RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2015

Nasz najlepszy Sylwester

31 gru
Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok! Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok!
Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Mając w perspektywie dzisiejsze szaleństwo sylwestrowej nocy, tak sobie żeśmy z żonką powspominali dawne, panie dziejaszku, zabawy do białego rana. A choć było co wspominać, bo przecież przez wspólne 32 lata co roku jakoś żeśmy tę noc przebalowali, to jednogłośnie za najlepszą zabawę uznaliśmy Sylwester Anno Domini 1997. To znaczy, najpierw szybciutko ustaliliśmy, o którą imprezę chodziło. A później znacznie dłużej dyskutowaliśmy nad datą, nie będąc jej jakoś całkowicie pewni. Nie ukrywajmy, pamięć już nie ta…

Dla jasności: znaczna większość Sylwestrów była bardzo udana. Obojętnie, czy na dużym balu, czy też w warunkach blokowej prywatki. Przede wszystkim dzięki ludziom, z którym razem przyszło czekać na Nowy Rok. Przez dobre i wesołe towarzystwo i bardzo znajomych, i bardzo nieznajomych. Ci drudzy nieraz dobrymi znajomymi zostawali na długo, bo to też specyfika noworocznych spotkań. I to chyba było najważniejsze dla miłego spędzenia tej jedynej w roku nocy. Choć oczywiście kojarzy się ona także z dobrym jedzeniem, nie przeszkadzającym w konsumpcji dobrego alkoholu, który dla odmiany nigdy nie był przeszkodą w tańczeniu do upadłego.

Mojej żonie, która w poprzednim wcieleniu nazywała się prawdopodobnie Isadora Duncan, zachwyt samców nad jej tanecznym talentem nigdy specjalnie nie przeszkadzał. Mi też nie, niech chłopiska sobie trochę pozazdroszczą, że to nie ich żona. Ale nawet ja, normalnie taneczna siermięga, na tą jedną noc zamieniam się w fordansera, co to damy nawet czubkiem buta nie przydepnie, ramę trzyma jak Pudzian, a w czuciu rytmu Travolcie mógłby korepetycji udzielać. W śpiewaniu, jakoś zawsze na Sylwestra obowiązkowym, kompleksów tym bardziej nie odczuwam. A że jestem głuchy? Nawet lepiej, skoro mogę sobie pośpiewać nie ryzykując słuchania, gdyby coś poszło nie tak.

Wisienką na torcie każdego Sylwestra i jego specjalnością jest północne odliczanie ostatnich chwil Starego Roku i zachwyt, że właśnie narodził się Nowy. Nie wiem czemu nas taka radość ogarnia, skoro właśnie przeskoczyła nam data i znów zestarzeliśmy się, ale naprawdę zawsze czekamy na ten moment. A najbardziej lubię krążenie z butelką szampana od jednego znajomego-nieznajomego do drugiego, żeby nikogo nie przeoczyć przy życzeniach na Nowy Rok. Na dużych imprezach, takich na kilkaset osób, ta atrakcja zwykle rozciągała się do kilku godzin. Często-gęsto bywa ona okazją, żeby sobie w końcu przypomnieć, skąd ja tą sympatyczną mordę właściwie znam.

- Dobra, znamy to wszyscy – powiecie. – Ale czemu właśnie ta zabawa z Sylwestra roku 1997 tak wam obojgu trafiła w gust? Może da się ten patent kupić i powtórzyć sukces w przyszłości? – zapytacie. Z góry uprzedzę, że niestety nie. Zapewne jeszcze niejednego dobrego Sylwka zaliczymy, ale tamtego powtórzyć się nie da. Z powodu zasadniczego – nie będzie już Sylwestra w tym miejscu. Mianowicie był to nasz jedyny Nowy Rok… w szkole. Zabijcie mnie, nie powiem, w której.

