdak dobrze rozumiem, jest według mnie godny szacunku. Kartka świąteczna według nich powinna się do Świąt odnosić, w jakiś sposób z nimi wiązać, podnosić idee leżące u początku Dnia Bożego Narodzenia. Jak zatem wyjść z tej kontrowersji? Przecież te święta mają godzić, nie waśnić. Czesław, spokojnie siądź, spokojny bądź. Po co ci te emocje, niepotrzebne emocje? Może pójdźmy w inną stronę. Na prywatnej kartce umieścisz, co ci się podoba. Twoi bliscy i znajomi niech zrobią także to, co uważają. Najwyżej narażą się na złośliwy komentarz. Natomiast Pana Burmistrza spróbujmy namówić na coś innego.

Jaki zatem motyw ma Burmistrz umieścić na kartce z życzeniami świątecznymi, by nikogo nie obrazić, zadośćuczynić światopoglądowej poprawności, a jednak dać oryginalny i zgodny z godnością swej funkcji obrazek? Podpowiem: goleniowski. Mam na myśli taką ilustrację, która nawiązując do tradycji świątecznych, jednocześnie wykorzysta wygląd naszego miasta lub podgoleniowskich wsi; umieści ewangeliczną opowieść w niby prawdziwym otoczeniu, przydając mu tajemniczości i baśniowości; upoetyczni realia, na które odtąd spojrzymy pełni zdumienia; zatrzymamy się w codziennej bieganinie, podniesiemy głowy i pomyślimy nad cudem, że Bóg się u nas rodzi; przypomni, że nie mamy się czego wstydzić, wzmocni poczucie wspólnoty; powiększy naszą dumę, że nasze jest piękne, a innym pozwoli się tym zachwycić. Zamiast słów lepiej byłoby użyć obrazów, byście zobaczyli, o czym mówię, lecz tu mam kłopot. Idealne, moim zdaniem, kartki świąteczne, które na początku XXI wieku tworzył goleniowski artysta Leszek Soroczyński, dawno mi „wyszły”. Niestety, nawet usłużny Internet nic mi nie pomógł. Mam nadzieję, że ich autor przeczyta dzisiejszy felieton i dołączy obrazek, abyście sami mogli ocenić, czy mam rację. A wtedy to jeszcze tylko namówić Burmistrza, żeby zrezygnował z gili i wrócił do Leszkowych dzieł. Konkursu raczej nie proponuję, bo w nich zwykle ważniejsze jest jury niż ocena prac.  

No i to by było na tyle. Aha, zapomniałbym, najważniejsze! Przecież chciałem Wam, Drodzy Czytelnicy, złożyć życzenia. Wspólne na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia i na Nowy Rok 2015, dla oszczędności. Jak zwykle mało oryginalne, niepomysłowe, ale szczere i własne, od siebie dla Was. Trzymajcie się w zdrowiu, z głową podniesioną wysoko, żebyście dostrzegli wszystko, co głupie i mogli tego zawczasu uniknąć. A jak będziecie musieli w jakieś głupie wdepnąć, żebyście mogli widzieć dalej, skąd zobaczycie i gwiaździste niebo nad sobą i prawo moralne, które macie w sobie nieść, żeby z tego głupiego wyjść z honorem.

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wnioski złożone na III sesji 19.12.2014 r. do Burmistrza Gminy

20 gru

1. W Biuletynie Informacji Publicznej, znajdującym się na stronie internetowej Gminy Goleniów, publikowane są między innymi akty prawa lokalnego. W szczególności dotyczy to uchwał podjętych przez Radę Miejską. Niestety, nie są one dostępne tam w pełnym zakresie. Widać tylko takie uchwały, które przyjęto od roku 2006 do chwili obecnej, i to nie wszystkie. Sposób ich wyszukiwania jest utrudniony. Wyszukiwarka obsługująca stronę nie wykazuje wszystkich przepisów, a już to jest mylące. Brak także rejestru z nazwami aktów, który ułatwiłby znacznie szukanie. Obowiązują różne systemy gromadzenia danych. Do roku 2010 brak jest nazw uchwał, a występują tylko ich numery, od roku 2010 wprawdzie nazwy już są, jednak podział na oddzielne sesje Rady zmusza i tak do przeglądania oddzielnych folderów. Znacznie wydłuża to wyszukiwanie. Zwracam się do Pana Burmistrza o doprowadzenie tej sprawy do porządku. Nie trzeba chyba udowadniać, że w dobie powszechnego dostępu do informacji publicznej poprzez Internet, uporządkowany system publikacji lokalnego prawa jest konieczny. A także prawem nakazany, bo ustawa o dostępie do informacji publicznej obowiązuje wobec organów samorządu lokalnego.

Mój komentarz:

Przed II sesją szukałem dwóch aktualnie obowiązujących uchwał Rady Miejskiej: w sprawie powołania stałych komisji Rady Miejskiej w Goleniowie oraz w sprawie ustalenia wysokości diet dla radnych. W pierwszym przypadku chciałem porównać dotychczasowy stan prawny z nowym projektem Przewodniczącego Łukasza Mituły. Tej uchwały nie znalazłem; wprawdzie obowiązywała, ale pechowo była z roku 2002. Zatem znalazła się w grupie „uchwały zniknięte”. Skąd taka cezura, że przed 2006 czarna dziura? Nie wiem, wcześniejsze uchwały były przecież poprzednio w BIPie. Projekt, jak już pisałem, nie miał uzasadnienia. Jak miałem na poważnie rozważać celowość zmian, jeśli nie znałem oryginału? Oczywiście, mogłem iść do Biura Rady Miejskiej i poprosić o odnalezienie, lub wysłać prośbę mailem… Ciekawe czy byście, Szanowni Czytelnicy, tak właśnie zrobili na moim miejscu? Naprawdę chciałoby się Wam tracić choć więcej niż minutę na odnalezienie tego, co bez łaski sami wyciągnęlibyście z BIPu? Druga uchwała, z roku 2008, ma innego pecha. Wsadzono ją otóż do roku 2009 i szukaj wiatru w polu.

Rzeczywiście pech: dwa strzały, oba w płot. Gdyby państwo tak publikowało przepisy prawa powszechnego, bylibyśmy oburzeni. Jak obywatel ma znać przepisy lokalne, jeżeli bez specjalnych ceregieli nie ma do nich prostego dostępu? To już nie czasy obwieszczania przez heroldów czy wywieszania na tablicy ogłoszeń. Ustawa o dostępie do informacji publicznej obowiązuje od roku 2001, a dotyczy także jednostek samorządu. Jak twierdzi doktryna prawa, jej art.7 nakazuje publikację przepisów prawa lokalnego poprzez BIP. Nawet przepisy już nie obowiązujące są potrzebne, bo ustalenie przeszłego stanu prawnego bez nich byłoby niemożliwe. Starych Dzienników Ustaw nikt nie wyrzuca na śmietnik.

2. Chciałbym zapytać Pana Burmistrza, czy nastąpi zmiana w jego podejściu do odpowiadania na krytykę prasową? Od chwili jego wyboru w poprzedniej kadencji reagowanie na krytykę prasową zarówno poprzez publikacje prasowe, jak też poprzez stronę internetową gminy, niemal ustało. Rubryka „Wyjaśnienia i komentarze” w zakładce „Aktualności” zniknęła, a ostatni wpis w niej nosił datę 04.11.2013 r. Wyrzucone zostały także z „Regulaminu organizacyjnego Urzędu Gminy i Miasta w Goleniowie” wszelkie wcześniej istniejące zapisy wobec pracowników odnośnie obowiązku reakcji na krytykę prasową. Nie wydaje się to przypadkowe, proszę zatem o przedstawienie wyjaśnienia.

Mój komentarz:

Poprzedni Burmistrz, Andrzej Wojciechowski, nie miał z mediami lekko. Szczypała go przede wszystkim „Gazeta Goleniowska”, nie traktująca go jako przyjaciela czy sojusznika. Dzielnie próbowano dobrać mu się do skóry, znaleźć jakieś szczerby w wizerunku „wiecznego Burmistrza”. Czego mu jednak na pewno „GG” zarzucić nie mogła, to niechęci do reagowania na przejawy krytyki. Na każdą, nawet najdrobniejszą notatkę, albo Burmistrz, albo ktoś przez niego upoważniony, odpowiadał od razu, choć nie wszystkie odpowiedzi były publikowane. W sierpniu 2009 r. Burmistrz przyjął jako zasadę, że publikacja reakcji na krytykę prasową odbywać będzie się poprzez świeżo „reformowaną” stronę internetową Gminy. W regulaminie organizacyjnym UGiM koordynowanie tego zakresu powierzono Sekretarzowi Gminy. Od  24 sierpnia 2009 do 17 listopada 2010 w zakładce „Wyjaśnienia i komentarze” zamieszczonych zostało w sumie 29 wpisów, dotyczących najróżniejszego zakresu krytyki wyrażonej w papierowym lub internetowym wydaniu „GG”, ale także innych mediów, np. „Kuriera Szczecińskiego”. Sam Burmistrz zareagował 22 razy, Przewodniczący Rady Miejskiej Henryk Zajko 1 raz, Zastępca Burmistrza Krzysztof Zajko także 1 raz, 5 wpisów pochodziło od dyrektorów różnych wydziałów. Uważam, że przedstawiane tam publikacje wielokrotnie wyjaśniły nieporozumienia, czasem wręcz nieprawdy formułowane pod adresem władz Gminy.

