RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2016

Budżet burmistrza Krupowicza z Radą Miejską w tle

24 sty
Uchwalamy budżet na rok 2016 Zdjęcie: www.goleniow.pl

Uchwalamy budżet na rok 2016
Zdjęcie: www.goleniow.pl

Podobno chcecie sobie trochę poczytać o ważnych goleniowskich sprawach… Podobno nie ma gdzie się o nich dowiedzieć, tak mi mówicie. Więc już się biorę do roboty, bo kto inny Wam o tym napisze? Jeszcze tylko sobie wspomnę coś miłego, skoro nic przyjemniejszego dziś w planie  nie mam. Miłe były bożonarodzeniowe święta. Fajnie było posiedzieć z najbliższymi przy wspólnym stole, podzielić się opłatkiem i życzeniami, porozmawiać o tym, o czym zwykle nie mamy czasu mówić, dać sobie nawzajem prezenty,. Fajnie było poczuć, że dzieje się wiele nowego, wiele dobrego. Fajnie było doświadczyć satysfakcji z rodzinnych sukcesów i dokonań, ucieszyć się szczęściem innych.

Trochę mniej fajnie było zjeść wszystko ze stołu. Do tego przymusza mnie wyniesione z domu i nadmiernie rozwinięte poczucie obowiązku. Wprawdzie co roku obiecujemy sobie z żoną nie przesadzać, jednak zawsze jedzenie jest za dobre i go za dużo. Cóż, tradycja każe… Choć tym razem udało mi się z nią troszkę powalczyć, bo po raz pierwszy od 55 lat na świątecznym stole Zygmańskich nie było karpia po grecku. Cóż, poza mną nikt z rodzinki go nie lubi, stąd musiałem go zjadać sam, co zawsze dzielnie czyniłem. Z zyskiem dla smaku i kilogramów nadwagi, a ze szkodą dla poświątecznego poziomu cukru we krwi.  

Dziękuję wszystkim hurtem za bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia. Cieszą one i miło, że ktoś o nas pamięta, lecz jako człowiek starej daty lubię sobie nawet na ten temat ponarzekać. Dzisiejsza łatwość wywiązania się ze świątecznego obowiązku aż razi. Żeby własną ręką choć słowo – a tu nie, po sieci krąży kilka skalkowanych szablonów autorstwa anonimowego, ale ani nie Miłosza, ani Szymborskiej na pewno. Sporo czasu zabrało mi czyszczenie telefonu z kilkudziesięciu wierszyków treści podobnej, a lotów nie zawsze wysokich. Podejrzewam, że niektórzy mają w smartfonach aplikację „Wyślij życzenia wszystkim na świecie”, działającą oczywiście automatycznie, bez przyciskania choć jednego guzika, przez co wcale nie zauważyli, komu wysłali te poezje. Ubolewam, że ginie zwyczaj wysyłania kartek świątecznych. W porównaniu z esemesami są one znacznie droższe, bardziej czasochłonne i kłopotliwe, ale życzeniobiorca przynajmniej czuje, że życzeniodawca naprawdę o nim pomyślał. Przyznajemy, że esemes czy email to inna jakość, ale  w praktyce wygrywa wygoda. Kraje się moje serce filatelisty-sadysty, który zawsze prosił wszystkich w okolicy o podarowanie świątecznych kartek (lub kopert od nich) z powodu znaczka ze stemplem pocztowym. Prawie każdy mi odpowiada: – Stary, nic nie dam, już od 10 lat nikt mi kartki nie przysłał. Trzeba się będzie przerzucić na zbieranie esemesów, tylko jak je w klasery powsadzać?

Życzenia burmistrza Krupowicza Z profilu na Facebook'u

Życzenia burmistrza Krupowicza
Z profilu na Facebook’u

W dziedzinie składania życzeń odnotowuję zjawisko nowe, nawet jak na dzisiejsze oszczędne, wygodnickie i leniwe czasy. Otóż niektórzy, oczywiście za pośrednictwem wszechrozpanoszonego Facebooka, nie tylko już hurtem składają życzenia wszystkim adresatom, ale od razu załatwiają jeszcze kilka spraw, całkiem jakby mimochodem. Przykład mam jeden, ale za to z samej góry, bo to świąteczne życzenia Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza. Ich złośliwej, ale wnikliwej analizy dokonał portal www.goleniow.net.pl, do którego ciekawskich odsyłam. Na wstępie anonimowy autor egzegezy postawił pytanie: „Czy to są życzenia, kazanie, czy pretensje kierowane do wszystkich?”

Mi nasuwa się taka odpowiedź na powyższe pytanie: – Przede wszystkim są to życzenia burmistrza dla samego siebie. Życzy sobie, żeby wszyscy inni myśleli jak on. Myślący inaczej zasługują na ojcowski wytyk. Powinni zrozumieć swoje winy i okazać skruchę, dostosowując się do Wzorca Idealnego Obywatela, pochwalanego i propagowanego na co dzień przez RK. Nie sądzę też, że burmistrz swoje słowa kieruje do tych obywateli kraju, którym nie podobają się posunięcia naszych nowych władz. Ogół Polaków nie miałby szans się z nimi zapoznać, a co dopiero mówić o posłuchaniu połajanki. Pan burmistrz dobrze wie, że jego napomnienia byłyby jak kubełek oliwy lany ze skraju plaży na wzburzone fale morza, brzmiałyby więc żałośnie. Bycia śmiesznym RK bardzo nie lubi. Jest dla niego czymś zwykłym, że na swoim poletku wolno mu wszystko, choćby zawierzyć swoją trzódkę Jezusowi Chrystusowi, lecz ten inteligentny patriarcha wie też, że nic tak megalomanii nie obnaża, jak śmieszność. Stąd wnoszę, że nie do wszystkich kieruje te słowa, a raczej do nielicznych. Do tych, do których słowa burmistrza na pewno dotrą – mianowicie mieszkańców gminy Goleniów. A wśród nich szczególnie do zbłąkanych owieczek (niewielu, na całe szczęście), które wciąż jeszcze miłością bezwzględną, bezkrytyczną i bezgraniczną Roberta Krupowicza nie pokochały. To są właśnie życzenia w nowatorskim stylu, które za zasłoną słodkopierdzącego żargonu za jednym zamachem mają dokopać w nery tych kilku złych ludzi. To oni mają poczuć wyrzuty sumienia, że przez ich brak klanowej jedności, ich złe słowa i brak miłości Pan Robert tak musi cierpieć.

