RSS
 

Belfer pouczony, czyli czemu warto robić błędy ortograficzne

02 maj
Belfer w akcji Rysunek: www.wmfp.pl

Belfer w akcji
Rysunek: www.wmfp.pl

W środę 27 kwietnia, w trakcie XIX sesji Rady Miejskiej, jakoś tak całkiem mimochodem, Wasz sprawozdawca nauczył się czegoś. Jak zwykle w sposób najpowszechniej w przyrodzie występujący, na błędach. Wyrywam tę anegdotkę spośród wielu interesujących kwestii, które na tej sesji były poruszane, gdyż ma ona lżejszy kaliber niż te inne sprawy. O nich napiszę  następnym razem, za kilka dni. Cóż zatem się stało, jakie to błędy popełniłem i czego się na nich nauczyłem? Było tak…

Najpierw Wasz sprawozdawca zabrał głos w punkcie 3 porządku dziennego, czyli „Przyjęcie protokołu z posiedzenia XVIII sesji Rady Miejskiej odbytej w dniu 30 marca 2016 r.” Stwierdziłem, że poza jedną uwagą ortograficzną, które robią się już, niestety, nieco tradycyjne, nic do poprzedniego protokołu istotnego nie mam: – Instruktaż” pisze się przez „ż” – dokładnie tyle powiedziałem. Następnie od razu spytałem Przewodniczącego Rady, Łukasza Mitułę, czy w tym punkcie porządku mogę zgłosić uwagę odnośnie poprzedniego protokołu, z sesji XVII, który zatwierdzono 30 marca. Pozwolił mi, więc wyjaśniłem, o co mi chodzi.

Otóż na poprzedniej sesji w tym punkcie odbyła się polemika między Przewodniczącym Mitułą a radnym Czesławem Majdakiem, który nie zgadzał się z treścią protokołu z sesji XVII z 24 lutego. Jego zastrzeżenia nie dotyczyły słów, które można byłoby sprostować prostym zapisem, lecz opisu działań, jakie nastąpiły w punktach odnośnie przyjęcia taryf za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków. Po zawiłej dyskusji ze współudziałem radcy prawnego radny Majdak stwierdził wtedy, że złoży do protokołu zdanie odrębne. Po sesji pismo kolegi Czesława rzeczywiście wpłynęło, możecie je sobie sami przeczytać.

Zdanie odrębne radnego Czesława Majdaka do protokołu z XVII sesji RM

Zostało radnym przekazane w pakiecie kilkudziesięciu pism skierowanych do Rady między sesjami. Ja natomiast zauważyłem, że w treści protokołu z XVII sesji wciąż nie widnieje na ten temat żadna wzmianka. Jak więc ktoś może wiedzieć o tym zdaniu odrębnym, jeżeli protokół go nie zawiera?

Tu dodam poza nawiasem, że tak zwane „zdania odrębne” nie są w protokołach z obrad ciał kolegialnych żadną nowością czy dziwnym wymysłem. Pozwalają w cywilizowany sposób uwidocznić, że ktoś się z jakimiś stwierdzeniami nie zgadza, a mimo to może podpisać (czy zagłosować) cały protokół, którego innych części nie kwestionuje. Zdania odrębne powinny mieć odzwierciedlenie w treści protokołów, choć praktykowane są różne sposoby zapisywania takich zdarzeń. Niektóre protokoły zawierają zdania odrębne po punktach, przy których nastąpiła kontrowersja, inne mają o tym uwagi na końcu, inne traktują je jako załączniki (wtedy wspomniane w treści protokołu i wymienione na liście załączników). Dziś często, z uwagi na publikację protokołów poprzez Internet, obserwuje się praktykę zamieszczania zdania odrębnego w tym samym folderze, w którym znalazł się protokół, z wyraźnym zaznaczeniem w tytule pliku, że chodzi o zdanie odrębne do konkretnego protokołu. Żadnej z tych praktyk jednak w tym przypadku nie zastosowano.

Dość dziwnie zachował się Pan Przewodniczący po tym moim głosie. Zapytał o coś po cichu siedzącego obok kierownika Biura Rady Miejskiej, a kiedy ten pokiwał głową potakująco, do mikrofonu powiedział coś takiego: „To jest ujęte w protokole”. Nie chciałem ciągnąć tematu w nieskończoność, więc dałem sobie spokój. – A może w naszej Radzie znaleziono jeszcze inny sposób włączenia zdania odrębnego do protokołu? – pomyślałem z podziwem. – Gapowaty jesteś Zygmański, to nie znalazłeś – dodałem sobie w myślach.

