RSS
 

Nasz najlepszy Sylwester

31 gru
Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok! Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok!
Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Mając w perspektywie dzisiejsze szaleństwo sylwestrowej nocy, tak sobie żeśmy z żonką powspominali dawne, panie dziejaszku, zabawy do białego rana. A choć było co wspominać, bo przecież przez wspólne 32 lata co roku jakoś żeśmy tę noc przebalowali, to jednogłośnie za najlepszą zabawę uznaliśmy Sylwester Anno Domini 1997. To znaczy, najpierw szybciutko ustaliliśmy, o którą imprezę chodziło. A później znacznie dłużej dyskutowaliśmy nad datą, nie będąc jej jakoś całkowicie pewni. Nie ukrywajmy, pamięć już nie ta…

Dla jasności: znaczna większość Sylwestrów była bardzo udana. Obojętnie, czy na dużym balu, czy też w warunkach blokowej prywatki. Przede wszystkim dzięki ludziom, z którym razem przyszło czekać na Nowy Rok. Przez dobre i wesołe towarzystwo i bardzo znajomych, i bardzo nieznajomych. Ci drudzy nieraz dobrymi znajomymi zostawali na długo, bo to też specyfika noworocznych spotkań. I to chyba było najważniejsze dla miłego spędzenia tej jedynej w roku nocy. Choć oczywiście kojarzy się ona także z dobrym jedzeniem, nie przeszkadzającym w konsumpcji dobrego alkoholu, który dla odmiany nigdy nie był przeszkodą w tańczeniu do upadłego.

Mojej żonie, która w poprzednim wcieleniu nazywała się prawdopodobnie Isadora Duncan, zachwyt samców nad jej tanecznym talentem nigdy specjalnie nie przeszkadzał. Mi też nie, niech chłopiska sobie trochę pozazdroszczą, że to nie ich żona. Ale nawet ja, normalnie taneczna siermięga, na tą jedną noc zamieniam się w fordansera, co to damy nawet czubkiem buta nie przydepnie, ramę trzyma jak Pudzian, a w czuciu rytmu Travolcie mógłby korepetycji udzielać. W śpiewaniu, jakoś zawsze na Sylwestra obowiązkowym, kompleksów tym bardziej nie odczuwam. A że jestem głuchy? Nawet lepiej, skoro mogę sobie pośpiewać nie ryzykując słuchania, gdyby coś poszło nie tak.

Wisienką na torcie każdego Sylwestra i jego specjalnością jest północne odliczanie ostatnich chwil Starego Roku i zachwyt, że właśnie narodził się Nowy. Nie wiem czemu nas taka radość ogarnia, skoro właśnie przeskoczyła nam data i znów zestarzeliśmy się, ale naprawdę zawsze czekamy na ten moment. A najbardziej lubię krążenie z butelką szampana od jednego znajomego-nieznajomego do drugiego, żeby nikogo nie przeoczyć przy życzeniach na Nowy Rok. Na dużych imprezach, takich na kilkaset osób, ta atrakcja zwykle rozciągała się do kilku godzin. Często-gęsto bywa ona okazją, żeby sobie w końcu przypomnieć, skąd ja tą sympatyczną mordę właściwie znam.

- Dobra, znamy to wszyscy – powiecie. – Ale czemu właśnie ta zabawa z Sylwestra roku 1997 tak wam obojgu trafiła w gust? Może da się ten patent kupić i powtórzyć sukces w przyszłości? – zapytacie. Z góry uprzedzę, że niestety nie. Zapewne jeszcze niejednego dobrego Sylwka zaliczymy, ale tamtego powtórzyć się nie da. Z powodu zasadniczego – nie będzie już Sylwestra w tym miejscu. Mianowicie był to nasz jedyny Nowy Rok… w szkole. Zabijcie mnie, nie powiem, w której.