„Przegiąłeś, gościu! Chyba masz jakąś krupowiczofobię. Co ty mu tak w jaźni grzebiesz? Niech sobie będzie, jaki chce, co cię to obchodzi?” Nie zdziwiłbym się za bardzo, gdyby ktoś przysłał taki właśnie komentarz po niniejszym wpisie. Ogólnie racja, każdy ma swoje wady i zalety, zależy z jakiego punktu widzenia patrzeć. Chwalę się ponadto, że jestem tolerancyjny, czasami nawet za bardzo, więc czemu tak się RK czepiam? Krótko i zwięźle: bo jest Burmistrzem Gminy Goleniów. A jest to funkcja tak istotna w naszej samorządności, w tak ważne kompetencje i praktyczne możliwości wyposażona, że nie da się przejść obojętnie obok jego osobowości. Po rocznym obserwowaniu działania Burmistrza Krupowicza z pozycji radnego oceniam, że niestety niektóre cechy personalne przeszkadzają mu w pełnieniu tej funkcji na właściwym, czyli najwyższym poziomie. I że to nie jest jego prywatny problem, tylko coraz bardziej zmartwienie publiczne.

Może nie dla wszystkich jest wyraźnie oczywiste, że osoba pełniąca funkcję burmistrza ma aż tak wielką rolę dla swojej gminy. Że jego styl rządzenia, wręcz poszczególne cechy charakteru i pojedyncze zachowania, preferencje osobowe i animozje, wdrażane w życie priorytety (często inne, niż określone w gminnych strategiach) decydują o powodzeniu lub braku sukcesów lokalnego samorządu. To nie żadna przesada. Burmistrz w praktyce dominuje nad radą gminy. Jeśli chce z tego skorzystać, nic nie zastopuje jego zapędów. Ma odpowiednie instrumenty, zapewniające przychylność zarówno radnych, jak też i w praktyce odpowiednie poparcie głosujących. Nie będę dziś tego zagadnienia rozwijał, gdyż zasługuje ono na znacznie poważne potraktowanie. Uważam ten stan za przejaw jednej z chorób polskiego samorządu, utrudniającej jego sprawniejsze działanie. Bo jeśli tak wiele zależy od jednej osoby, to co zrobić, gdy trafi się łobuz?

Sądzę, że znakomicie widać dominację burmistrza w sferze tworzenia budżetu. Ten dokument jest najważniejszym corocznym przejawem działania samorządu, dającym wszystkim istotnym sprawom początek, kontynuację, zakończenie, ale także zastopowanie ich realizacji. Niedawno, na sesji 21 grudnia, Rada Miejska przyjęła w Goleniowie budżet na rok 2016. Jego inicjatorem był burmistrz, bo ma zgodnie z prawem obowiązek przedłożyć radzie projekt budżetu. Ale teoretycznie od momentu przekazania tego projektu Radzie, to ona staje się jego „gospodarzem” i może w nim dokonać wielu zmian. Tak zresztą z reguły, jak pamiętam, u nas właśnie bywało. Tymczasem projekt budżetu na 2016 rok został potraktowany jak święte objawienie, w którym ani cyferki radni nie powinni zmienić.

Redaktor Paweł Palica stwierdził już 20 listopada w „Gazecie Goleniowskiej”, pisząc o inwestycjach w opublikowanym właśnie na stronie www gminy projekcie budżetu, że: „Przedstawionymi przez burmistrza Roberta Krupowicza propozycjami przez najbliższy miesiąc zajmować się będą radni w poszczególnych komisjach i nie jest wykluczone, że lista inwestycji ulegnie niewielkim zmianom.” Czemu sądził, że „niewielkim”? Bo zna realia naszej Rady? Niewiele się pomylił – zmian nie dokonano żadnych.   

W toku prac komisji przed sesją budżetową radni „koalicyjni” do przedstawionego przez burmistrza projektu nie zgłosili jakichkolwiek zastrzeżeń. Tak podobno (o czym ćwierkają koalicyjne wróbelki) chciał sam burmistrz, bardzo ambicjonalnie i nerwowo podchodzący do wszelkich usiłowań w tej sprawie. Proponowane zmiany zgłaszane przez radnych spoza koalicji padały jak muchy, odbijające się od koalicyjnego muru. Obojętnie, czy dotyczyło to wniosków do budżetu składanych przez nich i mieszkańców w normalnej procedurze (czyli do 15 września), czy w trakcie posiedzeń komisji. Gładko udało się koalicjantom spacyfikować także wnioski zgłaszane na posiedzeniach bezpośrednio przez grupy mieszkańców, jak na przykład odnośnie budowy sali sportowej przy szkole w Białuniu.

