RSS
 

Archiwum - Listopad, 2015

Nasza pogoda na sukces

03 lis
Najlepsze, bo z Polski grafika: www.maxmedia.org.pl

Najlepsze, bo z Polski
grafika: www.maxmedia.org.pl

I znów muszę się pokajać za długie milczenie. Beztrosko wszystko zwalę na żonę, to jej wina. Ośmieliła się pojechać na miesiąc do sanatorium, przez co mój czas na pisanie skurczył się do zera. Poza normalną pracą zawodową i obowiązkami radnego ten miesiąc spędziłem na czynnościach, które zwykle dzielimy między siebie (w mniejszym lub większym stopniu). A tak od rana do wieczora: latałem po sklepach (rowerem, mimo przestróg pesymistów po przygodzie Pana X), gotowałem (czasem nawet dwudaniowe obiadki), prałem (skarpetki ręcznie, resztę robiła pralka), zmywałem (ręcznie!), podlewałem kwiatki, odkurzałem, sprzątałem, com nabałaganił i tym podobne. Wszystko zrobiłem na czas i zgodnie z harmonogramem, który zostawiła żona. Kilku niezapowiedzianym kontrolom nie udało się mnie przyłapać na żadnej wpadce. Ba, udało się nawet wykonać parę zadań, których żonina rozpiska nie przewidywała. Wiem, żadne bohaterstwo, każdy stary kawaler to potrafi. A ja wręcz większość wymienionych prac lubię. No, jeszcze przecież wybierałem parlament.

Ale w tym samym czasie udało mi się pozbierać i przerobić na nalewki kilka kilo pigwy, ponad 10 kg pigwowca, wiadro berberysu, że o jabłkach, dzikiej róży i winogronach nie wspomnę (bo te zerwali dzielni rodzinni pomagierzy – ja tylko przerabiam). Jeśli ktoś z Was  kiedyś pokroił własnoręcznie choćby kilogram owoców pigwowca wie, że to robota żmudna i wymagająca siły, choć przede wszystkim cierpliwości. Aha, grzyby! Zbierałem je kilkakrotnie (z różnym skutkiem, choć jeden dzień był naprawdę rekordowy). Oczyściłem wszystkie własnoręcznie, oczywista. Tak że w sumie – domowy bohater. Brawo ja!

Przyznam, że nawet próbowałem w tym czasie coś napisać. Niestety, wszystkie podejścia zakończyły się pobudką nad ranem z nosem w klawiaturze komputera, zaś wyprodukowane wypociny nie nadawały się do niczego. Nie miałem też nawet chęci czytać o tym, co się na świecie dzieje, oczy mi się same zamykały prawie automatycznie. Zaś w Polsce… działy się wybory. Kampania wyborcza odstręczała mnie swoją dwubiegunowością: jedni chwalili się znakomitymi osiągnięciami, uzasadniającymi pozostawienie ich u steru władzy, drudzy zaś wskazywali bezmiar porażki obecnie rządzących, co oczywiście motywowało pilną potrzebę odebrania im władzy i przekazania w ręce nowych sił. Jedyną radą było wyłączenie się z tego hałasu, by ocalić własną głowę od niechybnego rozpadu na dwie połówki. Lecz gdzieś głębiej kołatało się takie pytanie: gdzie leży prawda? Ma nasz kraj sukces, czy nie?

Skoro jest już po wyborach, a przede wszystkim żona wróciła, po pierwszych powitalnych radościach udało mi się w końcu przeczytać spokojnie wiadomości z kilku kolejnych dni. I cóż moje zdumione piękne oczy skonstatowały? Wielka jest mądrość nam miłościwie panujących! Ano, rzeczywiście po wyborach żyjemy już w nowej Polsce. Jeszcze nie umilkły korki strzelającego szampana, jeszcze się zwycięzcy za tworzenie rządu nawet porządnie nie zabrali, jeszcze ani pokłócić się nie zdążyli, a my już mamy same sukcesy! I to takie, jakich nigdy w historii naszego kraju jeszcze nie odnieśliśmy. Właśnie one skłoniły mnie do napisania o tym nowego felietonu. Niektórzy blogowi komentatorzy i znajomi spoza bloga namawiali mnie wprawdzie do komentowania wyników wyborczych, ale to nie moje pole. Niczego ważnego do powiedzenia w tej sprawie nie mam, posłuchajcie lepiej opinii prawdziwych ekspertów od polityki.  

