RSS
 

Archiwum - Marzec, 2016

Zaciemniające wyjaśnienia, czyli jak Burmistrz Krupowicz zdemaskował wojującego ateistę

28 mar
Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Dzisiejszy temat wynika niejako automatycznie: jestem winien Państwu zapowiedzianą relację z posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu. W środę 23 marca drugi raz zajęła się zlotem motocyklowo-rockowym, o którym pisałem poprzednim razem. Tym razem nie zachowam chronologii, gdyż pełne nagranie spotkania znajdziecie Państwo na portalu www.goleniow.net.pl. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, lecz najważniejsze usłyszeć można. Skoncentruję się na niektórych wątkach.

Frekwencja była nadspodziewanie wysoka. Nie poczytują sobie tego oczywiście jako własną zasługę, bo poza opublikowaniem poprzedniego wpisu nic więcej ku temu nie uczyniłem. Zatem zainteresowanie było samoistne,  a na sali obrad Rady Miejskiej, w której rzecz miała miejsce, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Przybyło „na moje oko” około 40-50 osób – żałuję, że nie policzyłem dokładnie. Mówię oczywiście o publiczności, bo było to przede wszystkim posiedzenie KSSEKiS. Stawiła się ona w pełnym, 8-osobowym składzie: Krystyna Jaworska – Przewodnicząca Komisji, Marzena Pach – Wiceprzewodnicząca, Irena Henkelman, Agata Wilińska-Onyśko, Krzysztof Czerwiński, Artur Panek, Wojciech Łebiński i Wasz sprawozdawca, Ireneusz Zygmański.

Komisja na to posiedzenie zaprosiła Burmistrza Gminy Roberta Krupowicza, który pojawił się w towarzystwie obu zastępców, Tomasza Banacha i Henryka Zajko. Przyszedł także zaproszony Prezes Zarządu Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich pan Jacek Szambelan. Ten ostatni w towarzystwie pana Pawła Bartoszewskiego, który przedstawił się jako „osoba z zewnątrz, wspierająca SMG”.

Co do roli Pawła Bartoszewskiego wyjaśnienia były potrzebne dalej w trakcie posiedzenia, bo kilkakrotnie na pytania kierowane do organizatora imprezy, którym jest SMG, właśnie on rozpoczynał odpowiedzi. Dziwiło to, skoro nie jest on członkiem SMG (sam o tym mówił), a obok niego siedział Prezes Szambelan. Wypowiedzi pana Bartoszewskiego zajęły sporą część posiedzenia (czasu wystąpień nie ograniczano). Część pytań kierowano wprost do niego, często jednak, nawet mitygowany przez pytających, wyręczał Prezesa SMG. Ten też udzielił kilku wyjaśnień bardzo wyczerpujących. Liczne pytania dotyczyły Burmistrza Krupowicza, który był raczej lakoniczny. Wypowiedzi pytających nieraz też były obszerne, z dużą ilością komentarzy. Spotkanie trwało ok. 2 godzin. Spróbuję przedstawić, co powiedzieli poszczególni „odpowiadacze” – p. Szambelan, p. Bartoszewski i burmistrz.

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Zaczynam od Prezesa SMG Jacka Szambelana. Planowany festiwal opisał jako przede wszystkim zlot motocyklowy organizowany przez swoją organizację. Szeroko mówił o wcześniejszych wydarzeniach organizowanych w krótkiej historii SMG. Przyszłą imprezę określił jako prywatną, biletowaną, przeznaczoną dla środowiska motocyklowego Goleniowa i wielu motocyklistów z zewnątrz, także zaproszonych z zagranicy. Koncert heavymetalowy uważa za jedną z atrakcji, przyciągających uczestników. Jako ważniejsze przedstawiał jednak czysto motocyklowe akcenty, jak parady, konkursy czy licytacje. Absolutnie nie ukrywał, że SMG ma zamiar na imprezie zarobić, a uzyskany dochód przeznaczyć na cele statutowe swej organizacji. Wykazywał, że w koncercie wystąpią zespoły o różnym zabarwieniu ideowym, nie wykluczając także grup o charakterze chrześcijańskim (cokolwiek miałoby to znaczyć). Uważał, że udział zespołu Behemoth jest przesadnie wyolbrzymiany, podczas gdy on sam za „gwóźdź programu” uważa brytyjskich weteranów z Saxona. Dementował zdecydowanie plotki, jakoby punktem koncertu miała być „czarna msza” satanistyczna, choć program jest jeszcze nieustalony. Wszystkich zamierzających oceniać negatywnie festiwal przez Internet odsyłał do ich własnych stron, bo na stronie festiwalu możliwości komentowania nie będzie. Pod koniec spotkania bez owijania w bawełnę nazwał imprezę „wielką prywatką na prywatnym terenie”, co miało oddalić publiczne zainteresowanie pytających o szczegóły.

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Paweł Bartoszewski, kolejny odpowiadający na pytania publiczności, uściślił swą rolę w spotkaniu jako „nieformalny współorganizator” festiwalu, ponadto zaproszony do udziału przez Burmistrza Krupowicza jako doradca ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, w którym ma mieć miejsce impreza. Później kilkakroć powtarzał, że nie jest oficjalnie w gronie organizatorów. Z drugiej strony był bardzo emocjonalnie w wydarzenie zaangażowany, często mówiąc o nim „nasz festiwal”, „nasza impreza”, „nasz koncert”. Imprezę też nazwał „prywatną, biletowaną”.

Wystąpił także w roli eksperta, bardzo szeroko analizując kulturowe aspekty wartości muzyki heavymetalowej, stosowanych w niej konwencji. Podkreślał absolutne niezrozumienie czystych intencji muzyków głównie przez środowiska chrześcijańskie. Jego zdaniem (całkowicie niesłusznie) poważnie traktują one diaboliczną oprawę koncertów, lecz to tylko jest styl, konwencja, wręcz żartobliwe mruganie do słuchaczy. Wykazywał, że niczego w tej muzyce i jej otoczce nie można traktować dosłownie, szczególnie zaś tekstów utworów, stąd nie ma sensu ich analizowanie. Argumentował, że także tekstu Biblii nie można traktować dosłownie, a tylko metaforycznie. Sugerował, że zamieszanie wokół „satanizmu” grup ciężkiego rocka jest sztucznie tworzone przez ludzi go nierozumiejących, a obawy przez nich wyrażane są wyolbrzymione. To, co streściłem w tym akapicie, panu Pawłowi zajęło łącznie kilkanaście minut. Ku wyraźnemu zniecierpliwieniu jednych, których wypowiedzi kontrował, narzucając swoje interpretacje, oraz innych, pragnących zadawać dalsze pytania.

Pan Paweł podkreślił, jak szeroko i dokładnie informuje się o przyszłym wydarzeniu, szczególnie wskazując na swój profil facebookowy, gdzie od lutego udzielane są wszelkie informacje (na razie tylko tam, bo na oficjalnej stronie festiwalu nie ma żadnego miejsca na zapytania czy komentarze). Akurat ten aspekt wydał się na spotkaniu szczególnie niejasny. Dokładniej pokażę więc, jakie poglądy Paweł Bartoszewski wygłosił co do obiektywnego informowania o imprezie i jak traktowani są chętni do „myślenia inaczej niż on”.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że na tym profilu wpisy (powiedziała o licznych przypadkach) zawierające jakiekolwiek wątpliwości co do imprezy są natychmiast, w ciągu minut lub wręcz sekund, blokowane i kasowane, przez co nie ma mowy o rzetelnym informowaniu. Na profilu widnieją w ten sposób same pozytywne wpisy o imprezie, dające wrażenie powszechnego co do niej entuzjazmu. W odpowiedzi pan Bartoszewski strofował ją, że zadawanie pytań na profilu o godzinie 1.00 w nocy jest niewłaściwe, on o tej porze nie musi reagować. Uznał intencję tego jako sprytną chęć, by nieprzychylnie zadane pytanie „powisiało na Facebooku przez całą noc”, co dałoby okazję opatrzenia go także nieprzychylnymi komentarzami. Określił treść i formę przysyłanych na profil wpisów jako „niecywilizowane”, za przykład podając kilkunastokrotną próbę załączenia filmu dokumentalnego o satanizmie „przez środowiska chrześcijańskie”. Ponieważ celem profilu ma być „organizacyjne przedstawienie imprezy od strony zawartości”, usuwa wszystkie wątki o innym charakterze, na przykład polityczne czy ideologiczne. Ma to „wygasić napięcia między zwolennikami i przeciwnikami Behemotha”. Dodał także, że wszystkie wpisy komentujące udział Behemotha były nieprzychylne i oczywiście… zostały usunięte. Pan Paweł zapytany, dlaczego jego profil działa także w godzinach, w których jest on zobowiązany pracować, wyjaśnił bez żadnego skrępowania, że na profilu naprawdę pracują „pod jego nazwiskiem”… cztery różne osoby.

Wybaczcie, skomentuję od siebie. Ręce mi opadają, bo nigdy nie zrozumiem facetów tak „logicznie” myślących. Mieć pretensje o godziny, w jakich ktoś coś wpisuje przez Internet??? Toż „połowa Internetu” by zniknęła, gdyby zabroniono go używać w nocy! Z jednej strony on „nie ma obowiązku” odpisywać o późnej porze, bo „w nocy się śpi”, z drugiej zaś czuwa do rana, żeby nic nieprawomyślnego się nie pojawiło. Czemu zatem w ciągu dnia nie można jednak do pytań wrócić i je skomentować dowolnie, odpowiadając choćby „co ślina na język przyniesie”? Czterech „murzynów” posługujących się nazwiskiem „Paweł Bartoszewski” udaje, że rozmawiacie właśnie z nim! Zwodzą użytkowników portalu zafałszowaną tożsamością, choć to zwykłe oszustwo. Wyręcza się nimi właściciel profilu, zamiast po prostu odpowiadać na pytania czy zarzuty. I jeszcze kreowanie zakłamanego wizerunku imprezy, która ma jedynie „dobrą prasę”, wszystkim się podoba, jest bezdyskusyjnie piękna. Po co umożliwiono przysyłanie komentarzy, skoro i tak tylko jednoznacznie pozytywne mają pozostać? Żadnego regulaminu użytkowania nie podano; gdyby był i stosował opisane przez p. Bartoszewskiego reguły, może nikt by mu nie zawracał głowy i nie tracił czasu na próby kontaktu. Pokrętne i śliskie tłumaczenie, kompletny brak szacunku, lekceważenie, manipulacja dążąca jedynie do postawienia na swoim wszelkimi środkami. Żonglerka słowami „prywatny”, „służbowy”, oficjalny”, „nieoficjalny”, w której efekcie wszystko się zaciera i nikt już nie wie, co pan Paweł robi przy tej imprezie, prywatnie czy służbowo. Tak moralnie umiejscowiony gość gani bez żenady kogoś, że ośmielił się prosić o wyjaśnienia!