Właściwie jakakolwiek rozmowa w trakcie komisji (być może poza Komisją Budżetu) nie dotyczyła budżetu całościowo, lecz obejmowała tylko wyrywkowe aspekty, związane z poszczególnymi wnioskami co do inwestycji. Na podsumowania i charakterystykę całości budżetu przyszedł czas dopiero na sesji 21 grudnia, w dyskusji przed głosowaniem uchwały. Sygnał dał sam Burmistrz Krupowicz, który wygłosił zwięzłą charakterystykę proponowanego projektu. Była to raczej niedługa apologia przekonująca słuchaczy, że złożony radnym projekt jest świetny. Burmistrz prosił radnych o zagłosowanie „za”. Jego zdaniem filozofia budżetu roku 2016 (jak ja kocham filozofię budżetu…) jest kontynuacją budżetu roku poprzedniego, a o jego znakomitości powinna radnych przekonać „rekordowa relacja wskaźnika konsumpcji do akumulacji w wysokości 70:30” i duża ilość inwestycji łącznie.

Prawdę powiedziawszy udało mi się zapamiętać jeszcze tylko kilka innych burmistrzowskich argumentów. Miały przekonać ostatecznie takich niedowiarków, jak ja. Twierdził on, że ten budżet dąży w kierunku większej integracji z metropolią szczecińską (o czym miała świadczyć budowa „węzła przesiadkowego” w Załomiu i chyba jeszcze przebudowa dworca w Goleniowie). Zaś w perspektywie 5 lat gmina ma zwiększyć swoją „mobilność transportową”, czego dowodzi zamiar kontynuacji budowy ścieżek rowerowych. Było jeszcze coś o współudziale gminy w realizowaniu bazy transportowej dla PGK (czy dla kogoś innego, pewności nie mam).

Być może tak mało zapamiętałem, bo uporczywie próbowałem sobie w tym czasie przypomnieć, co przypomina mi „wskaźnik konsumpcji do akumulacji”, użyty jako koronny argument dla wyjaśnienia dobroci proponowanego budżetu. Kiedy wreszcie sobie przypomniałem, że był to ulubiony wskaźnik burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego, za co zresztą niektórzy robili sobie z niego przez lata setne podśmiechujki, pan Krupowicz właśnie skończył chwalić przygotowany przez siebie projekt. Dał tym samym dowód nowoczesnego podejścia do wspomnianego wskaźnika, bo burmistrz Wojciechowski po przedstawieniu go zaraz na początku, miał jednak zwyczaj analizować budżet przez co najmniej godzinę, żeby wysokość akumulacji do konsumpcji poprzeć jakimiś konkretami. Zapewne burmistrz Krupowicz chciał w ten sposób dać przyjaznym sobie radnym otwarte pole do wskazania uzupełniających przykładów, z czego zresztą skrzętnie skorzystali.  

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było Zdjęcie: www.plotek.pl

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było
Zdjęcie: www.plotek.pl

Tak myślę, bo potem nastąpiła cała seria wystąpień dziękujących panu Krupowiczowi za przygotowanie projektu budżetu i za ujęcie w nim tego i owego. Z sympatii do wszystkich koleżanek i kolegów radnych litościwie spuszczę na ich nazwiska zasłonę milczenia. Tą część sesji jeden ze znajomych sołtysów porównał z niesmakiem do obrazków serwowanych przez telewizję z posiedzeń Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei Północnej, w trakcie których obowiązkowym zachowaniem są zbiorowe wiwaty dla któregoś z kolejnych przywódców dynastii Kimów: pierwszego wodza Kim Ir Sena, jego syna Kim Dzong Ila, czy też obecnie miłościwie panującego Kim Dzong Una. Ja oczywiście nie wyklepię, który to z sołtysów (a może sołtysek?), bo co tu robić znajomej osobie kłopot; nie wierzę, że wolność słowa jest przez wszystkich w Goleniowie tak wysoko szanowana, jak to Państwu się wydaje..

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy Zdjęcie: retro.pewex.pl

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy
Zdjęcie: retro.pewex.pl

Mi osobiście ta metafora z Koreą nie do końca pasuje. Przecież porównać tamtej grozy do naszego spokojnego Goleniowa się nie da, tu wrogów politycznych nikt nie morduje. Taka tu u nas dyktatura, jacy dyktatorzy. Scenki z dziękczynnych wystąpień koleżanek i kolegów skojarzyły mi się natomiast z groteskową solówką z „Misia” Stanisława Barei, kiedy to poczciwy trener Jarząbek Wacław, drugiej klasy zresztą, nagrywał do ukrytego w szafie magnetofonu pieśń sławiącą prezesa klubu: „Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się dla naszego klubu przemęcza, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat! To jeszcze ja – Jarząbek Wacław, bo w zeszłym tygodniu nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek.”

Stanisław Tym, autor scenariusza „Misia”, zapewne nie u nas czerpał natchnienie do stworzenia zacytowanego wyżej hymnu wazeliniarzy. Ich funkcjonowanie jest reakcją dostosowawczą do wymogów środowiska. To nie oni byli pierwsi – najpierw musieli istnieć tacy, którzy łakną dotyku śliskiego pochlebstwa, potrzebują go jak pokarmu, żyć bez niego nie mogą. Lizusów stworzyli ci, którzy pochlebstwa uwielbiają. Nie wiem, jak pochlebca rozpoznaje spragnionego pochlebstw, lecz jakoś zawsze swój swego odnajdzie. A skoro tak wyraźnie ten motyw na naszej sesji zaistniał, widoczne jakaś przyczyna być musi.