Po zmianie Burmistrza w końcu roku 2010 początkowo taki stan się utrzymywał, bo pierwszy wpis w nowej kadencji pojawił się 3 grudnia 2010 r. Jednak następne były już sporadyczne, zaś do końca kadencji w sumie reakcji było aż 5: dwie Burmistrza Krupowicza, jedna Komendanta Straży Miejskiej, dwie bez żadnego podpisu. W końcu 2013 (albo początku 2014) roku rubryka całkowicie zniknęła. Dodam, że reakcji w sposób tradycyjny, przez zamieszczenie odpowiedzi w prasie, była znikoma ilość. Czy powodem tego była znacznie przychylniejsza postawa mediów wobec niego i ograniczenie krytyki prasowej? W pewnym stopniu tak, ale to tylko część prawdy. Uważam, że ważniejsze było przyjęcie przez Burmistrza Krupowicza zasady niereagowania na krytykę prasową. Jego wyniosłe milczenie jest według mnie przejawem choroby, na którą każda władza może zachorować: arogancji. Jeśli nie odpowiada się mediom na wyrażaną w nich krytykę, unika się w ten sposób kontaktu z ich czytelnikami. Prościej: władza nie udzielająca wyjaśnień obywatelom lekceważy ich.  Właśnie lekceważenie codziennych kontaktów z mieszkańcami jest jednym z moich głównych zarzutów wobec Burmistrza Krupowicza. Cóż, czteroletnia codzienność to długi dystans. Nasz Burmistrz jest natomiast sprinterem, mistrzem świata w konkurencji „czternastodniowe kryterium uliczne ze skrobaczką w jednej ręce i z wiadrem kawy w drugiej”. A po co ma Burmistrz coś zmieniać, skoro tyle na razie wystarcza?

3. Proszę o rozważenie przez Pana Burmistrza możliwości publikowania poprzez Biuletyn Informacyjny Gminy zarówno interpelacji i wniosków, składanych przez radnych, jak też w szczególności odpowiedzi udzielanych na nie przez odpowiedzialne osoby. Umożliwiłoby to szerokiej publiczności wgląd w składane przecież w jej imieniu wnioski, jak też poprawiłoby dostęp do wiedzy o działaniach Gminy. Myślę, że byłby to dobry krok w stronę zwiększania zainteresowania społeczności lokalnej tym, czym żyje jej Gmina.

Mój komentarz:

Obecny na każdej sesji Rady Miejskiej punkt porządku dziennego „Interpelacje i wnioski radnych” to dotychczas wymiana intymnej korespondencji między radnymi a Burmistrzem. Oni go na głos pytają, on im przez miesiąc na piśmie odpowiada. Co ma po otrzymaniu odpowiedzi zrobić radny z tym kawałkiem papieru, często zawierającym ważne deklaracje, a czasami niewiele znaczące wykrętne formułki? Wiem, gdyż przeszło przez moje ręce tysiące takich odpowiedzi. Czy ktoś z mieszkańców pozna ich treść? A jest ona przecież całkowicie jawną informacją publiczną. Ktoś powie, że protokoły z sesji są dostępne w BIPie, każdy może wszystko przeczytać… Tak, tylko odpowiedzi Burmistrza tam z reguły nie ma. Na te tylko zapytania, które uznano za interpelacje, odpowiedź zostaje udzielona ustnie w trakcie następnej sesji. Reszta to słodka tajemnica. Gdyby publikowano wnioski i odpowiedzi w BIPie oddzielnie, ułatwiłoby to mieszkańcom śledzenie własnych problemów powierzonych do załatwienia w ręce radnych. Cóż, pomarzyć…

Odpowiedzi na wnioski

 

Niech żyje Piwna Rewolucja !!!

17 gru

Szanowni Czytacze, nie jestem Ireneuszem Zygmańskim. Słowa, które teraz czytacie, pochodzą wprost od progenitury imć Irka, a dokładniej rzecz biorąc, od starszej latorośli wyżej wymienionego, czyli pierworodnego syna Adama. Wyjaśnienie to ma rozwiać wszelkich wątpliwości co do autorstwa felietonu. Mam nadzieję, że mój ojciec zgodzi się na publikację tekstu, chociaż nijak się on ma do dotychczasowej treści tego bloga. Dotyczy spraw, które stanowią moje prywatne hobby i nie mają nic wspólnego z naszymi poglądami i sporami. Mam jednak nadzieję, że uda mi się zainteresować nimi, nawet pobieżnie, choć kilku czytelników, których uważam w ogóle za osoby światłe i ciekawe świata. W wyniku wczesnodziecięcej traumy związanej z posiadaniem matki – polonistki, moje wypowiedzi mogą się niektórym wydawać zbyt rozbudowane. I o ile mój ojciec twierdził we wpisie powitalnym, że jest grafomanem, to nie wiecie jeszcze, na co stać jego syna…

Do rzeczy! Będę pisał o Piwnej Rewolucji. Rewolucje bywają krwawe, kolorowe, kwiatowe, przemysłowe, łupkowe, a ta jest piwna. Swoją drogą, mam nadzieję, że czyta ten tekst Paweł Palica, którego uważam za znawcę niżej poruszanego tematu. Mam nadzieję, że dorzuci on swoje „trzy grosze” w komentarzach lub korespondencji prywatnej.

No ale… w czym rzecz? Rzecz w piwie – napoju, który Polacy traktują, jak coś co zawsze jest obok nas. Niezauważalny, ale bardzo istotny element naszej codziennej egzystencji. Wyobraźcie sobie Państwo, że jesteśmy na czwartym miejscu na  świecie pod względem spożycia piwa per capita w ciągu roku. Dokładniej rzecz ujmując, przekroczyliśmy wartość 104 litrów na jedną osobę, wypitych w przekroju ostatniego roku. Jedni powiedzą, że to dużo, inni nie będą zaskoczeni. Żeby lepiej wizualizować dane: 208 półlitrowych piw wypitych przez statystycznego Polaka w ciągu 365 dni roku. Biorąc pod uwagę, że około 200 dni to takie, kiedy pracujący przedstawiciel narodu napić się nie może z powodu obowiązków pracowniczych, okazuje się, że jest to wartość bardzo pokaźna. Piwo jest naszym „przyjacielem” praktycznie w każdy wolny od pracy dzień. Oczywiście część z Was, Drodzy Czytacze, powie, że nie pija piwa wcale. Wolicie inne alkohole lub jesteście całkowitymi abstynentami. Wszystko to tylko dodaje następne litry do spożycia  przeciętnego, polskiego piwosza. I tutaj pojawia się moja bolączka – monokultura. Patrząc na suche dane okazuje się, że 95% wypijanego w naszym pięknym kraju piwa to tak zwany „mocno odfermentowany jasny lager”. Pozostałe 5% stanowią style piwne takie jak (kolejność według mojego „widzimisię”): porter bałtycki, Bock/koźlak, mocny lager, pils, jasne pszeniczne. Osobną kategorię stanowią napoje „piwopodobne”, czyli wszelkiej maści radlery, coolery, piwa smakowe, itp. 5% to strasznie mało. Wychodzi na to, że wszyscy jemy tylko twarożek homogenizowany. Fajnie, ale o co chodzi z tym twarożkiem?

