RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

VI sesja Rady Miejskiej, czyli koszykówka uliczna

26 mar

Porządek VI sesji Rady Miejskiej, która odbyła się w środę 25 marca 2015 r., był jak to się mówi „bogaty i różnorodny”. Miał ponad 30 punktów, w tym wiele „bardzo interesujących”, a niektóre wręcz „frapujące”. Tymi eufemizmami reporterzy najczęściej ukrywają nudną prawdę: nic szczególnego się nie działo, normalność i rutyna, wszystkiego po trochu, na niczym nie da się specjalnie skupić. Lecz skoro to ja jestem Państwa sprawozdawcą, za takie enigmatyczne stwierdzenia chować się nie powinienem, bo obiecałem pisać prawdę i tylko prawdę. Był, jak sądzę, jeden naprawdę bardzo interesujący temat. Stąd skoncentruję się właśnie na nim, bo wzbudził rzeczywiste emocje, pokazał zróżnicowanie w myśleniu, a szczególnie w liczeniu gminnych pieniędzy.

Czy pobawicie się Państwo w zgadywanie, który to moim zdaniem najbardziej interesujący punkt? Może część postawiłaby na punkt 4: Informacja na temat stanu inwestycji „Obwodnica Zachodnia Szczecina”? Kto by nie chciał jechać do Szczecina 15-20 minut, bez groźby stania w korkach? I czy nie kusiłaby naszej gminy wizja rozwoju terenów dziś biednych i zaniedbanych, okolic miejscowości Święta? Trasa przecież biegłaby tuż obok. Przejazdy niebezpiecznych ładunków przemysłowych obok naszych domów przestałyby w końcu spędzać sen z powiek specjalistom od zagrożeń, wieszczącym prawdopodobieństwo jakiegoś nieszczęścia. Jednak pudło, to nie to… Może 20 lat temu, gdy po raz pierwszy o tej idei usłyszałem, zachwyciłbym się. Już wtedy starania Szczecina o skrócenie drogi z wyspy, jaką faktycznie jest to miasto, na „suchy ląd” (czyli między innymi do nas), miały „bogatą i różnorodną” historię. A pomysły na rozwiązania techniczne – od przeprawy promowej, przez różne wersje mostów aż do tunelu włącznie – były „frapujące”. Skoro jednak nic rzeczywistego od kilkudziesięciu lat się nie dzieje, a występujący prelegenci nie dają cienia nadziei na spełnienie tej wizji w realnej perspektywie – jak się ekscytować? Przez około godziny składający wyjaśnienia dowodzili, że obwodnica Szczecina nie jest dziś tematem do załatwienia. Sami w województwie nie mamy cienia szansy, bo doprowadzić zadanie do finału. Zaś perspektywa inwestycji za około 4 miliardy złotych na peryferiach naszego kraju (a tak chyba nasze województwo postrzegane jest z Warszawy) nie zachęca rządu do ujęcia jej w zadaniach centralnego budżetu. Co gorsza brak zdecydowanego lokalnego lobby, stwierdzającego jednym silnym głosem, że taka właśnie inwestycja jest dla naszego regionu najbardziej potrzebna, priorytetowa.

Dobrze, to może inny temat, na przykład punkt 10: uchwała w sprawie przyjęcia Gminnego Programu Wspierania Rodziny na lata 2015-2017 w Gminie Goleniów? Niestety, też nie. Obszerny dokument, o nazwie dumnej i szumnej, kryje jednak w sobie działania nieśmiałe i niezbyt nowatorskie, w dużej części i tak wynikające z przepisów prawa. I to raczej nie wina autorów programu, czyli pań z Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie, lecz narzuconych im założeń utrzymania się w wydatkach obecnego budżetu. Dyskusja w trakcie posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu była namiętna i dogłębna. Udowodniła, że nasza gmina robi w tych sprawach więcej niż inne. Zatrudnia chociażby za własne środki czterech asystentów rodziny, działających wobec rodzin z problemami opiekuńczo-wychowawczymi. Ujawniła też chęć poznania faktycznych potrzeb w tej dziedzinie, czemu autorki projektu próbowały z dużym wysiłkiem sprostać. Wydaje się jednak, że działały w tej sprawie nieco w osamotnieniu, mając duże problemy w pozyskaniu istotnych informacji od wielu podmiotów. Największą wadą jest moim zdaniem brak zapewnienia rozwoju tego programu w latach kolejnych, wynikający ze wspomnianego ograniczenia wydatków do poziomu aktualnie wydawanych kwot. Trudno zatem spodziewać się zdecydowanego postępu w tej dziedzinie, choć przedstawiona skala potrzeb jest ogromna. Tak obszerny i trudny temat radnych nie zainteresował, bo na sesji zajął chyba 2 minuty. Ciekawostką jest, że miał być przedstawiony pod obrady jeszcze w grudniu, figurując w pierwotnym programie sesji, jednak bez większego uzasadniania został z porządku na wniosek burmistrza wycofany. Wrócił po ponad 3 miesiącach pod obrady, w formie niezmienionej ani o literę. Czemu go zatem zdjęto? W trakcie obrad komisji SSEKiS (fajny skrót, nie?) pytanie padło, odpowiedź burmistrza, niestety, nie.

Cóż zatem było tym kluczowym, według Waszego sprawozdawcy, naprawdę interesującym tematem? Moim zdaniem jedna linijka tekstu w treści uchwały w sprawie zmian budżetu gminy na 2015 r. Wywołała prawdziwie namiętną dyskusję, wiele kontrowersji i pytań, oraz merytoryczną argumentację kilku radnych przeciwko wydatkowi proponowanemu przez burmistrza w budżecie. Udowodniła też, że koalicja rządząca ma się znakomicie. Niczego nie argumentowała i w dyskutowanie się nie bawiła. Po prostu wyciągnęła szable i zagłosowała tak, jak chciał burmistrz. Uchwałę zatem przyjęto, wydatki będą popełnione.Wspomniane kontrowersje wzbudził zapis w §4 projektu: „Zwiększa się wydatki budżetu Gminy na 2015 r. z realizację zadań własnych (…)  Dział 900 rozdział 90002 §6060 Wydatki na zakupy inwestycyjne jednostek budżetowych – kwota 230.000,00 zł.” I co, już wszystko wiecie? Żartowałem, przepraszam… W uzasadnieniu uchwały ten punkt objaśniono następująco: „na zakup 50 koszy ulicznych z nadwyżki środków w systemie odpadów za lata 2013-2014.” W tłumaczeniu na polski, chodzi o system gromadzenia i przetwarzania odpadów komunalnych, uchwalony w naszej gminie w roku 2012, a zmieniany w roku 2014.

Tyle autor, czyli wnioskujący o przegłosowanie burmistrz. Co natomiast stwierdzili krytykujący radni, o tym śpieszę donieść. Radny Krzysztof Zajko wyliczył, że burmistrz planuje kupić i oddać w opiekę spółce PGK 50 koszy ulicznych, z których każdy będzie kosztować brutto 4600 złotych. Za sztukę. Bądźmy bardziej obrazowi: jak za jakiś 55-calowy telewizor, super porządny komputer stacjonarny, czy 3 luksusowe pralki automatyczne. Oczywiście go to zbulwersowało i chciał znać przyczynę. Uważał, że dobry gospodarz, jakim burmistrz być powinien, musi wydawać pieniądze mniej rozrzutnie, szanując kieszeń lokalnych podatników. Odpowiadający Burmistrz Henryk Zajko ripostował, że to będą bardzo dobre kosze, z żeliwa, żeby nikt ich nie mógł rozwalić. I że to właśnie będzie oszczędność. Bo to zmora przecież, jak te kosze na ulicach zawsze wandale niszczą.