Tak właśnie wyglądają płyty jombo Zdjęcie: olx.pl

Tak właśnie wyglądają płyty jombo
Zdjęcie: olx.pl

Co do konkretów, specyficznie dziękowano burmistrzowi za zamiary budowy dróg na terenie wiejskim, wykonanych w technologii płyt YOMB (inaczej JOMB, popularnie zwanych jombo lub jumbo). Te żelbetowe płyty wykorzystuje się normalnie do budowy prowizorycznych dróg dojazdowych na budowach, do budowy nawierzchni na placach składowych, można je stosować do budowy dróg lokalnych, tymczasowych dróg objazdowych przy budowie dróg publicznych, także jako nawierzchnię dróg leśnych. U nas mają z nich powstać nawierzchnie dróg, które choć dziś gruntowe, są jednak raczej dość intensywnie obciążone ruchem pojazdów, czasem też wielotonowych ciężarówek. Dla sprawiedliwości, to niektórzy radni wnioskowali do burmistrza o taką właśnie technologię. Kiedy tłumaczono im, że to prowizorka, słyszało się wtedy: – Wiem, ale zawsze to lepsze, niż zwykła żużlówka lub gruntówka, po każdym deszczu prawie nieprzejezdna. Na prawdziwą drogę nie możemy doczekać się od wojny. Lepszy rydz, niż nic.

Tak argumentują ludzie doświadczeni, nie oczekujący obietnic, idealnych rozwiązań docelowych, lecz pragnący realnej poprawy długotrwałego zaniedbania. Trochę się z nimi zgodzę, trochę nie. Bo jak wam zbudują te jombo-prowizorki, to się naprawdę już nigdy prawdziwych dróg nie doczekacie. Gdybyście mocno naciskali na kładzenie asfaltu, to pewnie by się ktoś w te głosy musiał wsłuchać. W końcu nie płyty jombo władza w ostatnich latach w mieście na ulice położyła. Żeby temat zakończyć zgrabną klamrą, przytoczę jedną z interpelacji z samego końca sesji. Któraś z radnych (przepraszam, nie zapisałem nazwiska autorki) zauważyła, że jedna z dróg pokrytych niedawno płytami YOMB zaczęła się nieco miejscami rozpadać. Prosiła burmistrza o interwencję. Cóż, chyba za bardzo uwierzyła w porzekadło, że prowizorka najlepiej się trzyma, prawda?

Jeszcze jeden pochwalny temat zapamiętałem. Jeden z kolegów zwrócił uwagę na znakomitą współpracę gminy Goleniów z władzami naszego powiatu, której zazdroszczą nam w całym województwie. Wspólnie inicjujemy różne ciekawe zadania, obecne w wymiarze finansowym w każdorocznym budżecie. Oczywiście głównie budżecie gminy, nie powiatu, bo on biedny. Zgadzam się, potwierdzam obserwację, wspomniałem o tym w swoim późniejszym wystąpieniu. Otóż faktycznie doją nas setnie. Koledze radnemu powiedziałem, żeby dał zazdroszczącym prostą radę, jak osiągnąć podobnie modelowej współpracę ze swoimi powiatami. Wystarczy oddać starostwom do dyspozycji połowę swoich gminnych budżetów, pod hasłem „Mieszkaniec naszej gminy jest też mieszkańcem powiatu, nie dzieli swoich problemów na gminne i powiatowe”. Tak, lecz przepisy wyraźnie rozgraniczają zadania własne gmin od zadań powiatów, nie nakazują też zastępować gminie powiatu w problemach, w których jest niewydolny. Realizując za gminne pieniądze (czytaj: wyciągnięte z kieszeni mieszkańca) zadania przypisane powiatowi, ograniczamy możliwości zaspokojenia potrzeb innych, nakazanych tylko gminie. To zarzuciłem „filozofii naszego budżetu” – stawianie spraw obcych wyżej, niż własne, obowiązkowe dla samorządu gminnego. Dokładnie o tym samym mówił też radny Czesław Majdak.

Jak widać skończyłem już pisać o zachwytach nad nowym budżetem. Były przecież także głosy krytyczne. Pierwszą taką wypowiedzią było wystąpienie koleżanki Ireny Henkelman. Mówiła w imieniu Klubu Radnych Niezależnych, czyli też radnej Doroty Chodyko i radnego Marcina Gręblickiego. Wskazała bardzo niepokojące zjawisko. Tak jak kilka ostatnich budżetów, obecny także uchwalamy jako deficytowy, czyli dochody są mniejsze od wydatków. Jednakże w praktyce każdy rok kończył się nadwyżką budżetową. Jej przyczyną w lwiej części było niewykonanie zaplanowanych wydatków, czyli niepełna realizacja zadań postawionych przed władzą wykonawczą. Krótko mówiąc, zamierzony na początku roku plan wydatków nie miał wiele wspólnego z osiągniętym w końcu roku wykonaniem. Prawdę powiedziawszy po stronie osiąganych dochodów także są przykłady niewykonania planu. Radna zwróciła też uwagę na „nadpłatę”, jaką mają wobec gminy mieszkańcy w opłacie śmieciowej, czyli sięgające ok. pól miliona złotych dodatnie saldo ich wpłat w porównaniu do kosztów prowadzenia tej działalności przez spółkę PGK. 

Następnie kolega Czesław Majdak (oprócz już wspomnianego nadmiernego zapatrzenia w zadania powiatowe) wskazał na niedoskonałości planowania inwestycji objętych budżetem, które jego zdaniem potwierdza też załączona do projektu budżetu opinia Regionalnej Izby Obrachunkowej. Inwestycje w budżecie określone są w cyklu jednorocznym. Stąd często widnieją tytuły takich zadań, a same zera przy ich realizacji. Jeżeli inwestycja trwa kilka lat (a tak jest często), powinna być zapisana w budżecie jako kilkuletnia. Inaczej środki przeznaczone na inwestycję w danym roku „przepadają” i trzeba je na końcu roku przesuwać na kolejne lata. Zwiększa to pozornie wskaźnik akumulacji wobec konsumpcji w danym roku, co nie odpowiada rzeczywistości, a ma tylko efekt medialny. Radny stwierdził, że jego sposób myślenia nie jest tylko alternatywą wobec praktykowanego przez burmistrza Krupowicza (ten uważa, że „można tak, można i inaczej”), lecz jedyną zalecana drogą. Radny zarzucił też, że niewłaściwe jest „magazynowanie” środków budżetowych w postaci nadwyżki, dzielonej następnie na początku kolejnego roku, gdyż w dużej części pochodzi ona z zadań niezrealizowanych w roku poprzednim.