Wiem, zgroza! Dziś nie do pomyślenia. Że kiedyś można było zrobić alkoholową zabawę dorosłych w Świątyni Edukacji? Brukać ukochane szkoły nasze rozpasanymi tańcami i wyuzdanym pijackim zawodzeniem?! Sączyć umiłowanym dziateczkom zdradziecki jad C2H5OH, z którym nigdy za maleńkości swojej do czynienia mieć nie powinny, nawet przez siedzenie w miejscu, w którym kilka dni wcześniej jacyś rozpustnicy upajali się na umór?!!! Jakież to były barbarzyńskie czasy, no nie do pomyślenia! Jak dobrze, że ktoś to w końcu ukrócił! Kiedyś komuna lud rozpijała, bo go chciała upodlić i mózgi ludziom rozmiękczyć, ale na całe szczęście w wolnej Polsce ktoś położył tamę takim niecnym knowaniom i zabronił ohydnej rozpusty w świętych murach, w których dziatwa ma chłonąć ożywczy tlen wiedzy wszelakiej.

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś
Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Troszkę muszę ostudzić tak myślących. Otóż jedyną podstawą prawną obowiązujących zakazów spożywania alkoholu w szkole jest art. 14 ust.1 pkt. 1 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. W tym zacnym przepisie zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo–wychowawczych. Czyli to środeczek stanu wojennego (trwającego od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) przyniósł ratunek dziateczkom, dotąd do woli rozpijanym w szkołach. Zapewne przewrotny generał Jaruzelski, powszechnie znany jako całkowity abstynent alkoholowy, pisał to prawo własną ręką. I jak to w stanie wojennym, intencje na pewno miał kaprawe, gdyż do zniszczenia Polskości na wszelkie sposoby nikczemnie dążył on.

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu
Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Młodszej części Czytelników zapodam, a starszej zapewne przypomnę tylko, że przeciętny Polak miał wtedy dwa źródła pozyskania alkoholu. Jedno legalne, acz bardzo niewydajne – zakup w sklepie, po uprzednim wyrżnięciu kuponu na przysługującą na jednego dorosłego człowieka 0,5 l butelczynę. RAZ NA MIESIĄC! W kraju, w którym statystycznie na łeb każdego mieszkańca rocznie spożywało się wtedy 11 l czystego spirytusu! Jak więc taką normę można było legalnie wyrobić? Nie było można!

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber Zdjęcie: rozmaitosci.com

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber
Zdjęcie: rozmaitosci.com

Od tego był drugi sposób, nielegalny. Otóż pijący naród zszedł do podziemia, walcząc z podłym generałem za pomocą starożytnego sposobu – produkując bimber. Krzakówka, księżycówka, samogon, berbelucha, koniak pędzony nocą lub wiejska wódka wyborowa – to tylko kilka z popularnych nazw tego trunku. Wydaje się, że właśnie dzięki niemu duża część naszego społeczeństwa przetrwała ciemną noc stanu wojennego. Popularny wtedy kawał relacjonował rozmowę dwóch znajomych spotykających się na ulicy tak: – Cześć. Gdzie pędzisz? – W piwnicy.

Aha, jeszcze na inny sposób walczono z wrednym wojennym prawem. Otóż powszechnie się do niego nie stosowano. Po prostu je olewano. Ono sobie było, czasem nawet pokazowo kogoś karano za jego niestosowanie, ale imieniny, urodziny, Sylwka czy inne takie okazje organizowano… w pracy, w remizie, w świetlicy wiejskiej, w szkole. Bo gdzie, skoro ludzie chcieli się spotykać, a gdzie indziej nie było miejsca? No, nie w godzinach pracy, po niej, albo w łykend. Za cichą wiedzą szefa, który sam w imprezie uczestniczył, ale bez oficjalnej zgody. Żeby nikt zbyt dosłownie traktujący prawo nie mógł zarzucić, że szef nie tylko do picia namawia, ale jeszcze to picie swoją osobą namaszcza i organizuje. Zresztą, alkohol przelewano w butelki od oranżady, i już nikt nie mógł się przyczepić. Miejsce zbrodni oczywiście musiało być na końcu zawsze dokładnie posprzątane i idealnie przywrócone do codziennej używalności. Ani do głowy nikomu nie przychodziło, że taka działalność rzeczywiście narusza intencje przytoczonego przepisu. Bo co naprawdę w tym złego?

Tych przepisów po prostu nie traktowano dosłownie. Miały chronić osobę postronną (klienta, petenta, ucznia, itp.) przed niepożądanym kontaktem z alkoholem. I chroniły. Bo w tych miejscach w obecności podobnych osób nigdy wcześniej alkoholu i tak nie było. Nikt przecież w szkolnym sklepiku nie sprzedawał piwa, nie podawano wina do obiadu w zakładowej stołówce, za picie wódki w pracy zawsze można było wylecieć dyscyplinarnie. Czy zatem spożywanie alkoholu na zamkniętej imprezie uwłaczło instytucji, która w tym czasie byłaby po prostu zamknięta na cztery spusty?

Jak na przykład mogło wpłynąć negatywnie na ucznia szkoły, którego w trakcie tych gorszących scen tam nie było? Czy ktoś z lubością opowiadał perwersyjne szczegóły scenariusza zdarzenia? Czy po posprzątaniu wszystkich pozostałości po imprezie niewinna dziatwa miała jakiś problem ze skupieniem się na nauce, bo szatan wciąż czaił się w ścianach i szeptał obleśnie niewiniątkom do uszek: – Nie ucz się Jasiu, bo w sobotę na imprezie w tej sali były tańce. Pan Dyrektor spoconymi łapskami obściskiwał wtedy chętną kibić twojej pani, przez co zgnilizny moralnej pełną teraz jest. A w auli na stołach obok talerzy z bigosem i schabowym stały butelki! No wiesz Jasiu, takie jak te, co je widujesz w domu na stole, kiedy mamusia ma imieniny. Teraz pewnie ty też będziesz chciał to samo co oni robić w szkole?

Przepraszam, że się naśmiewam, ale poważnie mówiąc, nie potrafię znaleźć nic gorszącego. Bo nie dziwi mnie, że dorośli ludzie czasami chcą się pobawić, a nie mają gdzie. Nie jestem zaskoczony, że na świecie jest alkohol, bo towarzyszy ludzkości od jej zarania. Abstynencja jest czymś chwalebnym jako zasada, lecz kulturalnie spożywany alkohol w nienadmiernych ilościach jest dla ludzi. Bądźmy realistami – alkohol jest na świecie. Każdy powinien mieć także prawo odmówienia spożywania, bo to jego wybór. Gdyby nie walczyć z nim poprzez zakazy, a przez propagowanie dobrych wzorców jego spożycia, zapewne uzyskano by znacznie lepsze rezultaty. Trudniejsze to, bo bardziej żmudne i wymaga więcej wysiłku, finezji, dobrej woli. Jednak u nas często rządzący idą po linii najmniejszego oporu. A coś mi się widzi, że próbują tu tylko zagłuszać swoją zwykłą bezczynność i brak pomysłów. Przecież zakazałem, więc ręce mam czyste.

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić
Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Przykład złego skutkowania zakazów alkoholowych mam z życia, dość wymowny. Otóż w USA 16 stycznia 1919 r. wprowadzono poprawką do Konstytucji zakaz sprzedaży, transportu i wyrabiania alkoholu, czyli tak zwaną prohibicję. Doprowadziła ona szybko do rozkwitu wszelakiej przestępczości związanej z alkoholem, której symbolem stał się sławny gangster Al. Capone. W okresie trwania prohibicji przestępczość urosła do nigdy wcześniej nie spotykanych rozmiarów, zaś strzelaniny walczących ze sobą o krociowe zyski bandziorów były normalnymi obrazkami z ulic amerykańskich miast. Rosła korupcja, niewinni ludzie ginęli jako ofiary gangsterskich wojen, zaś alkoholizm wcale nie malał. Próbowano z nim walczyć przez zatruwanie sprzedawanego nielegalnie alkoholu. Tylko z tego powodu w Stanach umarło 10 tysięcy osób.

Pewne zalety prohibicji dały się zauważać, lecz były one znikome wobec przeważających wad. Zrobił na tym w roku 1933 polityczny interes kandydat na prezydenta USA Franklin Roosevelt, który oparł swą kampanię na hasłach walki z prohibicją. Wielka musiała być nienawiść ludzi do tego prawa, skoro w ten sposób Roosevelt pokonał kontrkandydata bez większego problemu. Po wygraniu wyborów natychmiast doprowadził do zniesienia prohibicji, co nastąpiło poprzez wprowadzenia do Konstytucji USA poprawki nr 21. To za tą poprawkę do dziś wznoszą wdzięczni Amerykanie toasty na każdej imprezie.

Co zatem stało się u nas, że zakazy od początku martwe, nagle około roku 1998 zaczęły być w praktyce honorowane? W kraju już wolnym, nie w stanie wojennym, przy całym naszym słynnym polskim indywidualizmie i braku poszanowania praw? Nie wiem, to temat dla rozpraw socjologicznych. Wiem natomiast, jak to było w praktyce u nas. Otóż gdzieś przed Sylwestrem 1998 r. dyrektorki szkół gminy Goleniów dostały od pewnego wysoko postawionego urzędnika gminy proste pismo, przypominające treść zacytowanego wcześniej przepisu. Nie zapytały, czemu ktoś przypomina dość długo już obowiązujący przepis, tylko dotarło do nich: nie wynajmować! Zrozumcie, po co się miały narażać legalistycznemu urzędnikowi? Nie wynajęły i pewnie już nigdy nie wynajmą. Nawet na bezalkoholowy bal starych panien. Na wszelki wypadek.

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią... Zdjęcie: woleto.pl

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią…
Zdjęcie: woleto.pl

Może nad tym nadgorliwcem stał jakiś inny nadgorliwiec, pragnący popisać się skutecznością w walce ze złem? A może była to samodzielna obrona profilaktyczna, żeby samemu nie narazić się na podpadnięcie komuś bardzo dosłownie pojmującemu nadgorliwe prawo, zrodzone w innej epoce? Mało mnie to obchodzi, ważny jest skutek. Dzięki temu nadgorliwcowi i powszechnemu prawu ochrony własnej dupy, nawet gdy jej nikt nie atakuje, ilość miejsc dla zorganizowania miłej imprezy w kameralnych warunkach znacznie w Goleniowie i w okolicy zmalała, zaś ponuractwo zwiększyło zasięg swojego występowania. Nie na darmo mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu…

Wracając więc do naszego najlepszego Sylwestra 1997, co tak bardzo złego żeśmy tam robili i czego nagannego mamy się wstydzić, że aż zakazać to było trzeba? Dorośli ludzie, których nikt do tego nie zmuszał, złożyli się na wspólną imprezę, wynajęli szkolne pomieszczenia, obsługę, miejsce do tańca i siedzenia. Założyli ładne stroje, pobawili się razem przez klika godzin. Szkolne kucharki w szkolnej kuchni przygotowały dobre jedzenie, za co dostały wynagrodzenie. Każdy przyniósł ze sobą tyle trunkowości, ile uznał za stosowne. Nie był to absolutnie jakiś najważniejszy temat, bo wspominamy przecież wspaniałą zabawę ze wspaniałymi ludźmi, najlepszego Sylwestra spośród ponad 30. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, potańczyliśmy, pośpiewaliśmy do białego rana, wróciliśmy zmęczeni, lecz szczęśliwi. Spędziliśmy mile czas, czego i wam wszystkim serdecznie i bezwstydnie życzę na dzisiejszej zabawie sylwestrowej.

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna. Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna.
Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Niemoc twórcza

23 gru
Niemoc twórcza to nie wymysł Zdjęcie: belgiumresearch.be

Niemoc twórcza to nie wymysł
Zdjęcie: belgiumresearch.be

Szanowni Czytelnicy!

Jak zwykle jest godzina późna, gdy piszę te słowa. Zawsze piszę nocą, więc jest właśnie 4.13. Sam jeszcze przechodzę (kończący się!) kryzys pisarski, stąd dziś zamieszczam gościnnie wpis mojego Szanownego Syna, Imć Adama Zygmańskiego. W ostatnią niedzielę spotkał mnie na tak zwanej „siatkówce” i zaczął wypytywać o moją ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś mu tam przebąkiwałem w odpowiedzi, na co pokiwał głową bez zbytniego zrozumienia. Ostrzegł mnie, że jak ja słabuję, to on coś gościnnie napisze. Jak zapowiedział, tak zrobił. A ja to z ulgą publikuję. Z ulgą, bo to teraz ja będę mógł mu na końcu coś dopisać, a nie wymyślać cały wpis.

Zatem rezerwuję sobie troszeczkę miejsca z tyłu, po synalkowym pisaniu, a teraz poczytajcie to, co mu wyskoczyło z klawiatury:

Szanowni Czytelnicy!

Jest godzina bardzo późna, gdy piszę te słowa… Nie wiem dokładnie, która to już, ale na pewno dobrze po północy. Kilka przyczyn powoduje, że o tej właśnie porze mam ochotę sklecić dla Was te parę słów.

Cytując klasyka, po pierwsze Primo…

Dzisiaj spotkałem na tak zwanej „siatkówce”, mojego Szanownego Rodziciela, imć Ireneusza Zygmańskiego. W trakcie dysputy zapytałem wyżej wymienionego, co spowodowało jego ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś tam przebąkiwał o braku czasu, nawale obowiązków, braku możliwości i takie tam, cytując kolejnego klasyka, pierdu… pierdu… Postanowiłem zatem uratować godność tegoż bloga, pisząc parę ożywczych słów, które może przywrócą odrobinę zainteresowania tą skromną stroną.

Po drugie primo…

Ale nawarzył piwa... Zdjęcie: www.tvr24.pl

Ale nawarzył piwa…
Zdjęcie: www.tvr24.pl

We wrześniu tego roku rozpoczął się kolejny sezon warzelniczy. Licząc szybko, do dnia dzisiejszego zdołałem od tego czasu uwarzyć 268 litrów piwa, czyli 536 butelek 0,5 l… Dodam tylko, że w tej ilości zawarłem 7 różnych stylów piwnych, od dosyć mocno chmielonego American Pale Ale zaczynając, przez przekraczający wszelkie granice Imperial Stout i łagodny Fruit Beer, a na świątecznym Spice Beer i klasycznym Belgian Dubbel kończąc. W planach jeszcze przed końcem roku jest „klon” Guinness Draught. Mam zamiar osiągnąć jak największe podobieństwo smaku i aromatu, do tego wzorca dry stouta, co wcale nie jest łatwe. Co więcej, w 2016 roku planuję wystawić co najmniej 3 piwa w V Szczecińskim Konkursie Piw Domowych, który jest zaliczany do klasyfikacji Grand Prix Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Mam bardzo ambitne plany i zamierzam je wypełnić, co najmniej w 100 procentach…

A wreszcie, po trzecie Primo Ultimo…

Mamy nowe dziecko!  Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Mamy nowe dziecko!
Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Dokładnie 11 grudnia 2015, o godzinie 09.20, narodziła się moja druga córka. Dziewczę ważyło 3170 gram i miało, według kilkukrotnych pomiarów jakieś 54 centymetry wzrostu. Poza tym wystarczy powiedzieć, że jest piękna, wspaniała i idealna :) Jakieś ładne mi te córki wychodzą… Na uwagę zasługuje fakt, iż Lea, bo tak jej na imię, urodziła się dokładnie 32 lata po swoim tatusiu. Tak!!! Mamy urodziny tego samego dnia! Nieskromnie mówiąc, wycelowałem dosyć precyzyjnie :) Dodam tylko, że mimo małej wagi i rozmiarów (pierwsza córa miała 57 centymetrów i prawie 4000 gram), dziewczę jest żarłoczne i rośnie z każdym dniem. No i muszę to powtórzyć: jest piękna!!! Jedyne co mogę zrobić, to podziękować mojej żonie, za ten niebywały prezent urodzinowy. Nie mogłem się spodziewać niczego lepszego i jestem Ci Kochanie niesamowicie i niewysłowienie wdzięczny…

O tym wszystkim chcę Wam opowiedzieć w najbliższym czasie. Ponieważ, jak wspomniałem na początku tego tekstu, mam zamiar ożywić tą podupadającą już stronę, oficjalnie zapowiadam, że w przeciągu tygodnia napiszę kolejny, znacznie obszerniejszy tekst, który, mam nadzieję, spodoba się Czytelnikom na tyle, że dadzą memu Rodzicielowi szansę na odkupienie grzechu zaniechania i jeszcze nie raz zajrzą tutaj, w poszukiwaniu ciekawych treści.

Pozdrawiam serdecznie,

Adam Zygmański

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego Zdjęcie: thepolandtimes.com

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego
Zdjęcie: thepolandtimes.com

P. S. Nie jestem zbytnio religijny, ale życzę Wam wszystkim spokoju i co najmniej tyle szczęścia, ile ja otrzymałem w ostatnich dniach. Wesołych, spokojnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia!!!

Tyle syn mój. Cieszę się, że on się cieszy, bo ma z czego. Popieram jego sukcesy, przecież troszkę się do nich przyczyniłem. Nie byłby szczęśliwym ojcem, gdybym to ja nim najpierw kiedyś nie został. Zatem dzięki właściwemu podejściu do obowiązków rodzinnych ponownie możemy kontemplować swoje role ojca i dziadka. Piwo też powstaje w pewnej części dlatego, że ja i inni poczęstowani pochwalili szczerze produkcję mego syna. Ostrożnie chciałbym jednak zauważyć, że coś ci synu jakby mięsień piwny nieco ostatnio urósł…

Oczywiście cieszę się też, że mam tak dobre, uczynne i chętne do pomocy dziecko. Już samo to, że wykazujesz synu tyle optymizmu i wiary w siebie, daje mi pozytywnego kopa do dalszego pisania. Czyż nie cieplej na sercu się robi, że komuś jest dobrze? Zaś niemoc twórcza… To sprawa nieco bardziej skomplikowana. Problem w tym, że wszystkie podane Adamowi, a tak lekceważąco przez niego potraktowane powody braku nowych wpisów są prawdziwe, lecz tylko częściowo coś tłumaczą. Nie chcę mnożyć nieszczęść, lecz szczerze mówiąc dołuje mnie ta końcówka roku okrutnie. Jednak główną przyczyną mojego milczenia było coś innego – niechęć do myślenia o tym, o czym chciałbym naprawdę napisać. Biorąca się z poczucia rzucania grochem o ścianę. Z obawy, czy to kogokolwiek zainteresuje. Bo te moje myśli są raczej pesymistyczne i do czarnowidztwa nastrajają, nie zaś do pogodnego spoglądania w przyszłość.

Ponieważ jednak nie tylko moja latorośl namawia mnie do dalszego drążenia na blogu dotychczasowych tematów (usłyszałem podobny tekst od co najmniej kilkunastu osób), pora przełamać zwątpienie w sens zmiany świata na lepszy i poczuć ponownie przymus pisania. Zapowiadam zatem w najbliższym czasie kilka aktualności z nieco zarośniętego chwastami poletka goleniowskiego samorządu. Obiecuję, że nudno nie będzie.

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę! Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę!
Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

Przyłączam się oczywiście do synowskich życzeń świątecznych dla wszystkich Szanownych Czytających. Spędźcie Święta z rodzinami, odwiedźcie tych, których dawno nie widzieliście, uśmiechajcie się do siebie i mówcie sobie dobre rzeczy. A do tych, których nie możecie spotkać, wyślijcie kartki świąteczne. Prawdziwe, na papierze, pocztą! Czy to nie milsze, niż oklepany SMS, zapychający razem z 500 innymi pamięć naszych telefonów?  

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Występy gościnne