W parkach też przeszkadzają

W parkach też przeszkadzają

Radny Czesław Majdak usiłował dowiedzieć się, jaka jest wysokość nadwyżki „środków w systemie odpadów za lata 2013-2014”, lecz odpowiedzi nie uzyskał. Mówiąc prościej chciał wiedzieć, ile mieszkańcy naszej gminy przepłacili dotąd za odbiór śmieci, bo o tę nadwyżkę naprawdę chodzi. Kiedy posłużył się sumą 880.000 zł, której jak gminne wróble ćwierkają ta nadwyżka sięga, usłyszał energiczne acz enigmatyczne dementi, podparte brakiem aktualnego podsumowania działania gminnej uchwały śmieciowej. No tak, o nadwyżce nic nie wiadomo, ale 230.000 zł z niej pochodzące już burmistrz do zagospodarowania zaproponował.

Wasz sprawozdawca próbował podzielić się osobistym dylematem związanym z tym wydatkiem.

Ulubiony sport ulicznych siłaczy

Ulubiony sport ulicznych siłaczy

Bo z jednej strony

koszy ulicznych w mieście (na wsiach też!) bardzo brakuje, przez co brud nam się na ulicach szerzy. Chciałbym z całego serca poprzeć wysiłki burmistrza w tym względzie głosując „za”. Jednak jak poprzeć zakupy tych „Rolls-Royce’ów”, kiedy ich cena faktycznie zmniejsza ilość koszy możliwych do kupienia? Gdyby za te pieniądze dało się postawić na ulicach na przykład 150 koszy, może nareszcie byłyby wszędzie, bo wszędzie ludzie rzucają śmieci na ziemię. Ponadto, dlaczego wydatek ma być sfinansowany z nadwyżki „opłaty śmieciowej”? Przecież płacą ją ci, których odpady odbierane są z ich posesji, i to oni już nadpłacili za taką usługę. Nie ma to nic wspólnego z czystością na ulicach. Tego zakresu dotyczą zupełnie inne przepisy, zupełnie inna umowa gminy z firmą PGK, która nasze ulice sprząta, opróżnia i wywozi nieczystości z koszy ulicznych. Pożądanym jest, by każda działalność bilansowała się w ramach jej prowadzenia, a nie była finansowana z zysków w innych sferach. Wszystkie te uwagi na wyjaśnienie nie zasłużyły.

Takie kosze jeszcze mamy...

Resztki takich koszy jeszcze stoją gdzieniegdzie w naszym mieście

Zwykły betonowy goleniowski kosz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Zwykły betonowy goleniowski kosz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Nie zasłużyły także na komentarz burmistrza uwagi radnego Marcina Gręblickiego. Przeprowadził on krótki eksperyment multimedialny, odpalając ze swojego laptopa jedną z wielu stron internetowych, zawierających ceny takiego sprzętu ulicznego. Wskazał konkretne przykłady całkiem udanych modeli koszy ulicznych, możliwych do zakupienia za kwotę rzędu 700 zł za sztukę, czyli 6-7 razy taniej. Widocznie burmistrz bez patrzenia wiedział, że te kosze są wieśniackie i basta.

Na tym dyskusja się skończyła, bo powtarzanie tych samych argumentów nie miało raczej sensu. Przystąpiono do głosowania, którego finał już podałem. Dodam, że 6 radnych zagłosowało przeciw popełnieniu takiego zakupu, w tym Wasz sprawozdawca. Jak widać, nic to nie dało. Formalnością było zatem przegłosowanie całej uchwały o zmianach w budżecie.

Zniszczony kosz - normalna sprawa

Zniszczony kosz – normalna sprawa

Mam coś do dodania poza dyskusją na samej sesji. Sądzę przede wszystkim, że idea zakupu koszy „nie do zdarcia” mija się z rachunkiem ekonomicznym. Jeżeli ceny dotychczas kupowanych modeli kształtują się w granicach 417 zł brutto za kosz blaszany lub 434 zł za kosz betonowy (oba rodzaje u nas dotąd stosowane, pojemności 35 litrów każdy), to dopiero po dziesiątym zniszczeniu zacznie się opłacać zakup kosza żeliwnego w proponowanej cenie. Dodam, że kosze betonowe nie były często niszczone, raczej tylko wywracane. Postawienie takiego kosza „na nogi” to nie to samo, co wymiana na nowy. Oczywiście nie ma gwarancji, że goleniowscy nocni siłacze jednak nie podołają ambitnemu zadaniu i nie zniszczą kosza żeliwnego. Przecież Polak potrafi, szczególnie na podwójnym gazie. Ekonomiczne i gospodarskie myślenie wykluczyłbym raczej jako realny argument w tej sprawie.

Żeliwny kosz przed UGiM Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Żeliwny kosz przed UGiM
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Zapewne zatem chodzi o względy estetyczne. Wprawdzie takiego argumentu burmistrz nigdzie nie podnosił, ale coś tu chyba jest na rzeczy. Powszechnie znana jest dbałość pana Krupowicza o najwyższe standardy wykonawstwa inwestycji w mieście, zwłaszcza co do szczegółów wykończenia. To ono decyduje przecież o wizualnym efekcie, tak korzystnie podnoszącym opinię użytkowników o konkretnej inwestycji. Pan burmistrz „wiochy” nie lubi i ceni jakość z najwyższej półki. Proszę popatrzeć, jaki to kosz stoi przed Urzędem Gminy i Miasta.

Podobne, choć może nie identyczne, oferują producenci koszy żeliwnych w tym przedziale cen, jak te do kupienia u nas, czyli 4600 zł brutto. Rozrzut zaobserwowanych przeze mnie cen żeliwnych koszy sięga od 3900 zł do 6450 zł (w zależności od pojemności – od 70 do 95 litrów). Katalogi reklamują te modele do instalacji w reprezentacyjnych ciągach ulicznych, a nie jako podstawowe kosze w mniej uczęszczanych rejonach miast. Bo nawet najbogatszych nie byłoby stać na postawienie kilkuset takich rarytasów. Zdjęcie pokazuje przykład na Starym Mieście w Warszawie. Ale spotkamy je też w reprezentacyjnych miejscach innych bogatych miast.

Coś podobnego sobie kupiliśmy

Takie żeliwne kosze dają w Warszawie na reprezentacyjnych ciągach ulicznych

Bogatych, czyli na przykład… Goleniowa. Okazuje się, że na naszej „reprezentacyjnej ulicy” takich koszy mamy 16, i to już drugi rok. Chodzi o ulicę Konstytucji 3 Maja, na której postawiono je po zakończonym w roku 2013 generalnym remoncie. W 8 parach, po obu stronach tej ulicy. Jeszcze dwa postawiono niedawno na zbiegu ulic Szarych Szeregów i Szkolnej, w okolicy przejścia dla pieszych przy Szkole Podstawowej nr 2. Skoro zatem naliczyłem ich 19 (łącznie z tym przy UGiM), to gdzieś przeoczyłem pewnie kosz nr 20. Może ktoś podpowie, gdzie?

Przyznaję, nie miałem świadomości, że mamy u nas zaszczyt wrzucać papierki do tak licznych luksusowych pojemników. Jakoś tak człowiek chodzi po ulicach, koszom się niezbyt przyglądając. I nie wiedziałem też, że nas one tak drogo kosztowały. Przecież za te nasze 20 sztuk musieliśmy wybulić około 100.000 zł. Inni, którym przyszło nad projektem debatować, też chyba nie byli świadomi, ile za takie cudeńka płacimy. Skoro „starzy radni” Majdak, Zajko czy Wojciechowski dziwowali się cenom nieszczęsnych koszy, serwowanym w zmianie do budżetu, to co ma o tym wiedzieć przeciętny śmiertelnik? I gdyby nie pouczająca dyskusja na środowej sesji, nie miałby o tym dalej zielonego pojęcia. W wielomilionowych kwotach, za jakie wykonywano remonty ulic Konstytucji 3 Maja i Szkolnej, podobnych przykładów jakości z najwyższego pułapu cenowego da się wskazać niestety więcej. Zupełnie odrębną sprawą jest, czy ta dwudziestka koszy wygląda tak estetycznie, jak mogłaby.

Jeden z koszy na ul. Konstytucji 3 Maja Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jeden z koszy na ul. Konstytucji 3 Maja
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dziś zrobione fotografie pokazują, że kosze są po prostu zakurzone i brudne. Leciutka mżawka uwidoczniła na nich zacieki, dające wcale niepiękny efekt. Tak, jakby właściciel Rolls-Royce’a zapomniał o jego myciu.

Podsumuję nieco podobnym przykładem, który w zeszłym roku zrobił dużą medialną karierę. Jako przykład negatywny, wydatku miejskiego bardzo przesadzonego, nie liczącego się z realiami przeciętnej kieszeni Polaka. W maju 2014 r. na reprezentacyjnej ulicy Łodzi, ul. Piotrkowskiej, stanęło 16 drzew, które znamy i z goleniowskich ulic – katalp.

Donica z katalpą na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi Zdjęcie: naszemiasto.łódź

Donica z katalpą na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi
Zdjęcie: naszemiasto.lodz

Cały zakup pochłonął 155.000 zł. Tyle, że katalpy kosztowały (wraz kosztami pielęgnacji i wywożenia na przechowanie w trakcie zimy) po 1200 zł za sadzonkę, zaś donice, w których je umieszczono, po 7000 zł za sztukę. Och, jak są piękne te donice! A jak się cała Polska z nich śmiała! Ciekawy, czy goleniowski zakup 50 koszy za znacznie wyższe pieniądze kogokolwiek jeszcze zdziwi?

 

Poezja interpelacji, czyli jak lać wodę artystycznie

23 mar
Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji Zdjęcie: www.gs24.pl

Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji
Zdjęcie: www.gs24.pl

Dzisiejszy występ gościnny będzie bardzo nietypowy. Autor nie pchał się wcale jako chętny do roli wspierającego w pisaniu mojego bloga. Jest zawodowo człowiekiem poważnym i nie zajmuje się takimi głupotami. A o tym, że drzemie w nim dusza poety, pisarza, propagatora wiedzy o monopolach naturalnych, filozofa nawet, dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Postanowiłem natychmiast podzielić się tym odkryciem z Szanownymi Czytelnikami. Będziecie mieli niepowtarzalną okazję uczestniczyć w jego literackim debiucie. Dodatkowo uprawia on bardzo rzadką formę literacką, gdyż jest to traktat filozoficzno-hydrauliczny. Wybaczcie zatem pewne niedoskonałości warsztatu, często spotykane u debiutantów. Zapewniam, nawet te drobne niedostatki nie ujmują wartości nowatorskim treściom w dziele zawartym. A zatem, przed Państwem wystąpi dziś pan Janusz Dawidziak, prezes spółki Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja.

Muzą pana prezesa, zsyłającą na niego niespodziewana wenę twórczą, stał się radny Czesław Majdak. W pełni nieświadom wywołania erupcji talentu prezesa Dawidziaka, złożył on po prostu na sesji Rady Miejskiej dnia 25 lutego kilka interpelacji. Dwie z nich dotyczyły działania spółki GWiK. Choć kierowane były do burmistrza gminy, ciekawość radnego Majdaka zaspokojono przesyłając mu pismo prezesa GWiK. Rozumie się samo za siebie, że burmistrz podzielając w pełni poglądy szefa spółki, dodatkowo zachwycił się formą tej urzędniczej perełki. Uznał zapewne, że sam lepiej napisać nie da rady, a przepisując i podpisując własnym nazwiskiem popełniłby plagiat – wysłał więc odpowiedź w oryginale. Radny Czesław też był zachwycony.  O mało mnie zresztą nie przyprawił o zawał, mówiąc: „Myślisz, że tam na blogu literaturę jakąś uprawiasz? To masz, poczytaj. To jest prawdziwa SZTUKA!”. Musiałem się jednak z nim zgodzić, choć zazdrość w gardle dławi, i dołączyć w zachwycie do Burmistrza i radnego Czesława.

Treść interpelacji była następująca:

„Otwierając ostatnią „Gazetę Goleniowską” na stronach 1,2,3 i 4 widzę reklamę naszej firmy wodociągowej, Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji. Zastanawiam się, dlaczego ta firma ma się reklamować jeżeli wiadomo, że jest monopolistą odnośnie sprzedaży wody i zaspakajania potrzeb mieszkańców, robiąc sobie dodatkowe koszty. Więc chciałbym poznać jakie koszty GWiK poniósł na tą reklamę w „Gazecie Goleniowskiej”.

Drugie pytanie także związane jest z tą samą firmą. Chodzi o „Mecenasy Sportu”. Wiemy, że Mecenasem Sportu 2014 r. na spotkaniu noworocznym została spółka GWiK. Bardzo proszę Pana Burmistrza o odpowiedź na pytanie, jaką kwotę na zakupy czy reklamy wydała nasza spółka, czyli jakie są wszystkie koszty, które w tej firmie zostały poniesione na sport. Moim zdaniem ta firma robi naprawdę bardzo dobre rzeczy, ale za to nasi mieszkańcy płacą z własnej kieszeni duże kwoty za wodę i kanalizację. Powinna zatem w miarę oszczędniej wydawać swoje pieniądze. Jak wiemy w budżecie Gminy Goleniów na sport, nie uwzględniając inwestycji sportowych, mamy zapisane 800 000 zł.”

A teraz właściwy występ, czyli odpowiedź Prezesa Dawidziaka, w pełnej krasie i blasku:

Odpowiedzi prezesa GWiK na interpelacje

Co ja tu jeszcze mogę dodać? Jeśli dwa proste pytania, na które przeciętny zjadacz chleba odpowiedziałby w kilku linijkach podając suche liczby, spowodowały taki wybuch talentu prezesa, to co byłoby w przypadku bardziej skomplikowanym? Gdyby nie chodziło o wytłumaczenie się z wydania głupich 10 tysięcy (+VAT), lecz na przykład całościowe zanalizowanie dorocznego bilansu spółki? Znając miłość kolegi Czesława do literatury myślę, że często w interpelacjach poruszać będzie sprawy związane ze spółką GWiK. Oczywiście w nadziei na dalsze dzieła talentu prezesa Janusza Dawidziaka.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Serialu ciąg dalszy – doradca burmistrza do spraw Parku Przemysłowego

19 mar
Paweł Bartoszewski Zdjęcie: www.goleniow.pl

Paweł Bartoszewski
Zdjęcie: www.goleniow.pl

I znów wielu mnie namawia, żebym „naświetlił” nowy burmistrzowski nabytek, jakim  jest pan Paweł Bartoszewski na następnym stanowisku doradcy. Niełatwo mi się za to zabrać, bo nie lubię patrzeć na sprawy jednostronnie. A tak będę musiał spoglądać, tylko swoimi oczami, nie znając zdania inicjatora pomysłu. Burmistrz po prostu (jak często mu się zdarza) niczego nikomu nie wyjaśniał, gdy na pomysł wpadł i niemal natychmiast zrealizował. Zwróciłem się do burmistrza o przedstawienie zakresów obowiązków swoich doradców, ale na odpowiedź przyjdzie jeszcze poczekać – podobno 2 tygodnie. Obecnie nie dysponuję żadnym materiałem pochodzącym bezpośrednio od burmistrza, inni zapewne też. No, może redaktor Paweł Palica, pierwszy piszący o sprawie, coś od pana Krupowicza usłyszał wprost. Opublikował notki, szkicujące pomysł w zarysach – tyle widocznie mu RK powiedział. Z konieczności zakładam, że sam nowy doradca przynajmniej w dużej części prezentuje zdanie burmistrza. Paweł Bartoszewski wypowiedział się obszernie o planie działania jako burmistrzowski ekspert, zatem przynajmniej to da się skomentować.

Gdyby komuś jeszcze nie było wiadomo, burmistrz z dniem 2 marca 2015 zatrudnił Pawła Bartoszewskiego na stanowisku doradcy ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, z pensją jakoby 2500 zł („na rękę”, więc podatnika kosztuje ten nabytek około 4000 zł miesięcznie). Kim jest Paweł Bartoszewski? Jak to mówią „młody i zdolny” (38 lat), rodowity goleniowianin, dotąd robiący karierę w Szczecinie. Absolwent Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług na Uniwersytecie Szczecińskim, ukończył studia podyplomowe (ubezpieczenia gospodarcze na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu oraz rynki kapitałowe i ubezpieczenia na US). Od 2008 r. przez prawie 6 lat kierował w szczecińskim Urzędzie Marszałkowskim tak zwanym Centrum Obsługi Inwestora (COI) oraz utworzonym przy nim Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów (COIE). COI powstało w roku 2005 i uzyskiwało dobre oceny w kraju. Jak samo podaje, od chwili powstania do momentu zakończenia pracy przez dyrektora Pawła Bartoszewskiego, przyciągnęło do naszego województwa 44 podmioty zagraniczne, które utworzyły łącznie prawie 5000 nowych miejsc pracy. Za jego rządów pośród podobnych Centrów znalazło się w roku 2013 nawet na drugim miejscu w Polsce. Od 1 kwietnia 2014 r. pracował w Szczecińskim Parku Przemysłowym Sp. z o.o., wygrywając konkurs na członka dwuosobowego zarządu. SPP to spółka-córka Towarzystwa Finansowego Silesia, powołana pod koniec 2013 roku do zarządzania terenem dawnej stoczni. Jak twierdzi Paweł Bartoszewski, nie stanowiła konkurencji dla Goleniowskiego Parku Przemysłowego, gdyż z uwagi na portową specyfikę zarządzanego przez nią terenu poszukiwali tam gruntów inni inwestorzy, niż u nas. Tyle w skrócie wiemy.

Czyli nasz doradca sroce spod ogona nie wypadł, ma sukcesy, wykształcenie, praktykę na wysokich stanowiskach, rozeznanie wśród podmiotów gospodarczych w województwie, znajomość osób rządzących, potrzebną znajomość języka obcego (angielski). Przypadkowo nawet przynależność partyjna jak najbardziej słuszna – PO.  Ale nie przesadzajmy, komu to dzisiaj partia pomaga robić karierę? To nie dawno minione czasy, kiedy bez legitymacji wiodącej partii nikt po szczeblach drabiny wspinać się nie miał szans (wężykiem, panie majster! – taki żart…). Nie mi oceniać, czemu po roku prezesowania w SPP zmienił Szczecin na Goleniów, ze znacznie niższą pensją nota bene, bo to jego prywatna sprawa.

Przejdźmy do konkretów. Paweł Bartoszewski udzielił obszernego wywiadu Pawłowi Palicy w „Gazecie Goleniowska” 6 marca. Jak wspomniałem, to jedyne pełne źródło wiedzy na temat ustaleń między nim a burmistrzem Krupowiczem co do pracy doradcy. Podyskutuję z tezami zawartymi w tej wypowiedzi, oczywiście nie wszystkimi. Postanowiłem je wypunktować cytując dosłownie (tekst niebieski), od razu komentując (tekst na czarno).

1. Stanowisko doradcy jest formułą prawno-organizacyjną najlepiej odpowiadającą samodzielnemu stanowisku pracy, z umocowaniem bezpośrednio pod burmistrzem.

To opinia, nie fakt. Znam wiele ważnych stanowisk w Urzędzie Gminy i Miasta, także bezpośrednio podległych burmistrzowi, a samodzielnych, które wcale nie są oparte o taką formułę. Są nimi choćby skarbnik, sekretarz gminy, dyrektorzy wydziałów, niektórzy merytoryczni pracownicy. Przypomnę – „doradca” to posada związana personalnie z osobą aktualnego burmistrza. A co, jeśli burmistrz się zmieni? Ważny doradca teoretycznie znika razem z nim, a cały zakres posiadanych przez niego kompetencji, cała zgromadzona wiedza o szerokiej dziedzinie, w której działał, odchodzi bezpowrotnie z dnia na dzień. Stąd uważam, że to nie doradcom, a normalnym urzędnikom takie sprawy powinny być powierzane. Nie może działać zasada „po nas choćby potop”, bo gdzie ciągłość władzy?

2. Przez szereg lat brakowało w Goleniowie jednego numeru telefonu, jednego e-maila, pod którym potencjalny inwestor po polsku i angielsku mógł zadać każde pytanie i szybko uzyskać na nie rzeczową odpowiedź. Na początku obsługa GPP rzeczywiście funkcjonowała przede wszystkim w oparciu o wiceburmistrza Krzysztofa Zajko, tylko pamiętajmy, że były to czasy boomu inwestycyjnego, a firmy waliły do Goleniowa drzwiami i oknami, nie trzeba więc było szczególnie o ich przychylność zabiegać.

Trochę rozumiem, trochę nie. Czyżby Paweł Bartoszewski krytykował swojego szefa? Przecież „przez szereg lat” to chyba nie o okresie przed Krupowiczem? Dobrze pamiętam tamte czasy, kiedy przecież żaden z inwestorów nie miał problemów z dotarciem do właściwych osób w naszej gminie. W każdym materiale promocyjnym zawsze podawano konkretne „namiary” adresowe, telefoniczne, mailowe, a dbano także o przekaz w różnych językach. „Front promocyjny” był bardzo szeroki, działania konsekwentne i wieloletnie, a przejawy zróżnicowane (co najmniej kilkanaście różnych rodzajów działań). Każda ze stosowanych form promocji była w jakiś sposób skuteczna, przysparzając konkretnych inwestorów. Każdego z goszczonych pytaliśmy, skąd się o GPP dowiedział. Chętnie informowali, a najdziwniejszej odpowiedzi udzieliła przedstawicielka pewnej amerykańskiej firmy gdzieś około późnej wiosny 2007 r. Powiedziała wzruszając ramionami: „Skąd wiemy o Goleniowie? Wszyscy o was wiedzą…”. Był to największy komplement, jaki o naszej promocji GPP usłyszałem od kogokolwiek.

Piszę o tym, bo w drugiej części wypowiedzi siedzi sugestia, że boom wszystko sam w Goleniowie załatwiał, trzeba było tylko nadstawić kapelusz i brać bez wysiłku, co samo do niego wpadało. Absolutnie odwrotnie, właśnie wtedy wysiłek promocyjny był największy. Przypominam, że przede wszystkim z myślą o GPP powstał Wydział Promocji, zlikwidowany w pierwszych dniach „ery Krupowicza”. Mówiąc o wysiłku, pomijam wątek jednoczesnego intensywnego inwestowania w teren GPP. Dopiero od inwestorów mogliśmy dowiedzieć się, co trzeba robić w pierwszej kolejności, co później. A przecież początkowo GPP to było naprawdę „ściernisko”, prawie bez żadnych mediów. Finanse były jak zawsze ograniczone, trzeba zatem było wykonywać roboty „pod konkretnego inwestora”. Tylko ten najpierw musiał się u nas pojawić, by przekazać swoje potrzeby. Sądzę, że dopiero za burmistrzowania RK wysiłek sobie odpuszczono, czekając z kapeluszem w ręku na milionerów.

Co do wiceburmistrza Krzysztofa Zajko, jako jakoby jedynego, na którym się kontakty opierały… Nic mu nie będę umniejszał, ale to jakaś legenda. Robota była zawsze zespołowa. Jakiekolwiek indywidualizowanie i personalizowanie tych spraw jest nie na miejscu. W czasie największego boomu na sukces pracował właściwie cały Urząd, co twardo egzekwował burmistrz Wojciechowski. Szybko ustaliła się stała procedura postępowania. Natychmiast po jakimkolwiek sygnale od ewentualnego inwestora burmistrzowie kontaktowali się ze sobą, a potem następowała krótka burza mózgów, najczęściej pod dowództwem Krzysztofa Zajko, w trakcie której przyjmowano „plan akcji” i rozdzielano zadania. Podkreśliłbym osobiste zaangażowanie burmistrzów na każdym etapie, co dawało efekt „pańskie oko konia tuczy”; jeśli pracownicy widzieli, że szefom tak bardzo na tych sprawach zależy, im „musiało” zależeć tym bardziej. Zawsze dążono do zorganizowania wizyty przedstawicieli inwestora w Goleniowie, z obowiązkową obecnością co najmniej jednego z burmistrzów, a najczęściej obu. Bardzo to sobie inwestorzy cenili, bo mieli poczucie poważnego potraktowania i pełną gwarancję wykonania przyjętych w obecności „samej góry” ustaleń. Skład potrzebnych osób ustalano za każdym razem pod kątem konkretnych przewidywań co do przebiegu spotkania, a zatem był zmienny. Ostrożnie licząc, od roku 2003 do końca roku 2010 odbyło się około 400 różnych spotkań, podczas których goszczono około 1250 osób. Za każdym razem „obsługą” zajmowało się od 5 do kilkudziesięciu pracowników UGiM. Często spotkania były kontynuowane już roboczo w poszczególnych wydziałach urzędu, angażując dalszych pracowników – ale to już policzyć się nie da.

Jeszcze drobiazg: każdorazowo był to zaledwie początek dalszej żmudnej pracy urzędu: pomoc w fazie organizowania się nowego podmiotu gospodarczego, doprowadzenie do przetargu, wykonanie zobowiązań dostarczenia mediów dla inwestycji, pomaganie w procesie budowy, często także w zatrudnieniu załogi czy jej wyszkoleniu. Niejednokrotnie inwestor kazał się dosłownie „prowadzić za rękę”, czasami zaś urzędnicy musieli uprzedzająco inwestora informować lub ostrzegać, by nie popełnił jakichś gaf. To była pomoc, które raczej inwestorzy nie otrzymywali w innych parkach przemysłowych. Stąd częste pytania z zewnątrz, od innych gmin czy instytucji obsługujących inwestorów: „Co wy tam u siebie z nimi robicie, bo nam mówią, że macie taki naprawdę przyjazny klimat inwestycyjny?” Sądzę, że nie były to papierowe priorytety, lecz prawdziwie poważne traktowanie inwestorów. I nie ukrywajmy, pewien rodzaj satysfakcji dla urzędników z uczestniczenia w „wielkiej rzeczy”. Jasne, duży wysiłek, nie pokryty większą płacą, ale w ramach stałego czasu pracy. Po prostu obywatele gminy Goleniów urzędnikom za pracę zapłacili, zaś czy ktoś siedzi pijąc kawę, czy intensywnie pracuje – o tym decydują szefowie.

Piszę o tym tak szczegółowo, bo dzisiejszy model, oparty o osobę doradcy burmistrza jako „koordynatora” jest moim zdaniem znacznie gorszym rozwiązaniem. Poprzednio poprzez szeroki udział kadry urzędu „szkoliły się”, nabierały doświadczenia, czuły smak wspólnego działania. Ciekaw jestem, jak podobne zaangażowanie „wydusi” on z pracowników sobie niepodległych, nieznanych, nie ufających komuś, kto bez zbędnych wyjaśnień (skąd znajdzie na to czas?) może im „wrzucić na garba” kupę roboty, samemu za każdy sukces zgarniając pochwały, a pozostawiając im wszystkie gorycze trudów. Kto nawet rzadko się z nimi widuje, bo albo siedzi w Bramie Wolińskiej, dokąd inwestorzy będą wspinać się rączo po stromych schodkach, albo w gabinecie burmistrza… Przykro mi, ale o „czynniku ludzkim” jakoś pan Paweł w swoich wypowiedziach wcale nie wspomina. Ja bym go na jego miejscu nie lekceważył, bo to sprawa kluczowa.

3. Posucha zaczęła się jednak jeszcze pod koniec kadencji burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego i trwa nadal. Przez cztery minione lata, moim zdaniem słusznie, priorytetem był rozwój samego Goleniowa. Działo się to może nie kosztem GPP, ale siłą rzeczy urzędnicy musieli w tym czasie przyłożyć się do inwestycji realizowanych w mieście. I po prostu brakowało jednej osoby, która spinałaby organizacyjnie sprawy związane z wizytami inwestorów czy promocją GPP. Teraz to się zmieni.

Widok na główną drogę w GPP latem 2010 zdjęcie: www.goleniow.pl

Widok na główną drogę w GPP latem 2010
zdjęcie: www.goleniow.pl

Ku lepszej pamięci: w GPP od 2003 roku do września 2010 sprzedano około 40. podmiotom grunty o łącznej powierzchni 171 ha. Do końca roku 2010 liczba zakładów, produkujących i zatrudniających pracowników, zbliżyła się do 30, a stan zatrudnienia do 2000 osób. Nie do policzenia był przyrost pracy w firmach obsługujących, ich zyski, zarobki pracowników, lecz przyjmuje się powszechnie, że ilość bezpośrednio zatrudnionych skutkuje taką samą liczbą zatrudnionych przy obsłudze. Brak mi danych odnośnie dalszego czasu, bo na zapytania składane choćby przez radnego Andrzeja Wojciechowskiego burmistrz Krupowicz jeszcze nie udzielił odpowiedzi. Jednak raczej tych nowych podmiotów wiele nie przybyło, byłyby do policzenia chyba na palcach jednej ręki. Jak rozumieć wypowiedź pana Bartoszewskiego: czy taki gmina przyjęła priorytet, czy był to wynik dekoniunktury? Czy było to świadomie i zamierzone, a może wymuszone? Tak czy tak okazuje się jednak, że w urzędzie zaprzestano koordynować (a może po prostu prowadzić?) działania zmierzające do pozyskiwania nowych podmiotów inwestycyjnych. Ponieważ o żadnym dużym wzroście zainteresowania GPP obecnie burmistrz nie wspomina, skąd koncepcja, by praktykę zmienić, wprowadzając „doradcę”? Może to kolejna zmiana priorytetów? Ja raczej dostrzegam przyznanie się do dotkliwej porażki na tym polu i próbę zamarkowania zmiany podejścia. Działania z medialną pompą, sugerujące aktywność burmistrza w dziedzinie, w której dotąd niewiele robił. Nie twierdzę, że nic, ale „nie po słowach, lecz po czynach ich poznacie”…

4. Władze gminy od połowy ubiegłego roku poszukiwały osoby, która zajęłaby się tym obszarem. (…) byłem nawet przez burmistrzów sondowany, czy mogę kogoś polecić. (…) W końcu ja sam postanowiłem zmienić pracę i stałem się dostępny.

Ciekawe, że właśnie przed końcem kadencji, kiedy przyszłe wybory mogłyby Roberta Krupowicza pozbawić fotela burmistrza, rozpoczął on jakoby szukanie specjalisty od GPP. Jakoś mało słuchów o tym dochodziło, a właściwie wcale. Czemu nie wcześniej? Natomiast nie rozumiem, dlaczego RK potrzebował w tej sprawie doradcy? Przecież miał w zasięgu ręki siły fachowe najwyższej próby w Polsce, których goleniowskie sukcesy znacznie przewyższały wojewódzkie osiągnięcia dyrektora Bartoszewskiego z COI, a dodatkowym walorem byłaby dogłębna znajomość lokalnych realiów i samego terenu Parku – radnych Andrzeja Wojciechowskiego i Krzysztofa Zajko. Dodam, że jakby odpowiednio do nich „zagadać”, doradzaliby z pewnością za darmo. Z samej dumy, że ktoś ich o to prosi. Co do wykonywania przyjętych koncepcji – także za darmo, bo już za posiadane pensje, znalazłby licznych najwyższej próby realizatorów w zarządzanym przez siebie Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie, wśród jego bardzo dobrych pracowników. Nazwisk wskazywać nie będę, bo nie chciałbym komuś zaszkodzić – zakazu kontaktów z niejakim Zygmańskim burmistrz przecież im nie odwołał do dziś. No ale burmistrz tak sondował, że w końcu Paweł Bartoszewski wysondować się dał. I tyz piknie.

