RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Jak mylą pierwsze wrażenia, czyli po czynach ich sądźcie, nie po słowach

07 kwi
Liczą się czyny, nie słowa Zdjęcie: demotywatory.pl

Liczą się czyny, nie słowa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Pod koniec poprzedniego wpisu obiecałem napisać coś o kręgosłupie moralnym miłościwie nami rządzącego burmistrza Roberta Krupowicza. Nie dlatego, że takie mam hobby, że odczuwam głęboką potrzebę analizowania jaźni którejkolwiek osoby. Wręcz przeciwnie, prosty jestem człowiek, moja instrukcja obsługi mieści się na malutkim karteluszku, który żona powiesiła sobie 33 lata temu na lodówce ku codziennemu używaniu. Ludzi o osobowości dla mnie zbyt trudnej unikam raczej jak diabeł święconej wody. Cóż jednak czynić, kiedy ktoś się do nas garnie i gdzie nie postawię nogi, tam pan burmistrz? No i jego skomplikowany charakter, o który potykam się już od kilku lat.

Tak po prawdzie to jeszcze 6 lat temu pana Krupowicza wcale nie znałem. Pierwszym, który zwrócił mi na niego uwagę, był mój dobry znajomy przez wieki, Cezary Martyniuk. Wiem, znacie go też, dziennikarz „Gazety Goleniowskiej” od prehistorii, w stopce redakcyjnej stale uwidoczniony jako członek zespołu. Niektórym znany także od ubiegłego roku jako asystent burmistrza Roberta Krupowicza ds. komunikacji społecznej (cokolwiek miałoby to znaczyć). Oczywiście te dwie funkcje się absolutnie nie gryzą, wszystkie insynuacje na ten temat wepchnę z powrotem do gardeł podłym ludziom je głoszącym. W ostatnim akapicie zeszłorocznego artykułu prezentującego między innymi jego funkcję stwierdziłem, że będę uważnie przyglądać się jego pracy. Dzisiejszy wpis chyba też jest troszkę i o tym.

Zagadałem się, miało być o zwróceniu mojej uwagi na pana Krupowicza. No właśnie, przed rokiem 2010 wiedziałem tylko, że był Wojewodą Zachodniopomorskim przez niemal dwa lata (2005-2007), a w tym czasie zamieszkał na terenie naszej gminy. Pracując w Urzędzie Gminy i Miasta nie miałem ani razu okazji się z nim zetknąć osobiście, bo wojewoda niewiele ma wspólnego z samorządem, nawet twarz była mi znana tylko ze zdjęć. A w roku 2010 okazało się, że ma zamiar kandydować w wyborach na Burmistrza Gminy Goleniów. I z tym właśnie przyszedł kiedyś do mnie kolega Cezary.

Żadna rewelacja, dziennikarze „Gazety Goleniowskiej” pojawiali się w UGiM niemal codziennie, a do mnie jako prostego Sekretarza Gminy Cezary wdeptywał rutynowo. Nie z powodu starożytnej znajomości prywatnej oczywiście, tylko po informacje, jak to dziennikarz. Jednak tego razu, o którym piszę, tak jakoś w wakacje roku 2010, przyszedł po coś innego. Chciał zwierzyć się mi jako koledze, że ma zamiar popierać w nadchodzących wyborach samorządowych (listopad-grudzień 2010) kandydaturę pana Krupowicza. Nie pytajcie, skąd poczuł taka potrzebę, nie wiem. Może uznał, że trzeba mnie ostrzec? Nie bardzo wiedziałem przed czym, przecież w zapowiedziach przedwyborczych kandydat Krupowicz zapowiadał (mówię oczywiście w skrócie) kontynuację działań poprzedników, jedynie zmieniając nieco styl, inaczej rozmieszczając akcenty. Czego się bać?