Za niepotrzebny zgrzyt uważam jedno z pytań zadanych p. Bartoszewskiemu przez radną p. Dorotę Chodyko. W kontekście daty przyjętej do przeprowadzenia imprezy (24 czerwca – wspomnienie Jana Chrzciciela), jej zdaniem dobranej jako prowokacja religijna, zapytała wprost: „Czy jest pan wierzący?” Usprawiedliwiam to zachowanie brakiem odpowiedzi na podnoszona przez nią kwestię, czy można wyeliminować z imprezy „złe zespoły” (miała na myśli zespoły propagujące zło, konkretnie wymieniła Behemotha). Wybacz, Doroto, Paweł Bartoszewski powinien ci odpowiedzieć, ale jego wierzenia są wyłącznie prywatną sprawą. Takimi kartami grać nie wolno.

Trzecim udzielającym licznych odpowiedzi był sam Burmistrz Robert Krupowicz. Najpierw ponownie odżegnał się od współuczestnictwa gminy w organizacji festiwalu, której udziałem ma być jedynie udzielenie pożyczki dla SMG jako organizacji pozarządowej działającej na naszym terenie. Sam festiwal z jednej strony określił jako imprezę prywatną, na gruncie prywatnym, biletowaną, prowadzoną w oddaleniu od miasta, przez co nie będzie rodzić żadnych zagrożeń dla osób postronnych. Stwierdził, że jeśli SMG złoży w odpowiednim terminie prawidłowo sporządzony wniosek o przeprowadzenie zlotu, on taka zgodę wyda. Przypomniał prezesowi o odpowiedzialności karnej wynikającej z przepisów ustawy o organizacji imprez masowych.

Tu dygresja: nie mogę pojąć, czemu wszyscy trzej „odpowiadacze” jak mantry używają terminu „biletowana impreza”. Sprawdziłem w słowniku. Biletować znaczy dokładnie tyle: sprzedwać bilety wszystkim uczestnikom wydarzenia, wyprzedać. Czyżby chodziło o zamiennik, by nie padło niesympatycznie brzmiące „impreza komercyjna”? Semantyczna sztuczka, i tyle. Komercja źle się kojarzy, więc ją ukrywają pod inną nazwą.

W odniesieniu do przyczyn udzielenia pożyczki nieznanej sobie organizacji pozarządowej, z którą wcześniej gmina nie współpracowała, pan Krupowicz powiedział jedynie: „Wniosek o przyznanie pożyczki wpłynął bodajże w grudniu albo styczniu. Od razu rozpoznałem w Stowarzyszeniu ogromny potencjał, który warto wspierać. Przyznanie pożyczki to tylko moja odpowiedzialność, ale uznałem, że należy im dać szansę.”. Zamierzoną imprezę uznał za mającą „światowy rozgłos”, o dużym walorze promocyjnym dla gminy, wręcz unikatową w skali kraju, a pieniądze z pożyczki jako świetnie zainwestowane. Przemilczał komercyjny charakter organizowanej imprezy, bagatelizując go. SMG wprawdzie nie ma zgodnie z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego prawa prowadzić działalności zarobkowej, lecz pana Krupowicza to nie interesuje.

Dodam, że udzielenie pożyczki przez burmistrza podlegać będzie jeszcze kontroli przez Komisję Rewizyjną. Był to wniosek radnego Wojciecha Łebińskiego (członka tego ciała), który przyjęła Komisja Spraw Społecznych na koniec posiedzenia. Konkurencyjny wniosek, by sprawę powierzyć do zbadania zewnętrznej instytucji, przepadł większością głosów. Nie wróżę inicjatywie powodzenia. Komisja Rewizyjna oceni tylko legalny aspekt sprawy, a nie on jest kwestionowany. Jak wszyscy wiedzą, interpretacje prawne to obosieczne miecze. Moralność natomiast to spojrzenie przez pryzmat sumienia konkretnych osób. Burmistrz też to wie i niczego się od tej strony złego nie spodziewa. Oświadczył już 26 marca na stronie www gminy: „Chcę wyraźnie oświadczyć, że w sprawie czerwcowego koncertu rockowego na terenie należącym do jednej z firm działających w GPP będę się kierował wyłącznie zasadami obowiązującego w Polsce prawa. Tak więc jeśli organizatorzy koncertu spełnią wymagania stawiane imprezom masowym, otrzymają zgodę na jego przeprowadzenie.(…) Oświadczam, że pożyczka została udzielona zgodnie z prawem, na powszechnie obowiązujących zasadach, podobnie jak szereg innych pożyczek udzielanych innym organizacjom działającym w gminie. Cieszę się, że sprawę zbada komisja rewizyjna Rady Miejskiej, na wynik kontroli będę czekał spokojnie.”

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Zapytany przeze mnie o pozwolenie dla SMG na użycie herbu Goleniowa burmistrz stwierdził, że je wydał. Odnośnie przeróbek dokonanych w wyglądzie herbu na banerze imprezy powiedział, że nie widzi w nich nic złego, a ich ocena zależy od subiektywnych impresji odbiorców. Jest to jedynie „projekcja artystyczna”, utrzymana w konwencji stylu miłośników muzyki hardrockowej. Tak można uważać, przyznaję. Jeśli przerabia się jakiś nieistotny znak, można się tak pobawić. Lecz nasz herb podlega ochronie prawnej. Nasuwa mi się analogia z herbem państwa, do którego stosuje się art. 137. § 1 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Powie ktoś, że nasz herb to nie godło państwa. No cóż, w skali gminy to odpowiednik godła krajowego. Nie ulega wątpliwości, że w świetle Statutu Gminy na burmistrzu spoczywa obowiązek chronienia go przed zniewagą, a nie tylko przywilej uzasadniania gustowności popełnionej przeróbki. Ten zaś zwracając się do mnie, stwierdził tylko, że każdy urażony ma prawo iść do sądu i tam dochodzić praw. On urażony nie był. Ciekawe, co by się stało, gdyby projektanci plakatu goleniowskiej imprezy przerobili logo jakiegoś znanego koncernu, np. Volkswagena, Coca-Coli albo Shell? Zapewne to właśnie burmistrz byłby pierwszym biegnącym w te dyrdy do sądu, w obawie o przypisanie mu pomocy w takim świętokradztwie, a w konsekwencji nieuchronnej srogiej kary finansowej.

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło
Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Tu jeszcze jedna dygresja co do stylistyki przerobionego herbu. Wydaje się, że grafik czerpał pomysł z tego samego źródła, co projektant plakatu promującego tegoroczną trasę zespołu Behemoth. Głównym motywem jest godło Polski, Orzeł Biały, któremu dorobiono diabelskie rogi, dodano odwrócony krzyż, oplatające go węże oraz trupie czaszki na skrzydłach. Sympatyczna stylistyczna zabawa orzełkiem czy świadoma prowokacja milionów Polaków, dla których ten symbol jest święty? Tym razem już nie tylko zaczepka religijna, lecz znieważenie symbolu Państwa, za który wielu oddało swoje życie. Tytuł reklamowanego koncertu „Rzeczpospolita Niewierna” prowokuje i chrześcijan, i patriotów. Pewnie zareagują z oburzeniem, a pan Darski będzie się śmiał w kułak, kiedy ciągnące się procesy sądowe zapewnią mu darmową reklamę i status męczennika szatana na długo.    

Gdy dalej pytałem, czy nie pojawiły się u niego jakieś moralne wątpliwości co do celów festiwalu, który jest całkowicie komercyjny, a ponadto rodzi kontrowersje (ich dobitnym wyrazem było najpierw poprzednie posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, prowadzące do przeprowadzenia bieżącego), pan Krupowicz nic zdrożnego nie odnotował. Na końcu odpowiedzi powiedział natomiast coś takiego: „Widzę pozytywny aspekt całej tej dyskusji. Otóż pan Zygmański, taki zdeklarowany antyklerykał i wojujący ateista, podejrzewam że doświadcza w tej sytuacji nawrócenia. I chciałbym, żeby pan wiedział, o czym pan mówi. (…) I niech pan przeczyta, a jak pan uzna, że już coś z tego zrozumiał, to proszę mi oddać moje Pismo Święte”. To mówiąc pan Krupowicz podszedł, z trzymanej w ręku reklamówki coś wyciągnął i położył przede mną na stole.

Czy te oczy mogą kłamać? Zdjęcie: radioszczecin.pl

Czy te oczy mogą kłamać?
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Kiedy burmistrz szedł w moim kierunku, ledwie słyszałem, co do mnie mówi, a rozumiałem jeszcze mniej. Patrzyłem z fascynacją na jego twarz. A zbliżał się ku mnie z takim uśmiechem, jak na fotografii obok: twarz ściągnięta w sztywny grymas, zaś oczy jak stalowe noże. Nawet trochę się bałem, że wyciągnie z tej reklamówki pistolet. Jego słowa dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy odszedł, a przede mną leżała na stole Biblia. Przyznam, że wyłączyłem się z dalszego toku spotkania na parę minut, a moje myśli były daleko od sali obrad.

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy i w jaki sposób dałem się poznać jako zdeklarowany antyklerykał, a tym bardziej jako wojujący ateista. Czym się to u mnie przejawiało? Przecież nigdy się publicznie nie wypowiadałem na tematy religijne, nigdy nie uczestniczyłem w żadnych otwartych dyskusjach światopoglądowych, nie krytykowałem nikogo za stosunek do religii, nie napisałem ani jednego słowa przeciw komukolwiek z powodów religijnych. Nawet w prywatnych rozmowach nie są to tematy, w jakich zabierałbym głos. Nie próbowałem nikogo do ateizmu namawiać czy przekonywać. Bo że jestem ateistą, to wyłącznie moja prywatna sprawa. Przez pół wieku ani razu jeszcze nie miałem na ten temat żadnej kontrowersji z nikim. Nie mam pojęcia, skąd burmistrz zna mój światopogląd, a już zupełnie nie wiem, jak mógł sobie o mnie wyrobić opinię kogoś, kto agresywnie ateizmem się posługuje.

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Później przyjrzałem się egzemplarzowi Biblii, którą burmistrz mi dał. Piękna książka, oprawiona w grubą skórę. Wyglądała jak nowa, dziewicza, prosto z drukarni. Nie tak, jak dwa egzemplarze różnych wydań, które mam  w domu; każdy przeczytałem sumiennie po dwa razy od deski do deski, inni domownicy dołożyli swoje, więc się trochę zużyły. Dziwne, czemu ateista czyta Biblię? Pewnie znam ją lepiej niż niejeden żarliwy chrześcijanin – po prostu sądzę, że każdy człowiek powinien to dzieło znać. Znalazłem tam wiele wskazówek moralnych, jak w życiu postępować, cenię ją też za piękny język.

Kartkowałem ten śliczny egzemplarz, nie bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. I wtedy zauważyłem kartę wklejoną pod okładką. Pomyślałem, że burmistrz coś tam do mnie napisał. Była na niej treść, jaką zauważycie na zdjęciu zamieszczonym obok. Dopiero doszło do mnie, że pan Krupowicz dał mi Biblię swojego dziecka! Przyznam, że teraz rzeczywiście się zdenerwowałem. Czemu burmistrz miesza córkę do swojej prywatnej wojny? Czyżby nie miał w domu pod ręką innego egzemplarza, swojego, który mógłby poświęcić w wypadku utraty? Co bowiem taki antychryst jak ja z Pismem Świętym uczyni, pewności nie ma żadnej.

