RSS
 

Archiwum - Luty, 2015

Wnioski złożone na V sesji Rady Miejskiej 25 lutego 2015 r.

27 lut

1. Ul. Józefa Sorysa w Goleniowie, łącząca ul. Pocztową i Witosa, w całości jest tak zwaną pieszo-jezdnią. W praktyce jest to droga przeznaczona zarówno dla ruchu pieszych, rowerzystów, jak i pojazdów samochodowych. Nie ma tam ani chodnika, ani ścieżki rowerowej, brak też fizycznej możliwości ich wykonania. Są na niej dwa ostre zakręty o 90 stopni, przy których widoczność jest bardzo ograniczona z obu stron. Ulicę oznakowano znakiem drogowym D-40,

Znak D-40 "Strefa zamieszkania". Kierowco, naprawdę wiesz, co tu wolno ci robić?

Znak D-40 „Strefa zamieszkania”. Kierowco, naprawdę wiesz, co tu wolno ci robić?

czyli jest to tak zwana „strefa zamieszkania”. Teoretycznie w takim obszarze pieszy może się poruszać swobodnie po całej udostępnionej do użytku publicznego przestrzeni i ma pierwszeństwo przed pojazdami. Kierujący musi ustąpić pieszemu w każdym wypadku. Obowiązuje ograniczenie prędkości pojazdów do 20 km/h. W takiej strefie wolno parkować pojazdy jedynie w miejscach do tego wyznaczonych. W praktyce przepisy te nie są kierowcom chyba znane. Na ul. Sorysa od strony ul. Pocztowej niemal zawsze parkują pojazdy, zawężając i tak wąskie przejście, choć nie ma tam żadnego znaku zezwalającego na parkowanie.

Wejście na ul. Józefa Sorysa od strony ul. Pocztowej. Brak jakichkolwiek znaków odnośnie parkowania. Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Wejście na ul. Józefa Sorysa od strony ul. Pocztowej. Brak jakichkolwiek znaków odnośnie parkowania.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

A przecież jeśli go brak, to nie wolno parkować! Kierowcy poruszają się po tej uliczce często znacznie szybciej niż dozwolone 20 km/h. Myślą prawdopodobnie, że wolno się tu poruszać tak samo, jak w „terenie zabudowanym”, czyli do 50 km/h. Stwarza to wielokroć zagrożenie dla pieszych i rowerzystów, którzy w wypadku kolizji są zawsze w słabszej pozycji. Łatwo w tej sytuacji o nieszczęśliwy wypadek.

Mieszkający w okolicy proszą o postawienie na tej ulicy znaków informacyjnych przypominających o ograniczeniu prędkości pojazdów do 20 km/h, gdyż ich tam obecnie nie ma, oraz odpowiednie oznakowanie strefy parkowania.

Tabliczka z nazwą ulicy "J.Sorysa". Kto z młodszych mieszkańców Goleniowa wie, o co chodzi? Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Tabliczka z nazwą ulicy „J.Sorysa”. Kto z młodszych mieszkańców Goleniowa wie, o co chodzi?
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Od siebie dodam, że tabliczka z nazwą ulicy „J. Sorysa” jest jednak zbyt oszczędna i lakoniczna. Nie każdy mieszkaniec wie, co się pod literką „J” kryje. Lepiej podać pełne imię Zasłużonego Mieszkańca Gminy Goleniów doktora Józefa Sorysa, a jego postać warta jest przypominania. Jeżeli gmina nadaje tak godne tytuły nielicznym przecież mieszkańcom, a jeszcze mniej licznych honoruje nadaniem ulicom ich imienia, tak drobny ukłon z naszej strony to nie łaska, lecz obowiązek.

2. Około 2 tygodnie temu na terenie firmy IKEA Industry przy ul. Witosa wycięto kilkanaście wysokich, około 50-letnich topoli, identycznych jak te, które w 2012 r. gmina wycięła przy „Orliku” na ul. Szkolnej.

To była topola  Zdjęcie: www.wycinkadrzewwarszawa.pl

To była topola
Zdjęcie: www.wycinkadrzewwarszawa.pl

Proszę o odpowiedź, na takie pytania: czy odbyło się to legalnie na podstawie decyzji właściwego organu?; jeśli tak, to co było uzasadnieniem wydania takiej decyzji?; czy podmiot wycinający topole zobowiązany został do nasadzenia jakichś nowych drzew?

Odpowiedzi na wnioski

 

Odpowiedzi na wnioski złożone na IV sesji Rady Miejskiej 16.01.2015

21 lut

Moje wnioski z IV sesji:

odpowiedzi na wnioski 1 i 2

Mój komentarz:

Odnośnie wniosku nr 1, wspólnego z radną Haliną Nebratenko, to nie wiem, co mam myśleć. Pozornie wszystko OK, bo i firma STRABAG wyrówna teren, i uzupełni ubytki na wiosnę, i mieszkańcom wszystko jakoby już w grudniu wyjaśniono. Sprawa zatem załatwiona. Akurat! Albo mieszkańcy nie rozumieli, że im to już wyjaśniono, albo nie podoba im się obiecane rozwiązanie, bo prosili radnych o interwencję. Sama odpowiedź wyraźnie także wskazuje, że sprawa załatwiona będzie „po łebkach”, prowizorycznie, spychologicznie i „na odwal się”. Przecież Burmistrz Zajko stwierdza, że: „(…) teren będzie (…) zawsze niezwykle trudny do utrzymania (…); wymaga, by woda deszczowa została na nim prawidłowo zagospodarowana. (…) docelowym rozwiązaniem problemu jest utwardzenie terenu i podłączenie kanalizacji deszczowej przez właścicieli placu”. Prawda! On tym samym nie zapowiada, że gmina się w to włączy z pomocą, lecz jedynie przerzuca finalne załatwienie sprawy na właścicieli terenu. Jasne, ktoś jeździł im pół roku po ich własnym gruncie na zlecenie gminy, ubił przepuszczalny żwir na twardą skałę, a teraz się ich z tym zostawia i radzi, by sami to sobie załatwili.

Takie maszyny skutecznie ubiły grunt przed garażami  Zdjęcie: szczecinbiznes.pl

Takie maszyny skutecznie ubiły grunt przed garażami
Zdjęcie: szczecinbiznes.pl

Oczywiście nikt tego terenu uprzednio od nich nie wynajął, żeby z odłożonych pieniędzy mogli sobie później sami wykonać remont. Ani dziękuję, ani pocałuj psa w nos. A może by tak zaproponować „garażowiczom” jakieś uczciwe, a za to docelowe rozwiązanie?

Połączę powyższe uwagi z odpowiedzią na wniosek  nr 2, która mnie całkowicie nie zadawala. Ona mówi tylko o tym, że teren, na którym faktycznie przebiega nieoficjalna ścieżka, jest własnością prywatną (chyba „garażowiczów” właśnie). Gmina zatem nie będzie na nim żadnych prac prowadzić. Nie o taką informację mi chodziło. Domyślałem się, że to grunt prywatny. Jednak jest używany publicznie i nieodpłatnie przez mieszkańców, zaś właścicielom garaży z pewnością zbędny. Chciałem wiedzieć, czy władze poczuwają się do potrzeby załatwienia tej sprawy docelowo, z pożytkiem dla wszystkich. Gdyby gmina podjęła wysiłek porozumienia się z właścicielami odnośnie nabycia praw do tego gruntu, następnie mogłaby już zagospodarować teren. Na przykład nabywając grunt jako darowiznę, w zamian za pomoc w załatwieniu sprawy skanalizowania terenu przed garażami. Myślę, że mogłoby być to dla właścicieli atrakcyjne. Pytanie tylko, czy gmina chce to zrobić. W odpowiedzi nic na ten temat nie wspomniano. Brzmi ona zatem prosto: „nie da się”. Przykro mi, nie wierzę, że się nie da. Dużo bardziej skomplikowane sprawy na styku z prywatnymi właścicielami gruntów załatwiano już w tej gminie. Trzeba tylko chcieć i nad tym popracować. A czy Panu się chce coś w tej sprawie zrobić, Panie Burmistrzu?

odpowiedź na wniosek 3

Mój komentarz:

Wszystko właściwie już skomentował Paweł Palica w notatce „Przesadzili” z „Gazety Goleniowskiej” z 13.02.2015 r. Oto, co napisał:

Tuje za topole

Tuje za topole

Co mogę dodać? Otóż decyzja Starostwa Powiatowego nic nie wspominała o możliwych nasadzeniach zastępczych, w szczególności nie wskazując żadnego zamiennego terenu dokonania nasadzeń. Po prostu nakazała obsadzić teren po wyciętych drzewach innymi 90 drzewami. Odkąd to ktoś podlegający nakazowi decyzji administracyjnej sam decyduje o sposobie jej wykonania? Bez odwołania od decyzji, jej zmiany, podjęcia innej? Nie wiem, czy tych nowych tuj na Plantach było 90, ale dziś już i tak wiele z nich zmarniało. Po prostu, tuje nie są drzewami bagiennymi, zaś przy Strudze Goleniowskiej przez co najmniej pół roku ich korzenie przebywają w wodzie. Sadzenie tuj nad wodą jest zwyczajnie sprzeczne z naturą.  Przypomnę, że posadzono je „zamiennie” za wierzby, które rosły tam świetnie aż do chwili wyrżnięcia. Pewnie nie trafiały w czyjś wysublimowany gust, a może, tak jak topole, wierzby to też chwasty? Tuje natomiast to sama szlachetność; szkoda, że nie rosną na rozkaz.

Po co w gminie ktoś wpadł na pomysł szukania zastępczych terenów dla tych nasadzeń? Nie mam pojęcia, czy drzewa rodzaju Thuja [rodzaju, nie gatunku!] przy Strumyku Goleniowskim [nie przy „strumyku goleniowskim”; nazwy własne pisze się po polsku wielkimi literami, a ta rzeczułka tak się właśnie nazywa] były bardziej potrzebne, niż drzewa przy „Orliku” na Szkolnej. Pewnie i jedne, i drugie byłyby w swoim miejscu bardzo przydatne. Skąd zatem „zastępczość”? Gmino, sadź drzewa, kiedy ci to nakazują, a nie wij się w wyjaśnieniach, co zastępuje co. Z odpowiedzi wynika także, że teren przy Niemcewicza i Barnima I nie będzie obsadzany drzewami po zakończeniu zadania. Przecież głogi na „Orliku” zasadzi się kiedyś zastępczo za wyrżnięte drzewa z Niemcewicza/Barnima. Czyżbyśmy musieli poczekać na następne rżnięcia, za które zastępczo pojawiłyby się drzewa w tym miejscu? Obawiam się, że teren zostanie łysy.

Jeżeli kogoś temat wycinania drzew w Goleniowie interesuje trochę bardziej, odsyłam do moich starych felietonów: „Goleniowska masakra piłą mechaniczną” i „Znowu drzewa przeszkadzają”.

odpowiedź na wniosek 4

Mój komentarz:

Zrozumiałem tyle: 1) zmiana organizacji ruchu została zaplanowana w roku 2012, a zatwierdzili ją wszyscy, co potrzeba; 2) zgodnie z tym projektem zrobiono oznakowanie; 3) zdarzało się mimo to, że cytuję: „samochody przejeżdżali przez miasto”, ale w 2013 już wszystko było OK; 4) od czasu zaczęcia remontu ul. Szkolnej w 2014 problem wrócił, mimo że na zjeździe na Goleniów z S3 stoi znak informacyjny; chyba jednak z tym oznakowaniem było coś nie tak, bo gmina zwróciła się do GDDKiA z wnioskiem o dodatkowe oznakowanie na węźle drogowym; 5) oczekujemy na odpowiedź; 6) na ul. Andersa ustawiono dodatkowe oznakowanie informujące o sposobie jeżdżenia w centrum miasta; 7) firma IKEA do chwili skończenia remontu ul. Szkolnej mogła oficjalnie przez tę ulicę przejeżdżać od ronda przy szpitalu; 8) policja kontroluje kierowców i wali mandaty, kiedy trzeba.

Po kolei: punkty od 1) do 3) to historia. Mój wniosek dotyczył sytuacji obecnej, czym zajmuje się dopiero punkt 4). Mówi on, że oznaczenie było, lecz sama gmina dostrzegła jego niewłaściwość. Po co by inaczej zwracała się do GDDKiA z wnioskiem? No i choć sam remont się już skończył, to do dziś odpowiedzi nie ma (punkt 5). Gdy kiedyś być może przyjdzie, to już nikogo nie będzie obchodziła – musztarda po obiedzie. Wymieniona w punkcie 6) ul. Andersa to środek miasta. Jak ma tam postąpić nieuważny kierowca TIRa, który nieuprzedzony przed zjazdem do miasta już tu dotarł? Przy normalnym ruchu wykręci w pół godziny, blokując całe centrum. Wspomniana w punkcie 7) firma IKEA to raczej setki innych firm, które na rzecz IKEI jeżdżą i dla niej wożą. Nie oburzyło mnie, że dla nich tymczasowo udrożniono wjazd do IKEI ul. Szkolną od ronda do skrętu w ul. Witosa, lecz że tej trasy i wjazdu nie oznakowano właściwie. Kierowcy przegapiali malutką strzałkę na barierce przed samym skrętem, przez co ładowali się w sam środek rozkopanej ul. Szkolnej. Wielokrotnie próbowali wykręcać przez wąskie uliczki osiedlowe wśród bloków GTBS, a to już był prawdziwy horror. I co, spokój sumienia? Próbowałbym raczej wszystko to dogadać najpierw z GDDKiA, pooznaczać zmianę organizacji ruchu odpowiednio wcześniej gdzie tylko się da, przed wszelkimi wjazdami do miasta, a dopiero wtedy zabrałbym się za konsumowanie punktu 8).

odpowiedź na wniosek 5

Mój komentarz:

Dobrze, zapowiada to dalsze działanie dla rozwiązania sprawy. Poczekam.

Kliniska basen ppoż ciąg dalszy

odpowiedź na wniosek 6

Mój komentarz:

Wypunktujmy znowu, co zawiera odpowiedź. 1) prowadzi się bieżącą weryfikację deklaracji; 2) gdy mieszkamy w domu jednorodzinnym deklarując selekcjonowanie odpadów musimy je gromadzić w workach do tego przeznaczonych (co z nimi mamy robić, gdy się napełnią?; na jakie odpady musimy mieć worki? ile frakcji trzeba oddzielać, by uznać że właściciel dopełnił obowiązku selekcjonowania i zasługuje na niższą opłatę z tego tytułu? – na te pytania odpowiedzi nie znam); 3) odbierające odpady PGK musi informować gminę o stwierdzeniu przypadków mieszania odpadów przez właściciela (jak następuje to stwierdzenie? czy zawiązane worki są otwierane?; czy właściciel powinien być obecny w momencie odbioru odpadów, by mógł się odnieść do ewentualnych zastrzeżeń?; czy wystarczy samo oświadczenie PGK o stwierdzeniu mieszania odpadów?; jeśli mieszka w jednym miejscu więcej niż 1 właściciel, skąd wiadomo, które worki są jego? – kolejne pytania, na które odpowiedzi nie znam); 4) gdy mieszkamy w zabudowie wielorodzinnej i deklarujemy selekcjonowanie, głowa nas boleć nie musi o nic. Tu pytań nie mam żadnych, bo sprawa jest jasna: pojemniki na różne frakcje stoją na mieście; przyjęto zatem teoretycznie, że tam wrzucamy nasze selekcjonowane odpady, choćbyśmy niczego nie selekcjonowali i po mieście łazić nam się z workami nie chce; i tak tego nikt nie sprawdzi, gdyż nie wiadomo, które śmieci są nasze; a kiedy w pojemnikach przy naszym bloku ktoś znajdzie zmieszane odpady, i tak może nam nagwizdać, bo nie wiedząc, co myśmy wyrzucili i gdzie, ukarać nas nie można.

Skutki segregacji odpadów w obecny sposób

Skutki segregacji odpadów w obecny sposób

Odpowiedź jest rozbrajająco szczera, jak bezradne rozłożenie rąk. Przykro mi, ale w takim „systemie” żaden człowiek mieszkający w bloku odpadów selekcjonować nie będzie. Jeżeli zaś jeszcze nie wybrał sobie dotąd niższej ceny za wywóz odpadów, to jest po prostu beznadziejnym filantropem, za frajer dopłacającym do czegoś, za co bez wyrzutów sumienia i legalnie może płacić prawie 30% taniej. Jesteśmy narodem inteligentnym, zaradnym, a działalnością charytatywną zajmujemy się kiedy indziej – na pewno nie oddając swoje śmieci do odbioru. Hej, blokowicze, czy jest jeszcze wśród was jakiś przepłacający frajer?

Frajerzy natomiast mieszkają w domkach jednorodzinnych. Im niczego do ogólnodostępnych pojemników wrzucać nie wolno. Muszą udowodnić, że selekcję prowadzą na swojej posesji, nie znając zresztą sposobu prowadzenia weryfikacji, czy robią to właściwie. Osoby uczciwe, szczere i praworządne oczywiście segregacji zadeklarować po prostu nie mogą. Wolą uniknąć z tym jakichkolwiek kłopotów i dopłacić parę złotych więcej. Jest to faktycznie cena za spokój. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy i dlaczego ktoś zakwestionowałby prowadzanie selekcji, gdyby mu się zechciało. A jak miałbym udowodnić, że do mojego worka ze zużytymi bateriami, który przecież faktycznie jest ogólnodostępny, skórkę od banana wrzuciłem nie ja ani nikt z moich domowników, lecz jakiś leniwy przechodzień? Leń paskudny, bo mu się nie chciało iść z tą skórką pół kilometra do zwykłego ulicznego kosza na śmieci (taki mniej więcej jest dystans od kosza na śmieci, który stoi na mojej ulicy Szkolnej w pobliżu do następnego najbliższego).

Nie spodziewałem się, że sprawa odbioru odpadów komunalnych może być probierzem sumienia mieszkańców gminy: kłamać legalnie i mniej płacić, czy frajersko mówić prawdę i płacić więcej. Pewnie do tego tematu trzeba będzie jeszcze wrócić…

 

Opozycja kolaboruje z koalicją i trafia za kraty!

14 lut

Ale mam temat! Opozycja kolaboruje, czyli współpracuje. Otwarcie, bez żadnych wyrzutów sumienia, a nawet z dużą radością i przyjemnością. A wszystko to na dodatek dzieje się w więziennych murach, i to jeszcze prawie na golasa. Czyli temat na sensacyjny thriller polityczny, przyprawiony kryminałem i erotycznym dreszczykiem. To się musi sprzedać w dużym nakładzie! Nareszcie zarobię kupę szmalu!

Dobra, żartowałem, będzie lekko, łatwo i przyjemnie. A nawet krótko! Jak na moje dotychczasowe pisanie o tym, co „W Radzie piszczy”, rekordowo przyjemnie. Otóż w zeszłą sobotę 7 lutego miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć jako zawodnik „Drużyny Samorządowców” w prawdziwym turnieju siatkówki. Wszyscy inni grający samorządowcy też doznali podobnie miłych wrażeń towarzyskich. A odbyło się to wszystko w ramach „Dnia Otwartego Zakładu Karnego w Goleniowie”.

Jeśli komuś wydaje się, że otwarty dzień w zakładzie zamkniętym brzmi dość surrealistycznie, to co do nazwy imprezy może mieć nieco racji. Zaś co do jej treści – już nie. Otóż niewielu goleniowian miało okazję obejrzeć od środka to, z czego od zawsze nasze miasto jest dość znane w Polsce, czyli zakład karny. Niektórzy mówią, że może i dobrze. Ależ ja nie zachęcam do dłuższego pobytu, jedynie do zapoznania się z obiektem naszej „chluby”.

Zakład Karny w Goleniowie. W tym wysokim "kościele"

Zakład Karny w Goleniowie. W tym wysokim „kościele” jest właśnie sala sportowa
Zdjęcie: Remigiusz Józefowicz

Więzienie stoi „od zawsze”, czyli od przełomu wieków XIX i XX. Może Państwo nie wiecie, że budowa tego zakładu była jednym z największych zadań inwestycyjnych państwa niemieckiego na terenie Gollnow. Pochłonęła wiele milionów bismarckowskich dojczmarek. Na terenie kilku hektarów znajdują się tu dziś nie tylko prawie zabytkowe już budynki więzienne, ale i obiekty postawione współcześnie, nawet w ostatnich latach.

Niepotrzebnie reklamuję, bo wielu goleniowian z okazji skorzystało i zobaczyło na własne oczy tak niezwykłą turystyczną atrakcję. Grupy odwiedzających oprowadzane były przez pracowników zakładu, którzy mówili dużo i chętnie o obiekcie, swojej w nim pracy i życiu za murami. Ponieważ taki „Otwarty Dzień” będzie ponawiany w następnych latach (tak obiecują władze Zakładu), chętni do zobaczenia naszego Alcatraz będą jeszcze mieli szansę. W trakcie Dnia można było na przykład pobiec na dystansie 10 okrążeń wokół więzienia. Taka niepowtarzalna szansa spotkała 50 biegaczy. Tym niewielu może się pochwalić – ponad 5 km nie na stadionie czy w lesie – ale wzdłuż więziennych murów. Inni zaś mogą opowiadać wnukom, że grali w więziennym turnieju siatkówki w jedynej w naszym województwie więziennej sali gimnastycznej. Byliśmy w ten sposób dodatkową ruchomą atrakcją dla zwiedzających, patrzących na nas nieco podejrzliwie. Wszystkich znajomych informuję, że wyszliśmy normalnie, bramą, i to tego samego dnia.

W turnieju zagrały dwie drużyny „gospodarzy”, czyli pracowników Zakładu Karnego i skazanych odbywających swoje kary w goleniowskim zakładzie, zaś gościnnie żołnierzy jednostki wojskowej w Glewicach i właśnie nasza samorządowa ekipa. Nie tylko „gminna”, bo podporą składu był przede wszystkim Starosta Powiatu Goleniowskiego Tomasz Kulinicz. Pozostali zawodnicy pochodzili spośród radnych goleniowskiej Rady Miejskiej: Marzena Pach, Łukasz Mituła, Łukasz Dykowski, Artur Panek, Marcin Gręblicki, Wojciech Łebiński i ja, Ireneusz Zygmański.

Takie zestawienie drużyny uciszy zapewne wszelkiej maści malkontentów. Pełna współpraca nie tylko radnych pochodzących z przeróżnych opcji politycznych i ław przednich, środkowych, a nawet tylnych, ale nawet z różnych szczebli lokalnego samorządu, to zapewne ewenement na skalę wojewódzką, co najmniej. Poza tym dała nam ona pełną satysfakcję i wspaniały efekt, czego dowodem są nasze dumne miny na zdjęciu, gdy dzierżymy puchar za wygranie turnieju!  

Ojtam, oj tam, z tym sportowym sukcesem to trochę naciągnąłem, choć nie skłamałem ani trochę. Puchar widoczny na zdjęciu rzeczywiście dzierżyliśmy w rękach. Pozując z nim przez minutę do zdjęcia, pożyczywszy sobie ze stołu, na którym czekał na wręczenie zwycięzcom. Wcale nie oszukiwaliśmy, chcieliśmy go sobie tylko potrzymać. Bo wygrali go na własność inni, czyli niegościnni gospodarze, pracownicy ZK.

To my - samorządowcy Zdjęcie: Anna Wolska

To my – samorządowcy
Zdjęcie: Anna Wolska

My zajęliśmy za to zaszczytne czwarte miejsce, co uznaliśmy za olbrzymi sukces. Przecież to zaraz za pudłem! A poza tym jako jedyni mieliśmy w składzie kobietę (Marzena Pach), Starostę (wiadomo, Tomasz Kulinicz), Przewodniczącego Rady Miejskiej (wiadomo, Łukasz Mituła), niemal zamęczonego na śmierć biegiem wokół więzienia (Wojciech Łebiński), aż dwóch ludzi ze wsi (Łukasz Dykowski i Marcin Gręblicki), chyba najniższego ze wszystkich zawodników (Artur Panek) i na pewno najstarszego zawodnika (czyli mnie). W tej sytuacji uznać należy, że jesteśmy zwycięzcami moralnymi, a przecież to się w Polsce najbardziej ceni.

To już kończę, bo miało być krótko. Co, że golizny nie było? Zapomniałem, przepraszam. To tu patrzcie, na to zdjęcie: czy nie piękne męskie akty? A nawet ślepy widzi, że ten wspólny blok ponad podziałami po prostu musi się udać! Zakonotujcie sobie też to zaangażowanie, wolę walki, świetne ustawienie na boisku w obronie! Wyborco, dobrze głosowałeś! Tak walczą wasi wybrańcy. Bo nad całą Odrą i Nysą to najlepsze – my som!

Za chwilę pewnie będzie czapa Zdjęcie: Anna Wolska

Za chwilę pewnie będzie czapa
Zdjęcie: Anna Wolska

 

Asystent burmistrza do spraw komunikacji społecznej – z czym się to je?

10 lut

Zaczepiają mnie od kilku dni różni tacy i nagabują na komentarze. Najczęściej pytają z różnymi złośliwymi intencjami, ale ja się nie daję w nie wciągać. Dość mam już tego indywidualnego zaczepiania, zatem postanowiłem raz na jutro napisać, co o tym wiem i myślę.

Zaraz, nie powiedziałem, o co mnie pytają ci różni? No o Cezarego przecież. Martyniuka. Asystenta burmistrza od niedawna. Ci pytacze mówią tak: no bo ty go znasz, to wiesz, czy się nadaje. Albo: jesteś radnym, w gminie pracowałeś, to się na tym znasz. Albo tak: nie wiem, co mam o tym myśleć, nakieruj mnie. I tym podobnie. A ja im mogę tylko powiedzieć: kochani, wiem tyle, co wy. Czerpię wiedzę z tych samych źródeł, ba, jednego tego samego źródła. Konkretnie z notki w „Gazecie Goleniowskiej” z dnia 30 stycznia tego roku.

Stoi tam czarno na białym, że od 1 lutego Burmistrz Robert Krupowicz zatrudnia znanego goleniowskiej, powiatowej i regionalnej publiczności redaktora „GG” i „Kuriera Szczecińskiego” Cezarego Martyniuka jako asystenta odpowiedzialnego za komunikację społeczną.

Cezary Martyniuk, asystent burmistrza.

Cezary Martyniuk, asystent burmistrza.
www.goleniowska.com

Niżej określa się to stanowisko jako „PR-owca”, a głównym jego zadaniem ma być ponoć „aktywne przekazywanie informacji o działaniach podejmowanych przez gminę w mediach społecznościowych”. Można to rozumieć tak, że asystent będzie informować burmistrza o tym, co gmina robi na portalach społecznościowych. Może jednak chodzi o to, że ma on na tych portalach informować, co robi gmina. Jak mam to komentować, skoro sam tego nie rozumiem? No, ale tak w świat poszło, a autor pomysłu, czyli burmistrz, niestety na ten temat nigdzie się nie wypowiadał publicznie, co by mogło sprawę doprecyzować. Może będzie jeszcze okazja zapytać?

Jako przyczynę tworzenia stanowiska burmistrz podał własne problemy z napastliwą, wręcz paszkwilancką krytyką doświadczaną w trakcie kampanii wyborczej ze strony jednego z lokalnych mediów. Burmistrz nie wspomniał nazwy tego strasznego agresora, lecz autor notki łatwo domyślił się samodzielnie, że chodzi o „Puls Goleniowa”, redagowany przez Pana Andrzeja Lewka. Ja nie był bym jednak taki pewien, że redaktor (pp) dobrze się domyślił.

Po pierwsze, „Puls Goleniowa” po wyborach zamilkł. Nie wiemy, czy czasowo, czy na stałe, ale fakt jest prosty: od dwóch miesięcy żaden medialny paszkwilant już burmistrza nie napada. Po co zatem zatrudniać ochroniarza, jeśli zniknęło zagrożenie? Po drugie asystent ma się jakoby zajmować portalami społecznościowymi, zaś „Puls Goleniowa” to była klasyczna, papierowa gazeta. Jaka tam gazeta, tygodnik nawet. Po trzecie: zgodnie z uzyskaną odpowiedzią burmistrza na mój wniosek nr 2 z III sesji Rady Miejskiej, Robert Krupowicz nie będzie reagować na krytykę prasową, jeśli nie zostanie mu ona dostarczona. Widocznie na „Puls Goleniowa” nie reagował, choć go napastliwie krytykował, z tego właśnie powodu – nie przesyłano mu krytycznych artykułów. Czyżby jednak to miało ulec zmianie, a uzyskana przeze mnie z datą 9 stycznia odpowiedź burmistrza była już nieaktualna zanim upłynął miesiąc? Nie chce mi się wierzyć, że Burmistrz Krupowicz mówi jedno, a robi drugie. Każdy polityk przecież wie, że kłamać nie wolno. Można nie mówić całej prawdy, nieco ją owijać w bawełnę, ale przecież odpowiedź burmistrza była do bólu konkretna. Nie śmiem nawet przypuszczać, że sam skromną interpelacją wywołałem niechcący ten temat.

Co do osoby Cezarego Martyniuka… Tak, znam od lat, prywatnie i służbowo, lubię i za wiele rzeczy szanuję. Nie za wszystkie, ale ideałów to po świecie chodzi raczej mało. Życzę mu powodzenia na nowej posadzie i mam nadzieję, że nada temu stanowisku jakiś prawdziwy, rzeczywisty sens. To znaczy, że liczę na wykorzystanie jego doświadczenia dla poprawy działania gminy (nie tylko samego burmistrza!) w ważnym zakresie, który przecież w interpelacji poruszyłem, a nawet ośmieliłem się negatywnie krytykować. Uważam, że organy gminy powinny wyjaśniać wszelkie aspekty swego postępowania, jeżeli tylko zachodzi do tego okazja. Nie dla chwalenia i ubóstwiania rządzących, ale wyjaśniania wobec obywateli motywów podejmowania decyzji i przyjętych metod realizacji tychże decyzji. A kto może tym się lepiej zająć, niż doświadczony dziennikarz? Człowiek pióra, znający od podszewki swą własną gminę, korzenie wielu spraw, z definicji profesji zobowiązany do obiektywności i szacunku dla faktów? Życzę Cezaremu, żeby nie miał na co dzień kłopotów pogodzenia pracy dla swego szefa z kontynuowaniem dziennikarskiej pracy w mediach. Czy to będzie łatwe – zupełnie inna para kaloszy.

Ze swej strony obiecałem Cezaremu, że nie będę podchodził do jego nowych obowiązków z uprzedzeniem, a tym bardziej do jego osoby jako realizatora tych obowiązków. W pierwszych dniach lutego, kiedy o tym rozmawialiśmy, nie znał jeszcze szczegółowego zakresu zadań, który burmistrz przed nim stawia. Nie dziwię się, to zupełnie nowe stanowisko w urzędzie, trudno z góry przewidzieć wszystkie szczegóły. Jak sam stwierdził: „Teczki za burmistrzem nosić nie będę.” Co nie zmienia faktu, że zakres pracy na stanowisku asystenta burmistrz wkrótce określić powinien. Przecież powstanie tego etatu to autorski pomysł Roberta Krupowicza, a z przepisów wynika, że jest to posada podlegająca rygorom obowiązującym pracowników samorządowych.

No właśnie, a co na to prawo? Też miałem takie pytania, szczególnie osób pamiętających dawne przepisy w tym zakresie. Ustawa z dnia 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych nie jest już aktem nowym, zdążyła obrosnąć zarówno nowelizacjami, jak też ukształtowały się pewne praktyki z nią związane. Jest jednak aktem na tyle nowym, że pewne jej rozwiązania ciągle nie są znane szerokiej publiczności. Tak właśnie jest ze stanowiskami asystentów i doradców. Stąd niżej podaję garść najważniejszych informacji o tej kategorii pracowników samorządowych.

Przepisy ustawy zasadniczo uporządkowały zatrudnianie urzędników w gminach. Dziś w urzędach gmin mogą pracować osoby, które spełniają ustawowe wymagania. Dano jednak kierownikom urzędów (wójtom, burmistrzom i prezydentom) możliwość zatrudniania asystentów i doradców na stanowiskach nieurzędniczych, o czym mówi art.17.1 ustawy. Są oni także pracownikami samorządowymi, ale nie urzędnikami. Nabór tych osób jest prosty. Burmistrz może asystenta lub doradcę zatrudnić właściwie z dnia na dzień, bez przeprowadzania konkursu. Jedynym warunkiem jest posiadanie środków w budżecie na ich pensje. Nie jest to warunek trudny do spełnienia, jeśli burmistrz „dobrze żyje” z radą gminy. Uchwala ona przecież budżet hasłowo nazywający rodzaje wydatków, w tym także na płace urzędu gminy, bez drobiazgowego określania ilości stanowisk, a tym bardziej ich rodzaju. To burmistrz jest szefem urzędu, który decyduje, jakich i ilu pracowników mu potrzeba. Radni czasem garną się do współszefowania, ale nie oni rządzą w tej sprawie.

Ustawa ogranicza ilość stanowisk asystentów i doradców. W gminie do 100 tys. mieszkańców (czyli takiej, jak nasza) może być ich pięciu, łącznie tych i tych. Nie są oni w rozumieniu ustawy urzędnikami, nie podlegają zatem okresowej ocenie, nie odbywają służby przygotowawczej i nie muszą zdać egzaminu końcowego, w przypadku innych stanowisk w urzędzie decydującego o dalszym zatrudnieniu. Aby nie pojawiły się zupełnie przypadkowe osoby, w przepisach wykonawczych do ustawy określono dla nich minimalne wymagania kwalifikacyjne. I tak doradca przede wszystkim powinien mieć wykształcenie wyższe i musi legitymować się pięcioletnim stażem pracy. Asystentowi przepis stawia barierkę niżej: wykształcenie średnie, a doświadczenia zawodowego mieć nie musi wcale.

Przyznajmy, że wymogi te nie rzucają na kolana. Ale też zadania tych ludzi mogą być bardzo indywidualne, bo przepisy nie określają, czym mają się zajmować. Ich praca związana jest bezpośrednio z szefem urzędu, czyli krótko mówiąc burmistrzem. To on decyduje o potrzebie posiadania asystenta lub doradcy. Jeśli szuka z jakiegoś powodu specyficznych umiejętności lub cech osobowych, nie będzie go w tym wyborze ograniczać sprawa drugorzędna, czyli status wykształcenia. Jak mało w praktyce to ważne, przypomnę choćby poziom wykształcenia niektórych Prezydentów naszego kraju. Jednemu z nich wystarczała zawodówka, inny z trudem przypomniał sobie, że skończył studia bez magisterki.

Burmistrz zatrudnia asystentów lub doradców teoretycznie tylko na czas trwania własnej kadencji. Jednak istniejące luki w prawie powodują, że osoby takie w ramach awansu wewnętrznego można zatrudnić później na wolnych stanowiskach urzędniczych. To paradoks, ale mogą oni ominąć w ten sposób wysokie wymogi kwalifikacyjne i „na skróty” zostać urzędnikami. To akurat wydaje się złym rozwiązaniem, bo w konsekwencji mogliby pracować na stanowiskach, do których się nie nadają. A to zawsze obniżyłoby jakość pracy urzędu. Żeby nie było zbyt słodko, z doradcą lub asystentem burmistrz w każdym czasie może się pożegnać, rozwiązując umowę o pracę z zachowaniem dwutygodniowego okresu wypowiedzenia.

Przepisy określają minimalne wynagrodzenie zasadnicze tej kategorii pracowników, czyli wysokość etatu. Asystent na pełnym etacie minimalnie zarobi 1450 zł (brutto, oczywiście), pensja doradcy jest wyższa o 650 zł. W praktyce nic to nie oznacza, bo przepisy nie określają zarobków maksymalnych. Każdy burmistrz ma prawo przyznać znacznie więcej, w ramach posiadanych środków budżetowych. Tak samo jest zresztą w odniesieniu do innych pracowników zatrudnianych na umowę o pracę na etatach urzędniczych. Dla osób zatrudnianych na podstawie umowy o pracę rząd określa tylko minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego. Oznacza to, że doprecyzowanie maksymalnych zarobków to zadanie burmistrzów. Szef urzędu musi określić w regulaminie wynagradzania dla pracowników samorządowych, zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, maksymalne stawki wynagrodzenia zasadniczego. Ustawa nie wskazuje, jak się takie stawki określa. Zatem różne samorządy mogą ich wysokość ustalać w różny, dowolny sposób. Można je na przykład określić kwotowo lub  uzależnić od wielokrotności minimalnego wynagrodzenia.

Tyle prawo. I co, wiecie już wszystko? Ja też nie… Czas pokaże, czym zajmie się asystent Cezary Martyniuk, jak to będzie robił, i czy gminie przyniesie to pożytek. Nie neguję z góry celowości tego projektu, choć wygląda mi on dość tajemniczo. Życząc sukcesów na tym stanowisku lojalnie przestrzegłem, że będę mu w przyszłości uważnie patrzył na ręce. On zaś powiedział mi to samo i rozeszliśmy się z uśmiechem, każdy do swych obowiązków.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Nowe felietony