5. Zakres obowiązków można podzielić na 3 obszary:

- obsługa inwestorów; zarówno tych, którzy już są obecni na terenie gminy Goleniów, jak i firm, które dopiero chcą rozpocząć działalność. Będzie jeden numer, pod którym inwestor zostanie od A do Z obsłużony. Tu będę działał jako tak zwany project manager.

- promocja GPP i w ogóle oferty gospodarczej gminy.

- poprawa oferty inwestycyjnej. Cały nasz region cierpi na deficyt hal produkcyjnych pod wynajem.(…) Jeśli uda nam się to poprawić, oferta gospodarcza gminy będzie się zdecydowanie wyróżniać na tle innych.

No właśnie, project manager. Tak wcześniej działał pan Bartoszewski jako dyrektor COI, zgarniając zazdrośnie „pod siebie” wszelkie sukcesy innych, w tym gminy Goleniów. Każdy inwestor prowadzący działania w Goleniowie miał „swoją teczkę” w COI, które traktowało go jako „swój projekt”. Oczywiście gros pracy i tak realizowany był w gminie. Trudno mi powiedzieć, ilu spośród goleniowskich inwestorów zaliczyło sobie na konto marszałkowskie COI, ale dobrej atmosferze współpracy to nie służyło. Współpracowaliśmy, bo dawało to jakieś korzyści, entuzjazmu wielkiego jednak nie było. Do dziś pamiętam dziwne występy poprzednika dyrektora Bartoszewskiego, pana Janusza Gawrońskiego, „odstawiającego” przed zdumionymi przedstawicielami duńskiej ABENY spektakl pod tytułem „Walczę o wasze, a te goleniowskie ćmoki jak beton” (bardzo się później tłumaczył, że jakoś udział COI w sprawie musiał zaakcentować). Także i pan Bartoszewski lubił sobie czasami zadzwonić znienacka, by przypomnieć, że to COI dowodzi projektem „Inwestor X”, więc wszystko trzeba z nim konsultować osobiście lub z jego pracownikami. Zawsze natomiast żądano od nas wszelkich działań „na wczoraj”, nawet gdy okazywało się, że były dla COI (i inwestorów) zbędne (a słynne „formatki” pamiętacie, koledzy?). Jeśli ten sam model będzie powielany obecnie, „dyrektorzenie” zakończy się klapą i działaniem w izolacji. „Rób swoje projects, kiedyś taki manager, a nam daj pracować” – prorokuję, że tak sobie pomyśli wielu urzędników.

Co do promocji, zapytam jeszcze raz: dlaczego w roku 2011 burmistrz zlikwidował Wydział Promocji? Czy tylko dla potrzeb dokonania reorganizacji w Urzędzie, by zwolnić zgodnie z prawem niektórych i zademonstrować gospodarskie podejście do rozbuchania poprzedników? Zastanawiam się też, o co chodzi z tymi halami produkcyjnymi? Czyżby doradca miał burmistrzowi doradzić pobudowanie takich obiektów? Bardzo interesujący pomysł, nie ukrywam. Gmina zastępuje Prologis? Hale produkcyjne zamiast hal gimnastycznych? Lepiej niech autor sam to dokładniej rozwinie.

6. Finansowo będę bazował na budżetach poszczególnych wydziałów Urzędu. Filozofia stanowiska jest też jednak taka, że na wszystkie swoje działania będę szukał zewnętrznych źródeł finansowania (środki unijne i nowy Regionalny Program Operacyjny, w którym są pokaźne kwoty na działania „miękkie”, związane z promocją gospodarczą).

Co do „filozofii stanowiska” – czy chodzi tu o, tłumacząc na polski, „pomysł na to co i jak doradca ma robić”? Kiedyś nazywało się to po prostu „zakres obowiązków pracownika”. Rozumiem, że także i z pozyskania zewnętrznych środków na własne działania będzie można rozliczyć doradcę? Trzymam za słowo, panie Pawle.

7. Sytuacja na rynku inwestycyjnym- kiedy w 2008 roku zaczynałem pracę w COIiE, zagraniczny inwestor zgłaszał się do nas średnio codziennie. Od kilku lat dobrze jest, gdy zdarzy się jedna wizyta w tygodniu.

Patrz uwagi w punkcie 3: jeśli w samym województwie inwestor jest rzadkością, po co w gminie Goleniów doradca? Za darmo doradziłbym burmistrzowi, żeby sekretariat jednak tę jedną na miesiąc rozmowę przełączył bezpośrednio na niego; przecież z angielskim burmistrz problemów nie ma, a kto załatwi sprawę szybciej i skuteczniej, niż szam szef?

8. Czas na rozliczenie doradcy z pracy będzie po zakończeniu kadencji burmistrza Krupowicza. Rozliczać na pewno należy z efektów pracy. Najbardziej miarodajnym wskaźnikiem będzie liczba nowych inwestorów oraz ich jakość, czyli liczba stworzonych miejsc pracy oraz nakłady inwestycyjne, jakie firmy poniosą na kupno gruntu oraz budowę fabryk. Nie na wszystko mamy wpływ, choćby na koniunkturę światową. Dlatego ocena musi uwzględniać również uwarunkowania zewnętrzne.

Czyli językiem praktyki: będą inwestorzy – sukces doradcy i burmistrza, który go zatrudnił. Brak inwestorów – zawiniła dekoniunktura. No i oczywiście krasnoludków, które sikały do mleka – patrz niniejszy felieton.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Pan Filip wśród przyjaciół drzew, czyli … psy zająca zjadły

10 mar

Filip Brzykcy Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Filip Brzykcy
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Pan Filip Brzykcy, mieszkający przy ul. Akacjowej goleniowianin, na początku grudnia 2014 r. podjął się akcji, która stała się sławną niemal w całym kraju. Pisały o niej media lokalne, regionalne, wiele komentarzy zebrała na różnych forach internetowych. Dodajmy, przychylnych i z reguły działania Pana Filipa popierających. Postanowił mianowicie obronić drzewo, które niektórzy zacni sąsiedzi, nie pytając nikogo o zdanie, próbowali w majestacie prawa wyciąć. Nie wiem, czy byłoby mnie stać na tak aktywne występowanie w obronie przyrody; pewnie nie. Stąd przyznaję, że śledziłem działanie Pana Filipa z podziwem, życząc mu powodzenia. Jak niedawno media poinformowały, dobrzy ludzie jednak swego dopięli, drobnych podstępów się imając. Wsparły ich w tej zawziętości samorządowe władze Goleniowa szczebli obojga, czyli powiatowego i gminnego.

Stało się więc tak, jak w jednej z bajek biskupa Ignacego Krasińskiego, „Przyjaciele”. Psy rozszarpały w niej zająca, który próbował zwrócić się o ochronę do wielu swoich przyjaciół. Żaden z nich, choć wykazywał sympatię, szarakowi jednak nie pomógł:

„Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły,

Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły.”

 

Oflagowany jesion Zdjęcie: Filip Brzykcy

Oflagowany jesion
Zdjęcie: Filip Brzykcy

Pan Filip całą akcję nazwał żartobliwie: „Goleniów Otwarte Bramy 2015”. Jak do niej doszło i co się zdarzyło, najlepiej niech opowie on sam w wywiadzie, którego udzielił mi niedawno na ten temat.

Ireneusz Zygmański: Niektórzy mówią, że trzeba mieć niezłego świra, żeby walczyć z całym światem z powodu drzewa. Czy jest Pan zwariowanym „zielonym ekstremistą”?

Filip Brzykcy: Nie, nie czuję się żadnym szalonym ekologiem. Lubię przyrodę, drzewa też, bo mają wiele zalet. Produkują tlen, zatrzymują kurz i hałas, dają schronienie ptakom i innym żywym stworzeniom, są piękne. Ich zieleń pozwala odpocząć naszym oczom. Wcale z nikim walczyć nie chciałem, lecz kiedy zobaczyłem, co święci się przed moim oknem w pewien grudniowy dzień, postanowiłem działać. Gdybym od razu nie wstrzymał pilarzy, za parę minut nie byłoby już czego bronić. Akcja musiała być szybka i energiczna.

IZ: A co takiego działo się pod Pańskim oknem?

FB: Naprzeciwko naszej klatki schodowej, na parkingu wyłożonym polbrukiem, rosły dwa drzewa, jesiony. Stały tam odkąd pamiętam, tuż przy tylnej ścianie budynków gospodarczych sąsiedniej nieruchomości. Były w odległości ok. 10 metrów od siebie, przez co od wiosny do jesieni tworzyły wysoką barierę, odgradzającą nasze podwórko od sąsiednich kominów, powstającego tam dokuczliwego kurzu i pyłu. Skutecznie zasłaniały widok na okna i podwórko mieszkańców z naprzeciwka. Tego dnia, 4 grudnia, zobaczyłem pilarzy zabierających się do wycinania jednego z tych jesionów. Przedstawiciele Zarządu naszej Wspólnoty Mieszkaniowej „Akacjowa” powiedzieli mi, że wycinka jest legalna, na podstawie decyzji Starostwa Powiatowego i zgody właściciela terenu, czyli Gminy Goleniów.

IZ: Czy jest Pan mieszkańcem bloku administrowanego przez Wspólnotę na Akacjowej 5? Czyżby mieszkańcy nie wiedzieli o mającej nastąpić wycince?

FB: Tak, jestem lokatorem w bloku nr 5, w którym są 4 klatki schodowe. Na żadnym wcześniejszym zebraniu Zarząd Wspólnoty nie informował lokatorów, że nosi się z zamiarem wystąpienia o wycinkę naszych jesionów, a powinien przecież działać w naszym imieniu i dla naszego dobra, za naszą wiedzą. Pomijając wszystkie inne okoliczności choćby dlatego, że wycinka miała się odbyć na koszt lokatorów, ze środków naszego funduszu remontowego. Jak zorientowałem się później pytając sąsiadów, nikt z nich nie wnioskował do Zarządu Wspólnoty, by ten podjął działania. Około połowy sąsiadów stwierdziło, że nie chcą, by drzewo wycinać, reszcie było to właściwie obojętne. Natomiast zależało na tym bardzo samemu Zarządowi.

IZ: I co Pan zrobił, żeby wycinkę powstrzymać?

Bronimy jesiona Zdjęcie: Filip Brzykcy

Bronimy jesiona
Zdjęcie: Filip Brzykcy

FB: Powiesiłem na drzewie biało czerwona flagę, samo drzewo zatarasowałem samochodem, który zaparkowałem tuż przy nim. Po prostu nie dopuściliśmy pilarzy do drzewa. Nie było żadnej przemocy, odstąpili widząc nasz opór. Jeszcze tego samego dnia zwróciłem się do naszej Wspólnoty Mieszkaniowej o zwołanie zebrania w sprawie zmiany stanowiska Zarządu odnośnie wycinki drzewa, informując także o moim proteście. Także tego samego dnia Stowarzyszenie „Dietetyk”, którego jestem członkiem, wystąpiło do Urzędu Gminy i Miasta w Goleniowie, żeby uchylić zgodę na wycięcie drzewa.

IZ: Zaraz, to kto w końcu zezwolił na jego wycięcie, powiat czy gmina?

FB: Drzewa rosły na terenie gminy, więc nie mogła ona sama wydać pozwolenia na wycięcie. Stąd Zarząd Wspólnoty zwrócił się jeszcze latem 2014 r. do Starostwa Powiatowego o wydanie decyzji administracyjnej zezwalającej na usunięcie obu jesionów. Pozwoliło ono niechętnie, bo tylko na wycięcie jednego z nich, 29 sierpnia 2014 r. Ale właściciel terenu, czyli gmina, miał wyrazić zgodę na usunięcie drzewa i określić warunki tego działania. Zgodę podpisał Zastępca Burmistrza Tomasz Banach 24 listopada 2014 r. Ta zgoda była ważna do 31 grudnia 2014 r.

IZ: Jakie były przyczyny uzasadniające wycięcie drzewa, zawarte w pierwotnej decyzji powiatu? Zagrożenie dla ludzi, a może zły stan drzewa?

FB: A gdzie tam… Powody były dwa, z czego jeden nieprawdziwy. Tym nieprawdziwym był jakoby fakt dewastacji przez drzewa mienia, czyli sąsiednich pomieszczeń gospodarczych. Chodziło o podłogę tych komórek, którą jakoby drzewa rozsadzały. Brak dewastacji potwierdził wobec Stowarzyszenia „Dietetyk” jeden z długoletnich mieszkańców tej nieruchomości. Natomiast prawdziwy był drugi argument, że korzenie drzew wybrzuszyły nieco polbruk na parkingu dla mieszkańców. To wybrzuszenie nie powodowało jednak żadnych trudności w parkowaniu, nie zabierało ani jednego miejsca parkingowego. Można było swobodnie stawiać samochody po obu stronach jesionów. Decyzja Starosty nie wyceniała nawet, na jaką kwotę nastąpiła szkoda w mieniu. 

IZ: Nie rozumiem, to po co właściwie Zarząd chciał te drzewa wyciąć?

FB: Myślę, że jedynym rzeczywistym powodem, który stał za tym wnioskiem, były sezonowe opady liści, które należy co roku sprzątać, a to wydawało się dla Zarządu uciążliwe.

IZ: Czy próbowaliście jakoś przekonać Zarząd Wspólnoty, by nie usuwał drzewa?

FB: Zarząd nie zwołał zebrania wspólnoty. Rozmawialiśmy z jego członkami, ale nie przyjmowali żadnych argumentów. Ich zdaniem tylko oni mają rację, opinia protestujących mieszkańców się dla nich nie liczyła. Byli przekonani, że swoim działaniem robią coś bardzo dobrego. Z uporem twierdzili, że lokatorzy powinni być Zarządowi wdzięczni, a nie stawiać przeszkody w wycince. Myślę, że potraktowali sprawę ambicjonalnie i z dużymi emocjami. No i robili swoje, konsekwentnie i z użyciem sprytnych podstępów.

IZ: Czy widzi Pan inne niż usunięcie sposoby, by ograniczyć dolegliwość korzeni na parkingu?

FB: Wypiętrzenie kostki polbrukowej nastąpiło tylko przy samych pniach. Gdyby dać korzeniom więcej miejsca, odsłonić nieco bardziej polbruk, niż to jest w tej chwili, pewnie wyszłyby one nieco nad ziemię, ale nie podnosiłyby kostki w dalszych miejscach. Kosztowałoby to zapewne nie więcej, niż jedno miejsce parkingowe. Ale drzewa mogłyby dalej rosnąć, z pożytkiem dla wszystkich.

IZ: Czy to drzewo wywołało konflikt miedzy mieszkańcami? Pytam, bo o sporze między członkami Wspólnoty mówi pismo, jakie w odpowiedzi Stowarzyszenie „Dietetyk” otrzymało z Urzędu Gminy i Miasta.

FB: Odpowiedź rzeczywiście Stowarzyszenie dostało natychmiast, bo już następnego dnia. Moim zdaniem nie było sporu między członkami Wspólnoty. Już mówiłem, że sąsiedzi nasze jesiony jeśli nie lubili, to co najmniej tolerowali. Nie podobały się one tylko Zarządowi Wspólnoty, to znaczy kilku osobom. Rozłam dotyczył oceny zachowania Zarządu w tej sprawie, które po prostu wzburzyło lokatorów.

IZ: Jak ocenia Pan zaangażowanie się władz w prowadzenie tej sprawy i finalny sposób jej załatwienia?

Myślałem, że w tych papierach jest prawda Zdjęcie,: Ireneusz Zygmański

Myślałem, że w tych papierach jest prawda
Zdjęcie,: Ireneusz Zygmański

FB: Myślę, że zadziałał tu bezwład rozpędzonej maszyny administracyjnej. Jeśli jeden urząd wydał decyzję, drugi już jej nie kwestionował. Tak pisze dosłownie gminny urzędnik: „Według organu wydającego zezwolenie, tj. Starostwa Powiatowego w Goleniowie, wniosek zasługiwał na pozytywne rozpatrzenie (…) Powyższa decyzja nie jest aktem prawnym nakazującym, a udzielającym prawa do wycinki.” Ktoś z papierem w ręku, Zarząd przecież, czegoś żądał, powołując się na wolę i dobro mieszkańców, urzędnicy nie chcieli się więc w to mieszać. Jednak kiedy myśmy interweniowali, w Urzędzie wykazywano zrozumienie i sympatię. W Wydziale Planowania Przestrzennego, Nieruchomości i Ochrony Środowiska UGiM usłyszałem, że pierwotna decyzja pozwalająca wyciąć drzewo do 31 grudnia straciła moc, a nowa nie będzie wydana. To samo powiedziano tam pytającemu o sprawę dziennikarzowi „Gazety Goleniowskiej” Pawłowi Palicy, więc mam dowód, że się nie przesłyszałem.

Myśleliśmy zatem, że udało nam się drzewo obronić. Mówię „nam”, bo nie sam działałem. Powiedziałem już o Stowarzyszeniu „Dietetyk”, ale inni lokatorzy bloku przy Akacjowej 5 też pomagali. Założyli „Komitet Obrony Drzewa Jesion Wyniosły”, którego członkowie w ilości około 10 osób protestowali przeciwko działaniom Zarządu Wspólnoty „Akacjowa”.

IZ: Rozmawiamy już po wycięciu jesionu. Jak do tego doszło, skoro zgoda gminy wygasła?

Ale się uwijają... Zdjęcie: Filip Brzykcy

Ale się uwijają…
Zdjęcie: Filip Brzykcy

FB: Niestety, Zarząd Wspólnoty nie słuchał lokatorów wcale, wierząc chyba w swoją misję „zrobienia im dobrze mimo ich woli”. Wprawdzie deklarował, że o nową zgodę występować nie będzie, ale zwrócił się do gminy o przedłużenie wcześniejszej zgody do końca lutego, i takie „przedłużenie” uzyskał. Tym razem decyzję podpisał Zastępca Burmistrza Henryk Zajko, a nas, lokatorów o tym nie powiadomiono. Gdybyśmy o niej wiedzieli, z pewnością znowu byśmy próbowali do tego nie dopuścić. Lecz skoro zapewniano nas, że decyzja wygasła, a nowej nie będzie, nikt nie spodziewał się, że mamy drzewa nadal pilnować. Mówiąc dosłownie, nikt nas nie okłamał: nowej decyzji nie było, a tylko „przedłużono” moc poprzedniej. Lecz czy tak mieliśmy rozumieć to, o czym nas w UGiM zapewniano? Przecież władze gminne nie miały angażować się po żadnej stronie konfliktu. Jednak  jesion wycięto 24 lutego rano, pod nieobecność lokatorów, którzy próbowali do tego nie dopuścić. Dziwny to brak angażowania się, skoro w ten sposób zalegalizowano wolę Zarządu działającego przeciw woli mieszkańców.

IZ: Czy uważa Pan, że goleniowskie władze podchodzą do wycinania drzew jakoś inaczej, niż w innych miastach w Polsce?

FB: Nie wiem, nie śledzę tego tak dokładnie. Myślę, że w tych sprawach potrzebny jest rozsądek. Drzewa chore, obumarłe lub rzeczywiście przeszkadzające w zagospodarowaniu terenu w dobry dla wszystkich sposób należy usuwać. Natomiast nie powinno wycinać się okazów zdrowych, które nie zagrażają zdrowiu lub mieniu. Należy dbać o regularne przycinanie gałęzi czy sprzątanie liści. Szczególnie w mieście drzewa spełniają ważną role. Bez nich zostanie nam tylko smutny betonowy krajobraz.

IZ: Jak Pan ocenia, czy trudno jest w Polsce wyciąć legalnie drzewo?

FH: Patrząc tylko od strony wymogów przepisów – raczej tak. Prawo stawia wiele barier, poczynając od określenia przyczyn, z powodu których drzewa można usuwać. Jednak w praktyce ograniczenia prawne są przez organy udzielające zezwoleń traktowane, hm, dość „elastycznie”.

IZ: To co,  przegraliście waszą walkę o drzewo?

FB: Początkowo rzeczywiście myślałem, że nam się uda. A już szczególnie po wygaśnięciu terminu 31 grudnia 2014 r., kiedy utraciła moc zgoda gminy. Sądziłem, że warto się sprzeciwiać, bo w ten sposób można zmienić każdy zamiar, szczególnie zły zamiar. Choć nasze drzewo wycięto, to jednak do końca przegranym się nie czuję. Przede wszystkim wciąż rośnie drugi jesion. Będzie nas nadal cieszył swoją zielenią, Udało się też zmobilizować i zaangażować lokatorów naszego bloku do wspólnego działania. Mam nadzieję, że zaprocentuje to w przyszłości. Nie tylko w tym miejscu, bo udało nam się poruszyć sumienia innych mieszkańców, którzy być może zmienią nieco swoje obojętne nastawienie do drzew i ich roli w miejskim krajobrazie.

Teraz na pewno widok jest przyjemniejszy Zdjęcie: Filip Brzykcy

Teraz na pewno widok jest przyjemniejszy
Zdjęcie: Filip Brzykcy

Zarząd Wspólnoty wygrał ambicjonalny spór i postawił „na swoim”. Paradoksalnie, wielkie zwycięstwo to nie jest. Cała sprawa nie przyda im popularności, wręcz może zaszkodzić w trakcie wyborów nowych władz Wspólnoty. Także i z samym parkingiem niewiele dobrego się zmieni. Gdyby ktoś miał zamiar poprawić wybrzuszone kostki polbrukowe, musiałby najpierw usunąć ciągle pozostające w ziemi korzenie wyciętego jesiona. A to wymagałoby chyba przełożenia znacznej części parkingu. Jesiony wyniosłe (tak dokładnie ten gatunek się nazywa), mają bardzo silny system korzeniowy, mocno rozrastający się w gruncie. Pozostawione resztki pnia nie pozwolą zwiększyć ilości miejsc parkingowych. Więc chyba nie o to Zarządowi naprawdę chodziło.

Zostało parę klocków Zdjęcie: Filip Brzykcy

Zostało parę klocków
Zdjęcie: Filip Brzykcy

Wkrótce mam zamiar wyprowadzić się wraz z rodziną w inne miejsce, gdzie drzewa będą mogły rosnąć swobodnie. Z pozostawionego na pamiątkę zdarzenia kawałka pnia naszego jesionu planuję coś wyrzeźbić i wkopać przy nowym domu. Taki mały pomniczek, żeby sprawy nie zapomnieć. Na odchodne pomaluję jeszcze szary, brudny mur przed klatką. Będą tam drzewa i krzaki, szukam artystów i graficiarzy. Może te rysunki spodobają się bardziej goleniowskiej władzy…

IZ: Dziękuję bardzo za rozmowę.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Moje wywiady