Wyobraźcie sobie Drodzy Czytacze, że na całym świecie jest tylko jeden gatunek sera. I jest to twarożek homogenizowany. Bez jakiegokolwiek smaku i aromatu. Jedynym jego zadaniem jest dostarczyć kalorie do organizmu. Nie musi pachnieć, nie musi smakować, wystarczy, że jest. Gouda, Edamski, Rochefort, Limburger, a nawet turkusowe Bluedino z Biedronki, udające gatunkowy ser pleśniowy, nie istnieją, ponieważ koncerny stwierdziły, że nie warto tych gatunków produkować, skoro popyt na nie jest „mały”. Coś niewyobrażalnego. Na rynku piw taka sytuacja ma miejsce od około 20 lat. Koncerny piwne na całym świecie traktują klientów jak bezmózgich opojów, których jedynym celem jest upić się szybko, a nie daj Boże, uzyskać w trakcie tego procesu doświadczenia smakowe. Lecz różnorodność pokarmów przez nas przyjmowanych jest jednym z najważniejszych wyznaczników poziomu życia. Jesteśmy przecież dumni z tego, że jemy, na co mamy ochotę. Koncerny piwowarskie od lat próbują wmówić nam, że różnorodność smakowa jest złem. Piwo dla Polaka ma mieć złocisty kolor, pianę na dwa palce i „lekką” goryczkę. A to przecież bzdura jest…

Piwo ma szczególne miejsce w historii ludzkości. Prawdopodobnie dzięki przypadkowemu odkryciu procesu fermentacji piwnej, powstały pierwsze większe społeczności ludzkie. Badacze są skłonni twierdzić, że to chęć wytworzenia piwa skusiła ludzi, do tej pory prowadzących wędrowniczy tryb życia, do osiadania tam, gdzie uprawa zbóż pozwalała na jego wytwarzanie. Tak powstały pierwsze miasta! Wypiek pieczywa był dopiero następnym stadium ludzkiej ewolucji.

Na świecie istnieje obecnie około 70 oficjalnie sklasyfikowanych styli piwa. Każdy styl ma szeroką gamę reprezentantów, a każdy z nich smakuje inaczej, inaczej wygląda i inaczej pachnie. Bogactwo aromatów i smaków jest moim zdaniem nieporównywalne do jakiejkolwiek innej dziedziny kulinarnej. A wiecie, co jest najlepsze? Wszyscy możemy w domowym zaciszu tworzyć takie piwo, jakie się nam tylko przyśni. Nie trzeba czekać, by duży browar uraczył nas czymś innym, niż jasny lager. Produkcja piwa na użytek własny jest prosta, łatwo dostępna i przynosi ogromną satysfakcję. Dla przykładu podam, że będąc miłośnikiem piw „ciemnych”, uwarzyłem ostatnio w domu 24 litry irlandzkiego stouta (najpowszechniejszym przedstawicielem stylu jest piwo Guinness Draught). Mam tego dobrodziejstwa prawie 50 butelek. Koszt wytworzenia zamknął się w 65 złotych (1,30 zł za butelkę w porównaniu do 4 – 6 złotych za importowanego Guinnessa) i nawet nie muszę chodzić do sklepu. Jedyne co poświęciłem, to własny wysiłek i czas. Satysfakcja z wytworzenia napoju, który uwielbiam, jest niesamowita. Chciałbym, żeby każdy mógł spróbować mojego piwa. Rzecz w tym, że jest go tylko kilkadziesiąt butelek… Oczywiście, że mogę uwarzyć więcej w każdej chwili! Jednak jest tyle innych stylów piwnych, których chciałbym spróbować, że moja uwaga skupia się już na całkiem innym! Oczywiście domowe piwowarstwo jest tylko jednym z aspektów Rewolucji.

No, Rewolucji!!! Piwna Rewolucja zaczęła się pod koniec lat 70. w Stanach Zjednoczonych jako odpowiedź konsumentów na politykę wielkich producentów piwa, wynikiem której jedynym gatunkiem piwa miał zostać wyjałowiony ze smaku i aromatu, wodnisty lager. Kraj, okrzyczany przez krzywdzące stereotypy ojczyzną najbardziej cienkiego i bezsmakowego piwa na świecie, jest domem dla wszystkich obecnie wytwarzanych gatunków piwa. Dziś w Stanach istnieje około 3000 browarów różnej wielkości. Czy wiecie, że Amerykanie odtwarzają nawet piwo Grodziskie, które jest jedynym rdzennie polskim gatunkiem piwa? Grodziskie przestało być u nas wytwarzane na początku lat 90. Po prostu zniknęło… Dopiero w ciągu ostatnich 3 lat, kilka rodzimych browarów rzemieślniczych podjęło próby odtworzenia tego gatunku w naszym pięknym kraju. I to wedle receptur opartych o amerykańskie wzory, ponieważ przepis na Grodziskie… nie został nigdy zapisany. I tutaj docieramy do siły napędowej Piwnej Rewolucji. Mowa o browarach rzemieślniczych. Co to takiego? Moment, jeszcze mała dygresja… Najpopularniejsze piwo w Polsce to Żubr. Wspólnie z Tyskim Groniem i Lechem, produkowany jest przez tą samą firmę, Kompanię Piwowarską, należącą do międzynarodowego koncernu SABMiller. Roczna produkcja w trzech polskich browarach KP wynosi jakieś 14 milionów hektolitrów. Większość stanowi lager pod różnymi markami. Wymienione powyżej produkt sztandarowe KP są nie do odróżnienia nawet przez zawodowych sędziów piwnych w tzw. ślepych testach.  Mimo to poprzez reklamy koncern wmawia nam, że są to różne, unikatowe piwa. Ale bzdura…

No i teraz o browarach rzemieślniczych. Wyobraźcie sobie, że tylko w mijającym roku 2014, takie browary wypuściły u nas ponad 500 (!!!) piwnych premier w różnych piwnych stylach, poczynając od wspomnianego już Grodziskiego, poprzez portery, stouty, ale, pilsy, bittery, piwa pszeniczne, aż po takie specjały jak „dzikie” piwa belgijskie, lub style nowofalowe, mocno nachmielone, jak amerykańskie IPA, Cascadian Dark Ale, lub piwa hybrydowe. To nie pomyłka. PIĘĆSET ! Co więcej, w ciągu ostatniego roku nie było tygodnia, w którym nie powstał nowy browar rzemieślniczy. Oczywiście ilości piwa wytwarzane przez takie browary są symboliczne w porównaniu do koncernów. Mówimy o ilościach od kilkuset do kilkunastu tysięcy litrów. Samo Tyskie zalewa nasz rynek kilkunastoma milionami butelek rocznie, więc co to za skala porównania? Inna też jest cena takiego piwa. Przeciętny polski piwosz uważa, że 4 zł za butelkę piwa, to drogo. Najpopularniejsze marki kosztują niewiele ponad 2 zł za 500 ml. Piwo rzemieślnicze może kosztować 8 zł za butelkę… 0,33l. Powiecie, że bardzo drogo. Pewnie tak. Ale jak ktoś spróbuje takiego piwa, zazwyczaj nie będzie chciał już wrócić do zwykłego koncerniaka. Cena przestaje być czynnikiem decydującym o zakupie, co świadczy o rosnącej świadomości i zamożności konsumentów. Apetyt rośnie w miarę picia, a każdemu z nas należy się coś unikatowego, wyjątkowego. Takie właśnie są piwa rzemieślnicze! Ich dostępność jest coraz większa. Wystarczy się rozejrzeć w przydomowym sklepiku, a można trafić na rzadkości. Ponadto ogromną większość wymienionych stylów możecie uwarzyć w domowym zaciszu. Jestem skłonny pokusić się o stwierdzenie, że polski rynek piw rzemieślniczych jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się na świecie, zaś zjawisko Piwnej Rewolucji po cichutku zmieni mentalność naszego Narodu. W końcu to piwo ucywilizowało ludzkość! Cóż więc innego ma siłę zmienić ludzkość na lepsze?

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was, Drodzy Czytacze, wywodem na temat błahy, a ulotny jak piana z piwa. Każdemu chętnemu pomogę przybliżyć piwa rzemieślnicze i piwowarstwo domowe. Wystarczy odezwać się w komentarzu pod wpisem, lub napisać wiadomość na mój adres: zygmanski1@wp.pl.

Pozdrawiam serdecznie i na zdrowie!!!

Adam Zygmański

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Pożegnanie, a właściwie powitanie

12 gru

Całe dorosłe życie przywykłem do ciężkiej pracy. Choć początek tego nie zapowiadał. Jako świeżo upieczona DUPA (po studiach: dyplomowany urzędnik państwowej administracji) zaciągnąłem się w roku 1984 do Urzędu Miasta i Gminy w Goleniowie na Inspektora Obrony Cywilnej. Pierwsza pensja starczyłaby mi na zakup 12 kg pomidorów, a i tak się wstydziłem aż tyle brać. Bo moja praca polegała na… nic nie robieniu. Czynności służbowe zajmowały mi może 30 minut dziennie, później próbowałem jakoś zabić nudę. Wiecie, co było najgorsze? Po powrocie do domu padałem na nos ze zmęczenia, jakbym harował jak wół. Szczęśliwie po pół roku poszedłem do wojska, a tam pracy już miałem do woli.

Później mój wrodzony pracoholizm miał tylko raj. Kolejne zawody pozwalały mi pławić się w robocie. No i dobrze, widocznie ten typ tak ma. Pewnie to lubiłem, bo inaczej wróciłbym do OC. W latach 1985 – 2010 zasuwałem aż miło. Na samym początku roku 2011 zrobił mi się jednak nadmiar czasu wolnego. Nowy szef ulżył mi, w jego zdaniem, zbyt ciężkich obowiązkach, i znów czynności służbowe zajmowały mi 30 minut dziennie. Przez pół roku zasypiałem w pracy z nudów, a później przez 3 miesiące zniknęło nawet to pół godziny. Nie zasypiałem już w pracy, ale w nocy za to też nie. Zabierzcie pracoholikowi robotę, a wykończy się szybko sam. Rozumiał to stary dobry Bułat  Okudżawa, pisząc w „Modlitwie”:

Panie, ofiaruj każdemu z nas,
czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
tchórzowi dać konia chciej.
Sypnij grosza szczęściarzom
i mnie w opiece swej miej.

W tym złym, nadającym się do zapomnienia roku 2011, zdarzyły mi się tylko dwa dobre momenty: podjęcie pracy nauczyciela i rozpoczęcie pisania felietonów w „Gazecie Goleniowskiej”. Pierwsza pomocna ręka dała mi pracę, druga pozwoliła odzyskać godność. Ktoś uwierzył, że się jeszcze do czegoś mogę przydać, że jakaś wartość się w takim kadłubku jeszcze tli. Mam nadzieję, że w obu sytuacjach odwdzięczyłem się właściwie, dając ile mogłem najlepszego. Propozycja redaktora Ozimka była dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo skąd miałem wiedzieć, czy się do tego w ogóle nadam. Jeszcze raz dziękuję, Panie Leszku.

Szanowni Czytelnicy! Przez 41 miesięcy napisałem dla Was w „Gazecie Goleniowskiej” 30 felietonów. Zawsze starałem się pisać, jakbym zwracał się do kogoś konkretnego, realnego. Wiedziałem, że mój Czytelnik jest wrażliwy, inteligentny, moralny i poszukujący prawdy. Jest mi osobą bliską, która będzie chciała wysłuchać „Mojego zdania”, przebrnąć przez zawiłości z mozołem kleconych zdań i wyłuskać z nich jakąś godną uwagi myśl. Często miałem odzew, że skłoniłem Was do zastanowienia, spojrzenia na problemy z innej strony i nawet zmiany Waszego zdania. Za to szczególnie dziękuję, bo zrealizowaliście moje marzenie bycia komuś potrzebnym. Myślę, że właśnie moje pisanie przekonało aż tylu wyborców, żeby powierzyć mi zaszczytny mandat radnego Rady Miejskiej. Dziękuję Wam!

Żegnam zatem łamy „GG” na co najmniej 4 lata. W ten sposób unikniemy zarzutu, że poprzez felietony w „GG” chcę wpływać na Państwa opinię. Inni radni przecież tej szansy nie mają, a szanse powinny być równe. Postanowiłem zatem, a przecież każdemu wolno to zrobić, założyć własnego bloga i tam kontynuować kontakty z moimi Czytelnikami. Jeżeli mielibyście zatem Państwo ochotę na dalsze rozmowy ze mną, zapraszam na adres ireneusz-zygmanski.piszecomysle.pl, gdzie mnie znajdziecie już dziś. Do porozmawiania!

12.12.2014

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Druga sesja Rady – zbiorowy gwałt rytualny

09 gru

08.12.2014

Tytuł może troszkę ostry, ale tylko troszeczkę. Zbiorowo zgwałcona czułaby się każda jeszcze tydzień temu dziewica (czyli ja), wlokąc się po wszystkim w stronę bezpiecznego domu. Przeżyłem z mozołem kilka lekcji, które miałem zaraz po sesji, a wykąpać poszedłem się dopiero późnym wieczorem. Niewiele dało, ciągle czuję się brudny.

A tak niewinnie się zapowiadało… Porządek obrad II Sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, ponownie zwoływanej przez Komisarza Wyborczego, miał początkowo ledwie 5 punktów, w tym otwarcie i zakończenie, w środku wręczenie Burmistrzowi zaświadczenia o wyborze i jego ślubowanie. Skoro jednak w drugim punkcie było przyjęcie porządku obrad, od razu wiadomo było, że na tej maliźnie się nie skończy. A gdzie ślubowanie nieobecnego tydzień temu radnego Krzysztofa Zajko, gdzie exposé Burmistrza? A wybór Wiceprzewodniczących Rady, a wybór przewodniczących stałych komisji Rady? Było oczywistym, że co najmniej takie punkty dojdą. Nawet taka zielenina jak ja to wiedziałem.

Profanom wyjaśniam, że Rada projekty uchwał zawsze debatuje najpierw w komisjach. Ich ilość i zadania ustalono prehistorycznie w roku 2002, jedną z pierwszych uchwał zaczynającej się wtedy kadencji. Od wczesnego Wojciechowskiego istniało zatem 5 takich komisji (nazwy nieco upraszczam): Rewizyjna (przewidziana też w statucie gminy), Budżetu, Infrastruktury, Spraw Społecznych i jeszcze Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Szczególnie w ubiegłych 4 latach takie zestawienie budziło niemało kontrowersji, zapewne mających słuszne merytoryczne podstawy. Świat się w międzyczasie trochę zmienił, a życie samo poustawiało pewne akcenty inaczej. Na przykład coś nam w gminie zmalało rolnictwo, niektóre komisje posądzano o dublowanie roboty i istnienie w celu brania większych diet (infrastruktura), słowem warto się będzie tym zająć i pomajstrować. (Na marginesie uwaga, że z podwójnym braniem pieniędzy to jakaś ściema; goleniowscy radni biorą diety jako stały ryczałt za miesiąc, bez względu na ilość sesji czy posiedzeń komisji; warto będzie kiedyś ten temat przybliżyć, gdyż niektórzy etatowi obrońcy kieszeni podatnika w zamąconej przez siebie wodzie łowią całkiem duże ryby; ale to już „inną razą”)

Myślałem tak sobie, kiedy już 5 grudnia, zatem 3 dni przed sesją, otrzymałem do rąk projekt uchwały, złożony przez samego Przewodniczącego Rady Łukasza Mitułę. Hura, idzie nowe (pomyślałem), ktoś wreszcie chwycił byka za rogi, by uzdrowić chorą sytuację. Projekt wprawdzie był nieco formalnie ułomny, gdyż nie posiadał (wymaganego statutem gminy) uzasadnienia, ale przecież do następnej sesji, kiedy go rzetelnie przedyskutujemy w komisjach, się go wygładzi. Niepokój budziło, że projekt postulował powołanie zamiast starych 5 komisji … nowych 5 komisji. Nazwy niektórych lekko podretuszowano (w miejsce Rolnictwa i Ochrony Środowiska – Rozwoju Obszarów Wiejskich, w miejsce Infrastruktury – Inwestycji i Ochrony Środowiska), natomiast zakres ich działania był dla mnie prawdziwą zagadką. Wychodziło przykładowo, że inwestycje dotyczą tylko miasta, ochrona środowiska zresztą też, zaś na terenach wiejskich inwestycji i ochrony środowiska raczej nie przewiduje się, a ma być tam tylko rozwój, infrastruktura, pozyskiwanie środków zewnętrznych, rolnictwo (jednak!) i leśnictwo. Wątpliwości miałem znacznie więcej, ale przecież do następnej sesji zdążymy to wszystko wyjaśnić, uporządkować, wygładzić styki kompetencyjne, no będzie cycuś.

Co ja tak z uporem maniaka o jakiejś następnej sesji? Mam Was, wiedziałem, że tu błysnę! Bo ja odrobiłem zadanie domowe i znam procedurę uchwałodawczą, określoną w statucie, a Wy nie, Szanowni Czytelnicy. To Wam zacytuję i też będziecie mądrzy:

§ 23. 1. O sesji zwoływanej w trybie zwyczajnym Przewodniczący Rady zawiadamia radnych na 10 dni przed wyznaczonym terminem jej odbycia.