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Przyznam się, że skłamałem wtedy. Otóż udałem, że ta deklaracja poparcia jest dla mnie niespodzianką i nowością. Po prawdzie zaś wcale nie była. Bo miałem nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że dziennikarz Cezary Martyniuk już kilka miesięcy ciężko pracuje, by przybliżyć postać właśnie tego kandydata goleniowskim wyborcom. Właściwie w każdym kolejnym numerze „GG” pojawiały się treści autorstwa CM ukazujące go jako fajnego gościa. W kontraście do gości niefajnych, jak na przykład niejaki Krzysztof Zajko, obrzydły typ mający także niecną chęć objęcia burmistrzowskiego stolca. Ten niedobry człowiek zresztą czemuś podpadł redakcji „GG” już dużo wcześniej, jako wiceburmistrz przy jeszcze bardziej wrednym typie, długoletnim burmistrzu Andrzeju Wojciechowskim. Oj, nie miała ta ekipa medialnego wsparcia, wiem coś o tym. Bądźmy sprawiedliwi, żadna wcześniejsza ekipa takiego wsparcia nie miała. Ani za burmistrza Mirosława Chylickiego, ani za „wczesnego” Wojciechowskiego, ani za Andrzeja Lewka, burmistrza przed „późnym” Wojciechowskim.

Zapytałem kolegę sprytnie i naiwnie, czym pan Krupowicz się zasłużył w jego oczach, by powierzać mu najwyższy gminny fotel. Na to usłyszałem dość oględną krytykę zarówno kandydata Krzysztofa Zajko, jak i jego kuzyna, też kandydującego w wyborach, Henryka Zajko. Nie wolno było (zdaniem Cezarego) dopuścić żadnego z nich do władzy, bo razem stworzyliby familijny gang, a jedynym lekarstwem na to miał być (zdaniem Cezarego) tylko Robert Krupowicz. A jego Cezary lubi, bo jest fajny i był wojewodą. O tym drugim już wiedziałem, fajność pojawiła się jako nowa informacja. Wprawdzie prorokował, że pewnie tandem i tak wybory wygra (albo jeden pan Z., albo drugi, tertium non datur), ale on będzie się starał ułatwić drogę panu Robertowi. Święte słowa, tak było, ułatwiał jak mógł.

Później wszystko poszło jak z bicza trzasnął. Obaj panowie Z. pobili się w pierwszej turze, w wyniku czego Krzysztof prowadził w wyścigu o fotel przed Robertem Krupowiczem. Lecz w drugiej turze pan Krupowicz okazał się czarnym koniem i wygrał wyścig. Śmieszne, gdyby (jak sugerował kolega Cezary) „straszny” duet panów Z. skonsumował zmowę i nie wchodził sobie nawzajem w paradę, jeden z nich wygrałby w cuglach w pierwszej turze, osiągając ponad 50% głosów. Nie ma co, sprytny spisek. Po wyborach okazało się zresztą, że spisek rzeczywiście był: pana Roberta Krupowicza z panem Henrykiem Zajko. Zawarty ponadto już przed momentem, w którym mój kolega przyszedł mnie uświadomić gdzie leżą konfitury.

Zaraz po drugiej turze wyborów, jak pamięć mi podpowiada w piątek 10 grudniu 2010 r., nareszcie miałem okazję zapoznać się z panem Krupowiczem osobiście. Pierwsze wrażenie – pewnie jak pierwsze wrażenia wszystkich spotykających się z nim po raz pierwszy w życiu: słodycz, zachwyt, entuzjazm, jak mój znajomy taki stan nazywał: „orgazm czubkowy”. Sympatyczny, elokwentny, skupiony, życzliwy człowiek, no klasa! Nie pytany sam z siebie zapowiedział, że w urzędzie nie będzie żadnych kadrowych rewolucji. On nigdy dobrych pracowników z pracy nie wywala. Najwyżej tym, którzy się nie sprawdzili, proponuje przejście na inne stanowiska. Jako szef taką ma filozofię, tak robił na przykład jako wojewoda. A goleniowski urząd to dobry urząd. Zatem ma być spokojna praca od razu, bez personalnej karuzeli. „I niech pan, panie Sekretarzu, tak pracownikom mówi”.

Rajstopy w kiosku to grzech Zdjęcie: frega24.pl

Rajstopy w kiosku to grzech
Zdjęcie: frega24.pl

Kryształowy obraz zarysował mi się trochę już tego pierwszego dnia, kiedy burmistrz postanowił obejść cały urząd. W końcu nie tylko dla mnie był kimś nowym, inni pracownicy też znali szefa raczej z opowieści i zdjęć, niż osobiście. Wszystko było OK, choć burmistrzowski gabinet mu się nie spodobał, co zapowiadało zakupy nowego umeblowania, lecz jedno miejsce się wyjątkowo nie spodobało – kiosk na parterze, przy Biurze Obsługi Interesantów. Przechodząc obok pan Krupowicz z niesmakiem zauważył leżące gdzieś z boku pakiety z damskimi rajstopami. Stwierdził podniesionym głosem: „Majtek w urzędzie mi tu nikt sprzedawać nie będzie!”. No i była to jego pierwsza historyczna decyzja, podjęta jako Burmistrz Gminy Goleniów. Nakazał zerwać umowę dzierżawy z firmą prowadzącą kiosk. Później pozostał głuchy na wszystkie argumenty: że kiosk jest potrzebny, ma wielu klientów, że prowadzi dla nich usługi ksero, że pracownicy kupują w nim coś do jedzenia i picia, że przecież te „majtki” można z niego wyprowadzić (zastrzegając w aneksie do umowy, czego burmistrz nie życzy sobie w kiosku widzieć), że wypowiedzenie umowy wysyła na bezrobocie osobę kiosk prowadzącą, że czynsz z dzierżawy jest stałym dochodem budżetu, że… Nie pomogły interwencje radnych interpelujących do burmistrza na kilku sesjach. Ukazała się wtedy nieśmiało cecha charakteru p. Krupowicza, która dziś błyszczy w pełnej krasie: jak mam rację, żadne argumenty mi niestraszne, zdania nie zmieniam. Pomieszczenie po kiosku do dziś stoi puste. Może służy jako podręczny magazyn powietrza na wypadek jego nagłego braku?

Później zaś pan Krupowicz już bez wielu słów zabrał się za dalsze działania, znacznie poważniejsze, niż tak drobiazgowo opisana likwidacja kiosku. Całkowicie przeczące jego zapowiedziom. W pierwszych dwóch tygodniach pracy burmistrz spokojnie zdemontował budowany przez wiele lat przez poprzedników szkielet organizacyjny urzędu, pozbywając się także znacznej części osób na stanowiskach kierowniczych. Szczegółów nie będę poruszał. Z jednej strony dziś Państwa z pewnością nie zainteresują, z drugiej zaś obiecałem Robertowi Krupowiczowi publicznie tego nie roztrząsać. Taki gentelmen’s agrement.

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

W ciągu dwóch tygodni od pierwszej rozmowy już byłem pewien, że nie chcę być podwładnym Roberta Krupowicza. Nie tylko, że nie miał on dla mnie żadnej prawdziwej pracy, ale nawet gdyby ją miał, raczej długo byśmy ze sobą nie wytrzymali. Koncentracja złego postępowania, jaką miałem nieprzyjemność przez ten czas zaobserwować w wykonaniu nowego szefa, przerosła znacznie moją wytrzymałość. Nie miałem zamiaru firmować jej moim nazwiskiem. I zrozumiałem też, że żadna pensja nie wynagrodziłaby mi konieczności codziennego z nim bytowania. Postanowiłem poszukać sobie nowego zajęcia, choć oczywiście łatwo takiej decyzji się nie podejmuje. Na moją prośbę, której wcale nie motywowałem i obecnie też nie mam zamiaru wyjaśniać, burmistrz przystał. Z pewnością takie rozwiązanie było dla niego niespodzianką, ale na pewno było mu na rękę. Tym, którzy twierdzili wtedy, że jestem frajerem, dziś odpowiadam: nie żałuję, nie żałowałem i nigdy nie będę tej decyzji żałował.  

Podłego i głupiego postępowania wobec moich kolegów i koleżanek nie wybaczę panu nigdy, panie burmistrzu. Inaczej co do mnie. Żadnych skarg na swój los nie składam, gentelmen’s agrement trwa, nie mam w tej sprawie panu niczego za złe. Postanowiłem jednak Czytelnikom udostępnić na ten temat pewien tekst, który w tamtych dniach popełniłem. Mój jedyny w życiu tekst, którego nie podpisałem własnym nazwiskiem. Posłużyłem się przypadkowym pseudonimem osoby, która miała „wejście” na portal internetowy „Gazety Goleniowskiej” i użyczyła mi dostępu (ja nie mam go do chwili obecnej i żadnych komentarzy tam nie umieszczam). Zabrałem w ten sposób głos w dyskusji pod maleńką notką mojego kolegi Cezarego w rubryce „Komentarz aktualny”:

„Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian. Zmiany były zawsze, także kiedy przychodzili do pracy panowie Chylicki, Lewek czy Wojciechowski. Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane. Zawsze byli zadowoleni z takiego biegu spraw, zawsze też byli niezadowoleni.

Cezary Martyniuk
2011-01-19 12:03″

Oto co napisałem wtedy jako Balbinka na portalu „Gazety Goleniowskiej”:

Nie wytrzymałem, bo są dla mnie sprawy fundamentalne, ważniejsze niż bieżące newsy. Te wlatują nam do ucha bezwiednie i bezmyślnie, a za chwilę stają się dla wszystkich pewnikami. Ilość powtórzeń kłamstwa przekształca je w prawdę, trzeba więc bić na alarm. Inaczej błona ślepoty zarośnie nam całkiem oczy, którymi patrzymy na świat. Przykro mi, że będzie to tak długi elaborat, ale chyba krótko się nie da. Chodzi mi o „komentarz aktualny”, jaki na portalu zamieścił 19 stycznia Cezary Martyniuk. Do „komentarza aktualnego” nie ma niestety możliwości zamieszczania bezpośrednich komentarzy. Taki przywilej gazetowego komentatora, chyba żeby „nasze” zostało na wierzchu. Nie ma sprawy, każdemu wolno mieć własne myśli i komentarze. Gorzej, kiedy komentarz tylko w części wyraża opinie, zaś w części podaje informacje. A raczej „informacje”…

Bo „komentarz aktualny” Cezarego Martyniuka z dnia 19 stycznia (ten o emocjach wokół zmian kadrowych w Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie) zawiera i komentarz, i informacje. Może najpierw warto wskazać te drugie – przygotuje to trochę mój „komentarz do komentarza”. Właściwie cała druga część „komentarza” to informacje. Cytuję:  „Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane.”

I teraz mój komentarz do tych „informacji”… Kim byli „znajomi wiceburmistrza” (nazwiska!)?; jakie osoby spokrewnione/skoligacone (nazwiska!)?; kim są „wpływowi urzędnicy” (nazwiska!)”?; na czym polegają wpływy „wpływowych urzędników”?; ile to jest „wiele osób”?; czy dziecko mogłoby wyjaśnić, po czym poznało „drukowanie” konkursów (rozumiem, że na dyrektorów wydziałów w Urzędzie Gminy i Miasta na początku kadencji 2002-2004)?; czym różni się „drukowanie konkursów ewidentne” od „nie do końca pewnego”?; dlaczego dziecko wcześniej nie poinformowało o swoich podejrzeniach nikogo z dorosłych? Te niby śmieszne pytania mają na celu pokazać różnicę między informowaniem uczciwym, a nieuczciwym. Gdyby Cezary Martyniuk informował uczciwie, nie byłoby o co pytać – po prostu napisałby coś w tym stylu: „Szwagier wiceburmistrza X, Pan Y, został dyrektorem wydziału Z. I to nie jest fajne, bo nie ma wystarczających do tego kwalifikacji i nie może wykazać się wymaganym doświadczeniem.” Albo: „Jak twierdzi jedna z naszych urzędowych „wiewiórek”, szara eminencja Urzędu, niejaki X, żeby doprowadzić do zatrudnienia na urzędniczym stanowisku swojego serdecznego kolegi z wojska, szewca z zawodu, Pana Y – zaszantażował Burmistrza ujawnieniem szczegółów spotkań z Panią Z w jego gabinecie poza godzinami urzędowania.”

Te przykładowe informacje są dziennikarsko uczciwe. Podają konkrety, możliwe do sprawdzenia, posiadające źródło pochodzenia. Tu nie ma insynuacji, mrugania do czytelnika w stylu „wy rozumiecie, a ja wiem”. Zaczepieni mogą wyjaśniać, dementować, bronić się, przedstawiać dowody niewinności albo do wszystkiego się przyznać, nawet dochodzić swych praw przed sądem. Jeśli informacje były prawdziwe – dziennikarz miał je prawo podawać i jest czysty jak łza. Od tego jest – od podawania informacji. I nie jego wina, że ktoś coś złego zmalował. Cóż natomiast uczciwego znajduje się w informacjach podanych przez Cezarego Martyniuka? To po prostu rzut zza węgła pewną smrodliwą substancją, której jak najwięcej ma się przykleić, bo na pewno trochę na obrzucanych zostanie – i odskok z niewinną miną na wcześniejszą pozycję – pozycję komentatora. Bo przecież pisze komentarz, a nie żadne tam informacje… Obrzucony tym czymś mazistym nawet nie spróbuje się odszczeknąć, bo za jaki szczegół się nie złapie – ta śliska substancja wypływa mu między palcami i jeszcze bardziej się rozłazi. A ponadto tworzy się „fakty”, które mają poprzeć wcześniejsze tezy.

Przykro mi, ale tych konkretnych informacji w wykonaniu Cezarego Martyniuka nie było; sama mazista substancja, mająca przygotować usprawiedliwienie dla najpierw napisanego komentarza. Może by i coś konkretnego dałoby się napisać, ale się nie pisze. Redaktor podaje zresztą te „informacje” jedynie w konkretnym celu: jeżeli wskaże, że inni też, to obecny burmistrz jest całkowicie usprawiedliwiony. A co, tylko jednemu wolno robić źle? Zło czynione przez innych miałoby usprawiedliwić zło czynione obecnie.

No i nareszcie dochodzę do tego, co najważniejsze. Do właściwego komentarza wyrażonego przez Cezarego Martyniuka. Cytuję: „Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian.” Dwa zdania, a można byłoby napisać tomy rozpraw filozoficznych, dysertacji prawniczych, nawet powieści psychologicznych i dramatów, zawsze współczesnych. Zapytam naiwnie, jak to wcześniej wspomniane przez redaktora Martyniuka dziecko: a z czego wynika to prawo burmistrza do dobierania sobie współpracowników?

W jakim akcie prawnym zawarty jest przepis, pozwalający usprawiedliwić tak bezsensowną tezę? Wiem, zgadzają się z tym „prawidłem” prawie wszyscy, ale jeszcze raz: jaka podstawa prawna uzasadnia takie postępowanie? I odpowiem: nie ma takiego przepisu… To tylko obowiązująca praktyka, u nas powszechnie akceptowana, a nie mająca nic wspólnego z prawem, logiką, zasadami dobrej organizacji, demokracją, a nawet etyką, nie tylko chrześcijańską. To siedząca w nas zgoda na niezauważanie bezsensu, niesprawiedliwości, rozrzutności i niezgodności z prawem takiej postawy.

Już wyjaśniam, bo pewnie czytający przecierają oczy ze zdziwienia – czego tu się czepiać? Najlepiej wyjaśnić na przykładach. Podam kilka, które mi do głowy przychodzą:

1. W szkole pojawia się nowy dyrektor. Zwalnia 10 nauczycieli (nie, lepiej wszystkich – też by mógł), argumentując, że ma prawo dobierać sobie współpracowników. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i odchodzą na zieloną trawkę spokojnym krokiem. Kurator oczywiście klepie dobrotliwie dyrektora po plecach, a burmistrz załatwia roboty publiczne przy kopaniu rowów dla zwolnionych. Uczniowie cieszą się jeszcze bardziej, bo uwielbiają, jak coś się dzieje innego, niż nudne zakuwanie lekcji. Rodzicom jest to na razie obojętne.

2. Do fabryki produkującej śrubki przychodzi nowy dyrektor. Oczywiście obowiązkowo wyrzuca na bruk całą załogę, bo ma dużą rodzinę i wielu znajomych. Wszyscy oni są zdolni i bardzo szybko nauczą się, jak robić śrubki. Przejściowy spadek produkcji i przychodów firmy rekompensowany jest radością, że atmosfera w zakładzie jest iście rodzinna. Nie zepsuje tego nawet fakt, że inne fabryki produkujące śrubki wygryzły w tym czasie naszą z rynku.

3. W jednej z najlepszych gmin w kraju, zbierającej hurtem wyróżnienia w niemal każdej dziedzinie, stary burmistrz postanowił odpocząć na emeryturze. Jego aparat pomocniczy, czyli urząd gminy, musiał być raczej dość dobry, bo wbrew poglądom niektórych, to nie sam burmistrz i radni decydują o jakości działania organów gminy. Nie zrobiliby wiele, gdyby nie mieli dobrych urzędników do realizacji nawet najlepszych pomysłów. Albo gdyby nie mieli pomysłów, spuszczając się na urzędników, którym płaci się za rozwiązywanie problemów. Wybrano nowego burmistrza, którego „świętym prawem” (chyba wszyscy się zgodzą?!) jest wymienić urzędników na dowolnych innych. Problemu nie ma żadnego, bo dobrych urzędników jest multum. Cóż może być prostszego, niż bycie urzędnikiem? No i dobrze, wymienił. Czemu nie wszystkich, nie wiadomo. Być może miał mało znajomych chętnych do pracy w urzędzie, może pensje były za niskie? Niektórzy bardziej gospodarni mieszkańcy gminy trochę złorzeczyli odchodzącym urzędnikom, że ich zwalnianie kosztowało kupę szmalu, za co powinni się wstydzić. A te darmozjady nawet nie próbowały się wytłumaczyć czy przeprosić. Może dlatego, że nikt im nie udzielił głosu. Gdyby udzielił, z pewnością by się pokajali. Natomiast po zaledwie 3 latach mieszkańcy będą mogli już próbować przychodzić do urzędu załatwiać swoje sprawy. Właśnie  pracujący tam nowi urzędnicy ogarną się trochę z robotą, przestaną szukać min pozostawionych przez poprzedników i nabiorą rzetelnych kompetencji. Trochę szkoda, że za chwilę następne wybory, a po nich załoga wyleci z roboty. Bo nowowybrany burmistrz oczywiście przyprowadzi swoich nowych urzędasów – takie ma prawo. Oczywiste dla wszystkich.

To ja protestuję! To „oczywiste prawo burmistrza” jest prawem zbója łupiącego wszystkich spoza swojej własnej bandy, mafiozo liczącego się tylko z dobrem swojej mafijnej rodziny. Nieważne, czy rodziny politycznej, czy kolesiowskiej ferajny. Jest to prawo do oficjalnego i powszechnie akceptowanego nepotyzmu na dowolną skalę. To potulna zgoda owieczek na bycie strzyżonym i dojonym ze swoich podatków, wyrzucanych w błoto na bezsensowne i pozorne reorganizacje. To przyzwolenie na dzielenie łupów w podbitym kraju. Przesadzam świadomie, bo różnica jest tylko w skali grabieży.

Może więc urzędnicy to święte krowy, paniska nie do ruszenia, nieusuwalni i chronieni przez specjalne przywileje? Nic z tych rzeczy. Tak jak zły kamieniarz nie sprzeda swoich nagrobków, jak zły sklepikarz straci klientów, jak zły robotnik wyleci za nadmiar braków, jak zły architekt pójdzie do więzienia za niezgodnie ze sztuką zaprojektowany i zawalony most – tak i na złych urzędników są kary, do wyrzucenia z pracy włącznie. Tylko trzeba im wykazać, że źle pracują, że są niekompetentni, że nie szanują interesantów, że po prostu partaczą swoją robotę. Tego niestety nie da się załatwić jednym zarządzeniem burmistrza, bo wymaga bardzo sumiennych, obiektywnych i konsekwentnych działań, indywidualnie wobec każdego z badanych.

Chcesz burmistrzu wprowadzić swoich, bo do zastanych nie masz zaufania? Dobrze, tylko zrób to zgodnie ze sztuką. Wiesz, że biorą łapówki – zgłoś przestępstwo do prokuratury. Spóźniają się i bumelują? Karz ich zgodnie z regulaminem pracy, do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie. Zwalniaj ich, gdy są niekompetentni, nierzetelni, działają niezgodnie z prawem. Gdy ich winą jest coś więcej, niż tylko bycie „nie z tego układu”. To nieprawda, że wywalić z pracy można za nic. Jeśli to zyskuje przyzwolenie, niech wstydzą się przyzwalający. A gdy masz burmistrzu lepszych, to ich zatrudnij i daj okazję się wykazać, sprawdzić i porównać. Piszę to nie o burmistrzu Krupowiczu, tylko o każdym, który znalazłby się na jego miejscu.

Burmistrza wybierają wyborcy, ale tylko jego dotyczą wybory. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, że nie musi on nikomu zapłacić stanowiskami w urzędzie po wygraniu wyborów? Jest politykiem, niech płaci politycznymi stołkami. I wyłącznie tymi. Czy nie może na drugi dzień po przyjściu do pracy zająć się wspólnie ze SWOIMI URZĘDNIKAMI normalną pracą, bez tracenia miesięcy czasu, kupy pieniędzy, olbrzymiego zaangażowania na wprowadzenie SWOICH? Czemu ma zniszczyć wspólną inwestycję poprzedników w tworzenie kompetentnej kadry, czemu ma wyrzucić w błoto niemałe pieniądze podatników wsadzone w jej wyszkolenie?

Jeśli ktoś oceni, że to tylko mój naiwny idealizm, jakieś nierealne rojenia, to także zaprotestuję. Taki model działa w niejednym kraju, gdzie polityka odbywa się jedynie do szczebla burmistrza. A niżej pracują fachowcy, którym jest naprawdę obojętne, jak nazywa się ich szef i z jakiej jest partii. Bo oni nie są od polityki, tylko od roboty.

Balbinka

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa Zdjęcie: demotywatory.pl

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Dziś nie wycofuję się z ani jednej napisanej wtedy litery. Dodam jeszcze, że po tym wpisie zadzwonił do mnie kolega Cezary z jednym tylko pytaniem: „Czy to ty jesteś Balbinka?” I znów mu skłamałem, zapierając się w żywe oczy, o czym pewnie dobrze wiedział. Zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia. Po prostu od pierwszej rozmowy z panem Krupowiczem minął już ponad miesiąc, w trakcie którego moje wszystkie złudzenia co do prawości burmistrzowskiego charakteru prysły się jak mydlane bańki nad balią pełną piorących się kalesonów. Myślę, że nie zrozumiałby mojego prawa do zabrania głosu pod własnym nazwiskiem, dając sobie prawo do jakichś represji. Ponadto już wtedy wiedziałem, w styczniu roku 2011, że mój kolega Cezary Martyniuk pełni (na razie społecznie i nieodpłatnie) funkcję osobistego asystenta burmistrza Roberta Krupowicza. I że z pewnością była ona dla niego ważniejsza, niż bycie moim kolegą. A tak łatwo „zabić kogoś gazetą”, o czym niejeden się przekonał. Może jestem naiwnym idealistą, ale nie samobójcą, jakiś elementarny instynkt samozachowawczy jeszcze mi pozostał.

Wszystkim miłośnikom burmistrza Krupowicza radzę zastosować proste kryterium oceny, z którego ja skorzystałem już 6 lat temu. Znajdziecie je w Ewangelii według św. Mateusza gdzie napisano: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Bo nie słowa, nawet najpiękniejsze i najpotoczyściej z ust płynące, dają właściwe podstawy do szacowania czyjejś wartości moralnej. Takimi właściwymi kryteriami oceny ludzkiej moralności są tylko nasze czyny.

 
 

Dobra, dobra, nowe wpisy już wkrótce

07 sie

Wkrótce, czyli od poniedziałku 10 sierpnia. A czemu nie od razu? Bo jest lato… Wszyscy chcą odpoczywać, ja też. Mózg ledwo pracuje, bo w upale trybiki wolniej się kręcą. A poza tym jest mniejszy popyt na poważne tematy. Wprawdzie marzą mi się też tematy niepoważne, ale co się za jakiś taki zabiorę, zaraz cięgnie mnie do zbawiania świata. Zatem, do poczytania za niedługo.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii