RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2015

Nasz powszedni wspólny widok

19 sie

Prawda, że ładnie się prezentuje moja ulica? Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Prawda, że ładnie się prezentuje moja ulica?
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Ostatni felieton został w komentarzach potraktowany z pewnym zniecierpliwieniem. Max napisał: „Tematów jest sporo, choć ten uważam za czwartorzędny, ale to pewnie na rozgrzewkę.” I dołączył się do Adamowego „Pisz, ojciec, pisz!”. Ten dodał jeszcze: „Temat rozruchowy [po dłuższej przerwie urlopowej]. Odnośnie chwaścianego artykułu: jakby jeszcze publicznie wspomnieć, do kogo należy ten niewątpliwie atrakcyjny turystycznie „Park”, to może zniknąłby szybciej…”. Odniosę się zatem najpierw do obu Komentatorów.

Nie zgodzę się z Wami, Szlachetni Komentatorzy, że temat jest poboczny. Może myli Was nieco, że podałem go w delikatniejszym niż zwykle sosie. Rzeczywiście jest tak, że nikomu nie chce się analizować jakichś straszliwych zawiłości przy temperaturze 35 stopni w cieniu. Jednak nie uważam, że to było pisanie o niczym. Wprawdzie staram się unikać łopatologicznego wyjaśniania czytelnikom, co autor miał na myśli, lecz brak zrozumienia u Wytrawnych Komentatorów tym razem skłania mnie do złożenia dodatkowych zeznań. Otóż zamarzyło mi się postukać leciutko w bardzo twardą skorupę czegoś, co uwiera mnie jak ciasne buty od wielu już lat. Streszczę główny wątek szumnie tak: próba studium problematyki przestrzeni prywatno-publicznej Goleniowa na wybranych przykładach. Ło Jezu, wyszedł mi tytuł na pracę doktorską!

Wiem synu, pewnie wolałbyś rozmowę o personaliach. Marzą ci się chyba proste rozwiązania na policyjną modłę: opornego rozpoznać, zlokalizować, wylegitymować, obezwładnić, ogłuszyć paragrafami, przekonać że „nie posiada racji w temacie”, i po kłopocie. Przypominam ci jednak, że jesteśmy na gruncie mulistym, gdzie władza nie dysponuje przepisami lokalnego prawa, zakazami i nakazami popartymi argumentem mandatu. Jak w artykule wspomniałem, goleniowska Straż Miejska za zachwaszczoną działkę w centrum miasta nie może właściciela ukarać ani przymusić do skoszenia chabazi. Brak naruszeń prawa – urzędnicy są bezradni.

Wiem też, że kiedyś szczególnie ciebie, Max, poważne studium urbanistyczne o wyżej podanym tytule zainteresowałaby bardzo. Przegadaliśmy o tych sprawach niejedną godzinę, pomysłów miałeś wiele, a część z nich doczekała się szczęśliwej realizacji. Wiesz także dobrze z własnej praktyki, jak trudno zarządzać przestrzenią publiczną w mieście. Z wielu jakże ważnych powodów, których albo sobie nie uświadamiamy, albo wolimy je wstydliwie przemilczeć. Temat ten kiedyś trochę rozwinę, ale dziś nie o tym.

Dlaczego akurat Wojewoda Zachodniopomorski tak bardzo krzaczyska chroni, ogołacając nasz regulamin czystości i porządku ze stosownych zapisów? Argumentem koronnym podobno była obrona świętego prawa własności. Dla niego widocznie chwaściska są legalną kolekcją botaniczną, której niszczenie można ścigać sądowo, jak niszczenie każdej prywatnej własności. Co jednak robić, jeśli to nienaruszalne sakrum wpycha się w przestrzeń wspólną, publiczną, łamiąc powszechnie uznawane standardy estetyki? Czemu czyjeś prywatne niechlujstwo musimy podnosić do rangi chronionej wartości? W innych województwach naszego kraju takie regulacje lokalnych przepisów się honoruje. Komendant Surmaj radzi wywierać presję moralną na właścicielu gruntu. Idę za jego radą, lecz nie na tym polega wywoływanie presji moralnej, że się krzyczy po mieście: „Ludziska, Chrzęścipiórkiewicz jest łobuz i trawska u siebie nie kosi!”. W ten sposób delikwenta tylko się zjeży, opancerzy, wyzwie do walki o honor i zapędzi do obrony odwiecznego „Wolnoć Tomku w swoim domku”. Na marginesie, w mieście wielkości Goleniowa i tak niemal wszyscy wiedzą, czyj jest opisany teren. A to już tworzy warunki do stosowania moralnego nacisku.