Jeśli jesteście Państwo bardziej spostrzegawczy ode mnie, pomóżcie, błagam. Bo ja jednak (mimo kilku prób prowadzonych do chwili obecnej włącznie) tego zdania odrębnego kolegi Czesława w protokole z XVII sesji Rady Miejskiej z dnia 24 lutego nie odszukałem. Dla znalazcy funduję nagrodę rzeczową.

Nie pouczaj mistrza Zdjęcie: www.memy.pl

Nie pouczaj mistrza
Zdjęcie: www.memy.pl

I co, tyle anegdoty? A gdzie obiecana nauka na błędach? Już, momencik. Otóż w przedostatnim punkcie sesji, czyli „Informacje o działalności między sesjami Przewodniczącego Rady”, pan Mituła zwrócił się bezpośrednio do mnie z dość długą przemową, którą niniejszym streszczam. Otóż miał do mnie pretensje, że zgłaszam swoje ortograficzne uwagi pod adresem protokołów z sesji. Brzmi to jego zdaniem jak popisy, które w żaden sposób nie są konstruktywne, a popularności u wyborców raczej radnemu nie przysparzają. Przecież pisanie protokołów proste nie jest, samo ich odsłuchanie bywa skomplikowane. Zapisanie wszystkiego wymaga dużo czasu i uwagi. A radny Zygmański, jakby tego nie zauważając, krytykuje publicznie pracę pań z Biura Rady Miejskiej prowadzących protokół, co jest dla nich przede wszystkim nieprzyjemne. Ponadto w tym konkretnym przypadku radny Zygmański pozwolił sobie na złośliwe krytykowanie nie mając racji. Otóż jak przy współudziale Pana Przewodniczącego sprawdzono, wyraz „instruktaż” można zapisać zgodnie z regułami języka polskiego na dwa sposoby, czyli także jako „instruktarz”. Wtedy ma on znaczenie „regulamin”, a radny Zygmański w takim właśnie sensie mówił na sesji. I jeszcze pan Przewodniczący zaapelował do radnego Zygmańskiego, żeby po pierwsze przed przystąpieniem do krytykowania skorzystał ze słownika języka polskiego, a ponadto jeśli już coś tam znajdzie, niech takie uwagi zgłasza dyskretniej, poza sesją, najlepiej wprost do osoby prowadzącej protokół.

Pan Przewodniczący mówił głosem spokojnym, opanowanym, z miną pewną, tonem spokojnym i bez agresji. Nie używał słów napastliwych, raczej zwracał się jak cierpliwy rodzic do rozgrymaszonego dziecka, któremu trzeba objaśnić sprawy oczywiste. Dziecka bić nie wolno, trzeba je wychowywać. Tak też zadziałał pan Mituła.

Dobrze, że mówił tak długo, bo w ten sposób miałem więcej czasu na zastanowienie się i powstrzymanie nerwów. Wiecie sami, jak nas niesie do bitki, kiedy poddamy się emocjom. Najpierw ręka sama podskoczyła mi w stronę przycisku „ad vocem”, żeby złożyć wyjaśnienia i dać odpór niecnej napaści. Jednak z tokiem słów kolegi Przewodniczącego wróciła mi zdolność myślenia i przyszła prosta refleksja: – Odpuść radny Zygmański, gość ma rację.

Przede wszystkim nie chciałeś się panie radny czepiać trudnej roboty pań w BRM, a tak mogłoby to zostać odebrane przez obecnych na sesji. Dowód masz, tak to przecież zrozumiał pan Przewodniczący. A to nie tak, że nasze protokoły roją się od błędów ortograficznych. Jak na zazwyczaj długie teksty zdarzają się one wyjątkowo, sporadycznie. Wyraźnie widać, że panie protokolantki starają się bardzo sprostać krasomówstwu radnych. To po co się, belfrze jeden, czepiasz? Prawda, poprawki ortograficzne mogłem zgłosić poza sesją, wprost do autorek protokołu. Zapewne wtedy można było spokojnie uzgodnić, co mówiący miał na myśli. Pewnie dałoby się też wtedy zerknąć do słownika i przeanalizować jego wyjaśnienia. I w ten prosty sposób uniknąłbym wrodzonego obrzydzenia dla głosowania nad protokołem posiadającym jakiekolwiek usterki ortograficzne. Czyli rację ma pan Przewodniczący, zabieraj łapę z „ad vocem” i nie zawracaj głowy zmęczonym na końcu sesji kolegom.