Co do wspomnianych sukcesów, ani myślę sobie stroić tanie żarciki. Te dokonania są moim zdaniem realne, pokazują Polskę jako kraj wiodący w szerokim spektrum tego, co się w świecie liczy. Cóż więc dziś świat docenia? Czym się próbujemy chwalić przed innymi i za co inni nas chwalą? Z czego Polacy powinni być dumni, czym się powinni szczycić, jak wyróżnić swoje miejsce w rosnącym wciąż szeregu państw świata? No i przed kim chcemy się chwalić? Z konieczności traktatu naukowego o tym nie napiszę (bo Wy, Szacowni Czytelnicy, z pewnością go nie przeczytacie), tezy swe udowodnię zatem pobieżnie. Felieton zresztą żelaznych dowodów nie wymaga, byle autor nie odbiegł znacząco od prawdy. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że miary sukcesu ewoluują, są zmienne, różne w różnych czasach. Dlatego zacznę  od podbudowy historycznej.

Nie sięgnę w badaniach daleko, zaledwie do roku 1969. Udam, że oburzonych głosów nie usłyszałem. Bo jak, do „niesuwerennego państwa pod okupacją sowiecką” (jak dziś wielu to określa), do „szesnastej republiki Związku Sowieckiego” (jak chcą inni) wracać? Lecz gdzie szukać punktu odniesienia, skoro to ma być refleksja historyczna – zapytam? Uważam tę datę za dobry moment wyjściowy do porównań z czasami bliższymi obecnej chwili. Okres dość zgrzebnego socjalizmu, przed rozpasaniem „propagandy sukcesu średniego Gierka”, czyli przed połową lat 70. XX wieku. Był to czas dobry na podsumowania i chwalenie się, okrągła rocznica istnienia Polskiej Republiki Ludowej. Ponadto żyje jeszcze wielu Polaków pamiętających tamtą rzeczywistość, może więc ta reminiscencja coś im nasunie. Młodszym natomiast pozwoli lepiej zrozumieć swoich dziadków i ojców. Czym więc w czasach „schyłkowego Gomułki” chwaliła się nasza propaganda?

Jako filatelista posłużę się przykładem z tej dziedziny. Znaczki pocztowe, poza licznymi bardzo praktycznymi zastosowaniami, niemal od narodzin w roku 1840 były przecież narzędziem propagandy. PRL wykorzystywała je do tego często i nachalnie, obecna RP także to czyni, choć nieco delikatniej. Zatem łopatologicznie: dnia 21 lipca 1969 r., w przeddzień 25. rocznicy powstania PRL, poczta polska wypuściła okolicznościową serię 9 znaczków. Cztery z nich opiewały sukcesy ówczesnego państwa. Projektował je dobry artysta Franciszek Winiarski, autor wielu plakatów, znany twórca polskich znaczków, trzymając się wiernie stylu propagandowego tamtej epoki. Nakłady tych znaczków były duże, po 5,8 mln sztuk każdy, nominał identyczny – 60 gr. Znaczki za 60 gr naklejano wtedy na zwykły list krajowy. Łatwo o wniosek, że przeznaczone były dla „klienta wewnętrznego”, mieszkańca naszego kraju. To jemu miały te znaczki meblować w głowie właściwy stosunek do sukcesów „socjalistycznej ojczyzny”. To nie „na eksport”, na zewnątrz? Nie, bo po co? Jedni „zewnętrzni” tamtą Polskę kochać i tak musieli (jak my ZSRR i innych przyjaciół z tej paczki), drudzy (ci z Zachodu) i tak by nas za chwalone sukcesy nie polubili. Czym się wtedy państwo przed obywatelem chwaliło? Otóż tylko silną gospodarką, zmierzającą w stronę pierwszej dziesiątki światowych potęg (to już jednak ogłoszono dopiero za Gierka).

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego
fot. Ireneusz Zygmański

Po pierwsze obywatele mieli być wniebowzięci z powodu wydobycie węgla kamiennego. Na znaczku dumny górnik wpatruje się radośnie w biało-czerwoną krechę symbolizującą 5. miejsce na świecie w produkcji czarnego złota. W roku 1970 wyciągano w Polsce na górę 140,1 mln ton, co i tak było mało wobec rekordowego wydobycia 193,1 mln w roku 1980. Współczesność jest w tej dziedzinie daleko z tyłu: 2001 – 102,5 mln ton, 2008 – 78,0 mln ton, 2013 – 77,1 mln ton.  W 2001 r. Polska w wydobyciu węgla kamiennego zajmowała bardzo wysokie 2. miejsce w Europie oraz 7. na świecie,  w 2008 – 9. pozycję na świecie. W dalszych latach tendencja była nadal spadkowa, a lokata światowa poniżej dziesiątej. Górnictwo węglowe jest dziś passé, jak i sam węgiel, uznawany za nieekologiczne i brudne paliwo. Już się nim nie chwalimy, a i z kopalniami same problemy.

Potęga w wydobyciu siarki fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu siarki
fot. Ireneusz Zygmański

Po drugie mieliśmy być dumni z wydobycia siarki. Widoczny na obrazku górnik niemal wbija z rozkoszą zęby w grudę siarki, jak w jakiś wielki kawał sera. A nas miała radować czerwona tym razem krecha wskazująca 6. miejsce w światowej produkcji siarki. Bez siarki nie byłoby kwasu siarkowego, bez niego tysięcy produktów chemicznych, niezbędnych nam do życia. W roku 1970 jako światowa potęga wydobywaliśmy rocznie 2,7 mln ton siarki. W 1980 było dwa razy więcej – 5,1 mln ton, a jeszcze w roku 1990 – 4,6 mln ton. Później siarka rodzima (kopalna) straciła swoje znaczenie, wydobycie spadło znacząco. Wzrosła produkcja z odzysku, z zasiarczonych złóż gazu ziemnego i ropy naftowej. Obecnie ponad 90% siarki uzyskuje się z odsiarczania spalin i paliw. Stąd blado wygląda porównanie liczb odnośnie wydobycia siarki w bliższych nam latach: 2005 – 802 tys. ton, 2013 – 526 tys. ton. Jednak w roku 2001 Polska zajmowała nadal wysokie 2. miejsce w Europie a 3. na świecie w  wydobyciu tego surowca. Lecz o tym już dzieci się w szkołach nie uczą ani nikomu z tego dumy nie przybywa.

Potęga w produkcji stali fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji stali
fot. Ireneusz Zygmański

Kolejnym powodem do radości miało być 9. miejsce Polski na świecie w produkcji stali. Złośliwi z przekąsem dołożą, że potrzebna była pewnie na ruskie czołgi, bo na wiele rodzimych produktów jej nigdy nie starczało. Nie zmienia to faktu, że w roku 1970 produkowaliśmy 11,8 mln ton stali surowej, w roku1980 nawet 19,5 mln. Później znowu był krach. W 2001 wytopiono w Polsce 8,8 mln ton. Dawało to krajowi 8. pozycję w Europie oraz 20. na świecie. W 2013 r. Polska jako producent stali zajmuje 6. miejsce w Europie i 19. na świecie, a produkcja w naszym kraju wyniosła 8,2 mln ton. I co, mamy płakać?

Potęga w produkcji statków fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji statków
fot. Ireneusz Zygmański

Czwartą przyczyną naszej dumy miała być produkcja statków. Stąd radosny stoczniowiec na kolejnym znaczku, na którym jeden z nitów symbolizuje czerwoną kropą 10. miejsce na świecie. Sama Stocznia Gdańska wyprodukowała po wojnie ponad 1000 statków, Stocznia Szczecińska ponad 600, pojemność brutto tych jednostek sięgnęła wielu milionów ton (tzw. CGT). Dzisiejsi malkontenci pewnie powiedzą: robiliśmy te statki dla RWPG, żeby Ruscy mieli na czym pływać, roznosząc czerwona zarazę po świecie. Pewnie tak, ale stocznie dawały chleb dziesiątkom tysięcy stoczniowców i ich rodzin, podtrzymywały całe gałęzie gospodarki. I znów współczesność przyniosła załamanie produkcji, że o ilości stoczniowców nie wspomnę. W 2005 wyprodukowano w Polsce 28 statków (pojemność brutto 722 tys. CGT – 4. miejsce w Europie), w 2008 produkcja o łącznej pojemności 587 tys. CGT dała nam 8. miejsce na świecie. W 2013 zrobiono już tylko 5 statków (9,5 tys. CGT). Paradoksalnie miejsce w rankingach europejskich i światowych wciąż rosło. W roku 2015 polski przemysł stoczniowy liczy się jako 2. w Europie, zaś 5. w świecie. Obecnie trwa boom na nowe statki i usługi stoczniowe. Według długoterminowych prognoz, do 2020 produkcja światowych stoczni wzrośnie o ponad 30%. Nawet mimo faktu, że na tym polu Europa przegrała sromotnie konkurencję ze stoczniami Japonii, Korei i Chin, daje to branży dobre perspektywy.

De facto wcale nas te dokonania nie cieszyły. Nie pamiętam, byśmy z tych powodów czuli się specjalnie lepsi. Świat naszych dokonań bardzo nie cenił, z czego zresztą przeciętny obywatel nie zdawał sobie sprawy. Polska nie była poważnym partnerem na rynku światowym, najwyżej dla „przyjaciół z demokratycznego obozu”. Świata nie podniecał węgiel, siarka – to kopalnictwo, produkcja surowców, towarów nieprzetworzonych. Surówka stali – to towar raczej mało skomplikowany. Jedynie statki były produktami potwierdzającymi wysoki poziom rozwoju przemysłu. Państwu zaś było bezpiecznie chwalić się przemysłem przed obywatelami, bo był przecież wspólny, „nasz”. Znamienne, że nie trąbiono wtedy o sukcesach w cenionych powszechnie branżach: motoryzacyjnej, elektronicznej, maszynowej, tak zwanym przemyśle lekkim. Po prostu sukcesów tu nie było. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzały królującą maliznę. Polski przemysł ciągle nie nadążał w produkcji, mimo wiecznego „przekraczania planów”, a notoryczny brak sznurka do snopowiązałek czy papieru toaletowego to nie były incydenty, lecz norma. A gdzie sławienie sukcesów polskiej nauki, kultury, sportu, które wtedy nie były zupełną rzadkością?

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka fot. alldiecast.us

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka
fot. alldiecast.us

I znów – nie było potrzeby. Klient zewnętrzny (poza Polską) te dokonania znał i kojarzył raczej z utalentowanymi jednostkami, którym się z Polski udało wydostać. Tam nareszcie mogli rozwijać swoje talenty, otrzymując za pracę godziwą zapłatę. Zaś dla władzy lepiej było, by klient wewnętrzny (w kraju) tych sukcesów nie znał, bo jeszcze by się zdenerwował. Panowało przecież hasło „równych żołądków”, kult pracy fizycznej, krytyka „prywaciarstwa”, bogactwa i materialnej własności jako takiej. Lepiej było narodu nie drażnić reklamując na przykład muzykę Krzysztofa Pendereckiego, robiącą na świecie furorę wśród elit, dla „mas robotniczo-chłopskich” kompletnie niezrozumiałą. Gdyby jeszcze te masy zobaczyły Mistrza jeżdżącego ze zblazowaną miną jedynym chyba w państwach RWPG Mercedesem 600, długim jak autobus, kupionym za „lekko i bez wysiłku” zarobione sterty nielegalnych w kraju dolarów, zamęt w ich głowach nastąpiłby pewnie nielichy.

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz fot. www.polskieradio.pl

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz
fot. www.polskieradio.pl

Naprawdę dumny ze swojego kraju poczułem się dopiero w roku 1978. 20 marca Krystyna Chojnowska-Listkiewicz jako pierwsza kobieta na świecie dokończyła na maleńkim „Mazurku” swój dwuletni samotny rejs dookoła świata.

Mirosław Hermaszewski fot. www.wykop.pl

Mirosław Hermaszewski
fot. www.wykop.pl

27 czerwca Mirosław Hermaszewski, jako jeden z nielicznych spoza rosyjsko-amerykańskiego monopolu, poleciał w kosmos.

Wanda Rutkiewicz fot. www.alpklubspb.ru

Wanda Rutkiewicz
fot. www.alpklubspb.ru

16 października Wanda Rutkiewicz weszła jako pierwsza Europejka (a trzecia kobieta na świecie) na Mount Everest.

Jan Paweł II fot. katalogznaczkow.net

Jan Paweł II
fot. katalogznaczkow.net

Tego samego dnia kardynał Karol Wojtyła wybrany został jako papież Jan Paweł II. Później jeszcze laureaci Nagrody Nobla: w 1980 Czesław Miłosz (czemu nie Zbigniew Herbert?), w 1983 Lech Wałęsa i w 1996 Wisława Szymborska wzbudzili we mnie podobne odczucia. Z wielu innych rodaków jestem dumny, lecz właśnie te nazwiska zna cały świat.

Tyle historii, przejdźmy w końcu do dziś. Po prawie półwieczu świat się bardzo zmienił. Przede wszystkim trudniej teraz o wysokie pozycje w rankingach. Państw przybyło i jest ich pewnie ze dwa razy więcej, niż w roku 1969, więc konkurencja większa. Inni sojusznicy, inni wrogowie. Inne priorytety, inne powody do dumy. Materia dziś całkowicie dominuje nad ideologią. Dobrobyt jest potrzebą, o której nawet nie wypada wspominać. Się wie, że dobre państwo ma go dostarczyć każdemu lojalnemu obywatelowi niemal pod drzwi. Gospodarką dziś na świecie się nie szpanuje, ją trzeba po prostu mieć, najlepiej sprawną i odporną na nieuniknione kryzysy. Cztery dziedziny, które tak rajcowały naszych propagandystów w roku XXV-lecia PRL, dziś przynoszą nam raczej kłopoty. O dziwo, nadal zajmujemy w nich bardzo wysokie lokaty rankingowe, lecz żaden Polak z tego powodu nie zadziera nosa w międzynarodowej rodzinie. Hasła gospodarcze i ekonomiczne stanowiły zaledwie nikły procent tego, czym nas politycy próbowali oczarować w niedawnych wyborach. Politycy unikają pchania łap do gospodarki, niewiele tam mogąc ugrać. Propagandyści zaś już zauważyli nieskuteczność sławienia rozwoju gospodarczego, bo ten kij ma dwa końce. Ludzi nie obchodzą statystyczne wyniki i papierowe porównania, jeśli nie widzą skutków koniunktury w swoich portfelach.

Czym więc mierzymy nasze sukcesy obecnie? Co nam daje pozytywnego kopa i łechta patriotyczną godność? Za co chcielibyśmy być chwaleni przez innych? Co się ceni na świecie i co podnosi naszą rangę, czym powinniśmy się chwalić jako kraj? Za co każdy obcokrajowiec poklepie nas po plecach radując się, że jesteśmy jego znajomym Polakiem? Spróbuję te najwyżej cenione dziedziny wskazać, choć za kolejność głowy nie daję: 1) powszechnie ceniony na świecie kraj ma być rajem dla możliwości indywidualnego  osiągania sukcesów przez jego obywatela; 2) ten raj ma się umieć dobrze zareklamować i sprzedać; 3) sukces musi być głośny, z najwyższej półki, i ma przynosić innym radość; oczywiste, że najbardziej naturalne dziedziny w tej sferze to rozrywka i sport.

Takie to tezy postawiłem, teraz pora, by je udowodnić. Przyda mi się tych kilka wiadomości z ostatnich 3 dni, o których gdzieś tam na początku wspomniałem, bo dobrze ilustrują moje stwierdzenia. Do rzeczy, udowadniajmyż. Przy okazji łatwo będzie zauważyć, że trzy wymienione wyżej sfery gładko się uzupełniają.

1. Raj dla osiągania indywidualnego sukcesu

Ranking Banku Światowego "Doing Business" fot. fr.vox.ulule.com

Ranking Banku Światowego „Doing Business”
fot. fr.vox.ulule.com

29 października ogłoszono wyniki rankingu Banku Światowego „Doing Business” („Robienie biznesu”). Polska zajęła w nim 25 miejsce, awansując  od zeszłego roku o siedem pozycji. To najwyższa nasza pozycja w historii. Nasz kraj wyprzedził na przykład tak szanowane państwo jak Francja. Ranking obrazuje najkrócej mówiąc łatwość prowadzenia biznesu w konkretnym państwie. Eksperci BŚ wzięli pod uwagę sytuację w 189 krajach świata. Bank Światowy, tworząc ranking państw, oceniał je w 10 kategoriach, m.in.: otwartość rynku, łatwość dochodzenia zobowiązań, jakość rynku pracy, ochrona własności, sprawność administracji oraz polityka podatkową. Jeszcze 6-7 lat temu Polska była na 76. miejscu w tej klasyfikacji. To największy skok wśród krajów OECD i Unii Europejskiej.