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki? Zdjęcie: biznes.interia.pl

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki?
Zdjęcie: biznes.interia.pl

Spośród krytycznych wystąpień ostatni głos zabrał Wasz sprawozdawca. Starałem się nie powtarzać już zasygnalizowanych zarzutów, jednak chciałem niektóre rozwinąć. I tak odnośnie omówionej przez radnego Majdaka nadwyżki budżetowej zauważyłem, że środki magazynowane przez gminę na kontach bankowych w tym momencie wynoszą ok. 22 mln złotych. To dużo, bardzo dużo w porównaniu do uchwalanego około 150. milionowego budżetu. Moim zdaniem w sytuacji stałego nadmiaru różnych potrzeb mieszkańców, nasze pieniądze nie powinny pracować na bankowych kontach. Ich prawdziwe i najważniejsze przeznaczenie jest tam, gdzie najlepiej spełnią swoją rolę. Czyli tam, gdzie chcą mieszkańcy, postulujący wykonanie konkretnych zadań.

Dowód na nieistnienie Boga Rysunek: facebog.deon.pl

Dowód na nieistnienie Boga
Rysunek: facebog.deon.pl

Tu miałem kolejny zarzut. Otóż trudno wykazać w jakim stopniu budżet na rok 2016 odpowiada na wnioski mieszkańców. On ich wcale nie uwidacznia, jakby żadne wnioski do projektu budżetu nie zostały skierowane. W toku prac komisji zastępca burmistrza Tomasz Banach wyjaśniał, że przygotowując projekt mocno się nad nimi pochylano. Jednak dowodów na takie podejście brak. Ani nie jest znana kompletna lista takich wniosków, bo nigdzie się jej nie publikuje, ani nie wskazuje się, które z wniosków zostały w projekcie budżetu uwzględnione. Czy w ogóle cokolwiek zostało przez burmistrza przyjęte, pozostaje jego słodką tajemnicą. W dobie pełnej dostępności informacji i dążenia do całkowitej transparentności działania władz, taka „dyskrecja” nie wydaje się godna pochwalenia. Dziś jeśli czegoś nie ma w Internecie, to znaczy, że tego nie ma wcale.

Odnosząc się do ogłoszonego przez burmistrza Roberta Krupowicza rekordowego wskaźnika akumulacji do konsumpcji poradziłem, by cieszył się z rekordu dopiero wtedy, gdy budżet zrealizuje. Zwróciłem uwagę, że na dwóch poprzednich sesjach na wniosek burmistrza Rada „zdjęła” z wydatków budżetowych grubo ponad 11 mln zł. Zatem faktyczna realizacja zadań roku 2015 (zarówno finansowo, jak i ilościowo) była znacznie niższa, niż pierwotnie na ten rok zaplanowano. Przyjrzałem się dokładnie zdjętym wydatkom (dziękuję za pomoc skarbnikowi Mirosławowi Guzikiewiczowi, który cierpliwie poświęcił mi sporo czasu) i uważam, że pewna ich część była po prostu zaplanowana w budżecie z nadmiernym zapasem. Zrobiono to pewnie dlatego, by zapewnić bezpieczne i „komfortowe” wykonawstwo. Nie zmienia to faktu, że w ten sposób „zamrożono” wiele środków, które mogłyby od razu zostać rozdysponowane na inne zadania, na które jakoby środków nie było. Burmistrzowski rekord uznałem zatem za raczej piarowską przesadę, a sam wskaźnik nazwałem „wskaźnikiem wirtualnej akumulacji”.

Jako główną cechę projektu budżetu wskazałem jego małą ambicję, zarówno w planowaniu wydatków, jak też i dochodów. Burmistrz sam wskazuje w nim zadania, które chce wykonać, zaś radni nie stawiają mu wysoko poprzeczki, żądając twardo zwiększenia pracy ponad ten zamiar. No bo jak tu swojego lidera przypierać do ściany, żądając większego wysiłku? Co do dochodów, nie miałem żadnych zapędów ku zwiększaniu obciążeń podatkowych mieszkańców. Za ciągle duże źródło dochodów uważam możliwe wpływy z gospodarowania majątkiem gminy, w szczególności dochody ze sprzedaży terenów dla nowych inwestorów, nie tylko w GPP. Natomiast zaplanowany w budżecie na 2016 rok poziom dochodów własnych jest niższy, niż wykonanie roku 2015. Przecież już nie można się tłumaczyć, że mamy kryzys i inwestorzy się nie pojawiają. Mając „rząd dusz” w Radzie, burmistrzowi jest jednak dość łatwo osiągnąć wspomniane bezpieczeństwo wykonania zadań. Z tego punktu widzenia nazwałem ten budżet „budżetem leniwym, budżetem spokoju i komfortu dla burmistrza”. I zgodzę się z panem Krupowiczem, że „filozofia budżetu” roku 2015 była taka sama (choć co do treści tej identyczności pewnie się nie zgodzimy) – nie przemęczyć burmistrza, dać mu więcej środków, niż potrzebuje, zaś na początku kolejnego roku cieszyć się z osiągnięcia nadwyżki budżetowej. Którą będzie bardzo przyjemnie w tym następnym roku podzielić.