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

I teraz już poważnie, bez ironii. Biblię zwróciłem burmistrzowi natychmiast, jeszcze na posiedzeniu, tuż przed swoim wyjściem. Podziękowałem mu i poprosiłem, by oddał ją swojemu dziecku. Odparł, że przecież mi jej nie dał na zawsze, a tylko użyczył. Korciło mnie, by przekręcić na „pożyczył”, ale ugryzłem się w język. Wyjść zaś musiałem, bo za chwilę zaczynały mi się lekcje. Trzeba było wrócić do realnego życia. Usłyszałem już wszystkie ważne odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, nie było więc powodu do dalszego marnowania czasu.

Burmistrzowskie przedstawienie zostało wcześniej przygotowane, wyreżyserowane i pewnie przećwiczone przed lustrem. Biblia w reklamówce nie znalazła się przypadkiem, miała zagrać jako rekwizyt wobec widzów na sali. Nie była to sztuka wysokiego lotu. Ta fanfaronada przypominała mi pamiętne zagrania w stylu partii Palikota, która do perfekcji dopracowała wykorzystywanie różnych spektakularnych gadżetów dla dyskredytacji przeciwników. A to pistolet, a to świński ryj, a to wibrator. Czyżby burmistrz lekcje pobierał u tych samych mistrzów czarnego piaru? Przykro mi, że księgę najważniejszą dla tak wielu wykorzystano jako rekwizyt w marnym skeczu.

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet - były gorsze Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet – były gorsze
Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Pan Robert Krupowicz wyróżnił mnie swoim gestem z rozmysłem, taktycznie. Potraktował jako domniemanego przywódcę wrogiej mu akcji, którego należy wskazać swoim wojskom, ośmieszyć przed sojusznikami, wyizolować z ich grupy. Jeśli gra się dla złej sprawy, jakoś wygrać trzeba. Należy tylko sprawę oderwać od jej meritum, odsłonić inspiratorów, zindywidualizować wroga, przedstawić jako osobiste porachunki. Taktyka, którą w wykonaniu pana Krupowicza obserwuję często, choćby wobec wcześniejszych sojuszników. „Patrzcie jaki to łobuz, z niskich pobudek osobistej i politycznej zemsty, prowadzi Was w złą stronę. Pewnie nie wiedzieliście, ale ten „moralista” nawet nie wierzy w Boga!”

Kulą w płot, panie burmistrzu! Źle pan rozpoznał wroga. Może pan w to nie wierzyć, ale ludzie na salę przyszli naprawdę przez nikogo nie inspirowani. Przywiódł ich sprzeciw dla imprezy, w którą się pan tak mocno zaangażował. A nie bierze się on tylko z pobudek religijnych, lecz przede wszystkim moralnych, także z oburzenia dla profanowania idei samorządności, z odrzucania panoszącego się kolesiostwa, z niezgody na arogancję. Nie muszę być głęboko wierzącym katolikiem, żeby mieć prawo do negatywnej oceny pańskich działań. Jeśli tak panu zależy na przyklejaniu etykietek, to ateista też jest zdolny do rozpoznawania zła. I niech się panu nie wydaje, że neutralizacja jednej osoby rozwiąże problem. Lepiej niech pan po prostu słucha, o co proszą mieszkańcy i wykonuje płynące z burmistrzowskiej przysięgi zobowiązania wobec nich.

Ta sprawa nie nazywa się „Krupowicz kontra Zygmański”, aż tak prosto nie jest. Ta sprawa to jeden z wielu wątków serialu „Krupowicz kontra mieszkańcy gminy Goleniów”. Jeżeliby Państwo mieli jeszcze wiele złudzeń co do moralnej postawy burmistrza, wróćcie do mojego bloga i przeczytajcie następny tekst. Będziecie sobie sami mogli wyrobić zdanie o moralnym kręgosłupie miłościwie nam panującego.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek

21 mar
Bogu świeczkę, a diabłu ogarek Rys.: aszera.wordpress.com

Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Rys.: aszera.wordpress.com

Czasem na tym blogu bywają tematy lekkie, jak choćby niżej zamieszczony gościnnie wpis Adama Zygmańskiego, ale jednak przeważają ciężkie, kobylaste elaboraty. Te drugie usprawiedliwiam gęstością ich materii, gdyż faktów w nich muszę zmieścić niemało. Szkoda byłoby ślizgać się tylko na powierzchni zdarzeń, jeśli zasługują na poważne potraktowanie. Mam nadzieję, że mimo to Czytelnikom udaje się przez te zarośla przedzierać z zainteresowaniem. Dzisiejszy temat należy właśnie do rodzaju takich ciężkich i trudnych. Sami zresztą poczytajcie…

Kiedy kilka dni temu zwróciła się do mnie o pomoc Czytelniczka bloga, przyznam, że byłem w pewnym kłopocie. Po prostu mało o sprawie wiedziałem – tyle, ile podała dotąd w kilku kolejnych numerach „Gazeta Goleniowska”. Informacje czytane pojedynczo budziły tylko moje lekkie zdziwienie, lecz nie bardzo potrafiłem zebrać je do kupy w jakiś całościowy obraz. Gdy zwrócono mi na sprawę uwagę, dopiero zaczęły mi się coraz szerzej otwierać oczy. Poskładam zatem najpierw tę garść faktów udostępnionych przez „Gazetę” na Wasz użytek, Drodzy Czytelnicy. Może Wasze oczy też się szerzej otworzą.

O wydarzeniu o nazwie „Rock Hard Festival” po raz pierwszy „GG” napisała 12 lutego, przedstawiając je jako „wielką motocyklowo-rockową imprezę”, z możliwym udziałem kilkutysięcznej publiczności (Leszek Ozimek w „Komentarzu aktualnym”). On też od razu napomknął, że imprezę organizuje „prywatne stowarzyszenie, ale z udziałem finansowym i organizacyjnym podmiotów publicznych – gminy i województwa.” Zasugerował także, że wydarzenie wspierają osobiście Marszałek Województwa (Olgierd Geblewicz) i doradca Burmistrza Gminy Goleniów ds. Parku Przemysłowego (Paweł Bartoszewski). Park Przemysłowy ma być tym miejscem, w którym zlot zostanie zorganizowany w czerwcu tego roku, stąd autor „Komentarza” podkreślił niewątpliwy aspekt promocyjny dla GPP.

W tym samym numerze „Gazety” Paweł Palica wymienił zarówno listę mających wziąć udział zespołów rockowych, potwierdzonych oraz jeszcze rozmawiających z organizatorami o uczestnictwie, jak też listę sponsorów. Wśród tych pierwszych jako gwiazdę największej wielkości wskazał brytyjski zespół Saxon, lecz wspomniał o możliwym udziale zespołów Behemoth, Kat i Turbo. Napisał, że organizatorów (Stowarzyszenie Motycyklistów Goleniowskich) finansowo i logistycznie wspierać będą zarówno „gminne instytucje i spółki”, jak też firmy z Goleniowa i okolic. Między sponsorami z nazwy wskazał Goleniowski Dom Kultury, Goleniowskie Wodociągi i Kanalizację, Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej.

Kolejny numer „GG” z 19 lutego przyniósł komentarz Pawła Bartoszewskiego, który próbował wyjaśnić swoją rolę w organizacji imprezy. Oświadczył, że panowie ze Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich prosili go o wytypowanie w GPP terenów na potrzeby festiwalu rockowego. Razem „znaleźli” odpowiednie działki (wszystkie prywatne) „pod biletowany festiwal, miasteczko motocyklowe, parking i camping”. Entuzjastycznie wspomniał o 30 zespołach, które wystąpią, z nazwy wymieniając i opisując dokładniej trzy z nich: hardrockowy brytyjski Saxon, szwedzki heavymetalowy Candlemass i polski Behemoth (bez określania jego profilu). Ten sam numer przyniósł również kilka wypowiedzi internautów z portalu www.gazetagoleniowska.com. Jeden z nich już wtedy zadał kilka ważkich pytań wyrażających wątpliwości, które podzielałem. Zatem jeszcze do nich wrócimy.

W następnym numerze „GG” z 28 lutego w rubryce „Moim zdaniem” ciekawy komentarz o imprezie napisał Michał Niklas. Powiedział sporo o zespołach mających wystąpić, z sympatią pisząc o wielu hardrockowych grupach. Natomiast bez żadnej sympatii odniósł się do grupy Behemoth, którą wyraźnie nazwał satanistyczną. O panu Adamie Darskim (Nergalu), w kontrze do określających jego satanizm „jasełkowym”, napisał: „Ja jednak sądzę, że za tym miłym obliczem stoi wyrachowany człowiek, łaknący sławy i sukcesu, który dzięki głupocie zapraszających go mediów propaguje zło”. Miał nadzieję, że do udziału zespołu Behemoth w zlocie motocyklowym nie dojdzie.

W wydaniu z 4 marca Leszek Ozimek odsłonił szerzej kotarę, już wyraźnie negatywnie odnosząc się do postawy burmistrza Krupowicza. Określił ją jako „niefrasobliwą” wobec udziału w organizowaniu i finansowaniu rockowego festiwalu w GPP przez jego doradcę (przy tym członka Rad Nadzorczych PEC i GWiK) Pawła Bartoszewskiego. Wskazał na bardzo prawdopodobny konflikt jego interesów zawodowych i prywatnych zainteresowań, które trudno oddzielić. Przy czym miał za złe burmistrzowi, że zachowuje się biernie, zderzenia interesów nie zauważając i nie komentując. Dokładniej zajął się też finansowym udziałem organizacyjnym gminy Goleniów i sponsorskim udziałem gminnych spółek.

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo Zdjęcie: www.gwik.pl

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo
Zdjęcie: www.gwik.pl

W artykule „Nie ma konfliktu interesów?” pan Ozimek sprecyzował, że marszałek Olgierd Geblewicz objął imprezę patronatem honorowym, wspierając organizatorów [w jakiej formie?] kwotą 10 tys. zł. Także wyraźnie i po raz pierwszy sprecyzował, na czym polega zaangażowanie gminy: ma ona pożyczyć organizatorom [czyli jeszcze chyba nie pożyczyła?)] 40 tys. zł „na zasadach ogólnych”. Inne „gminne” podmioty dołożą taki udział: GDK użyczy nieodpłatnie scenę plenerową, barierki i namioty, GWiK postawi darmowe dystrybutory wody, PEC da 3 tys. zł na sponsorowanie udziału zespołu Saxon. W artykule napisano, że burmistrz Krupowicz zaprzeczył pytany, czy prowadził osobiście, prywatnie lub w imieniu gminy, rozmowy w sprawie organizacji albo sponsorowania festiwalu przez gminne lub prywatne podmioty. Co do zaangażowania swojego doradcy w organizację imprezy i odnośnie prowadzonych przez niego rozmów ze sponsorami burmistrz stwierdził: „Pewnie prowadził je prywatnie, ale w tym nie widzę konfliktu interesów…”.

Do chwili kontaktu ze wspomnianą na początku osobą, poznałem jeszcze czyjeś inne zdanie o motocyklowo-rockowej imprezie. Poza „Gazetą Goleniowską” temat ten poruszył pan Andrzej Bugajski na portalu www.goleniow.net.pl. Kto chce przeczytać znacznie krótszą wypowiedź, niż niniejsza, powinien zapoznać się z jego wpisem.

Behemoth i ogień piekielny Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Behemoth i ogień piekielny
Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Tyle wiadomości udało mi się zebrać po sygnale od pierwszej osoby. Wnet było to już kilka osób. Nie ujawnię żadnych nazwisk, bo nikt mnie do tego nie upoważnił. Najpierw dostałem alarmującego e-maila, później były rozmowy telefoniczne, w końcu spotkanie. Aha, zapomniałem powiedzieć, po co te osoby się do mnie zwróciły, i czemu do mnie. Zaniepokoili się wielkim zagrożeniem, jakie niesie ich zdaniem przeprowadzenie wspomnianej imprezy. Te obawy przede wszystkim koncentrowały się na satanistycznym zabarwieniu części zespołów, wręcz całkowicie jawnie nawołujących do szerzenia kultu szatana. Jako grupę szczególnie przodującą w tym „dziele” wskazali Behemotha. Mówili mi, jak bardzo ich sataniści przerażają, jak wiele złych rzeczy wiadomo im o koncertach satanistycznych zespołów, jak często prowadzą one do prawdziwie strasznych czynów, nawet kultowych morderstw. Potraktowali mnie jako kogoś godnego zaufania, otwarcie piszącego, co myśli, poza tym jako osobę obytą, radnego mogącego ich skierować na drogę skutecznego powstrzymania zła, do którego może dojść. 

Przyznam, że choć część wcześniej opisanych okoliczności wokół zlotu w GPP mnie bulwersowała, na niektóre jednak patrzyłem dotąd dość pobłażliwie. Nie jestem fanem podobnej muzyki, rzadko takich kawałków słucham, stąd wcale nie miałem świadomości, jaką „ideologię” głoszą niektóre zespoły, do czego namawiają swoich słuchaczy. Satanizm jest mi tak obcy, jak tylko coś obce być może. Uprzednio nie interesowałem się ani treścią tekstów, ani otoczką koncertów – po prostu po pobieżnym zapoznaniu się omijałem je szerokim łukiem. Oczywiście echa potyczek pana Adama Darskiego (czyli Nergala – lidera Behemotha) z kolejnymi odwołanymi koncertami w różnych miejscach (nie tylko w Polsce!) docierały do mnie, nie miałem jednak na ten temat wyrobionego zdania.

Słyszałem też argumenty zwolenników imprezy, bo moja wrodzona tolerancja żąda wysłuchania wszystkich stron. „Mi się nie podoba, lecz może ja nienowoczesny jestem, może gust mam staromodny?” – tak sobie dumałem. „Trudno coś z góry oceniać, jeżeli tym bardziej wcześniej nigdy nie miałem do czynienia z podobnymi wydarzeniami.” Początkowo zdawało się, że to impreza raczej prywatna, dla zamkniętego środowiska, poza tym w miejscu ustronnym, nie stwarzającym zagrożenia dla niezainteresowanych mieszkańców, zaś sam udział gminy niewielki. Sama ona (ani jej instytucje) bezpośrednio przecież jej nie firmują. Później jednak zmieniłem zdanie. Przekonały mnie fakty.

Zanim więc cokolwiek odpowiedziałem na apel proszących o pomoc osób, pokrążyłem po licznych stronach internetowych zespołów, które organizatorzy zlotu wymienili w jego reklamie. Spróbowałem więcej dowiedzieć się o ideologii satanistycznej i jak się stało, że satanizm „przyczepił się” do muzyki rockowej. Szybciutko to streszczę, w małej pigułeczce, bo za wiele o tym pisać nie warto.

Nazwą „satanizm” określa się wiele różnych systemów religijnych, wierzeń oraz praktyk, które nawiązują do różnie rozumianego Szatana. Powstał z kontestacji chrześcijaństwa, jako jego zaprzeczenie. Wszystkie odmiany satanizmu wywyższają dobro indywidualne nad zbiorowe, sprzeciwiają się powszechnie uznawanym normom i wzorcom społecznym, głoszą wiedzę tajemną nawiązującą do wyobrażeń o demonach. Ta wiedza wcale nie musi być powiązana z kultem zła lub wiarą w osobowego Szatana. Nazwa ta określa przekonania i ideologie, a więc satanizmu nie można zabronić. Po prostu nie da się ludziom zakazać wierzenia w cokolwiek by chcieli. Natomiast w każdym systemie prawnym są normy zabraniające tego, co zagraża życiu i zdrowiu człowieka, co w świetle prawa jest niemoralne, nieetyczne. A takimi często są czyny osób wyznających satanizm. Stąd z punktu widzenia społecznego i prawnego satanizm jest zły, głosząc i promując kult zła. Prowadzi do zaburzenia porządku moralnego, osobowości jednostek go kultywujących, do odwrócenia wszystkiego, czym społeczeństwo kieruje się w wychowaniu swoich obywateli.

Okładka płyty zespołu Night Demon - czarna diabelska msza Ilustr.: www.nightdemon.net

Okładka płyty zespołu Night Demon – czarna diabelska msza
Ilustr.: www.nightdemon.net

Satanizm heavy metalowych zespołów rockowych ma niewiele wspólnego z tak opisanymi ideologiami, bo jest bardzo powierzchowny i ma zupełnie inne intencje. Raczej można go nazwać pseudosatanizmem. Liderzy kapel wykorzystujących satanistyczny sztafarz nie mają ambicji być przywódcami diabelskiej krucjaty przeciw dobru. Prawdziwym motorem ich działania jest zysk, reklamowy chwyt, dający im rozgłos i zwiększenie sprzedaży płyt. Mit satanistyczny wykorzystują muzycy z nurtów rocka zwanych death metal, black metal i blackened death metal. Jak zwał, tak zwał… Wszystkie „satanistyczne” grupy używają diablego przebrania, bo jest efektowne, chwytliwe, wyróżnia je od przeciętności. Są „satanistyczni”, bo „diabeł dobrze się sprzedaje”.

Chcecie przykładu diabelskiej symboliki? Na banerze strony internetowej reklamującej festiwal wydarzeniu widnieje napis „Goleniów” zapisany w taki sposób: „Gole\n/iów”. Znak \m/ to tzw. rogata ręka, którą sobie sataniści pokazują jako symbol przynależności do szatana. Ponieważ w nazwie naszego miasta nie ma literki „m”, to rogi zostały doprawione wokół „n”. Na logo imprezy, widniejącym tamże, świadomie wykorzystano herb Goleniowa. Gwiazdy są na nim pięcioramienne, co odwołuje się do diabelskiego pentagramu, demoniczne są też twarze półksiężyców i kolory użyte w logo.

Krew, seks, przemoc - czyli Behemoth Ilustr.: heavyrock.eu

Krew, seks, przemoc – czyli Behemoth
Ilustr.: heavyrock.eu

Nie odbierałbym takiej muzyce wszelkich wartości artystycznych i nie twierdzę, że jest wyłącznie nędzna, komercyjna. Ależ nie, choć spotyka się tu licznych muzycznych szarlatanów, wielu muzyków rockowych tych nurtów to warsztatowo świetni instrumentaliści, trafiający w gusta rzeszy miłośników ciężkich brzmień. Lecz co do warstwy tekstowej i płynącego z niej przesłania, zdanie mam całkowicie odwrotne. Olbrzymia większość tekstów to kompletny bełkot, mieszanka dowolnie ze sobą połączonych słów pochodzących z wszelkich systemów religijnych, bezładne blablanie nasycone niezrozumiałymi dla słuchaczy wyrazami, mającymi w sumie stwarzać wrażenie niezmiernej głębi i filozoficznego, wręcz proroczego natchnienia. Apologia i ubóstwienie szatana pod dziesiątkami imion, używanie diabelskiej mitologii. Totalna negacja wszelkich tradycyjnych wartości, wyzywająca prowokacja wobec powszechnie szanowanych idei i osób je wyznających, świadome bluźnierstwa, użycie ważnych religijnych symboli, często agresja wobec nich i ich profanacja, wyrywane z głębi trzewi flaki, tryskająca krew – a wszystko podane w obłokach kadzidła okultystycznych bajań, nawiązującymi do starożytnych cywilizacji i religii ich gadżetami i nazwami. Coś, co ma słuchacza przekonać, że ze sceny drze się do nich sam diabeł we własnym diabelskim języku.  

Nie mam najmniejszego zamiaru takich tekstów reklamować, ale jakiś przykład dać muszę, bo mi nie uwierzycie. Oto tłumaczenie fragmentu kawałka tekstu utworu naszego przyszłego topowego gościa zlotu motocyklistów, grupy „Behemoth”:

Ora pro nobis Lucifer                                                                     Tłumaczenie: Tekstowo.pl

Głosie aeonu
Aniele Diabelski
Módl się za nami Lucyferze
Tyś jeden cierpiał
Upadek i męczarnie wstydu
Pokonam złotą dumę niebios
I nigdy się nad Tobą nie zlituję
Niepokalany boski
Szatanie Elohima
Nikt nie śmie stać na twej drodze
Nie kłaniasz się żadnemu
Z fekaliów Edenu
Wezwij Węża wysłanniku
Zbawiciela (porządku w) zapaści świata
Zgodo w kuszeniu
I upadku Ewy

Bo Twoje jest królestwo i potęga
Bo Twoje jest królestwo
I chwała na wieki

Itp., itd… Nic z tego nie rozumiem, pewnie jestem za głupi i niewrażliwy na takie środki obrazowania. Błagam, może mi ktoś wyjaśni, co autor dokładnie miał na myśli? Może że Szatan zapowiada wygraną w odwiecznej walce zła z dobrem? To ja nie będę mu kibicować.

Ta muzyka ma słuchaczy przyciągać, przykuwać ich uwagę. Tak samo zresztą, jak efektowne sceniczne przebrania, piekielny ogień co chwila wybuchający z gazowych palników, gęsty dym szczelnie otulający scenę i widownię; narkotyczny (często dosłownie) trans publiki otumanionej rykiem głośników, oślepionej ogniem, walonej po głowie wrzaskiem wokalistów przebranych w diabelskie mundurki. Nawet obowiązkowa gotycka stylizacja liternictwa w nazwach kapel i na plakatach reklamowych ma działać na wyobraźnię widzów, rodząc podświadome skojarzenia. Zaś słowa tekstów, które wprawdzie jako przesłanie są bezsensowne, mają przyciągać mrocznością i niezrozumiałością osoby zagubione, sfrustrowane, podatne na przywództwo silnych osobowości, garnące się do uczestniczenia w grupie podobnych sobie. Przede wszystkim ludzi młodych, jeszcze nie ukształtowanych, nastawionych do świata buntowniczo.

Przez uczestnictwo w koncertach pseudosatanistycznych grup słuchacze wystawiają się na niebezpieczny kontakt ze złem i nihilizmem, zarażają się negacją społeczeństwa i „zwykłego życia”. Oczywiście „artystom” spod znaku diabła jest to obojętne; liczy się przede wszystkim, że słuchacze zapłacą za bilety. Pan Darski, po jednym z kolejnych zerwanych koncertów, powiedział tak: „Chcielibyśmy, by osoby, które torpedują naszą działalność, wiedziały, że komuś odbierają możliwość zarabiania. Jesteśmy muzykami i w ten sposób zarabiamy na chleb.” W tłumaczeniu na nasze, jasno i klarownie: „My naszym satanizmem krzywdy wam zrobić nie chcemy, to tylko służbowy strój do zarabiania kasy. A jak przypadkiem zrobimy, to bez urazy. Nic prywatnie do was nie mamy”.

Może brzmię nieco, jakbym chciał zagrożenie ze strony pseudosatanistycznych grup rockowych zlekceważyć. Ani myślę! Przez nastawienie na komercję nie są ani o krztynę mniej groźne, niż gdyby były szczerze i do bólu „ideowo satanistyczne”. Który ze słuchaczy ma tego świadomość, jak wielu potrafi rozpoznać ukryte chwyty marketingowe? Jeden ze znanych polskich muzyków rockowych, Tomasz Budzyński, powiedział: „Mam 39 lat, żonę i dwoje dzieci. Od prawie 17 lat uprawiam zawód muzyka rockowego, śpiewając w zespołach Armia i 2Tm2,3. Musimy przetrzeć wreszcie oczy i zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w okresie wielkich przemian kulturowych, w świecie, który jest antychrześcijański, a kultura lansowana przez „wszechpanujące” media jest – jak mówił Jan Paweł II – kulturą śmierci. Wybitny twórca rockowy, Nick Cave, powiedział ostatnio w wywiadzie, że Marilyn Manson [amerykańska topowa grupa spod znaku najcięższego rocka, używająca satanistycznego image] jest bardziej niebezpieczny, niż Britney Spears. Mówię akurat o Mansonie, bo niedawno odbył się w Polsce koncert tego zespołu. Z tej okazji otrzymałem wiele telefonów z różnych gazet, radia i telewizji z pytaniem, czy należałoby zakazać w Polsce jego występów. Odpowiadałem, że już samo postawienie takiego pytania jest bez sensu, no bo jak tu zakazywać koncertu, skoro płytę Mansona można sobie kupić w każdym sklepie na rogu ulicy, a teledyski tego zespołu „lecą” w telewizji. Wprowadzić cenzurę? Owszem można, ale to niczego nie zmieni.”

Jerzy Wasiukiewicz (rysownik satyryczny, felietonista) stwierdził: „Wystarczyło niewiele wysiłku, aby trochę poszperać w Internecie i do końca się upewnić, że Darski jest świadomym satanistą i przestać się cieszyć z jego sukcesów na świecie”. Uzasadnił to między innymi tym, że tekściarzem zespołu Behemoth jest okultysta Krzysztof Azarewicz.

Helenko, czy jest w domu kakao? Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Bożenko, czy jest w domu kakao?
Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Lider grupy Marilin Manson mówi: „Uważam, że za każdym razem gdy ludzie słuchają tego nowego albumu, Bóg może zostać zniszczony w ich wyjałowionych umysłach”. Zatem muzycy sieją tę degrengoladę świadomie. Wiedzą, jak destrukcyjny może być ich wpływ na słuchaczy. Jednak nie przeszkadza im to, ważne, żeby publika dała się przyciągnąć. A jako listek figowy dla „artystów” służy hasło: „Prawdziwa Sztuka musi odbiorcę prowokować!” Wiec epatują maluczkich służbowo, żeby wyciągnąć z ich kieszeni trochę szmalu, a później wracają do domu, posiedzieć trochę przed telewizorem w normalnym świecie. Trzeba przecież odpocząć od produkowanego przez siebie jazgotu. Świetnie wyśmiał to w ubiegłorocznych skeczach kabaret Smile, parodiując Mansona od strony codzienności domowych pieleszy. Zmęczony diabeł-flegmatyk jedzący jajko na śniadanie i zbierający burę od żony za krecie kopce na trawniku przed domem – pyszne!

Tyle mniej więcej do mnie dotarło w czasie kilku dni, kiedy to buszowałem przez fale Internetu sprawdzając, czy zgłaszający się do mnie ludzie może nie przesadzają, wyolbrzymiając potencjalne zagrożenia wynikające z czerwcowego koncertu. Omijam tu najbardziej drastyczne szczegóły, bo spotkałem także informacje i obrazy tak brutalne i ohydne, że nie zdecydowałem się ich tu zaprezentować. Wyzbyłem się wszelkich początkowych wątpliwości, czy mam w tej sprawie zabierać głos i czy udzielać swojej pomocy proszącym o nią. Obiecałem inicjatorom tematu, że nie tylko napiszę na blogu, co myślę o nadchodzącym wydarzeniu, ale że spróbuję pomóc w przedstawieniu ich racji na forum Rady Miejskiej.

Tak się szczęśliwie składało, że we wtorek 15 marca było zaplanowane posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, spytałem zatem, czy nie zechcieliby przedstawić jej radnym na tym spotkaniu. Nie bez obiekcji, ale zgodzili się (o posiedzeniu komisji za chwilę). Obiecałem też naświetlić takie aspekty, których oni nie poruszyli, albo z których nie zdawali sobie sprawy.

Bo poza wymienionymi już licznymi kwestiami natury moralnej czy religijnej, pozostaje wiele wątpliwości co do udziału władz naszej gminy w przeprowadzeniu koncertu i całego zlotu. Tu wrócę do początku, kiedy pisałem o pytaniach postawionych przez jednego z internautów na portalu „Gazety Goleniowskiej”. Otóż osoba o pseudonimie Feldiuk zapytała o trzy rzeczy:

1. Jaki jest klucz przyznania środków publicznych na tę właśnie imprezę, a nie inną?

2. Czy zbadał ktokolwiek preferencje mieszkańców Gminy Goleniów dotyczące rodzaju imprezy kulturalnej? Skąd wiemy, że akurat rock? Być może mieszkańcy preferują disco-polo (wiem, skrajny przykład), a może (już bardziej serio) chcieliby festiwalu w nawiązaniu do kilku poprzednich edycji Festiwalu Hanzeatyckiego?

3. Czy został ogłoszony otwarty i transparentny konkurs wyłaniający podmiot mający zrealizować owo zadanie? Choćby dla zasady, dla czystej uczciwości?

Popieram te pytania w 100%! Nie padły one już nigdzie w „Gazecie” (chyba, że na portalu internetowym), a tym bardziej nikt nie udzielał odpowiedzi. A są to takie pytania, które właśnie radni powinni postawić burmistrzowi. I rzeczywiście ich wątki zaistniały wyraźnie w dyskusji w trakcie posiedzenia komisji. Bo finalnie tę sprawę jednogłośnie do porządku posiedzenia przyjęto.

Oddano najpierw głos gościom, którzy zreferowali przede wszystkim moralne i religijne obawy większej grupy osób, które reprezentują. Bo to nie tak, że tylko jakieś trzy osoby poczuły się zaniepokojone. Ich obecność była wynikiem wcześniejszych dyskusji w szerszym gronie. Pokazali radnym przykłady tekstów, pokazali ilustracje z „czarnych mszy” satanistycznych, odprawianych na koncertach, wskazali zło z tych koncertów płynące. Mówili o podprogowych przekazach, wmontowanych w występy, skłaniających słuchaczy do niemoralnych i złych zachowań. Mówili też o trudności zapewnienia bezpieczeństwa uczestników w warunkach, gdy zahipnotyzowany tłum ma nieograniczony dostęp do alkoholu, a taki organizatorzy zlotu motocyklowego reklamują jawnie na swojej stronie.

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Pojawił się też nigdzie wcześniej nie zauważony wątek „przeróbki” naszego herbu, który jako jeden z symboli naszej gminy podlega prawnej ochronie. Temat sam w sobie zasługujący na interwencję radnych, a jak widać z dyskusji, nie do końca im znany. Dlatego też przedstawię go nieco dokładniej.

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Załącznik Nr 2 do Statutu Gminy pod nazwą „Symbole oraz insygnia Gminy Goleniów” w Rozdziale I. „Wzory symboli Gminy Goleniów” określa wzór herbu. W § 2 mówi się tak: „1. Herb Gminy Goleniów stanowią dwa złote półksiężyce, odwrócone do siebie grzbietami oraz cztery srebrne sześcioramienne gwiazdy położone symetrycznie na tarczy herbowej, dwie w środku zakoli półksiężycy [przepraszam, to nie mój błąd - powinno być „półksiężyców”; jak sądzę zauważenie tego błędu przez Przewodniczącego Mitułę zadecydowało o powołaniu na początku kadencji Komisji Statutowej, która usilnie nad niniejszą poprawką pracuje] z prawej i lewej strony oraz po jednej w górnej i dolnej części tarczy herbowej, częściowo w rozwidleniach utworzonych przez półksiężyce. Tło tarczy jest niebieskie.” Dalej, w Rozdziale III. „Zasady używania symboli i insygniów Gminy Goleniów”, stwierdza się: „§ 13. Ustala się zasady używania symboli Gminy Goleniów przez: a) organy gminy; b) jednostki organizacyjne i pomocnicze gminy; c) osoby fizyczne nie prowadzące działalności gospodarczej; d) osoby fizyczne i prawne będące podmiotami gospodarczymi; e) inne podmioty ubiegające się o używanie herbu, flagi gminy.

§ 14. 1. Symbole Gminy podlegają ochronie prawnej. Ich używanie w celach komercyjnych, w tym handlowych i reklamowych, wymaga zgody Burmistrza Goleniowa z wyjątkiem wykorzystania ich do publikacji naukowych i popularnonaukowych. 2. Symbole Gminy, powinny być otoczone należytą czcią i szacunkiem.”

Czy burmistrz udzielił zgody na wykorzystanie herbu gminy do reklamowania komercyjnego koncertu? Jak sądzę, na pewno, przecież inaczej byłoby to nielegalne użycie herbu. A czy zezwolił także na jego dowolne i daleko idące przeróbki, jakie widzimy w logo zlotu? Pewnie nie, bo przecież Statut mu takiego prawa nie daje.

Feldiuk zapytał, czy ktoś badał preferencje mieszkańców dotyczące imprezy kulturalnej; odpowiem – nie. Akurat byłaby to idealna sprawa do skonsultowania się z mieszkańcami. Przepisy lokalne w tej dziedzinie mamy, choć nie są one stosowane w praktyce prawie wcale. Wszelkie „konsultacje”, jakie się u nas przeprowadza, nie są prowadzone zgodnie z tymi uregulowaniami, w praktyce są one martwe. Przypomniało mi się, kiedy w „konsultacjach” odnośnie zmiany granic naszej gminy na wniosek władz Szczecina wzięły udział… 3 osoby. Zapytałem złośliwie na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, w której to ubikacji Urzędu Gminy i Miasta wywieszono ogłoszenie o tych konsultacjach? Dostałem burę od zastępcy burmistrza Tomasza Banacha, że sobie żartuję – co ma władza zrobić, kiedy społeczeństwo się nie garnie do konsultacji? Nie było wtedy czasu dyskutować, ale z chęcią podpowiem praktyczne rozwiązania, gdyby kogoś z rządzących to interesowało.   

Radni w dyskusji poruszyli także inne kwestie. Obecny na posiedzeniu zastępca burmistrza Henryk Zajko musiał trochę się napracować, by wyjaśnić rozdzielenie prywatnej i służbowej roli pana Pawła Bartoszewskiego, o czym „Gazeta” tak szeroko pisała. W końcu pan Bartoszewski jest doradcą burmistrza ds. promocji GPP i pracownikiem Urzędu Gminy i Miasta, tymczasem po jego aktywności internetowej i społecznej widać, że gros czasu pracy i energii poświęca festiwalowi. Jego zaangażowanie w tym aspekcie jest bardzo widoczne. Kwestia pozyskanych sponsorów została już wspomniana na wstępie. Według różnych źródeł bezpośrednio zabiegającym o sponsorów był właśnie Paweł Bartoszewski. Nie da się udowodnić, że prośby o sponsoring byłyby tak skuteczne, gdyby nie stał za nimi autorytet osoby związanej wprost z gminą Goleniów, z burmistrzem, z UGiM. Z powodów w oczywisty sposób zawodowych bardzo dobrze zna on firmy i osobiście decydentów podmiotów gospodarczych z GPP. Nie wiadomo czy sponsorzy zdają sobie sprawę, co sponsorują, ani w jaki sposób została im idea przedstawiona. Przecież, a wyraźnie pisano o tym w „GG”, nawet dziennikarzom na żadne pytania pan Paweł nie odpowiada.

Nie tylko dziennikarzom… Jedna z goszczonych osób wspomniała, że próbowała na facebookowym evencie porozmawiać z panem Bartoszewskim, ale ten bardzo szybko wykasował niewygodne pytania i zablokował jej konto. Osoba ta prosiła innych, by z nim porozmawiali, ale skończyło się tym samym. Zauważono również, że pan Bartoszewski z jednej strony nazywa festiwal prywatną imprezą Stowarzyszenia Motocyklistów, jednak udziela się na stronie facebookowej tego wydarzenia dzień i noc. I nie jest to przesada. Bardzo pilnuje by żaden demaskujący wpis nie zawisł na stronie dłużej niż kilka minut, a czasami sekund. Przy czym robi to stale, w godzinach popołudniowych czy nocnych, ale i w takich, w których powinien być tylko urzędnikiem pracującym w gminie.

Następnie sam poruszyłem sprawy wynikające z pytań internauty Feldiuka. Nie rozumiejąc, co to jest „pożyczka na zasadach ogólnych”, o której „Gazecie” mówił burmistrz Krupowicz, chciałem wiedzieć precyzyjnie gdzie w budżecie gminy znajdują się środki na takie cele. Nie ukrywałem, że poprzedniego dnia prosiłem burmistrza Zajko o przygotowanie się do odpowiedzi – chciałem, żeby były one dokładne i konkretne. Burmistrz zadanie domowe odrobił. Podał, że pieniądze w kwocie 40 tys. zł pochodzą z (jeśli dobrze zanotowałem ze słuchu) z § 991, czyli rezerwy przeznaczonej na pożyczki dla różnych podmiotów, między innymi dla organizacji pozarządowych z terenu naszej gminy. Na początku tego roku było tam według Henryka Zajki 40 tys. zł, ale już w trakcie roku uchwałą zmieniającą pierwotny budżet wprowadzono tam kolejne 40 tys. zł, zwrócone z zeszłorocznych pożyczek. [Powiem szczerze, że chyba jednak źle ze słuchu coś napisałem, bo ja nie mogę takiego miejsca w budżecie znaleźć; pewno się pomyliłem w zapisie, jednak jak mam to sprawdzić, skoro na stronie internetowej gminy w BIP-ie nadal możemy znaleźć tylko projekt budżetu na rok 2016, jakby Rada budżetu w grudniu nie uchwaliła i jakby odtąd nie upłynął cały kwartał?]

Trochę to wyjaśnienie radnych zbulwersowało. Bo okazuje się, że burmistrz pożyczył od razu w pierwszym kwartale jednej organizacji połowę tego, co ma na cały rok (gdyby inne organizacje nie oddały długu w terminie – to nawet 100%), przy czym jak dotąd z tym stowarzyszeniem nie miał jeszcze okazji współpracować ani razu, nie mógł ocenić jej rzetelności ani jakości działania. A współpracować nie było okazji, skoro Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich zostało zarejestrowane oficjalnie dopiero 13.07.2015, będąc już drugim podobnym jednocześnie w gminie działającym.

Jak się też okazuje, takie pożyczki udzielane są w sposób dość niejasny, bo nie istnieje (tak stwierdził Henryk Zajko) żaden regulamin ich dotyczący. Wyrażono na gorąco opinie, że trzeba by było taki regulamin w przyszłości opracować. Ano trzeba, bo inaczej burmistrz naraża się na zarzuty uznaniowego przyznawania znacznych pożyczek. Z swojej strony dodam, że pożyczka 40 tys. zł była maksymalną, jaką burmistrz może udzielić. §17 uchwały budżetowej upoważnia Burmistrza Gminy do udzielania w roku budżetowym pożyczek łącznie do właśnie takiej wysokości – 40 tys. zł.

Od razu powiem, że już na posiedzeniu zwróciłem uwagę na inny aspekt tej pożyczki. Sam pomysł „pożyczania” pieniędzy na prowadzenie imprez komercyjnych uważam za chybiony. Gmina z założenia nie może służyć zarabianiu pieniędzy. Gmina to nie bank, tym bardziej finansujący zabawy raczej bogatych „chłopców”. Pożyczane pieniądze mogłyby być z pożytkiem wydane na wiele innych potrzeb, o które wnioskują (nieskutecznie!) mieszkańcy gminy do burmistrza od wielu lat. Dodam, potrzeb, o które mają w pierwszym rzędzie troszczyć się władze gminy. A ta kontrowersyjna impreza ma być przede wszystkim zabawą i rozrywką dla amatorów spoza naszej gminy. Czy miłośnicy tego zlotu nie mogliby dostać potrzebnych środków jako zwykły kredyt od banku? Przecież i tak mają oddać wszystko gminie jeszcze w tym roku.

Tu burmistrz Zajko wspomniał, że nasze lokalne przepisy odnośnie pożyczek określają cele ich udzielania następująco: „Na realizację przedsięwzięć ze sfery własnych zadań gminy, oraz innych”. Ani trochę się z tym nie zgodziłem. „Oraz innych” nie oznacza, że dowolnych, także całkowicie spoza spraw, którymi mają się gminy zajmować. Oznacza natomiast, że przede wszystkim „ze sfery własnych zadań gminy”. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek względy kulturowe czy promocyjne usprawiedliwiały wspieranie tego typu koncertów. Gmina sama na pewno takiego zlotu by nie organizowała, po co więc miesza się do pomagania?

Z uwagi na liczne wyżej wymienione wątpliwości, komisja postanowiła spotkać się ponownie, tym razem także z udziałem gości inicjujących temat, jak też z przedstawicielami organizatorów. Wprawdzie uważałem, że już wtedy, w dniu opisywanego posiedzenia, każdy byłby w stanie zagłosować za konkretnymi wnioskami do burmistrza, w końcu jednak zgodziłem się ze zdaniem większości, w tym naszych gości. Ponowne posiedzenie komisji, tylko dla tego tematu, ma odbyć się w środę 23 marca o godz. 15.30. Piszę tak dokładnie, bo posiedzenia są jawne, każdy może przyjść i posłuchać. 

Zastanawiam się któreż to zadanie własne gminy ma być realizowane rękoma SMG za pomocą organizacji festiwalu ciężkiej muzyki z elementami satanistycznymi i konsumpcją piwa? Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich w swojej „Misji” zawiera takie cele:

1. Organizowanie i popularyzowanie turystyki motocyklowej. 2. Działanie na rzecz podnoszenia bezpieczeństwa na drogach. 3. Rozwijanie i propagowanie kultury motocyklowej wśród społeczeństwa. 4. Działanie na rzecz ochrony zabytków kultury motocyklowej oraz w szczególności ochrony i restauracji samych pojazdów. 5. Działanie na rzecz ochrony środowiska.

Rozumiem, że chodzi o cel nr 3 – propagowanie kultury motocyklowej, bo inne zupełnie nie pasują do festiwalu. No jasne, gmina musi pomagać w szerzeniu kultury motocyklowej, to wie każdy. Jak widać nie ma w „Misji” nic o zarabianiu pieniędzy. Skoro gmina także zarabianiu pieniędzy nie służy, czemu obie organizacje współtworzą wydarzenie o charakterze całkowicie komercyjnym, nakierowanym na zarobek? I to spory. Przy planowanej ilości 3000 uczestników na samych biletach w cenie 179 zł i 94 zł (dwu- lub jednodniowych) da się zarobić brutto od 282.000 do 537.000 zł.

Fajny biznes, prawda? Pożyczam od kogoś 40 tys. na chwilę, robię wielki event zarabiając 10 razy tyle, zwracam grzecznie kasę. Jasne, trzeba odliczyć koszty, podatki, itp. No ale pożyczający pomaga mi te koszta obniżyć, namawiając swoich kolegów na sponsoring. Fajny jest gość, kumple mu nie odmówią. No i razem szerzymy kulturę motocyklową, zaś zarobek to tylko „efekt uboczny”.

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia
Zdjęcie: radioszczecin.pl

O ironio, wszystko to ma wydarzyć się w gminie, którą 23 listopada 2013 roku burmistrz Krupowicz zawierzył Jezusowi Chrystusowi, Królowi Wszechświata. Powiedział wtedy: „Uznałem, że powinienem poddać się weryfikacji wyborczej także w związku z moim świadectwem wiary. Mieszkańcy Goleniowa będą mogli ocenić, czy uważają mnie za kompletnego dewota i człowieka, który postradał zmysły, czy też za kogoś, kto intencjonalnie zabiega o ich dobro.” Zaś w samym akcie zawierzenia zawarł słowa: „Jezu Chryste, Królu Wszechświata, staję dzisiaj przed Tobą z osobistą intencją, zawierzenia siebie, swojej rodziny i wszystkich mieszkańców mojej gminy Tobie, który jesteś i drogą, i prawdą, i życiem. Prowadź nas Panie w codziennym życiu.”

Robert Krupowicz informował, że zawierza gminę jako osoba prywatna, a nie burmistrz. Tłumaczył, że chce w ten sposób szerzyć wartości chrześcijańskie wśród mieszkańców. Już wtedy miał pewne kłopoty z rozróżnieniem sfery prywatnej od służbowej. Zupełnie tak samo jak obecnie, gdy nie dostrzega konfliktu interesów prywatnych i służbowych u swojego doradcy.

Zarzucałem wtedy burmistrzowi nieszczere intencje, pisząc o tym w felietonie w „Gazecie Goleniowskiej”. Wygląda na to, że dziś niestety potwierdzają się. Dla mnie jest całkowicie niepojętym, czemu człowiek deklarujący aż nazbyt szumnie, że chce nas wieść drogą dobra, uważa że da się to czynić pomagając w organizacji imprezy propagującej zło i szatana. Może to jakaś szczególnie wymyślna próba, której powinniśmy sprostać dążąc w do nieba? Może dążąc do nieba, najpierw mamy liznąć trochę piekła? A może po prostu to osobisty plan pana burmistrza, żeby na wszelki wypadek obstawić wszystkie opcje? Dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Cieszcie się, goleniowscy miłośnicy piw niezwykłych

20 mar
Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać Zdjęcie: joemonster.org

Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać
Zdjęcie: joemonster.org

Szanowny Rodziciel odzyskał moc, werwę twórczą i przypomniał sobie, że jakiś czas temu założył bloga… Cieszę się niezmiernie z powyższego :) Znaczyłoby to tyle, że mogę się znów poświęcić komentowaniu opisywanych przez niego spraw, co pokazałoby pełnię mojej złośliwości. A jednak trafia mi się temat, który muszę poruszyć w osobnym wpisie. A nawet dwa tematy warte opisania. Oczywiście dotyczą one piwa, bo czegóż by innego…

Po pierwsze i najważniejsze!!! Po kilku latach przerwy w naszym małym mieście ponownie mamy możliwość dokonania zakupu rzemieślniczego piwa. Jakieś 10 dni temu w pasażu handlowym nad Strugą Goleniowską, niedaleko placu zabaw przy ulicy Kościuszki, otworzył się skromny sklepik pod szyldem „Chmiel do odkrycia”. Parę lat temu podobna inicjatywa miała miejsce niedaleko ronda koło dworca, jednak po kilku miesiącach działalności się zwinęła. Tym razem chyba wszystko potoczy się inaczej. Skąd mój optymizm??? Minęły dwa lata, piwna rewolucja trafiła w tym czasie pod strzechy, a dostępność dobrego piwa jest znacznie większa. Klientela też się rozrosła. Co więcej, sklep jest mały, ale według mnie rozsądnie przemyślany. Dwie ściany, z lewej czeska i niemiecka klasyka, a z prawej polski kraft. Właściciele są entuzjastami dobrego piwa i posiadają całkiem dobre rozpoznanie na tym trudnym rynku. Co więcej, na bieżąco starają się sprowadzać nowości, premiery i piwa warte uwagi. A przy tym można u nich znaleźć piwne ikony, które ukształtowały polski rynek piw rzemieślniczych. Mowa tu o takich piwach jak: King of Hops i Crazy Mike z Alebrowaru, Pacyfik Ale z Artezana, Red AIPA z Birbanta i cała gama piw z Browaru Pinta… To wszystko są piwa świetne i uznane za ikony polskiej rewolucji piwnej. Ponadto znajdziecie tu wiele wartościowych piw i pełen przekrój stylów piwnych. Od amerykańskiego pilsa i niemieckiego pszeniczniaka, przez wszelkiego rodzaju APY, IPY, Stouty, aż do Imperial Stouta! Uważam się za bardzo wymagającego klienta, a mimo to podczas każdej wizyty w tym przybytku, znajduję coś, co mnie zainteresuje. No i jest jeszcze jedna ważna sprawa. Wchodząc do sklepu trafiamy na uśmiechniętą twarz Izy lub Piotrka. To młode małżeństwo po prostu cieszy się z tego, co robi. Chętnie rozmawiają o piwie i widać, że to ich kręci. Cieszy mnie niezmiernie, że za każdym razem, kiedy ich odwiedzałem, w sklepie znajdowali się też inni miłośnicy piwa. Ktoś to kupuje i jest rynek, zapewniający zbyt. Radość mnie rozpiera!!! Trzymajcie tak dalej, a będziecie zadowoleni z interesu! Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam Wszystkich, do odwiedzin w sklepie i dokonania zakupu! Dodam, że nikt mi za reklamę nie płaci, a kieruję się jedynie zbożną intencją rozpowszechniania piwnej rewolucji tak szeroko, jak to tylko możliwe.

Druga sprawa: Dziś, czyli 20 marca 2016 roku odbywa się V Szczeciński Konkurs Piw Domowych organizowany przez Zachodniopomorski Oddział Terenowy Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Wystawiłem do tego konkursu dwa piwa. Imperial Stout, uwarzony w październiku, a także piwo-wynalazek Hopeless IPA, czyli takie amerykańskie India Pale Ale, tyle że praktycznie bez chmielu. Ten użyty jest tylko na goryczkę, a cały smak i aromat, za który normalnie odpowiadają amerykańskie odmiany chmielu, powstaje w wyniku dodania tego, co fantazja do głowy przyniesie. Skrótowo mówiąc, piwo ma wręcz buchać cytrusami i żywicą, a przy tym imitować klasyczną amerykańską IPA. I właśnie z tym drugim piwem wiążę pewne nadzieje. Bardzo się starałem w trakcie warzenia, a wstępne oceny znajomych są bardzo pozytywne. Ciekawskim powiem, że w mojej interpretacji wskazane wyżej aromaty tworzą dodane na różnych etapach produkcji: skórki pomarańczy, cytryny, limetki, mandarynki i grejpfruta, a także jagody jałowca i ziarna pieprzu czarnego, zielonego i cayenne. A nóż, widelec, uda mi się zająć jakieś eksponowane miejsce :) O postępach na froncie, poinformuję na bieżąco!!!

Ostatni tydzień przyniósł mi wiele radości, jeśli chodzi o piwo i piwowarstwo. Mam nadzieję, że Wy także nie narzekacie! Pozdrawiam i zapraszam Was do odwiedzin w „Chmielu do Odkrycia”!

Adam Zygmański

Pewnie piją Adamowe beznadziejne Zdjęcie: www.sfora.pl

Pewnie piją Adamowe beznadziejne
Zdjęcie: www.sfora.pl

A teraz ja, właściciel bloga, bo już wytrzymać nie mogę! Nie tylko, że moje dziecko zabrało się za reklamę zaprzyjaźnionej placówki handlowej, nie dość, że się tego bezczelnie wypiera w żywe oczy i zaprzecza, że mu za to płacą (musi za skrzynkę piwa, nie za kesz), to jeszcze autoreklamę sobie darmową u ojca załatwił, jaki to on piwowar kreatywny. Fakt, widziałem go kiedyś zaraz po Nowym Roku, jak po śmietnikach łaził i czemuś suche skórki po cytrusach wygrzebywał, ale nie skojarzyłem, że on z tego zrobi piwo! Jak widać, jeszcze zabezpieczył się przed pretensjami co do prawie pewnej marnej jakości tego „specjału”, wymyślając sprytnie nazwę „Hopeless IPA – czyli po angielsku „beznadziejne IPA”. Obiecał wtedy, że mi jakiegoś wpisa gościnnie wyśle, żebym tylko nikomu o tych śmietnikach nie powiedział, ale skąd miałem wiedzieć, że wpis będzie darmowym reklamowaniem piwnego nałogu?! Obiecałem, więc odmówić publikacji nie mogłem, jeszcze by mi jakiś mandat przywalił w zemście. Ale daję mu żółtą kartkę i ostrzegam, że więcej się już nie dam nabrać. Nigdy więcej takich publikacji!!! No, chyba żeby mi jakąś małą skrzyneczkę tego cytrusowego beznadziejnego IPA odpalił w formie rekompensaty za straty moralne, to się może zastanowię…

 

Ireneusz Zygmański, oburzony gospodarz bloga

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Głosuj na mnie, dam ci kubek

08 mar
Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach Fot.: www.1917.net.pl

Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach
Fot.: www.1917.net.pl

Najpierw odniosę się hurtem do komentarzy, jakie pojawiły się dotąd pod ostatnim artykułem. W większości były ciekawe i nieco wątków do artykułu dołożyły. Trochę merytorycznych, ale przede wszystkim…, no, trochę innych. Nareszcie, poza standardowo pozytywnymi, pojawiły się też i negatywne. Będzie jak zwykle u mnie – po kolei.

Najpierw jedyny komentarz „na temat”, odnoszący się do treści mojego artykułu. Kolega Czesław Majdak podał łączną ceny 1m³ wody oraz odprowadzanego 1m³ ścieków, jaką zapłacimy pod rządami nowych taryf. I dobrze, gdyż moja tabelka z artykułu rozbita jest na poszczególne składniki, przez co finalnej ceny można sobie nie uświadamiać. A to prawie 30 zł razem! Komentarz kolegi Czesława podkreśla też ewidentnie nieformalny tryb przyjęcia taryf. Otóż debatowane na sesji 24 lutego projekty uchwał odnośnie taryf nie przeszły wymaganej Statutem Gminy procedury. Wpłynęły dzień przed sesją, stąd nie zapoznała się z nimi żadna stała komisja Rady Miejskiej, tym bardziej nie były przez nie opiniowane. Radni „oglądnęli” wprawdzie nowe wnioski taryfowe na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, ale to nie to samo, co wymaga Statut. Bo Rada nie uchwala wniosków taryfowych, tylko uchwały. Pozwolę sobie zacytować odnośne przepisy Statutu Gminy Goleniów:

§ 33. 1. Projekt uchwały, po złożeniu go przez projektodawcę w Biurze Rady – Przewodniczący Rady przekazuje w ciągu 7 dni do zaopiniowania przez właściwą komisję Rady.

2. Niedostarczenie Przewodniczącemu Rady opinii o projekcie uchwały w terminie 14 dni od daty skierowania jej do komisji oznacza, iż komisja odstąpiła od opiniowania projektu.

3. Przewodniczący Rady kieruje projekt uchwały na sesję, nie później niż 60 dni od daty jego zarejestrowania w Biurze Rady.

§ 34. 1. Projekt uchwały spełniający wymogi formalne może być w nagłych wypadkach przedłożony przez projektodawcę na sesji z pominięciem trybu wymienionego w § 33.

2. Rada decyduje w głosowaniu bezwzględną większością ustawowego składu Rady o jego wprowadzeniu do porządku obrad.”

Komantarze Marka i Maxa przysporzyły mi oczywiście satysfakcji. Cieszę się, gdy Czytelnikom się podoba, dla nich przecież piszę. Jednak Max trochę przesadził, skoro aż dwa razy powiedział prawie to samo. Max, daruj, aż tak łasy na pochwały nie jestem.

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Bardzo się cieszę, że głos zabrał kolega Łukasz Dykowski. Przecież to do działań kolegów z klubu „Porozumienie” mój artykuł się przede wszystkim odnosił, a pan Łukasz klub sobą firmuje. Przy okazji otrzymałem jakiś namacalny dowód, że radni „Porozumienia” moje wpisy czytają. Nigdy od żadnego z nich wcześniej tego nie usłyszałem, nigdy nie odnosili się do ani jednej z licznych spraw przeze mnie poruszanych. Jakbym pisał sobie a muzom. I po prawdzie bałem się już, że tylko grono znajomych i przychylnych osób na tego bloga zaglądało.  Niestety, komentarz pana Dykowskiego w ogóle nie odniósł się do treści mojego wpisu. Wręcz odwrotnie, jakby chciał dyskusję przekierować na zupełnie inny tor. Moim zdaniem ślepy tor.

Odmawiam, panie Łukaszu. Dla mnie sprawy komitetu NGNG są już przeszłością, bardzo bolesną i gorzką życiową nauczką. Nie dam się wciągnąć w te wspomnienia. Niczego konstruktywnego do naszej pracy w Radzie Miejskiej nie wnoszą. Dociekania pełnej prawdy i jej opisanie zostawiłem sobie na okazję, gdybym miał kiedyś dużo zbędnego czasu. Materiał mam, chęci na razie nie. Choć może byłaby to dobra przestroga dla następców, jak nie dać się nabić w butelkę… O nie, uczcie się lepiej, następcy, na własnych błędach.

Co do Karty Goleniowskiej Rodziny, odwraca Pan kota ogonem. Przecież na sesji powiedziałem, że podobał mi się zeszłoroczny projekt. Przeszedł przez dyskusję na komisji merytorycznej, był pozytywnie zaopiniowany. Radni go na życzenie wnioskodawcy (!) zdjęli z porządku dziennego sesji i skierowali do burmistrza do poprawki (przez co uniknął publicznej dyskusji). A ten go już prawie rok cichaczkiem poprawia. Czy mam wyrażać inicjatywę uchwałodawczą wyciągnięcia gotowca z zakurzonej burmistrzowskiej szuflady? Przecież nawet Przewodniczący Mituła, inicjator Karty, burmistrza w tej sprawie nie popędza. To dopiero ja musiałem sprawę Karty przypomnieć na sesji, przez co narażam się u Pana na zarzut krytykanctwa.

Odnośnie krytykowania, podejmowania decyzji i pracowania… Nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Do podejmowania decyzji dostępu nie mam (proszę zapytać siebie i kolegów, czemu?), natomiast ciężko i aktywnie pracuję nad usprawnianiem pracy rzeczywiście podejmujących decyzje. Patrzę im na ręce, czytam i analizuję wszystkie projekty uchwał. Tak ma obowiązek robić każdy z nas, radnych. Chyba trudno robić zarzuty komuś, kto znajduje w projektach dużo błędów czy niedoróbek różnej maści? Uważa Pan, że lepiej pozwalać na ich robienie?

Ostatnia rzecz – nie mam żalu o to, „że nikt nie chce ze mną rozmawiać i dyskutować”. Myli się Pan: wielu ze mną i rozmawia, i dyskutuje. Ignorowanie i obstrukcja pojawiają się najwyżej w kontaktach z dawnymi członkami NGNG. Przypomnę, że w maju zeszłego roku płynąc parę godzin tym samym kajakiem, jakoś sobie o żadnych ważnych sprawach nie pogadaliśmy. Moja pretensja dotyczy natomiast takiego modelu działania, w którym do każdego równania z dowolną niewiadomą Wasze ugrupowanie pod daną „Rada Miejska” podstawia „klub „Porozumienie”. O tym piszę w swoim artykule, a Pan to omija szerokim łukiem. Nie wierzę, że Pan tego nie zrozumiał.

Komentator Adam Zygmański odpowiedział Łukaszowi Dykowskiemu z własnej inicjatywy, jak zwykle bez mojej inspiracji. Też ominął cały mój artykuł, widocznie woda i ścieki to nie jego hobby. Woli chwycić konkretne wypowiedzi i się z nimi rozprawić. Jest to polemista zawzięty i trudny do przebicia, bo wali prosto z mostu co mu w zwojach mózgowych krąży. Dosadniej niż ja, gdyż jako komentującemu więcej mu wolno. Ale co do jakości tłumaczenia wypowiedzi Łukasza Dykowskiego na uproszczony polski obiekcji nie mam. Nie dziwię mu się, że nie chciał czytać między wierszami komentarza pana Łukasza – ja też bym nie umiał.

Mea culpa, nadużyłem zaufania komentatorki „m”, która chciała pisać tylko do mojej prywatnej wiadomości. Miałem przeczytać i wpis skasować. Zdecydowałem się jednak ten komentarz ujawnić, bo jej cytat z wypowiedzi Przewodniczącego Mituły był godny przypomnienia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Na wszelki wypadek przepraszam „m” stokrotnie. Mam nadzieję, że mnie zrozumie i w swojej wielkoduszności nadużycie zaufania wybaczy, z wrodzonym sobie poczuciem humoru. „M”, całuję w stóp spód.

Na zaczepkę komentatora „obser” odpowiedział zarówno Adam Zygmański (potwierdzam, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mógłbym sobie u niego taki wpis obstalować; nigdy go o to nie prosiłem), jak i później komentator „po”. Dzięki serdeczne. Zwolniło mnie to z konieczności ponownego udowadniania, jak wielką wdzięczność czuję do pana Krupowicza z powodu rozstania się z funkcją sekretarza gminy. Ile to już razy musiałem tłumaczyć, że rozeszliśmy się w zgodzie, i to na moje własne życzenie. On nie miał dla mnie pracy, o czym całkowicie szczerze i po męsku mi powiedział, a ja nie miałem chęci siedzieć jak przykręcony do stołka, udając pracę. Czego by nie powiedzieć, pchnęło to moje życie na nowe tory, więc na pewno nie żałuję. Ani trochę, jak bonie dydy! Jeśli ktoś tego nie rozumie – jego sprawa… Wiem, że zawsze będą niedowierzający, ale cóż na to mogę? Ja naprawdę uważam, że dobra pensja to nie wszystko, żeby żyć szczęśliwie.

By było jasne, nie podobał mi się sposób rozpoczęcia rządów przez pana Krupowicza, deklarującego przecież przed wyborami kontynuację działań poprzedników. No tak, ale styl miał być inny, tak mówił. Widocznie dla tego stylu musiał „rozmontować” w dużym stopniu aparat kierowniczy Urzędu Gminy i Miasta, tworzony przez wiele lat przez poprzedników. Dodam, że ten „demontaż” nie był przeprowadzony w dobrym stylu, choć oczywiście skutecznie. Różne symptomy późniejszych gorszych praktyk widoczne były od samego początku.

Mój negatywny stosunek do Burmistrza Krupowicza, a taki przecież mam, bierze się z zupełnie innych źródeł, niż prywatna niechęć. Po prostu uważam go za niedobrego burmistrza, hamującego szybszy rozwój naszej gminy. Nie wszędzie i nie w każdej sprawie, jasne, ale w wielu istotnych dziedzinach. O tym nie wiedziałem z góry, a dopiero po przyjrzeniu się jego konkretnym działaniom. Nabrałem w pełni takiego przekonania po jakichś dwu latach sprawowania przez niego tej funkcji. Wcześniej życzyłem mu szczerze samych sukcesów, bo jego sukcesy byłyby jednocześnie sukcesami mieszkańców gminy. Nie znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi dyskredytujących obecnego burmistrza. Nie uwierzysz, Szanowny „obser”, ale uparcie i na przekór wciąż życzę burmistrzowi samych dobrych pomysłów i ich sprawnej realizacji. Stąd cały mój wysiłek, by zwalczać pomysły niedobre albo nieudolnie wprowadzane w życie.

I tu już kończę komentować komentatorów, a przejdę do donosu. Składam go na ręce pana Burmistrza Krupowicza, czym mam zamiar pomóc zwalczać jeden z jego głównych nieudanych pomysłów. Tym pomysłem jest zaś … Przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Mituła. Boć przecież to pana Burmistrza Krupowicza pomysłem było powierzenie funkcji w ręce tej osoby, prawdaż? Panie Burmistrzu, rób pan coś, bo was ten człowiek do reszty skompromituje.

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Wcale nie chodzi mi o już poprzednio opisane występy sesyjne Łukasza Mituły. Zupełnie przypadkiem doszedł mi do kolekcji następny kwiatek, zgrabnie pasujący do namalowanego wcześniej bukietu. I nie wpadłbym na niego bez pomocy Czytelniczki (chciała skromnie, by jej dane pozostały w ukryciu), korzystającej często z dobrodziejstw Facebooka – po naszemu fejsbuka. Ja sam jestem tak bardzo między dinozaurami, że konta na fejsie nie posiadam (zgroza!) i zaglądam w odmęty tego oceanu rzadko. Przez co mógłbym przeoczyć rewelację, którą zaraz przedstawię.

Wspomnana skromna Czytelniczka otworzyła mi oczy na konto „Łukasz Mituła – radny Rady Miejskiej w Goleniowie”. Pozostałem aż do tej chwili z tymi oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, choć przecierałem je parę razy. Jest to oczywiście prywatne konto bohatera mojego donosu. Nikt mu nie ma zamiaru zabronić je prowadzić i tam siebie reklamować jako znakomitego radnego; ja na pewno nie. Nikt też nie może mu zabraniać wymyślania przezabawnych konkursów, z nagrodami w postaci prywatnych fantów. Zupełnie jednak inaczej się to przedstawia, kiedy prywatne konto propaguje prywatnego radnego w prywatnym konkursie okraszonym… gminnymi fantami.

Zaryzykuję, zadam parę pytań panu Krupowiczowi. A może pan Burmistrz też czasami na mojego bloga zagląda? Albo jacyś życzliwi mu doniosą, że się Zygmański znów dopiernicza? Oto zatem moje pytania. Nie mogę pojąć, panie Burmistrzu, jak Pański pupil pozyskał koszulkę, dwa kubki, dwa scyzoryki i komplet długopisów z emblematami Gminy Goleniów i logiem „Jestem z Goleniowa”, stanowiącymi gadżety promocyjne naszej Gminy? Czy je dostał od kogoś w prezencie, czy je raczej kupił za własne pieniądze? Pomijając sposób wejścia w ich posiadanie, skąd mu mogło wpaść do głowy, że gadżety służące z założenia do promocji walorów tej Gminy, mogą przydać się jemu do prywatnych celów? Czy Pan uważa to za właściwy i stosowny sposób ich użycia? Czy to właśnie po to zostały wymyślone, zaprojektowane, wykonane i zakupione za pieniądze goleniowskich podatników, żeby służyć do reklamowania któregokolwiek radnego? Czy wykorzystanie gadżetów odbyło się za Pańską wiedzą i przyzwoleniem?

Mógłbym pytania mnożyć, ale aż zatyka mnie bezczelność tego pomysłu. Poraża mnie nowatorskie podejście pana Mituły do wspólnej własności wyrażone w idei „Gmina to Ja”. Uważam, że ten niechlubny kontynuator Ludwika XIV kompromituje na potęgę nie tylko siebie, ale także swojego protektora – burmistrza. Nie tylko kompletnie niezgodnym z przeznaczeniem użyciem gminnych gadżetów. Prostacki pomysł konkursu, skierowanego w zamiarze chyba do jakichś idiotów, na pewno nie przysparza chwały ani pomysłodawcy, ani jego politycznym kompanom. „Polub fanpage radnego Mituły, skalkuj post na swoim profilu – a wygrasz gminny gadżet” – łot e bjutifulaśny ajdej, fak! Miałem Pana, Panie Burmistrzu, za osobę inteligentną, o dobrym guście. Czy naprawdę Pan to prostactwo popiera?