Możemy sami od wewnątrz patrząc tego nie zauważać, spojrzenie z zewnątrz obiektywizuje optykę. Narzekając zatem tradycyjnie na nasze „polskie piekiełko” weźmy jednak pod uwagę, że jesteśmy w światowej pierwszej lidze. I ciągle robimy dynamiczne postępy! I co, nie cieplej Wam na sercu? Jeśliby jednak jakieś dane o naszej piękności w tej sprawie ktoś troszkę podpicował, czego przecież nie sugeruję, chwała mu za to! Zgodne jest to z drugą zasadą – sukces trzeba właściwie zareklamować. Zaś wygrywanie w jakiejś prestiżowej kategorii (największy skok, jak tygrys jakiś!) ewidentnie pasuje do reguły nr 3: głośno, z zadęciem.

2. Dobry PR, czyli po naszemu piar (na to kiedyś mówiło się „propaganda”)

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015 fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015
fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

30 października TVP2 podała w wieczornym dzienniku (cały Internet powtarzał, choć dość ostrożnie), że Polska odniosła wiekopomny sukces na Wystawie Światowej EXPO 2015 w Mediolanie. Nasz polski pawilon był najbardziej szturmowanym spośród pawilonów wszystkich wystawiających państw, a odwiedziło go ponad 1,5 mln gości, zachwyconych jego wystrojem, lecz przede wszystkim pokazywaną zawartością. Moglibyśmy nie uwierzyć w płynące z pudełka słowa, ale obraz je wspierał prawdą najprawdziwszą. Wprawdzie przy ponownym odsłuchu dało się dopatrzeć, że Wystawa jeszcze trwa, zatem wynik nie jest pewny (ktoś mógłby nas wciąż wyprzedzić). Poza tym ilość gości w różnych źródłach zmieniała od 1,4 mln do 1,7 – lecz czy to takie ważne? News poszedł juz w świat i swoją dobrą robotę wykonał. Przy okazji zadziałała zasada nr 1, bo wszelkich informacji udzielał osobiście sam Dyrektor naszej ekspozycji, promując swoją skromną, z dumy pękającą osobę. Przyda się chłopu ten sukces do CV, ąleć to właśnie nasze polskie państwo tę okazję tylko nadarzyło, on zaś dobrze ją wykorzystał. Dobra robota, Panie Dyrektorze!

I znów – sukces jest autentyczny, zgodnie z zasadą nr 3 z górnej półki. Wystawy światowe to cykliczne wielkie ekspozycje prezentujące dorobek kulturalny, naukowy i techniczny krajów i narodów świata. Uczestniczą w nich wszyscy „wielcy”, starając się (zgodnie z zasadą nr 2) zareklamować swój udział w najefektowniejszy sposób. Wystawy odbywają się już od roku 1751, za pierwszą prawdziwie międzynarodową uważa się „Wielką Wystawę” w Londynie w 1851. Od tego momentu są one okazją do współzawodnictwa we wszystkich dziedzinach produkcji. W 1889 specjalnie na Wystawę w Paryżu zbudowano wieżę Eiffla. Gospodarze kolejnych ekspozycji chcą prześcignąć poprzednich organizatorów rozwiązaniami technicznymi i architektonicznymi, rozmachem uroczystości oficjalnych. Do dziś odbyło się dokładnie 70 wystaw światowych.

Wystawa EXPO 2015 w Mediolanie pod hasłem „Wyżywienie planety. Energia dla życia” trwała 184 dni i skończyła się 31 października, oficjalnie zamknięta przez prezydenta Włoch Sergio Mattarellę. Wzięło w niej udział prawie 150 krajów. Gospodarze byli szczególnie wzruszeni, bo nie przewidywali wcześniej wielkiego sukcesu EXPO w swoim kraju. Na ich Wystawę przyszło około 21,5 mln zwiedzających. Zatem wypełniły się zalecenia zasady nr 2.

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie fot. www.wprost.pl

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie
fot. www.wprost.pl

Nasz pawilon był czwartym co do wielkości na EXPO. Zorganizowała go i prowadziła Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Prawie 90 polskich firm miało okazję promowania przez pół roku produktów i usług, dodatkowo kilkadziesiąt przedsiębiorstw promowało się podczas specjalnych tygodni regionalnych. Polską stronę www.expo.gov.pl odwiedziło ponad 1,6 miliona osób. Wyliczono, że internauci spędzili na niej łącznie prawie osiem lat. Promocja Polski na Expo 2015 w mediach społecznościowych przyciągnęła kolejnych ok. 12 mln użytkowników. Polski pawilon kusił oryginalnością elewacji, wykonanej z drewnianych skrzynek na jabłka. Te owoce były jednym z wiodących motywów polskiej ekspozycji. Polska w ten sposób przypominała wszystkim, że jest największym w Europie i 3. na świecie producentem jabłek, a jednocześnie największym na świecie ich eksporterem. Smacznego, świecie! Zyskownego, nasi producenci i eksporterzy!

3. Sukces ma być głośny, z najwyższej półki

W "Wiedźmina" chce grać cały świat fot. gry-online.pl

W „Wiedźmina” chce grać cały świat
fot. gry-online.pl

Jak powiedziałem, najlepsze na tym polu są rozrywka i sport. Najpierw rozrywka. Wiadomość przekazano wszem i wobec 29 października. Otóż w 33. edycji prestiżowego plebiscytu Golden Joystick Awards największym wygranym gali okazał się „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Całkowicie polska produkcja, od autora opowiadań o Wiedźminie poczynając, pisarza Andrzeja Sapkowskiego, na autorach okładek kończąc, tworzona przez ponad 3,5 roku. W sumie gra zdobyła aż cztery nagrody, w tym najważniejszą, a dodatkowo wyróżniono dewelopera gry – studio CD Projekt RED. Tytuł i jego twórcy zwyciężyli w następujących kategoriach: „Najlepsze studio”, „Najlepsza narracja”, „Najlepsza grafika”, „Najlepszy moment w grze” oraz  ”Gra roku”. Zgodnie z zasadą nr 1, twórcy i dystrybutorzy gry zarobią teraz góry pieniędzy. I nie zazdrośćmy im, mogliśmy to przecież zrobić sami, gdybyśmy oczywiście potrafili. Do boju, wszyscy utalentowani, pracowici, głodni sukcesów. Wiedźmin przetarł wam drogę i pokazał, że można. Świat w waszych rękach.

Agnieszka Radwańska - najlepsza na świecie fot. www.polsatnews.pl

Agnieszka Radwańska – najlepsza na świecie
fot. www.polsatnews.pl

Przykładowy sukces sportowy narzuca się jednoznacznie i bez problemu. 1 listopada Agnieszka Radwańska wygrywa w Singapurze finał Masters 2015, wracając „przy okazji” na 5 miejsce światowego rankingu i zarabiając kolejne 2 mln dolarów. I to już jest szczyt szczytów. Tenis liczy się wszędzie, sława najlepszych w tej grze nie zna granic. Wyższe Himalaje to tylko piłka nożna. Pani Agnieszka w tydzień zrobiła dla chwały naszego kraju więcej, niż zdołalibyśmy uzyskać posiadając najlepszą armię świata, wytwarzając najwięcej siarki rodzimej, a nawet produkując tyle jabłek, ile potrafią nasi najlepsi na świecie sadownicy. Nikt nie dał siedzącej na trybunach publiczności, a za pośrednictwem telewizji milionom ludzi na świecie, tak wielkiej radości, jak ta drobna dziewczyna, zaprzeczająca niemal prawom fizyki. To dla wpatrzonych w nią z uwielbieniem widzów współczesny Dawid, pokonujący Goliatów sprytem, inteligencją, umiejętnościami, talentem, intuicją i siłą charakteru.

Ja wiem, siatkówka, lekkoatletyka, Robert Lewandowski – to też wysoko i głośno. Ale nie globalnie jeszcze, wciąż regionalnie. Kiedy drużyna pod dowództwem Roberta Lewandowskiego wygra najpierw Euro, a później Mistrzostwa Świata, wtedy dopiero będziemy pawiem narodów. Wszystkie moje trzy zasady splotą się wtedy w jeden idealny supeł, a Zbigniew Boniek zostanie dożywotnim Prezydentem Wszystkich Polaków. I wtedy też spełnią się nasze marzenia, by wszyscy nas na świecie kochali. Za naszą dobrą pracę, za ambicję osiągania czołowych pozycji w rankingach, za talenty i zdolność do czarującego sprzedawania swojej jakości z najwyższej półki. Lecz przede wszystkim za naszą fantazję ułańską, urodę słowiańską, i za Agnieszkę Radwańską.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Nowe felietony