Zdusiłem w sobie uwagi, że mi może jest też nieprzyjemnie wysłuchiwać publicznej reprymendy pana Mituły, na co dzień stosującego wobec mnie stałą zasadę zimnego wychowu i zachowującego się niezbyt elegancko. Przecież nie popieram stosowania takich metod. Jasne, mógłby skorzystać z własnej rady i powiedzieć mi to wszystko poza sesją. Bo przyganiał kocioł garnkowi… Jednak osoby z tak twardą tylną częścią ciała, jak moja, dużo silniejsze kuksańce do płaczu nie zmuszą. Nawet kąśliwe uwagi o działaniu jakoby „pod publikę”, dla poklasku wśród wyborców, puszczam mimo uszu jako zupełnie nielogiczne. Od kiedy to bowiem upierdliwiec, czepiający się błędów ortograficznych, mógłby liczyć na wzrost popularności wśród rodaków? Wolne żarty… Nie pierwszy to raz pan Przewodniczący raczy przypisywać mi jakieś intencje, zamiast twardo trzymać się faktów.

Tak piszą w słownik u o instruktażu Skan: Ireneusz Zygmański

Tak piszą w słownik u o instruktażu
Skan: Ireneusz Zygmański

Nie ma także znaczenia, że nadal twierdzę, iż z tym „instruktażem” mam jednak rację. Jak mogło powstać u Przewodniczącego wrażenie, że „radny nie sprawdził w słowniku”, nie wiem. Po prostu automatycznie wszystkie wątpliwości ortograficzne ZAWSZE sprawdzam w słowniku. Tym razem skorzystałem z „Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny” PWN z roku 2011, który słowo „instruktarz” wymienia w znaczeniu podanym przez pana Mitułę z wyraźną uwagą „przestarz.”. Tym skrótem (od słowa „przestarzałe”) oznacza się tam słowa dziś już nie używane, zabytki języka, wyrazy archaiczne. Czyli tak można było napisać w XIX wieku, a nie obecnie, w wieku XXI. Po sesji sprawdziłem jeszcze kilka innych słowników – rezultat ten sam. Znów sam sobie jestem winien. Trzeba było powiedzieć „regulamin” albo „instrukcja”, i wszystko byłoby jasne. Jak w klasycznym skeczu „Sęk” – staropolszczyzny mi się zachciało!

Ucz się, radny Zygmański, choćby od diabła. Dziękuję zatem, panie Łukaszu, za udzielony instruktaż, skorzystałem niezwłocznie. Przede wszystkim kupiłem kwiatki i poszedłem do Biura Rady. Grzecznie przeprosiłem autorkę protokołu za spowodowanie zupełnie niezamierzonych nieprzyjemności, usprawiedliwiłem swoje zachowanie belferskimi przyzwyczajeniami związanymi z wykonywanym na co dzień zawodem nauczyciela, obiecałem poprawę i bezproblemowe zachowanie w przyszłości. Myślę, że moje przeprosiny zostały przyjęte, na dowód czego objęliśmy się na koniec i wycałowaliśmy serdecznie.

Przyznaję, ta historyjka jest dla mnie ważna. O swojej ortograficznej nadwrażliwości wiem od dawna, chciałbym więc tą drogą pokazać jej skutki. Jest to cecha mojego charakteru przysparzająca kłopotów co niemiara, choć z drugiej strony także czasem przydatna. Wiem, jak trudny jest nasz język ojczysty, jak niełatwo się nim posługiwać, lecz ciężko mi się powstrzymać z wyjęciem czerwonego długopisu, gdy widzę rażący błąd. Skądinąd nigdy nie miałem osobiście pretensji do nikogo, gdy mnie kiedykolwiek poprawił. Bo parę razy zdarzyło mi się nieźle ortograficznie nabruździć. W formie gratisu podam Czytelnikom kilka prawdziwych przykładów i co z nich wyniknęło.