Wiem, zgroza! Dziś nie do pomyślenia. Że kiedyś można było zrobić alkoholową zabawę dorosłych w Świątyni Edukacji? Brukać ukochane szkoły nasze rozpasanymi tańcami i wyuzdanym pijackim zawodzeniem?! Sączyć umiłowanym dziateczkom zdradziecki jad C2H5OH, z którym nigdy za maleńkości swojej do czynienia mieć nie powinny, nawet przez siedzenie w miejscu, w którym kilka dni wcześniej jacyś rozpustnicy upajali się na umór?!!! Jakież to były barbarzyńskie czasy, no nie do pomyślenia! Jak dobrze, że ktoś to w końcu ukrócił! Kiedyś komuna lud rozpijała, bo go chciała upodlić i mózgi ludziom rozmiękczyć, ale na całe szczęście w wolnej Polsce ktoś położył tamę takim niecnym knowaniom i zabronił ohydnej rozpusty w świętych murach, w których dziatwa ma chłonąć ożywczy tlen wiedzy wszelakiej.

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś
Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Troszkę muszę ostudzić tak myślących. Otóż jedyną podstawą prawną obowiązujących zakazów spożywania alkoholu w szkole jest art. 14 ust.1 pkt. 1 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. W tym zacnym przepisie zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo–wychowawczych. Czyli to środeczek stanu wojennego (trwającego od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) przyniósł ratunek dziateczkom, dotąd do woli rozpijanym w szkołach. Zapewne przewrotny generał Jaruzelski, powszechnie znany jako całkowity abstynent alkoholowy, pisał to prawo własną ręką. I jak to w stanie wojennym, intencje na pewno miał kaprawe, gdyż do zniszczenia Polskości na wszelkie sposoby nikczemnie dążył on.

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu
Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Młodszej części Czytelników zapodam, a starszej zapewne przypomnę tylko, że przeciętny Polak miał wtedy dwa źródła pozyskania alkoholu. Jedno legalne, acz bardzo niewydajne – zakup w sklepie, po uprzednim wyrżnięciu kuponu na przysługującą na jednego dorosłego człowieka 0,5 l butelczynę. RAZ NA MIESIĄC! W kraju, w którym statystycznie na łeb każdego mieszkańca rocznie spożywało się wtedy 11 l czystego spirytusu! Jak więc taką normę można było legalnie wyrobić? Nie było można!

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber Zdjęcie: rozmaitosci.com

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber
Zdjęcie: rozmaitosci.com

Od tego był drugi sposób, nielegalny. Otóż pijący naród zszedł do podziemia, walcząc z podłym generałem za pomocą starożytnego sposobu – produkując bimber. Krzakówka, księżycówka, samogon, berbelucha, koniak pędzony nocą lub wiejska wódka wyborowa – to tylko kilka z popularnych nazw tego trunku. Wydaje się, że właśnie dzięki niemu duża część naszego społeczeństwa przetrwała ciemną noc stanu wojennego. Popularny wtedy kawał relacjonował rozmowę dwóch znajomych spotykających się na ulicy tak: – Cześć. Gdzie pędzisz? – W piwnicy.

Aha, jeszcze na inny sposób walczono z wrednym wojennym prawem. Otóż powszechnie się do niego nie stosowano. Po prostu je olewano. Ono sobie było, czasem nawet pokazowo kogoś karano za jego niestosowanie, ale imieniny, urodziny, Sylwka czy inne takie okazje organizowano… w pracy, w remizie, w świetlicy wiejskiej, w szkole. Bo gdzie, skoro ludzie chcieli się spotykać, a gdzie indziej nie było miejsca? No, nie w godzinach pracy, po niej, albo w łykend. Za cichą wiedzą szefa, który sam w imprezie uczestniczył, ale bez oficjalnej zgody. Żeby nikt zbyt dosłownie traktujący prawo nie mógł zarzucić, że szef nie tylko do picia namawia, ale jeszcze to picie swoją osobą namaszcza i organizuje. Zresztą, alkohol przelewano w butelki od oranżady, i już nikt nie mógł się przyczepić. Miejsce zbrodni oczywiście musiało być na końcu zawsze dokładnie posprzątane i idealnie przywrócone do codziennej używalności. Ani do głowy nikomu nie przychodziło, że taka działalność rzeczywiście narusza intencje przytoczonego przepisu. Bo co naprawdę w tym złego?

Tych przepisów po prostu nie traktowano dosłownie. Miały chronić osobę postronną (klienta, petenta, ucznia, itp.) przed niepożądanym kontaktem z alkoholem. I chroniły. Bo w tych miejscach w obecności podobnych osób nigdy wcześniej alkoholu i tak nie było. Nikt przecież w szkolnym sklepiku nie sprzedawał piwa, nie podawano wina do obiadu w zakładowej stołówce, za picie wódki w pracy zawsze można było wylecieć dyscyplinarnie. Czy zatem spożywanie alkoholu na zamkniętej imprezie uwłaczło instytucji, która w tym czasie byłaby po prostu zamknięta na cztery spusty?

Jak na przykład mogło wpłynąć negatywnie na ucznia szkoły, którego w trakcie tych gorszących scen tam nie było? Czy ktoś z lubością opowiadał perwersyjne szczegóły scenariusza zdarzenia? Czy po posprzątaniu wszystkich pozostałości po imprezie niewinna dziatwa miała jakiś problem ze skupieniem się na nauce, bo szatan wciąż czaił się w ścianach i szeptał obleśnie niewiniątkom do uszek: – Nie ucz się Jasiu, bo w sobotę na imprezie w tej sali były tańce. Pan Dyrektor spoconymi łapskami obściskiwał wtedy chętną kibić twojej pani, przez co zgnilizny moralnej pełną teraz jest. A w auli na stołach obok talerzy z bigosem i schabowym stały butelki! No wiesz Jasiu, takie jak te, co je widujesz w domu na stole, kiedy mamusia ma imieniny. Teraz pewnie ty też będziesz chciał to samo co oni robić w szkole?

Przepraszam, że się naśmiewam, ale poważnie mówiąc, nie potrafię znaleźć nic gorszącego. Bo nie dziwi mnie, że dorośli ludzie czasami chcą się pobawić, a nie mają gdzie. Nie jestem zaskoczony, że na świecie jest alkohol, bo towarzyszy ludzkości od jej zarania. Abstynencja jest czymś chwalebnym jako zasada, lecz kulturalnie spożywany alkohol w nienadmiernych ilościach jest dla ludzi. Bądźmy realistami – alkohol jest na świecie. Każdy powinien mieć także prawo odmówienia spożywania, bo to jego wybór. Gdyby nie walczyć z nim poprzez zakazy, a przez propagowanie dobrych wzorców jego spożycia, zapewne uzyskano by znacznie lepsze rezultaty. Trudniejsze to, bo bardziej żmudne i wymaga więcej wysiłku, finezji, dobrej woli. Jednak u nas często rządzący idą po linii najmniejszego oporu. A coś mi się widzi, że próbują tu tylko zagłuszać swoją zwykłą bezczynność i brak pomysłów. Przecież zakazałem, więc ręce mam czyste.

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić
Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Przykład złego skutkowania zakazów alkoholowych mam z życia, dość wymowny. Otóż w USA 16 stycznia 1919 r. wprowadzono poprawką do Konstytucji zakaz sprzedaży, transportu i wyrabiania alkoholu, czyli tak zwaną prohibicję. Doprowadziła ona szybko do rozkwitu wszelakiej przestępczości związanej z alkoholem, której symbolem stał się sławny gangster Al. Capone. W okresie trwania prohibicji przestępczość urosła do nigdy wcześniej nie spotykanych rozmiarów, zaś strzelaniny walczących ze sobą o krociowe zyski bandziorów były normalnymi obrazkami z ulic amerykańskich miast. Rosła korupcja, niewinni ludzie ginęli jako ofiary gangsterskich wojen, zaś alkoholizm wcale nie malał. Próbowano z nim walczyć przez zatruwanie sprzedawanego nielegalnie alkoholu. Tylko z tego powodu w Stanach umarło 10 tysięcy osób.

Pewne zalety prohibicji dały się zauważać, lecz były one znikome wobec przeważających wad. Zrobił na tym w roku 1933 polityczny interes kandydat na prezydenta USA Franklin Roosevelt, który oparł swą kampanię na hasłach walki z prohibicją. Wielka musiała być nienawiść ludzi do tego prawa, skoro w ten sposób Roosevelt pokonał kontrkandydata bez większego problemu. Po wygraniu wyborów natychmiast doprowadził do zniesienia prohibicji, co nastąpiło poprzez wprowadzenia do Konstytucji USA poprawki nr 21. To za tą poprawkę do dziś wznoszą wdzięczni Amerykanie toasty na każdej imprezie.

Co zatem stało się u nas, że zakazy od początku martwe, nagle około roku 1998 zaczęły być w praktyce honorowane? W kraju już wolnym, nie w stanie wojennym, przy całym naszym słynnym polskim indywidualizmie i braku poszanowania praw? Nie wiem, to temat dla rozpraw socjologicznych. Wiem natomiast, jak to było w praktyce u nas. Otóż gdzieś przed Sylwestrem 1998 r. dyrektorki szkół gminy Goleniów dostały od pewnego wysoko postawionego urzędnika gminy proste pismo, przypominające treść zacytowanego wcześniej przepisu. Nie zapytały, czemu ktoś przypomina dość długo już obowiązujący przepis, tylko dotarło do nich: nie wynajmować! Zrozumcie, po co się miały narażać legalistycznemu urzędnikowi? Nie wynajęły i pewnie już nigdy nie wynajmą. Nawet na bezalkoholowy bal starych panien. Na wszelki wypadek.

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią... Zdjęcie: woleto.pl

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią…
Zdjęcie: woleto.pl

Może nad tym nadgorliwcem stał jakiś inny nadgorliwiec, pragnący popisać się skutecznością w walce ze złem? A może była to samodzielna obrona profilaktyczna, żeby samemu nie narazić się na podpadnięcie komuś bardzo dosłownie pojmującemu nadgorliwe prawo, zrodzone w innej epoce? Mało mnie to obchodzi, ważny jest skutek. Dzięki temu nadgorliwcowi i powszechnemu prawu ochrony własnej dupy, nawet gdy jej nikt nie atakuje, ilość miejsc dla zorganizowania miłej imprezy w kameralnych warunkach znacznie w Goleniowie i w okolicy zmalała, zaś ponuractwo zwiększyło zasięg swojego występowania. Nie na darmo mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu…

Wracając więc do naszego najlepszego Sylwestra 1997, co tak bardzo złego żeśmy tam robili i czego nagannego mamy się wstydzić, że aż zakazać to było trzeba? Dorośli ludzie, których nikt do tego nie zmuszał, złożyli się na wspólną imprezę, wynajęli szkolne pomieszczenia, obsługę, miejsce do tańca i siedzenia. Założyli ładne stroje, pobawili się razem przez klika godzin. Szkolne kucharki w szkolnej kuchni przygotowały dobre jedzenie, za co dostały wynagrodzenie. Każdy przyniósł ze sobą tyle trunkowości, ile uznał za stosowne. Nie był to absolutnie jakiś najważniejszy temat, bo wspominamy przecież wspaniałą zabawę ze wspaniałymi ludźmi, najlepszego Sylwestra spośród ponad 30. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, potańczyliśmy, pośpiewaliśmy do białego rana, wróciliśmy zmęczeni, lecz szczęśliwi. Spędziliśmy mile czas, czego i wam wszystkim serdecznie i bezwstydnie życzę na dzisiejszej zabawie sylwestrowej.

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna. Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna.
Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Nowe felietony

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~adek

    31 grudnia 2015 o 19:20

    Nie jestem w stanie potwierdzić daty tego pamiętnego Sylwestra ale mam nieodparte wrażenie, że byłem jego czynnym uczestnikiem. Najbardziej utkwiła mi w pamięci jego część końcowa kiedy to po „dezercji” zespołu muzycznego / około godz. 4.00 / dalsze tańce odbywały się przy chóralnym śpiewie uczestników zabawy. Tak to trwało do godz.6.30 kiedy to towarzystwo również ze śpiewem na ustach udało się w kierunku swoich miejsc zamieszkania. Po drodze zdążyliśmy jeszcze swoim śpiewem zgorszyć księdza, który spieszył do kościoła na poranną mszę. Tak zgadzam się – to były piękne chwile.

     
  2. ~Adam Zygmański

    1 stycznia 2016 o 01:15

    Ostatnie foto mnie rozbawiło :) Człowiek Małpa i Jane… Jednak o ile mnie pamięć nie myli, to mam wrażenie, że potknęliście się o dwa lata i był to Sylwester 1999… Chyba że byliście w szkole dwa razy i mi się mylą te Wasze wypady…

     
  3. ~Max

    6 stycznia 2016 o 01:37

    Drogi Ireneuszu proszę abyś w 2016 roku pisał co myślisz!