2. Zawiadomienie o zwołaniu sesji w trybie zwyczajnym oraz porządek obrad wraz z projektami uchwał wykładane są do teczek radnych w Biurze Rady, co najmniej na 6 dni przed dniem odbycia sesji Rady.” (pogrubienia moje)

Nasza sesja oczywiście miała być zwyczajna. Te 6 dni na rozpracowanie nowych projektów uchwał w komisjach, przemyślenie wątpliwości, może wpadnięcie na lepsze pomysły, to i tak dość niedługo. A gdyby projektów uchwał było wiele? Dobra, radni mądrzy ludzie, niech myślą szybko. Ale żeby tak w 3 dni, bez pracy w komisjach, samemu w domu, gnębieni przez przykładowo wyłuszczone wcześniej wątpliwości, nie znając wcześniejszej pracy Rady nad tym zagadnieniem (podobno nad nim pracowała, lecz podjęcie decyzji zostawiła radnym nowej kadencji), już na sesji wiedzieć o co chodzi, szczególnie, gdy kilka dni wcześniej było się radnym-dziewicą? To niemożliwe (antycypowałem); lecz fajnie, że tak znacznie wcześniej temat się inicjuje. Nareszcie poważnie potraktowany, będzie zapewne merytoryczną perełką. Wszyscy radni z wyprzedzeniem będą mogli wybrać sobie ulubione komisje, poznać w toku dyskusji tuzy, które później z czystym sumieniem wybierzemy na przewodniczących tych jakże ważnych ciał.

OK, rozgadałem się, już wracam do przedsesyjnych rozterek co do porządku zbliżającej się sesji, bo przecież czekacie niecierpliwie na zapowiedziany w tytule gwałt, prawda? Cóż, trochę przewidywań mi się sprawdziło, ale tylko troszeczkę. Skąd miałem wiedzieć, że na Przewodniczącego wybraliśmy tak Wspaniałego Organizatora i Mistrza Procedur, który (zapewne „with a little help from his friends”) zdążył nie tylko przeprowadzić znacznie więcej, niż moja malutka wyobraźnia zapodała, ale dodatkowo dwukrotnie?!

Bo oto przychodząc na sesję zapowiedzianą na godzinę 11.00 odpowiednio wcześniej, coś koło 10.15, spóźniłem się sromotnie. Sesja już się odbyła. Nie sam się spóźniłem, takich gamoni było kilkoro. Błahym i nieistotnym usprawiedliwieniem mogłoby być to, że nikomu z tych kilku osób nie podano wcześniejszej godziny posiedzenia (stąd nie wiem, jak było długie; podobno znacznie krótsze, niż późniejsza druga sesja). Co tu zwalać na bałagan w Biurze Rady Miejskiej, trzeba się klepnąć we własne piersi. Co niniejszym publicznie czynię. Wyrzuty sumienia poczułem natychmiast, gdy przechodząc obok otwartych (chyba niechcący) drzwi salki przy Biurze Rady Miejskiej, zdążyłem w przelocie zobaczyć ciężko pracujących kolegów, wspierających się mądrością Pana Burmistrza i jego dotychczasowych zastępców. Nawet mignęło mi w skołowanej głowie, żeby wejść i usprawiedliwić spóźnienie, ale zauważyłem, że spóźnialskim nie pozostawiono już wolnych miejsc. Bo kto późno przychodzi…

Zatem kiedy niektórzy się lenili, na tym wcześniejszym posiedzeniu nie tylko dopracowano i napisano scenariusz, wraz z dialogami i didaskaliami, powierzono role aktorom, wyjaśniono wszystkie sporne kwestie interpretacyjne, ale też przeprowadzono generalną próbę znakomitego spektaklu, z brawurą zaprezentowanego w dalszej części dnia.

Cała później rozegrana sztuka sceniczna pod tytułem „II Sesja Rady Miejskiej w Goleniowie” przebiegła sprawnie, przy jedynie drobnych zgrzytach wynikających z nienauczenia się przez niektórych aktorów na pamięć powierzonych im ról (trema i ograniczony czas!). Reżyser też był chwilami trochę rozkojarzony (zmęczenie krwawym trudem!), musiał więc sięgać do pomocy suflera (w tej roli gościnnie radca prawny). Całkowitym nowatorstwem inscenizatorskim, wręcz specjalnym wkładem w historię dramatu światowego, było powierzenie ról postaci komicznych osobom, które wcale nie dostały do rąk scenariusza sztuki. Dano te role do zagrania wspomnianym wyżej spóźnialskim, prawdopodobnie za karę. Nasze czasem nieporadne improwizacje stanowiły szczególnie zabawne momenty przedstawienia.

W trakcie spektaklu zadbano, żeby palacze mieli odpowiednią ilość antraktów dla kultywowania zgubnego nałogu. A poza tym w nędzne 4 godziny załatwiono aż tyle: 1) otwarto sesję; 2) przyjęto jej porządek (w trakcie właśnie te zabawne role spóźnialskich); 3) przyjęto ślubowanie kolegi Krzysztofa Zajko (dotąd rola milcząca); 4) wybrano troje wiceprzewodniczących Rady Miejskiej (przedtem wiązanka komicznych skeczów ustalających ich ilość – jeden, czy troje?); 5) przyjęto ślubowanie Burmistrza (Gminy Goleniów, a nie Goleniowa, jak mu się wcześniej wydawało) Roberta Krupowicza; 6) wysłuchano jego zwięzłego exposé (przepyszna rola; zajmę się nią dokładniej, kiedy będzie gotowy pisemny scenariusz, tfu, protokół z sesji); 7) przegłosowano omówiony wyżej projekt uchwały powołującej stałe komisje (tu znakomita wstawka w postaci autopoprawki wnioskodawcy Przewodniczącego Mituły, wprowadzającego wymagane uzasadnienie do projektu; coś w stylu: „Uzasadnia się, że projekt uchwały jest potrzebny i uzasadniony.”); 8) wybrano przewodniczących tych ciał; 9) wypełniono ciała ciałami, czyli radni zapisali się do konkretnych komisji; 10) przeprowadzono punkt „Sprawy bieżące”.

W tym ostatnim przed rozejściem się punkcie Pan Przewodniczący między innymi, jak się raczył wyrazić, „poinformował wszystkich o wszystkim, co się zdarzyło”. To znaczy o tym, że przed spektaklem zawiązał się klub radnych „Porozumienie”, którzy podpisali „Porozumienie dla Gminy Goleniów”. Olśniło mnie, że to właśnie narodziny tego gentlemen’s agreement miałem zaszczyt zaobserwować przez uchylone przypadkiem drzwi. Niedoinformowanych (zapewne naszych spóźnialskich) skierował do Biura Rady, by tam zapoznali się z jego treścią. Dodał też łaskawie, że ewentualnie oczywiście mogą oni także uzupełnić brakujące na „Porozumieniu” podpisy.

Tak zachęcony powlokłem się na wspomniane lekcje, które pozwoliły odpocząć moim rozedrganym nerwom. Praca zawsze wpływa na mnie kojąco. No tak, ale gdzie zapowiedziany tytułem gwałt zbiorowy, i to rytualny, zapytacie? Toż ten przydługi opis zaprezentował normalne, demokratyczne życie naszej, szumnie mówiąc, Małej Ojczyzny. Rzeczywiście, może przesadziłem; tytuły powinny przyciągać czytelników i być chwytliwe, ale żeby tak ciągle o seksie i przemocy? Obiecuję poprawę w kolejnych relacjach z sesji Rady Miejskiej w Goleniowie.

 

Czemu blog ?

07 gru

Ireneusz Zygmański 1Należy się Wam, szanowni Czytelnicy, szczypta wyjaśnienia. Po co ten blog, w jakim celu i dla kogo?

Po pierwsze – dla mnie. Jak wyraziła to krótko jedna dobra i szczera do bólu koleżanka: – Ty musisz pisać, bo jesteś grafomanem z powołania. Najpierw się obraziłem nieco, bo grafoman to przecież lichy pisarzyna, beztalencie i takie tam… W końcu spytałem, co jej się w moich szlachetnych tekstach nie podoba i dopiero wtedy dowiedziałem się, że „grafoman” ma też inne znaczenie: ten, co nie może bez pisania żyć, no musi, bo się udusi. Zatem wzbogaciwszy słownictwo ochoczo się z nią zgodziłem i dalej jesteśmy dobrymi kolegami.

Po drugie – bo w listopadzie 2014 r. zostałem radnym Rady Miejskiej w Goleniowie. W sposób naturalny zatem rozstałem się z jedynym miejscem, gdzie moja grafomańska pasja mogła się objawiać dla szerszej publiczności. Szef „Gazety Goleniowskiej” uznał, że jako radny byłbym w dwuznacznej sytuacji pisząc na ich łamach, oni zaś publikując moje teksty. Ochoczo się z nim zgodziłem i pozostajemy w gotowości do dalszej współpracy. Oczywiście za co najmniej 4 lata.

W okresie 2011-2014 zamieściłem w „Gazecie Goleniowskiej” dokładnie 30 felietonów. Nieskromnie uważam, że to właśnie ich czytelnicy przede wszystkim głosowali na mnie w wyborach. To jakże, za karę miałbym ich pozbawić kontaktu z tak wybitnie utalentowanym autorem? Toż rozterka… Wybawiła mnie z niej własna córka stwierdzając: – Jak już musisz, to sobie załóż własną gazetę – pisz bloga! Przemyślałem, po czym ochoczo się z nią zgodziłem i dalej jesteśmy zgodną rodziną.

Te „stare” felietony z „Gazety Goleniowskiej” postanowiłem udostępnić na blogu w oddzielnej rubryce, bo może się jeszcze komuś przydadzą? Dołożyłem im tytuły, których w „GG” nie miały, choć roboczo się tak właśnie zawsze nazywały, jak tu. Nic w nich nie zmieniałem ani nie aktualizowałem, zatem niektóre sprawy pewnie trochę zblakły. Gdyby komuś komentarz był potrzebny, zawsze go można będzie dać.

A teraz poważnie, bo czasami sobie żartujemy… Mam nadzieję właśnie poprzez bloga utrzymywać stały kontakt z kimkolwiek, kto chciałby pomóc mi być dobrym radnym. W tym celu rubryka „Co piszczy w Radzie Miejskiej”. Będę w niej zamieszczał cokolwiek, co uznam za godne publikacji. Na przykład moje wnioski i interpelacje (na pewno będę je miał) oraz uzyskane odpowiedzi na nie. Im więcej Państwo wiecie o swojej gminie, tym dla samorządności lepiej. Może czytelnicy sami się nią zainteresują i kiedyś wygryzą mnie z fotela radnego? Czego im ochoczo życzę.

Mam zamiar pisać także nowe felietony, bo życie przynosi tyle zdziwień i obserwacji godnych zanotowania, że taki grafoman jak ja nie przepuści okazji do naskrobania choć paru linijek. Do tego będzie rubryka „Nowe felietony”, którą mam zamiar zasilać w miarę na bieżąco.

Życzę wszystkim przyjemnej lektury, a wszystkich zainteresowanych wymianą myśli zapraszam do nawiązania korespondencji. Wasz,

Ireneusz Zygmański

O MNIE

Zdaję sobie sprawę z tego, że samo nazwisko i twarz niewiele komuś powiedzą. Stąd postanowiłem garsteczkę faktów o sobie udostępnić. Mniej więcej tyle zamieściłem na swojej ulotce wyborczej i okazało się to wystarczające. Postanowiłem zostawić także to, co powiedziałem potencjalnym wyborcom o moich planach jako ewentualny radny. Najbardziej przyda się mi, gdybym kiedyś zapomniał, co wtedy wszystkim oferowałem. A powiedziałem tyle:

Goleniowianin nie z urodzenia, przyjezdny- mieszkam tu zaledwie od 51 lat. Wykształcenie wyższe – magister administracji. Pracowałem w różnych zwodach, będąc między innymi 18 lat urzędnikiem, zgodnie z wykształceniem. Długi czas byłem także (i obecnie jestem) nauczycielem języka angielskiego. Kiedyś byłem pracoholikiem, dziś już tylko pracusiem.

Zawsze lubiłem swoją pracę i starałem się dobrze wypełniać obowiązki zawodowe. Rodzina liczy się dla mnie jednak bardzo, bo bez jej wsparcia nie mógłbym intensywnie pracować. Ta sama od 31 lat kochana żona, dwoje dorosłych, mieszkających w Goleniowie i pracujących we własnych zawodach udanych dzieci – syn i córka.

Pracując 16 lat jako Sekretarz Gminy Goleniów poznałem dobrze samorząd z różnych stron. Moje stanowisko nigdy nie miało charakteru reprezentacyjnego, bo Sekretarz był człowiekiem do myślenia, do pracy i do organizowania, nie do rządzenia. Na co dzień koordynowałem spory zakres działania Urzędu Gminy i Miasta, współpracując ściśle z Burmistrzami oraz z radnymi.  Żadnego z sukcesów Gminy Goleniów w latach 1995-2010 nie mogę przypisać bezpośrednio sobie, bo samorząd to praca zbiorowa, lecz miałem zaszczyt uczestniczyć w wielu najważniejszych dokonaniach tych lat.

Mam tak wiele zainteresowań poza pracą, że aż nie starcza na nie czasu. Jestem miłośnikiem siatkówki – oglądam, ale i też sam gram regularnie. Jestem filatelistą (znajomi mówią „filatelistą-sadystą”, bo zamęczam kogo tylko mogę opowieściami o zbieraniu znaczków pocztowych), akwarystą, brydżystą (na razie nieczynnym – gra w brydża jest zbyt zajmująca), a nawet od czasu do czasu felietonistą.

Za największy sukces uznałbym przejście przez całe życie z czystymi rękoma i czystym sumieniem, co mi się dotąd udaje. Ponadto nie chciałbym się w życiu nudzić choćby minuty – to też mi się dotąd udaje. Trzeciego marzenia zrealizować się niestety nie da, ale trzeba z całych sił próbować. Chodzi o zmniejszenie ilości głupoty w nas i wokół nas.

MOJE CELE : NIC O NAS BEZ NAS

Takie jest moje motto samorządności. Jestem jej entuzjastą. Nigdy nie byłem w żadnej partii politycznej. Moim zdaniem „partyjność” przynosi samorządowi same kłopoty. Politycy warszawscy czy szczecińscy nie pomagają nam w dbaniu o własne podwórko. Mogą nam tylko przeszkadzać, narzucając obce priorytety i zadania. Oni zawsze wiedzą lepiej, czego my chcemy. Lecz partie dbają przede wszystkim o swój interes. A przecież to nasze podatki i nasze potrzeby! Samorządowców niezależnych politycznie nie będzie można przekupić partyjną karierą ani „biorącymi” miejscami w wyborczych układankach. Gminą powinni rządzić ludzie myślący lokalnie. Stop rządom  partyjnych bonzów i ich sługusów, którzy zgodnie z zasadą BMW (bierny, mierny, ale wierny), wpychają swoich politycznych pociotków wszędzie, od prezesów spółek aż do stanowiska sprzątaczki włącznie. Chcę być radnym  po to, by słuchać Państwa głosu i wspomagać wszelkie inicjatywy obywatelskie. Tu mieszkam i chcę mieszkać lepiej – tak jak Wy.

We wczesnej młodości wyzbyłem się kompleksu prowincjusza. Goleniów zawsze był i jest miejscem wyjątkowym, nieprzeciętnym. Podkreślali to z zazdrością ludzie z zewnątrz, a niejednego zawistnika gryzło to w oczy. Przykro mi, ale w wielu aspektach nasza Gmina w ostatnich kilku latach „znormalniała”, zmierzając w stronę szarej bezosobowej przeciętności. Trzeba odbudować naszą goleniowską oryginalność i odrębność, naszą goleniowską dumę. Na przestrzeni krótkiego czasu przybyło nam wielu nowych mieszkańców, szczególnie w środowiskach wiejskich. Czy oni też czują się dumni, że tu mieszkają ? Potrzeba integracji mieszkańców Goleniowa i goleniowskich wsi, wzajemnego poznania się i polubienia, jest wręcz paląca. Będzie to jednym z moich zainteresowań w działaniu w Radzie Miejskiej.

Wbrew niektórym uważam, że Goleniów i jego okolica są piękne. Zawsze może być ładniejszy i powinien się zmieniać, ale z głową, z poszanowaniem tradycji, lokalnego kolorytu. Uwielbiam zieleń, wodę i przyrodę. Wiem też, że większość mieszkańców myśli podobnie. Chcą, żeby nasz gust był brany pod uwagę przy zmianach w estetyce otoczenia. Można być miłośnikiem szarości betonu, ale nie można tego narzucać na siłę bez pytania innych o zdanie. Trzeba zadbać, by miasto było żywe, przyjazne, żeby pieszy lub rowerzysta czuli się tu także przyjemnie i bezpiecznie. To nasz luksus, mieszkańców niewielkiego miasta. Inaczej wyprowadzilibyśmy się do gwarnych metropolii.

Wszyscy ciężko pracujemy i powinniśmy mieć jak najlepsze warunki do odpoczynku. Różnorodnego, aktywnego i dającego satysfakcję. Stąd moje zainteresowanie kulturą i sportem. Mamy wielu utalentowanych ludzi, którzy na miejscu powinni znaleźć warunki do rozwoju. Bogata baza wszelkiego rodzaju obiektów kulturalnych i sportowych, dobrze zorganizowana i dostępna dla wszystkich mieszkańców, nienakierowana na komercję, musi być „oczkiem w głowie” rządzących naszą Gminą. Będę o to zabiegał pracując w Radzie.

W zdrowej rodzinie nie kupują samochodu, gdy ich na to nie stać. Niebogaty każdą złotówkę ogląda z obu stron, zanim ją wyda, a najlepiej, żeby się szybko zwróciła. Uważam, że inwestycje w Gminie muszą służyć pożytkowi wspólnemu. Nie powinny być doraźne i jednostronne, skoncentrowane tylko w jednym miejscu. Nikt w naszej Gminie nie powinien czuć się mieszkańcem drugiej kategorii. Dlatego potrzebna jest prawdziwa długofalowa strategia realizacji inwestycji, określająca w co, kiedy i gdzie będzie Gmina inwestować. Pozwoli to skutecznie współdziałać z mieszkańcami i podmiotami gospodarczymi, koordynując działania i nie marnując rozrzutnie środków. Pomoc środków UE ma służyć wydatkom potrzebnym, a nie dawać alibi dla wykonania czegoś mało potrzebnego.

Goleniów i okolica żyje z biznesu. Trzeba o niego dbać, bo koniunktura jest zmienna. Musi stale istnieć oferta różnorodnej pracy dla mieszkańców, nie tylko w Goleniowskim Parku Przemysłowym.  Konieczny jest przyjazny klimat do rozwoju biznesu, wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorców. Gmina może i powinna go tworzyć. Zarabiając swoje pieniądze, stworzą oni miejsca pracy dla nas wszystkich. Żebyśmy nie musieli stąd wyjeżdżać za chlebem, a wiązanie się z Goleniowem było czymś długotrwałym. Tylko  tak stworzymy nasz prawdziwy lokalny patriotyzm. Przyrzekam solennie, że jako radny Rady Miejskiej w Goleniowie będę o to dbał i tego samego wymagał od innych kolegów oraz Burmistrza.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii O mnie

 

Kończ Waść, wstydu oszczędź

03 gru

Przez najbliższe dwa miesiące najważniejszym gorącym tematem będą pewnie listopadowe wybory samorządowe. Zakończenie kolejnych 4-letnich rządów żąda podsumowania i oceny, bo każda władza powinna się rozliczyć. Tak było zawsze, nie tylko w Goleniowie. Obecnie rządzący jednak się do tego publicznie nie palą, prezentując zamiast pełnych podsumowań wyrywane z kontekstu pojedyncze fakty i sukcesy, przemilczając porażki. Przykładowo ludzie Burmistrza pokazali podsumowanie inwestycji 4-lecia na portalu Gminy, lecz to zaledwie jedna strona medalu. Gdzie reszta działalności? Czyżby nic więcej się nie działo i nie ma się czym pochwalić? Stąd może różne próby natychmiastowego wciągania innych kandydatów w środek wojny wyborczej, dla uniknięcia niekoniecznie świetnie wypadających rozliczeń. Ej, tak się nie godzi! Zatem naturalnym celem dzisiejszego felietonu będzie próba podsumowania kończącej się kadencji 2010-2014. Oczywiście subiektywnego, z konieczności ogólnego, lecz opartego na opiniach wielu innych osób.

Najpierw wesprę się robotą Naczelnego „Gazety Goleniowskiej”, tj. rozliczeniem za pół kadencji zawartym w obszernym wywiadzie z Robertem Krupowiczem sprzed około 2 lat. Przy okazji: gratulacje, Panie Leszku! Świetny wywiad, celny i merytoryczny, z odważnymi wnioskami. Streszczę tylko, mam nadzieję, że wiernie, główną myśl. Otóż Leszek Ozimek okazał rozczarowanie działaniem swojego rozmówcy. Wprawdzie Burmistrz zarządzał Gminą jak sprawny manager firmą, jednak do tego tylko się ograniczał. Burmistrz nie był wizjonerem, śmiało programującym przyszłość, lecz zaledwie administratorem. Nie był przywódcą, słuchającym ogółu mieszkańców i prowadzącym ich pewną ręką w znanym wszystkim kierunku, a człowiekiem sfrustrowanym i zniechęconym pracą, którą sobie inaczej wyobrażał. A nie tak miało być! Niestety, wywiad podsumował połowę kadencji i nie zapowiada się na dalszy ciąg. Jedynie pewne jest to, że od tamtego czasu Pan Burmistrz już bardzo polubił swoją pracę, a nawet postanowił ją, oczywiście dla naszego dobra, kontynuować.

Podpisuję się obiema rękoma pod tezami Pana Leszka. Krupowicz zawiódł nie tylko jego. Jest przeciętnym Burmistrzem, chimerycznym, egoistycznym. Sukcesy, których nie da się mu odmówić, mógł odnieść każdy inny na jego miejscu, bo polegały na sprawnym wydawaniu naszych pieniędzy. Krótko mówiąc: nie tak miało być!  No tak, lecz jak miało być? Z czego Burmistrza rozliczyć, skoro przed wyborami w 2010 r. nie przedstawił żadnego konkretnego programu? Zastąpiło go kila ogólnych haseł typu: kontynuacja, ale nie do końca; „nie” dla prywatyzacji sfery edukacyjnej; jestem silny siłą wspierających mnie ludzi; przerobię Goleniów w ogród; jestem niezależny. Wygrał wybory tajemniczy atrakcyjny nieznajomy, którego sam uścisk ręki wystarczał za program wyborczy. Inni opowiadali, co zrobią, Robert Krupowicz pięknie się uśmiechał. Każde z haseł czy obietnic zostało w realnym działaniu skarykaturowane. Podaję kilka spośród wielu przykładów. Przeciwnik prywatyzowania szkół i przedszkoli szybko rozdał, co było pod ręką;  wspierającym przyjaciołom powiedziało się „Good-bye” już dzień po wyborach; ogrodnik wycinał drzewa na potęgę, betonując centrum miasta; niezależny Wolny Strzelec w praktyce „zapisał się” do najlepszej partii. A ona, z wdzięczności, wystawi go jako kandydata w wyborach, oczywiście całkowicie niezależnego.

Inni pewnie wypomną RK więcej konkretów, ja miałem tylko ogólnie podsumować. By coś podsumować, trzeba jednak znać założone cele, a realizację porównać z zamiarami. Inaczej rozliczenie jest parodią: jeśli nie wiadomo co i ile było do zrobienia, dowolna realizacja daje 100% planu. Trzeba tylko po fakcie powiedzieć, że taki właśnie miał być efekt. Po drodze wykonanie dowolnego zadania należy oczywiście opatrzyć mianem sukcesu, poprzeć fotkami z przecinania wstęg, a wielu może się nabrać. Przykro mi zatem, ale podsumowania nie będzie. Nie da się go zrobić. Lepiej wybierzmy sobie teraz innego Burmistrza, którego da się uczciwie rozliczyć za kolejne 4 lata. Niech dobry wygra z przeciętnym.

03.10.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Kibice z pękiem granatów

03 gru

W jednej z piosenek Wojciecha Młynarskiego pobrzmiewał refren, który okazuje się nadal aktualny: „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?”. Fatum jakieś nas prześladuje, bo sukces, korki szampana strzelają, a tu „panowie spieprzyli” i zamiast radości – czarna rozpacz, darcie szat, kac moralny. Tą uwerturą zaczynam swoje przemyślenia na temat prawdziwych sportowych dokonań piłkarzy warszawskiej Legii i też prawdziwych pozasportowych „osiągnięć” działaczy klubu, a takoż dalszego ciągu tego wielkiego blamażu.

Faktów żaden dżentelmen nie podważa. Legia nasyciła nasze zdumione oczy niecodziennym obrazem, łojąc przyzwoitą europejską drużynę jak się patrzy, dwa razy pod rząd! A gdy rozłożeni na łopatki Szkoci już żebrali u sędziego „Kończ Waść, wstydu oszczędź!”, zadziałał syndrom „co by tu spieprzyć”: na boisku chwilkę pobył człowiek, którego tam być nie powinno. Działacze zaniedbali, czyli wykazali brak profesjonalizmu, znajomości przepisów, swojej roboty. Ich wina, ich wielka wina. I tyle, koniec, wracamy do domu oglądać naszą ligę kopaną, gdzie nam na europejskie salony się pchać w gumiakach… Może i byłby to koniec, gdyby nie nasz polski stosunek do prawa. Rozgrzeszające każde frajerstwo „nic się nie stało”.

Tu streszczam „pobitewne” komentarze olbrzymiej większości rozżalonych kibiców, wyrażone w telewizyjnych programach, internetowych postach, w prywatnych rozmowach. A brzmiały, po opuszczeniu brzydkich słów, mniej więcej tak: Skandal! Krzywda! Spisek! Za jakiś błąd w papierkach? Za regulaminowe duperele tak drakońska kara! Wysiudali nas z Ligi Mistrzów przy „zielonym stoliku”, kiedy na boisku się nie dało, no i 36 milionów z haczykiem w piach! Jakby szło o Real czy Bayern, to nikt by słowem nie pisnął, a naszych to się gnoi! A gdzie fair play, duch gry, gdzie sprawiedliwość? Przecież Celtic mógł odpuścić, a UEFA łaskawie odwrócić głowę. OK, przepis jakiś tam jest, ktoś tam coś nie dopatrzył, ale żeby tak z grubej rury? I było tego jeszcze dużo więcej w tym stylu…

Nie leży w naszej mentalności „Dura lex, sed lex”, twarde prawo, ale prawo. Powszechna polska tradycja prawo lekceważy. Bo trudne, nudne i narzuca nam tak wiele ograniczeń. A Polak wolnym jest i basta! Przestrzeganie prawa wymaga przewidywania skutków czynów przed ich popełnieniem. My wyżej cenimy sprawiedliwość. Kłopot w tym, że sprawiedliwość to pojęcie względne, a szukamy jej najczęściej już po fakcie. W naszym przypadku głos ludu mówi: co z tego, że Legia złamała przepis, skoro kara jest niesprawiedliwa? Zatem troszkę z historii: w roku 1987 w eliminacjach do Olimpiady w Seulu Duńczycy zbili nas w Szczecinie 2:0. Dziennikarz Roman Hurkowski (nie działacze PZPN!) dopatrzył się, że zagrał u nich nieuprawniony zawodnik. UEFA przyznała nam za ten mecz walkower i nie pamiętam, żeby ktoś w Polsce zaprotestował, że Duńczycy byli na boisku lepsi. Wtedy bez hipokryzji mówiliśmy: takie jest prawo, sprawiedliwość po naszej stronie. Stare dzieje – ktoś powie… No to przykład z ostatnich dni: na Mistrzostwach Europy wygrywający Francuz ściąga koszulkę i lekceważąc przepisy (a przede wszystkim rywali) finiszuje półnago. Hiszpanie składają protest, zwycięzca spada z podium, Krystian Zalewski zostaje srebrnym medalistą, zaś chór polskich kibiców… zgodnie milczy. Tym razem drakoński przepis był jednak słuszny. Ja też tak uważam, lecz tak samo myślałem o Legii. Dura lex… Zaś naszym ludziom z Goleniowa, Krystianowi i jego trenerowi Jackowi Kostrzebie, serdecznie gratuluję wielkiego sukcesu. Głupi gest Francuza nie umniejsza go ani o jotę. Brąz ceniłbym tak samo.

W „Samych swoich” gdy Pawlak wsiadał na furmankę jadąc do sądu na proces przeciwko Kargulowi (o kota), matka dała mu ostatnie granaty mówiąc: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie!”. Czy naprawdę wszyscy pamiętamy, że to jednak tylko komedia?

22.08.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Znowu drzewa przeszkadzają

03 gru

Nawet w sprawach, które mnie mocno ruszają, nie lubię „na ostro” polemizować z kimś, kogo dobrze znam. Bo jak to tak, dowalać kumplowi? Udowadniać mylne poglądy, wskazywać mielizny myślenia, może nawet twierdzić, że łże jak pies – a później spokojnie zaproponować kieliszek naleweczki… Obrazi się, mur beton, i znowu o jednego przyjaznego mniej. Lepiej poróżnić się z kimś obcym, takiego obtańcować nie żal. A okazja właśnie sama lezie w ręce, bo mnie jeden nieznajomy wkurzył. Otóż w poprzednim numerze „Gazety Goleniowskiej” niejaki „cm” chlapnął notkę o czymś, co mnie już dwa lata temu sprowokowało do wykrzyczenia własnego zdania. Idzie o największego wroga pewnej części ludzkości – topole mianowicie. Takie drzewa.

Ten jakiś „cm” (motyla noga, co to za nazwisko jest dziwne? W życiu nie znałem nikogo, który by się nazywał na małą literę!) doniósł z zachwytem o kolejnym sukcesie naszej władzy lokalnej, której udało się nareszcie wyrżnąć wszystkie topole rosnące przy Gimnazjum nr 2 przy ul. Norwida. Ich liczne wady „cm” wyłuszczył skrupulatnie, bo bez tej wyliczanki nikt by nie zgadł przecież, czemu władza chwyciła za piłę. Wredne były strasznie, bo: 1) były stare, posadzone w latach sześćdziesiątych, a więc kruche; 2) zaśmiecały otoczenie liśćmi, kwiatami i łamiącymi się gałęziami; 3) pyliły, a ten pyłek to wręcz trucizna dla alergików. Tyle on, teraz ja. Wyjdę jak nic na zwariowanego zielonego ekologa i szurniętego miłośnika topól, bo skoro cały chór powtarza tę samą pieśń, pewnie tak to zabrzmi. Przy wtórze tejże pieśni masowej z refrenem „przecież to chwast”, ostatnio w Polsce topole padają totalnie eksterminowane tylko dlatego, że są topolami. A wszyscy rżnący plotą beztrosko te same bezpodstawne i ogłupiające argumenty, jak mój nieznajomy „cm”. Jaka zaś jest prawda?

1) Topole rekordowo dożywają 300 lat; mało, gdzie im do dębów. Te przy gimnazjum miały około 50 lat. Gwoli przypomnienia: okazy wycięte dwa lata temu przy „Orliku” na ul. Szkolnej, o których hekatombie już kiedyś pisałem, były ponad 100-letnie, a nigdy nie uległy żadnym istotnym uszkodzeniom. Więc „staruszki” przy Norwida mogły jeszcze żyć długo.

2) Topole są kruche, lecz wcale nie aż tak, jak twierdzą ich wrogowie. Wichura, która przeszła przez Kraków w sierpniu 2007 r., dostarczyła ciekawych danych. Ten największy kataklizm na przestrzeni wielu lat zniszczył liczne drzewa. Wśród 23 miejscowych gatunków topole, powszechnie posądzane o kruchość i łamliwość, znalazły się w grupie średniego ryzyka. Najłatwiej łamały się klony, brzozy, lipy i robinie, niebezpieczne okazały się świerki i bożodrzewy. Dendrolodzy mówią o topolach, że jeśli wcześniej dba się o pielęgnację, właściwe prowadzenie, ostre przycinanie gałęzi – minimalizuje to zagrożenie. Przycięte drzewa stawiają mniejszy opór wiatrowi, a młode gałązki odrostów są elastyczne i się nie łamią. Jeśli zaś o drzewa w mieście się nie będzie dbało, z każdego coś kiedyś spadnie. Liście spaść po prostu muszą. Drzew bez liści jeszcze nie wynaleziono – na szczęście.

3) Pylenie… Ludzie mylą niewidoczne dla oka pylenie topól z ich pierzeniem. Topole pylą pod koniec kwietnia, a puch pojawia się przynajmniej miesiąc później. Alergenem (bardzo słabym!) są tylko pyłki topoli. Ich obecność odczuwa jedynie 1 % wszystkich alergików! Pierzenie topól przypada na ich nieszczęście na okres pylenia traw i zbóż. By pomóc alergikom najpierw należałoby usunąć ze środowiska wszystkie trawy i zboża – głównych sprawców alergii, a potem drzewa. Owoc topoli – roznoszony przez wiatr biały puch – nie ma wcale właściwości uczulających. Bardziej chyba drażni niektórych fakt, że zaśmieca okolicę. Jednak nawet po psach musimy codziennie sprzątać; po drzewach – tylko czasami.

W ostatnich 3 latach w Goleniowie wycięto więcej drzew, niż przez cały okres powojenny. Ja rozumiem, taki władza ma gust. Betonowe placyki sprzątają się łatwo, zaś z drzewami same problemy. Do posadzenia 90 nowych drzew na „Orliku” nic ich nie zmusi, nawet decyzja Powiatu, nieskuteczna już od ponad dwóch lat. Ot, wyższa kultura, kultura betonu…

18.07.2014

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Stare felietony GG