Rok 1975. Jako uczeń 8 klasy SP 2 w Goleniowie i świeżo upieczony laureat 3. miejsca w powiatowej olimpiadzie języka polskiego mam zaszczyt uczestniczyć w drużynie reprezentującej Goleniów w finale wojewódzkim. W pierwszej części pisało się wypracowanie na zadany temat, a uzyskujący powyżej 30 punktów przechodzili do części ustnej. Ja dostałem 29,5 punktu i nie wszedłem do tego etapu. Zrobiłem błąd w wyrazie „sierpień” (napisałem „śerpień”, co poprzedził kilkuminutowy namysł i wahanie, bo coś mi się tak zapisany wyraz od razu nie podobał, wygrało jednak przekonanie, że „przecież tak się mówi”), co kosztowało 3 punkty i zaważyło o moim odpadnięciu. Podobno komisja nawet długo dyskutowała, czy mi tego 0,5 pkt. gdzieś nie doliczyć, lecz słusznie trzymano się regulaminu. Skutek: wystarczyło tego błędu nie zrobić, a nasza drużyna wygrałaby finał wojewódzki. Do części ustnej weszło po jednym zawodniku z każdego powiatu; gdyby z Goleniowa obok koleżanki Brygidy (pozdrowienia dla pani doktor!) asystowała moja skromna obecność, mielibyśmy jako drużyna w sposób automatyczny największą ilość punktów. Kurczę, uciekło nam miejsce w historii! Pani Grzywacka, opiekunka zespołu, jeszcze wiele lat pytała mnie na ulicy, czy pamiętam jak pisze się „sierpień”? Oj, pamiętam i zawsze będę pamiętał. O olimpiadzie z 1975 roku już nikt nie pamięta, a „sierpień” pozostał.

Trochę później, już w „ogólniaku”, założyłem się z koleżanką (Dorotka, pozdrawiam i nie bądź już na mnie zła) o lody. Nie ukrywam, że ważniejszy był prestiż, bo tej rywalizacji parę osób kibicowało. Stawiać lody miał ten, kto pierwszy popełni 10 błędów, tym razem w mówieniu, więc raczej gramatycznych. Walczyliśmy coś już tydzień i wynik był 8:4 na moją korzyść. Już byłem w ogródku, już prawie lizałem te lody, kiedy jednego popołudnia… bum, w pół godziny 6 razy z rzędu powiedziałem „poszłem”. Oj, wiedziałem, że ma być „poszedłem”, ale wokół panoszył się ten nieznośny błąd, więc mimowolnie nasiąknąłem niepoprawnością. Skutek: przegrane lody (i to z babą!), zawalony autorytet u kolegów (co, ty z klasy „b” ośmieliłeś się przegrać – i to z babą! – z klasy „a”?). Od tego czasu już nigdy nie powiedziałem, że gdzieś „poszłem”. Jak przydałaby się podobna porażka wszystkim, którzy nadal nie wiedzą, że „poszedłem”…

Też w ogólniaku, na lekcji polskiego. Nasz nauczyciel (Tadeusz, pozdrowionka) miał zwyczaj szczegółowo omawiać poczynione przez nas na klasówkach błędy. Przy jednym dostałem ataku niepowstrzymanego śmiechu. Otóż koleżanka Gośka (Gosia, spoko, nie rozpoznają – mieliśmy przecież w klasie dwie Gośki) napisała kiedyś „zagatka”. Musiałem sobie chyba wyobrazić te „gatki”, za którymi coś tam miało być. Skutek: kiedy po wielu latach spotkaliśmy się, ja oczywiście „zagatki” już nie pamiętałem. Gosia pamiętała, co gorsza, nie mogła mi tego śmiechu nadal wybaczyć. Ale już nigdy tego błędu (jak przyznała) nie zrobiła.

Rok 1999. Pracuję jako Sekretarz Gminy, odpowiadam za różne rzeczy. Właśnie oddano do użytku nowy budynek Urzędu Gminy i Miasta. Burmistrz powierza mi zorganizowanie i skoordynowanie przeprowadzki. W jeden grudniowy weekend, praktycznie bezkosztowo i bez widocznych dolegliwości dla klientów, przy wielkim zaangażowaniu wszystkich urzędników (Mirek, pamiętasz swojego „żuka”, którym obróciliśmy w sobotę i niedzielę parę kursów?) przenieśliśmy całe wyposażenie, dokumenty i zainstalowaliśmy na nowym miejscu. Udało się zrobić wszystko, łącznie z wyprzedażą niepotrzebnych sprzętów w starym budynku na ul. Dworcowej, zmontowaniem równocześnie dostarczonych nowych mebli, skręceniem na śruby wszystkich nowych regałów w archiwum (to było w niedzielę w nocy, pamiętacie chłopaki ze Straży Miejskiej?), założeniem wszystkich do dziś służących tablic informacyjnych. No, ogrom przygotowań i wielka akcja logistyczna. Na pierwszej sesji Rady Miejskiej w nowej pięknej sali konferencyjnej (Jurek, pamiętasz jak z powodu awarii elektryczności najpierw włączyły się światła awaryjne, a za parę minut zapadły egipskie ciemności?) w charakterze pochwały posłużyła interpelacja jednego z radnych (ówczesnego upierdliwca, w którego roli ja obecnie występuję) na temat tablicy informacyjnej w holu. Jak byk widniało na niej „województwo zachodnio-pomorskie”, zaś powinno być oczywiście „zachodniopomorskie”. Oj najadłem się wstydu, i słusznie. Ktoś przecież powinien tego dopilnować. Skutek: tego samego dnia z tablicy osobiście zdjąłem kreseczkę. Błąd zniknął, mieszkańcy znają prawidłową nazwę swojego województwa, bo czysta kultura ortograficzna płynie do interesantów naszego Urzędu z tablicy informacyjnej. Tak powinno być.

Rok 2013. Piszę regularnie felietony w „Moim zdaniem” w „Gazecie Goleniowskiej”. Pewnego razu kończę nie jak zwykle w środę o 6.00 rano, co dawało jeszcze zawsze możliwość dokonania korekty przez obowiązkowo pierwszego czytelnika, czyli moją własną żonę, lecz później. Oczy zapuchnięte, nie mam już siły patrzeć w ekran. Muszę tekst wysłać na gwałt do redakcji, bo już poganiają, bez korekty. Wysyłam, idę na dwie godziny spać. Wieczorem siadam i czytam jeszcze raz chłodnym i wypoczętym okiem, a tam nazwa naszego kraju napisana tak: „polska”. Małą literą! Tekst w drukarni, na zmianę za późno, klęska. Przecież nigdy sobie tego nie wybaczę! W piątek kupuję gazetę, otwieram jak skazaniec, a tam… „Polska”! Kochana „Gazeta”, ktoś moje wypociny przed drukiem przeczytał i litościwie poprawił babola. Czy to pani, pani Tereso? Na wszelki wypadek z wdzięczności całuję po rękach. Skutek: już nigdy więcej nie puszczam niczego do druku bez akceptacji żony.

Takich anegdotek mógłbym jeszcze przytoczyć tuziny. O dystynkcjach „wyhawtowanych” na mundurach z regulaminu Straży Miejskiej, o pułapkach zastawianych notorycznie przez kolegów Józka czy Leszka. Co ja się im wszystkim namarudziłem, oj! Po pewnym czasie (oczywiście po przeminięciu pierwszego gniewu i ostudzeniu główek) zwykle mi dziękowano. Kończyło się zaś na tym, że musiałem robić korekty dziesiątek tekstów, które nic z moją pracą nie miały wspólnego. Znosili je ludzie z całego Urzędu, bo podobno za sprawdzanie tekstów odpowiadał… Sekretarz. Co czyniłem z wrodzoną belferską zawziętością, zaspokajając swoją ortograficzno-gramatyczną manię.

Moja wstrętna przypadłość zaczęła się chyba od kolegi, z którym siedziałem przez kilka lat w jednej ławce w podstawówce. Miał do ortografii stosunek zupełnie odwrotny niż ja – nienawidził jej szczerze. Dziś pewnie ktoś mądry by go zbadał i stwierdził wrodzoną dysleksję, dysortografię czy inne dysy, ale w barbarzyńskich czasach naszych wczesnych podstawówkowych lat mówiono po prostu, że jest śmierdzącym leniem i że nie chce mu się uczyć. Mój kolega zatem kosił całe pęki pał z języka polskiego. Piotrek (bo mu Piotr jest; pozdrawiam cię Piotruś serdecznie) nie tylko nie stosował żadnych pracowicie zapominanych reguł ortografii, ale w lekkim poważaniu miał też interpunkcję, gramatykę i wszystkie podobne głupoty. Za to nie lubił złych stopni, więc wpadł na prosty pomysł. Otóż ja, od początku lepiej z chińszczyzną-polszczyzną obeznany, miałem obowiązek z jego problemami walczyć. Więc na każdym jego wypracowaniu musiałem robić korektę, zasmarowując wszystkie bohomazy i poprawiając błędy. To samo było z klasówkami; najpierw musiałem szybko skończyć swoją, po czym zamienialiśmy się kartkami i długopisami, a ja zabierałem się za poprawę jego byków. Bywało, że nie zdążyłem wszystkiego zrobić, a wtedy pani od polskiego pytała Piotrka ze zdziwieniem: – Jak to z tobą jest? Na pierwszej stronie wypracowania nie zrobiłeś żadnego błędu, a na drugiej masz ponad 40 bykoli? Piotruś się czerwienił i coś tam bąkał pod nosem, a kończyło się ponownie pałą. Skutek: wina była oczywiście moja, bo poprawiałem zbyt wolno, na co Piotrek się nieraz z żalem skarżył

Dziś słyszę od niektórych uczniów, których uczę przecież angielskiego, że więcej dowiadują się na tych lekcjach o własnym języku niż o języku Szekspira. No, nie przesadzajcie. Po prostu wszystkie języki europejskie (za wyjątkiem fińskiego i węgierskiego) mają wspólne korzenie. Trochę polskiego na angielskim na pewno się przyda. Dodam, że jako belfer poprawiam wszystkich uczniów, kiedy jest na to pora, niemal odruchowo i bezmyślnie. Nigdy się na to nie obrażają, ale to przecież lekcje i uczniowie. Poza lekcjami pewnie by mi to tak gładko nie przeszło.

Wybaczcie mi jeszcze raz wszyscy, których pouczam i nauczam, poprawiam i naprawiam, koryguję i wyprowadzam z błędu. Pozwólcie mi to czasem robić, skoro taka moja natura. Nigdy nie czynię tego dla ośmieszenia czyjejś niewiedzy, a tylko tak, jak moja nauczycielska mania mi każe. Z wiarą, że lepiej błąd pokazać, bo na błędach też można się uczyć, skoro aż tak bardzo na nas bolą. I to by było na tyle. Bogusia, możesz mi sprawdzić nowy felieton?

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Co piszczy w Radzie Miejskiej

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~m

    2 maja 2016 o 22:53

    IRENEUSZU – BRAWO TY !
    kolego mój kochany
    lepjej mieć taka wadozaletę niż inne bo z tą da się żyć a i otoczenie korzysta

     
  2. ~Max

    3 maja 2016 o 00:24

    Choć bez pieprzu i chili rozbawił mnie twój tekst Szawle !,
    jeżeli są błędy to cóż, tak moja uroda.

     
  3. ~Paweł Palica

    3 maja 2016 o 00:45

    Odrabiając przed laty służbę wojskową w Straży Miejskiej (czy wówczas Gminnej?), skutecznie powstrzymałem wysłanie listu zaadresowanego na Goleniowski Dom Kóltóry. True story.

     
    • ~Adam Zygmański

      3 maja 2016 o 10:17

      Nie może być! Zastosowałeś cenzurę??? :)

       
  4. ~adek

    3 maja 2016 o 19:36

    Nareszcie ! Misio Mituła odgryzł się jak szczeniak na kapciu.
    Zastanawiam się tylko ile czasu musiał biedak ćwiczyć swoją wypowiedź przed lustrem i czy dostał na nią błogosławieństwo RK

     
  5. ~Dziecko Kasia

    3 maja 2016 o 23:26

    Rodzinna przypadłość… albo genetycznie uwarunkowana skaza. Jak śpiewa klasyk „to nic nie świadczy, to o niczym nie znaczy”

     
    • ~Adam Zygmański

      4 maja 2016 o 13:58

      Z genami nie wygrasz Młoda :) Nie wiem, czy można nazwać skazą dbałość o jakość języka ojczystego w swoim najbliższym otoczeniu. To raczej zaleta! Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy to mało kto ma czas pisać poprawnie. Ja też odruchowo poprawiam innych. Żona za to na mnie warczy :). Zdarza się także, że jestem poprawianym i nie odczuwam przy takich okazjach dyskomfortu. Gdybyśmy wszyscy dookoła pilnowali sposobu w jaki się porozumiewamy, to byśmy dzisiaj żyli w lepszej rzeczywistości. Wystarczy wyobrazić sobie, ile „mądrych głów” nie trafiłoby na Wiejską, bo nie głosowano by na osoby nie potrafiące po polsku się wysławiać :).