Wspomniałem, że nie podoba mi się szumne mówienie o „realizacji” kolejnych etapów różnych zadań, które faktycznie wcale się nie posuwają. W niektórych sprawach planowanie i projektowanie trwa długo, może zbyt długo. W ten sposób zdaje się, że inwestycja burzliwie się rozwija, choć de facto tkwi w miejscu. Jako przykład wskazałem kolejny etap projektu „Otwarte bramy”.

Miałem też burmistrzowi za złe, że nie zwrócił uwagi na przedwczesność medialnych enuncjacji o „niewielkich zmianach”, jakie w toku obróbki projekty budżetu przez radnych mogłyby w nim zajść. Była to moim zdaniem próba stworzenia pewnej presji na radnych, żeby faktycznie takich zmian nie zgłaszali. Jeśli rzeczywiście pan Krupowicz myśli, że radni odnośnie budżetu niczego nie mają zmieniać, to tak myśleć mu nie wypada. Powstrzymał się jednak od jakichkolwiek uwag na ten temat, zachowując się jak sądzę zbyt powściągliwie.

Innych istotnych uwag do projektu budżetu na rok 2016 nie zgłoszono. Jeżeli coś opuściłem, przepraszam, bazuję tylko na swojej pamięci i notatkach z sesji. Po zrelacjonowanych wypowiedziach w dyskusji Przewodniczący RM Łukasz Mituła zarządził głosowanie nad przyjęciem budżetu. Formalność została dopełniona niezwłocznie. Przy dwóch głosach wstrzymujących się i jednym przeciwnym (że też ja zawsze muszę mieć inne zdanie, niż normalni ludzie!) budżet uchwalono.

Uchwalono, ale problem zbłąkanych owieczek, niechętnie garnących się do reszty stada, jednak pozostał. Jak pisałem na początku, burmistrz Krupowicz dał im (może ostatnią?) szansę powrotu do grona prawomyślnej większości, składając trzy dni po sesji swoje świąteczne życzenia. Widocznie mu posesyjne zniesmaczenie tymi wilkami w owczej skórze („To nie ludzie – to wilki!” – patrz Jarząbek Wacław) wtedy jeszcze nie przeszło, skoro więcej miejsca zajęły w życzeniach czarne owce, niż zdrowa część trzódki. Jako dobry pasterz burmistrz po prostu musiał błądzącym po ojcowsku przyganić.

Podsumuję… Pozycja organu wykonawczego jest w Goleniowie tak mocna, że właściwie to on sam ustala sobie zadania, zarówno co do dochodów, jak i wydatków. Jego autorski projekt staje się bez zbytnich ceregieli obowiązującym budżetem, w czym wspiera go usłużnie większość Rady. Projekt przedstawiony Radzie przez burmistrza jest tak bardzo autorski, że wręcz obrazuje jego cechy charakteru. Zabawę w psychoanalizę pozostawiam jednak Szanownym Czytelnikom jako zajęcie na długie zimowe wieczory.  Myślę, że materiału do takich przemyśleń znajdziecie Państwo w moim wpisie aż nadto.

I jeszcze jedna sprawa: dlaczego o uchwalonym w grudniu budżecie piszę dopiero po miesiącu? Chyba da się to wyjaśnić tytułem niniejszego bloga, czyli „Piszę, co myślę”. Opisana sesja Rady Miejskiej wywołała we mnie raczej pewne osłupienie, smutek i długotrwały myślowy zastój, niż chęć do przemyśleń. Coś taki nadmiernie wrażliwy jestem. Musiałem nieco ochłonąć, odłożyć chęć analizowania na później. A jak nie ma myślenia, to i nie ma pisania. Logiczne, prawda?

 

Piwna bitwa, czyli dygresyjny świat ludzi pozytywnie zakręconych

09 sty
American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego  Fot.: Adam Zygmański

American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego
Fot.: Adam Zygmański

To ja, Wasz Adam, Zygmański junior! Przez ostatnie dni zastanawiałem się intensywnie, jaki temat podjąć w obiecanym Wam felietonie. Nawet napisałem wstępną jego wersję. Pisałem późną, nocną porą (jak zwykle u Zygmańskich zresztą). A rano przeczytałem swoje wypociny i skasowałem je bez większego żalu. Chyba w czasie pisania miałem jakiś gorszy nastrój i tekst wyszedł mi ponury, smutny, złowrogi. Tematy jakieś ciężkie, trudne i przykre, a na koniec wysnułem mało pozytywne wnioski. O czym dokładnie przyszło mi pisać? Ano o ogólnej kondycji naszej cywilizacji, konfliktach międzykulturowych i politycznych. Czyli nic, na czym się znam. Żadnej Ameryki nie odkrywałem, a czytało się to wszystko ciężko. Nawet nie mrugnąłem okiem, gdy rano kasowałem plik z komputera. Dałem sobie kilka następnych dni na odkrycie nowej weny i oczyszczenie umysłu. No i w końcu… Dziś zadzwonił do mnie kolega, który podobnie jak ja para się domowym piwowarstwem. Dryndnął podczas swojej wizyty w Szczecinie, mieście co prawda wojewódzkim, które jednak nie ma opinii jakiejś wielkiej metropolii. Ot, takie tam miasto studenckie, o którym większość Polaków myśli, że leży nad morzem. Ponieważ rozmowa nasza dotyczyła, a jakże, piwa, wiadomości dostarczone mi przez kolegę Jarka zainteresowały mnie żywo i dały sporo do myślenia.

Jednak zanim opowiem o tym, czego dowiedziałem się od Jarka, słowo wstępu. Kiedy w zeszłym roku pisałem pierwszy raz o piwie i piwowarstwie domowym, w Goleniowie oprócz mnie zajmował się tym tematem jedynie mój wzmiankowany wyżej kolega, a dochodziły mnie słuchy o zainteresowaniu ze strony kolejnych kilku osób. Dzisiaj domowych piwowarów w Goleniowie jest co najmniej 5, a zainteresowanie jest znacznie większe. Może wydawać się, że to dalej niewielkie grono, ale przyrost jest ponad stuprocentowy,. Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że jeślibyśmy postanowili się zrzeszyć, okazało by się, że w naszym mieście liczebnie wcale wiele nie odbiegamy od liczby aktywnych członków rządzącej obecnie w kraju partii. :) Ale nie jestem złośliwy, a jakiekolwiek partie nie leżą w strefie moich zainteresowań.

American Wheat, co je Jarek zrobił Fot.: Jarosław Przytuła

American Wheat, co je Jarek zrobił
Fot.: Adam Zygmański

Wracając do piwa… Jak pisałem ostatnio, tylko od września 2015 nawarzyłem prawie 300 litrów piwa, w 7 różnych stylach. Jarek pewnie trochę mniej, jeśli chodzi o ilość, za to bardziej różnorodnie, jeśli chodzi o style piwne. Jego warki są prawie o połowę mniejsze, więc zajmują mniej fermentorów, co pozwala mu warzyć częściej. Nie pytałem go dokładnie, ale wydaje mi się, że od września 2015 warzył już kilkanaście razy. A przecież obaj warzyliśmy również przed wakacjami, kiedy to mieliśmy letnią przerwę i też nie próżnowaliśmy. Każdy z nas częstuje swoim piwem rodzinę i znajomych. Czasem nasze piwa trafiają do całkiem przypadkowych osób, wywołując pytania, wzbudzając zainteresowanie. Nigdy nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek wrogością, czy też lekceważeniem ze strony osób, którym wspominaliśmy o naszym hobby. Wręcz przeciwnie! Dużej ilości pytań zawsze towarzyszyła życzliwość, czasem nawet entuzjastyczne przyjęcie.

Zauważyć muszę jedną ważną rzecz: nasze piwa leżą na przeciwnym biegunie sensorycznych doznań w stosunku do najpopularniejszego w Polsce stylu piwnego, czyli Międzynarodowego Jasnego Lagera. Byłem przekonany, że przynajmniej u połowy poczęstowanych wzbudzi to grymas na twarzach, a piwo po prostu nie będzie im smakować, gdyż zbyt daleko odbiega od przeciętnego wyobrażenia o tym napoju w Polsce, utrwalonego przez piwne koncerny. Rozmiar mojej pomyłki był wielki. Często słyszałem bardzo pochlebne opinie na temat moich piw, które według mnie były zbyt goryczkowe dla osób pierwszy raz próbujących czegoś innego, niż asortyment dostępny w każdym spożywczaku w Goleniowie.

Imperial Stout prosto z Chicago Fot.: Adam Zygmański

Imperial Stout prosto z Chicago
Fot.: Adam Zygmański

Okazuje się, że marketingowcy wielkich koncernów są w błędzie. Mało komu odpowiada piwo o smaku wody, wyglądające jak siki i posiadające aromat rozgotowanej kukurydzy (i to jeśli już się jakiegoś aromatu doszukamy). Okazuje się, że znajomi Polacy lubią wyraziste smaki i są otwarci na nowości, nie bojąc się próbować czegoś nowego. Żeby nie popadać w hura-optymizm, po naszym Internecie krąży filmik, na którym znany w kraju koneser alkoholi, Pan Wiesław Wszywka, degustuje w pięknych okolicznościach przyrody piwa „regionalne”. Jedyna z testowanych próbek, którą uznaję za dobrej jakości komercyjny przykład rzemieślniczego piwa, wywołała w Panu Wiesławie reakcję wręcz alergiczną, a z jego ust padły słowa: „(…) jebuckonachmielone i czuć goryczom… Bardziej twarz wykręca, niżbym się napił spirytusu… He he he… Niektórzy lubiom gorycz, ja raczyj lubiem smak spirytusu.” Tak się trafiło, że Pan Wiesław łyknął sobie piwa w stylu Double American IPA, które rzeczywiście jest mocno chmielone amerykańskimi odmianami chmielu. Mimo wszystko nie spodziewałem się takiej reakcji po zawodniku kalibru Pana Wiesława. No, ale każdemu według gustu :) Zatem na pewno trafią się osoby, którym moje, Jarkowe, czy też naszych bardziej początkujących kolegów piwa, nie będą smakowały. I dobrze, bo każdemu według gustu!

To cudo zwało się Atari Zdjęcie: olx.pl

To cudo zwało się Atari
Zdjęcie: olx.pl

Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, którego już kiedyś doznałem. Zaraz je opiszę, poprzedzając trochę historyczną dygresją. Było to dawno, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pojawiły się w naszym pięknym kraju komputery personalne. Wiem, były już wcześniej! Tyle że dopiero w latach 90. ubiegłego wieku stały się dostępne dla przeciętnego Polaka. Nagle pośród młodych ludzi zapanowało szaleństwo przegrywania gier na kasety, biegania do „salonów”, regulowania głowic w magnetofonach i nerwowego oczekiwania w bezruchu na wgranie się programu do podręcznej pamięci naszych Timexów, ZX Spectrum, Atari, i najpopularniejszych chyba „komodorków”. A że gwałtownie nadrabialiśmy zaległości do cywilizowanych krajów, to zaraz potem pokazały się Amigi: 500, 600, 1200; potem pierwsze pecety, aż pewnego dnia obudziliśmy się w dobie Internetu, w społeczeństwie cyfrowym. Dwudziestoletni polski student, zapytany o walkmana, wzrusza ramionami w geście niewiedzy. A jak się znajdzie jakiś mądraliński, który słyszał o takim sprzęcie i zaczyna zgrywać cwaniaka, to wystarczy dać mu do ręki kasetę magnetofonową w pudełku i poprosić o włożenie jej do rzeczonego walkmana. Cwana mina szybko znika… Wspominam tą prehistorię, by zobrazować skalę przemian, którym zostaliśmy poddani w bardzo krótkim czasie. To była prawdziwa rewolucja, której byliśmy częścią.

... a tak wyglądała Amiga Zdjęcie: eab.abime.net

… a tak wyglądała Amiga
Zdjęcie: eab.abime.net

Już wracam do tego mojego wrażenia. W dobie opisanej komputerowej rewolucji codziennie odkrywałem coś nowego. Każdy dzień był dla mnie wyprawą do nieznanej krainy bitów, bajtów, dyskietek, dżojstików. Dzisiaj czuję się bardzo podobnie, choć z innej przyczyny. Znów mam to niezwykłe poczucie rozpalającej mnie ciekawości i dreszczyk oczekiwania na to, co wydarzy się jutro. Tym razem zżera mnie ciekawość dotycząca piwa i piwowarstwa. Tego domowego, ale też tego na większą skalę. Wiele bym dał, by móc spróbować swoich sił w warzeniu piwa w prawdziwym browarze. Jakże bym chciał, by piwo sygnowane moim nazwiskiem wylądowało na sklepowych półkach. Ciągnie mnie do zgłębiania tajników skomplikowanej sztuki piwowarskiej. A przede wszystkim, chciałbym ciągle odkrywać nowe piwa, ich smaki i aromaty.

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy Fot.: Adam Zygmański

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy
Fot.: Adam Zygmański

Popadłem więc w stan charakterystyczny dla członków familii Zygmańskich: dostałem jobla. Szczęśliwym trafem u mnie padło na piwo, bo przecież mogłem skończyć tak marnie, jak mój Szanowny Rodziciel, i zostać (tfu!) filatelistą! Pozostaje tylko cieszyć się i dziękować ślepemu losowi za popchnięcie mnie akurat w stronę napoju bogów. Mówię tak, gdyż zdaję sobie sprawę, że kochana małżonka jest sobie w stanie wytłumaczyć moje odchylenie od normy skłonnością do delikatnego pijaństwa :) Gdyby los rzucił mnie na mielizny filatelistyki, to rozwód miałbym gwarantowany. Jest tylko jedna kobieta na świecie, która może zachować względną normalność zamieszkując z facetem jarającym się, jak Rzym za Nerona, widokiem ostemplowanego znaczka pocztowego – Moja Szanowna Rodzicielka. A tak, mam spokój. Jeśli jakaś koleżanka mojej żony zapyta ją, co w wolnym czasie porabia mąż, po prostu powie, że żłopie piwo. Odpowiedź taka koleżance w zupełności wystarczy, pokiwa głową ze zrozumieniem i nie będzie drążyć tematu. Żłopanie piwa to najpopularniejsze męskie hobby na świecie. A gdyby musiała wyjaśniać, że oglądam znaczki pocztowe, to koleżanka postawiłaby oczy w słup, sama zostałaby tematem plotek i ploteczek, zaś z czasem jej życie towarzyskie uległo by trwałemu rozpadowi, czemu zapewne winny byłbym ja…

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni Fot.: Adam Zygmański

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni
Fot.: Adam Zygmański

Zostawmy już moją biedną małżonkę, jak i tą nieszczęsną filatelistykę wraz z jej ofiarami. Mam cichą nadzieję, że jak w przypadku rewolucji komputerowej, tak w przypadku tej piwnej podążymy w tym samym kierunku, co państwa zachodniej Europy lub Ameryki Północnej. Chciałbym, żeby w każdym polskim mieście i miasteczku był lokalny browar. I żeby w każdym takim przybytku można było spróbować unikalnego w smaku i aromacie piwa, za którym stałby znany z imienia i nazwiska piwowar, dumny ze swojej ciężkiej, a tak społecznie niezbędnej pracy. Czy moje marzenia mają szansę się spełnić? Mam przekonanie graniczące z pewnością, że tak, w ciągu najbliższych 20 lat.

Na tym polega piwna bitwa Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Na tym polega piwna bitwa
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Czas powrócić do mojej z Jarkiem, rozmowy telefonicznej! Otóż, Jarosław zadzwonił do mnie z lokalu. Z lokalu w Szczecinie, w którym właśnie odbywała się bitwa piwna. I nie chodzi tu o potyczkę na pięści, nogi i sztachety dwóch zdopingowanych piwem, wrogo nastawionych do siebie grup mężczyzn. Taka bitwa piwna polega na starciu dwóch piwowarów domowych, którzy w życzliwym lokalu pojawiają się w tym samym czasie, przynosząc swoje piwo, uwarzone w ustalonym wcześniej stylu. Przynoszą tego piwa dużo, częstując nim gości lokalu, ci zaś wybierają poprzez głosowanie, który piwowar uwarzył lepsze piwo. Częstują, czyli nie trzeba za piwo płacić. :) Zwycięzca głosowania zyskuje chwałę i dumnie pręży pierś. Coś pięknego! A co jest jeszcze piękniejsze? Kiedy Jarek do mnie dzwonił, to słyszałem, że lokal tętni wręcz życiem. Było głośno, wesoło i sympatycznie. W czasach, kiedy coraz częściej unikamy spotkań „w realu”, przenosząc swoje życie towarzyskie w wirtualne odmęty Internetu, należy doceniać wszystko, co przyciąga ludzi do siebie, co pozwala im wymieniać poglądy i nawiązywać rzeczywiste znajomości. Nawet, jeśli tym elementem przyciągającym jest darmowe piwo. :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się, Drodzy Czytelnicy, życząc wszystkiego co najlepsze, a zwłaszcza najlepszego piwa!!! Wasz Adam Zygmański

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Występy gościnne