Kończąc komentowanie komentarzy powiem, że mnie w ogóle w tych sprawach personalia nie interesują. Liczy się dla mnie sprawa – prawo wszystkich mieszkańców do życia w miejscu estetycznym, przyjemnym i przyjaznym. Stąd obojętne mi, kto to prawo narusza, bo wszyscy powinniśmy na to reagować, żądając od właściciela terenu zachowania przyzwoitości w jego utrzymywaniu. Bez względu, czy osobie prywatnej, instytucji, czy nawet gminie, powinniśmy zwracać uwagę na złe praktyki w tej dziedzinie. Gminie może najbardziej, bo powinna świecić przykładem, wyznaczać poziom. Gdy będziemy wymagać od wszystkich aktorów goleniowskiej sceny wywiązania się z publicznych obowiązków, złe zachowania będą wyjątkami. Jeśli się natomiast przyzwyczaimy do bylejakości, rozpleni się ona jak te chwasty, które mam zamiar znowu pokazać.

No właśnie, bo ja dziś chcę znów sypnąć garścią przykładów. Pozbierałem je bez problemów w ciągu kilku minut. I to w miejscu podobno już estetycznym niebotycznie, na świeżo wyremontowanej ulicy Szkolnej i w jej bezpośredniej okolicy. Przykłady dotyczą różnych podmiotów, by nie wyglądało, że się na kogoś uwziąłem. Niestety w tej sferze grzeszy zbyt wielu.   

Jedyną ozdobą w tym miejscu był klomb przed biurowcem Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jedyną ozdobą w tym miejscu był klomb przed biurowcem
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Na pierwszy ogień kawałek terenu na przedłużeniu ul. Szkolnej, czyli ul. Maszewskiej, tuż przy przejeździe kolejowym. Specyficznie zależy mi na jego pokazaniu. Otóż jeszcze zanim zostałem radnym, jeden z wyborców, widocznie wierzących w mój sukces, zobowiązał mnie do interweniowania w tej sprawie. Jesteśmy zatem obok budynków firmy Serwach, czyli dawnej Goleniowskiej Fabryki Mebli. Naprzeciw stojącego wzdłuż ulicy biurowca był sobie od wielu lat otoczony murkiem klomb. Do jego założenia w dużym stopniu przyłożyła kiedyś rękę moja własna Mama, sadząc rośliny i dbając o nie osobiście. Urosły tam fajnie płożące się iglaki, a widok zielonej roślinności skutecznie odciągał wzrok od niekoniecznie pięknego otoczenia. Klomb należał wtedy do GFM, lecz po wielu przekształceniach jest we władaniu prywatnego właściciela. Zaznaczam, że nie jest nim firma Serwach. Klomb, o który przestano dbać, zarósł straszliwie. Iglaki porosły nad miarę i zamiast zdobić, zaczęły straszyć. 

No, teraz dopiero jest ładnie... Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

No, teraz dopiero jest ładnie…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jak wyborca prosił, tak uczyniłem. Na jednym z posiedzeń komisji Rady Miejskiej poprosiłem wiceburmistrza Tomasza Banacha o zwrócenie właścicielowi uwagi na to miejsce, podjęcie próby skłonienia go do zajęcia się nim, jak na gospodarza przystało. Niestety, burmistrz chyba rzeczywiście zadziałał. Mówię „niestety”, bo właściciel zareagował na to zupełnie inaczej, niż było w intencjach mojego wyborcy i moich. Chyba dla uniknięcia dalszych nieprzyjemności, po prostu… klomb zlikwidował. Murek rozebrano, rośliny zniknęły, a teren już nigdy nie będzie potrzebować ogrodnika. Wyrzuty sumienia w tej sprawie targać mną będą zapewne do końca życia. A z ładnego kiedyś miejsca wyziera dziś smutek betonowej trylinki. Cóż, skąd ja znam to zamiłowanie do betonu?

Co tu się hoduje, drzewa czy zielsko? Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Co tu się hoduje, drzewa czy zielsko?
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Idziemy dalej w stronę centrum. Kurczę, porządnie, fajnie, jak na obrazku u góry wpisu. Ładna ta „moja” ulica! Europa… Może brakuje mi tych koszy na śmieci, co się ich tak uporczywie czepiam. Mijamy Lidl, podziwiając w tym roku posadzone młode głogi. Może starych potężnych topól brakuje, ale mój ten ból. Toć to przecież były chwasty, jak niektórzy twierdzą z uporem. Głogi urosną, będzie ślicznie. Nareszcie gmina wyznacza innym właścicielom wysoki poziom, wykazując się na swojej działce  dbałością o estetyczne doznania mieszkańców. Traweczka wykoszona, cieszy ok… Tu chciałem powiedzieć ”cieszy oko”, lecz właśnie przeszedłem parę kroków bliżej. I co widać? Zapewne zaraza, którą zaczął szerzył ten przyjemniak z opisanej działki na Szarych Szeregów, dopadła miejskich ogrodników. Czyżby też zaczynali kolekcjonować chwasty?

Po prawej wyłazi niezadbany, upstrzony resztkami betonowych placyków teren przy Orliku. Podobno ktoś miał tam zrobić plac zabaw, ale chyba zapomniał.

To same niemal miejsce, ale z innego ujęcia Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To same niemal miejsce, ale z innego ujęcia
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Idę kawałek dalej, a tam już otwiera się urocza dżungla za garażami położonymi między ulicą a Orlikiem. Nie jestem pewien, czyj to teren, lecz zapewne należy do OSiRu. Przecież to ta gminna instytucja występowała do Starostwa o wycięcie stojących tam kiedyś drzew. Na co dzień, poza funkcją intensywnie użytkowanego przejścia na skróty dla pracowników IKEI, stanowi cudowną ostoję dla okolicznych miłośników plenerowego (oczywiście w miejscach publicznych surowo wzbronionego!) spożywania wszelkich napojów zawierających choćby śladowe ilości C2H5OH. Jest tu także darmowy szalet miejski, znacznie popularniejszy od tego marmurowego kloca na Plantach. Gdzieś pijaczki muszą przecież wydalić z siebie pozostałości popitki i zagryzki. No i wyrzucić butelki, foliowe reklamówki oraz inne tego typu przybory okołospożywcze.

To jest naprawdę obrazek z centrum naszego miasta Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To jest naprawdę obrazek z centrum naszego miasta
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Od drugiej strony garaży prowadzi nieoficjalna ścieżka wprost do IKEI (w lewo) lub dla uczniów na skróty do Szkoły Podstawowej nr 2 (w prawo). Ci pierwsi klną przedzierając się przez stojące tam po każdym deszczu kałuże, w które z powodu egipskich ciemności i tak muszą wleźć. Bardziej klną, kiedy wejdzie im się w ludzki lub psi ekskrement, bo cały ten teren zaminowany jest właściwie zawsze. Natomiast dziatwa to miejsce uwielbia, gdyż w cieniu za garażami mogą sobie spokojnie zapalić ulubionego papieroska albo skorzystać z innych dostępnych w szerokiej gamie używek. Panowie pijaczkowie im w tym nie przeszkadzają, zabawiając szczególnie co bardziej wyrośniętą młodzież żeńską towarzyską konwersacją.

Nieoficjalna ścieżka i wejście na Orlika, przejście do IKEI i do SP2 Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Nieoficjalna ścieżka i wejście na Orlika, przejście do IKEI i do SP2
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Może tu zakończę podróż po mojej ulicy, dalej zieleni już nie ma. Na teren wokół garaży zwracałem kilkakrotnie uwagę w interpelacjach, nie spotkał się jednak z istotnym zainteresowaniem. Pytałem o możliwość jego ucywilizowania przez ustawienie kilku lamp, o położeniu chodnika nawet marząc. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: nie nasz teren. No cóż, czego od ulicy nie widać, tego sercu nie żal. Współgra mi taki punkt widzenia ze wspomnianym wcześniej poglądem Wojewody: wara od świętej własności prywatnej! Nie będziemy się tam wtrącać, bo to nie nasze sprawy. I tego właśnie się spodziewajmy na każdym styku gminnego z prywatnym.

Zakończę dzisiejszy felieton niespodziewaną dla mnie łączną puentą, wspólną dla dwóch wpisów: bieżącego, ale przede wszystkim poprzedniego tekstu, który na początku komentowałem komentatorom. Przypadkiem otóż spotkałem się z dawno niewidzianym kolegą, siedzącym od wielu lat w Australii. Urodzony goleniowianin, który spędził tu dzieciństwo i wczesną młodość, z okazji rzadkiego pobytu w naszym wspólnym grodzie, przeczytał mój „chwaściany” felieton. Mam nadzieję, że nie obrazi się za ujawnienie fragmentu maila, który przysłał mi po tej lekturze. Nie jako komentarz na blogu, lecz zwykły list. Zacytuję, co napisał goleniowski Australijczyk, człowiek mający do tego miasta szczególny sentyment:

„Zbiegiem okoliczności, jak to często bywa, idąc przez Goleniów (…) skręciłem w ulicę Szarych Szeregów, gdzie Mama kupowała kiedyś świeżo urwane, prosto z tamtejszej działki: rzodkiewkę, sałatę, itp. Stałem tam parę minut dumając nad polską ekonomią, która jest, jak na całym świecie, łaskawa, psotna, a czasem i okrutna. Artykuł twój wyjaśnił mi, że parcela leży w prywatnych rękach, więc z wyrozumiałością już większą patrzę na ten obrazek, przyłączając się do oczekiwań okolicznych mieszkańców, którzy przyklasnęliby, przypuszczam, widokowi skoszonej trawy i podciętych, niektórych chociaż, chwastów. Bo przecież chwasty to rośliny, których użytku jeszcze nie odkryto. Pewnie dlatego stojąc tam parę tygodni temu i patrząc na tę działkę, poczułem, lekki aczkolwiek, powiew tajemniczości.”

No cóż, swojak, ale nauczony już innej normalności, standardów kraju słynącego z pięknych krajobrazów, z pięknych miast. Sam w jednym z nich mieszka na tyle długo, by odzwyczaić się od naszych niedoskonałości. Kiedy byliśmy kilkunastoletnimi młodzieńcami, na takie rzeczy nie zwracaliśmy uwagi. Dziś jest mu najwyraźniej przykro, że jego kolega pisze o tak oczywistej sprawie. Wyraźnie czuję jego zażenowanie, gdy próbuje mi nasze chwasty jakoś wyjaśnić i usprawiedliwić.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Prywatny miejski park

10 sie
Dżungla w centrum miasta Fot. Ireneusz Zygmański

Dżungla w centrum miasta
Fot. Ireneusz Zygmański

Lato, upał. Wszyscy ledwie dyszą w palącym słońcu, przed którym trudno się schować. W taką spiekotę nikt nie chce czytać trudnych tekstów, bo mózg przy każdym większym intelektualnym wysiłku przegrzewa się. Śpieszę zatem dostarczyć dziś Czytelnikom lektury nieco lżejszego kalibru, niż moje dotychczasowe pisanie na tym blogu. Zabrać ich do jakiegoś pięknego miejsca, z dala od gotującego się asfaltu. Żeby było kolorowo, odpoczynkowo, pozytywnie. Żeby było na łonie natury, choć raczej bez długich męczących podróży. Najlepiej całkiem bez opuszczania miasta. Aha, i żeby kogoś pochwalić, bo to wleje nieco optymizmu w tryskających rzęsistym potem współobywateli.

Zapraszam Was zatem w podróż niedaleką, do takiego matecznika pierwotnej niemal przyrody. Do parku miejskiego, którego żaden burmistrz z pompą nie otwierał, wstęgi nie przecinał, imieniem żadnym nie okrasił. Bo też powstał on z całkowicie oddolnej inicjatywy jednego pasjonata, który założył go z niemałym wysiłkiem na swym własnym, całkowicie prywatnym terenie. Musiał się nawet posłużyć sprytnym kamuflażem, żeby to pionierskie przedsięwzięcie doprowadzić do szczęśliwego finału. Zapraszam Państwa zatem do centrum Goleniowa, na ulicę Szarych Szeregów.

To tu właśnie, w sąsiedztwie bloków GTBS, niemal naprzeciw Szkoły Podstawowej nr 2, przy świeżo przebudowanej ulicy mieści się to cudo. Jest to pierwszy w Goleniowie, a kto wie, czy nie w Polsce, całkowicie prywatny miejski park tematyczny. Jego idea jest szlachetna i nowatorska. Autor postanowił mianowicie zgromadzić w jednym miejscu pełną kolekcję chwastów, jakie tylko rosną w naszym kraju, i udostępnić ją szerokiej publiczności do podziwiania. I właśnie teraz, w szczycie letniej kanikuły, zobaczyć można efekty tego znakomitego pomysłu. Jest to niewątpliwie jedyny w swoim rodzaju zbiór cennych roślin, cieszących oko wszystkimi kolorami tęczy, rozmaitością kształtów, bujnymi rozmiarami.

Słówko o prehistorii tego terenu. Pamiętam, że we wczesnych latach 60-tych w tym miejscu znajdowała się prawdziwa kuźnia (z lewej strony, zaraz za rogiem ul. Konstytucji 3 Maja i Szarych Szeregów – wtedy noszących nazwy Jedności Narodowej oraz Pionierów), gdzie ludziska przyjeżdżali podkuwać konie. Zaś bardziej w prawo znajdowały się ogródki lokatorów położonego po drugiej stronie ulicy bloku fabrycznego GFM (czyli Goleniowskiej Fabryki Mebli; jakoś smutno, że dziś w żadnej nazwie goleniowskich firm nie ma już wyrazu „goleniowska”). Sadzili tam przez długie lata warzywa, choć grunt do nich nie należał. Skoro jednak do niczego innego się ten teren nie przydawał, co to komu szkodziło?

Przechodząc do czasów nam bliższych oraz do naszego bohatera, zacznę od momentu pojawienia się wokół całego terenu wysokiego solidnego płotu. Zabijcie mnie, nie pamiętam, kiedy go postawiono. Jak myślę, około 10 lat temu. Jestem natomiast pewien, że już wtedy w głowie właściciela nieruchomości pojawił się pomysł chwaścianego parku. Za tym wielgaśnym płociskiem rozpoczął pielęgnację pierwszych nieśmiało kiełkujących roślinek, pieczołowicie zbieranych pewnie po wszelkich gruzowiskach, niedostępnych śmietnikach, zakazanych zakamarkach znanych tylko plenerowym pijaczkom. Ileż trzeba się było naszukać, by zgromadzić bezcenne sadzonki. A jak wielkiej wiedzy botanicznej potrzeba było, by nie zawlec jakiegoś banalnego „szlachetnego” (tfu!) gatunku…

Jak wspomniałem, nasz właściciel, zapewne z obawy o niezrozumienie nowatorskiego pomysłu, musiał się postarać o jakiś kamuflaż. Bardzo udatnie posłużyła do tego postawiona przy płocie duża tablica informująca, że w tym miejscu wybudowane zostanie osiedle mieszkalne. Na poglądowym rysunku przedstawiono jego wygląd, kusząc przyszłych lokatorów interesującym założeniem architektonicznym. Dla uprawdopodobnienia wizji przydał się także postawiony z boku dźwig. Kiedy zaś nasz bohater sprytnie zamaskował swój prawdziwy zamiar hodowli ogrodu chwaścianego, zyskał sporo czasu dla prowadzenia właściwej misji.

Krzaki niedługo będą wyższe niż pobliskie bloki Fot. Ireneusz Zygmański

Krzaki niedługo będą wyższe niż pobliskie bloki
Fot. Ireneusz Zygmański

W zeszłym roku Straż Miejska (jak twierdzi Komendant Surmaj) nakazała właścicielowi terenu rozbiórkę płotu, który jakoby stwarzał niebezpieczeństwo zawalenia się. O wielka godzino triumfu! Toż tego tylko było potrzeba naszemu bohaterowi. Już wtedy można było podziwiać zasłonięte dotąd przed łakomymi spojrzeniami gapiów skarby. Jednak dopiero teraz, właśnie latem, wszystkie klejnoty tej niesamowitej kolekcji zaświeciły prawdziwym blaskiem. Widok, który roztacza się tu obecnie, godny jest pędzli najsłynniejszych impresjonistów. Ten prawdziwy Czarodziejski Ogród przyciągnie do naszego miasta tłumy artystów, pragnących uwiecznić jego niepowtarzalny wygląd dla potomności. Miejsce to przysporzy nam zapewne dużo pieniędzy, bo hordy artystów muszą gdzieś przecież mieszkać, coś zjeść i czegoś się napić.

Istnieje jednak pewne zagrożenie, że sława całego przedsięwzięcia może nie przekroczyć miejskich opłotków. Otóż lokalne władze, zazdrosne zapewne o sam pomysł i jego genialną realizację, wcale nie mają zamiaru by Pierwszy Prywatny Miejski Park Chwaściany rozpropagować gdziekolwiek. Zamiast współpracować z twórcą Parku, rzucają mu wręcz kłody pod nogi. Nie powstał ani jeden album w full kolorze, żaden folder, nędzna choćby broszurka na papierze pakowym. Nawet Asystent Burmistrza do spraw Komunikacji Społecznej słowem na stronie internetowej o tym wielkim dziele nie wspomina. Zaś wspomniany już wcześniej Komendant Straży Miejskiej nos na kwintę spuszcza i smutno o regulaminie czystości i porządku w gminie marudzi. Że niby wojewoda coś w tym regulaminie uchylił czy tam gumką powycierał. I że on, Komendant znaczy, nie może teraz zgodnie z prawem fachnąć mandatu właścicielowi gruntu za niewykoszone chwaściska. A jedynym jakoby sposobem na skłonienie takiego delikwenta do uporządkowania terenu jest… presja moralna ze strony opinii publicznej.

Malownicza kolekcja chwastów Fot. Ireneusz Zygmański

Malownicza kolekcja chwastów
Fot. Ireneusz Zygmański

Hulaj dusza, piekła nie ma! Niosę tę wieść do przyszłych naśladowców naszego bezimiennego bohatera, pioniera ogrodów chwaścianych. Róbta, co chceta, bata nikt na was nie złapie. Po co kosić w pocie czoła trawniki, skoro efektem nuda tylko, a słońce i tak trawę na żółto wypali? Cena wody poszła do góry, nie będziecie przecież tego trawska podlewać! Pełen powrót do natury – zakładajcie ogrody chwaściane! A opinią publiczną się nie martwcie, choć do tego trzeba mieć jaja. Jak nasz założyciel Pierwszego Prywatnego Miejskiego Parku Chwaścianego.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Dobra, dobra, nowe wpisy już wkrótce

07 sie

Wkrótce, czyli od poniedziałku 10 sierpnia. A czemu nie od razu? Bo jest lato… Wszyscy chcą odpoczywać, ja też. Mózg ledwo pracuje, bo w upale trybiki wolniej się kręcą. A poza tym jest mniejszy popyt na poważne tematy. Wprawdzie marzą mi się też tematy niepoważne, ale co się za jakiś taki zabiorę, zaraz cięgnie mnie do zbawiania świata. Zatem, do poczytania za niedługo.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii