RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Nowe felietony’

Powrót z Marsa na ukochaną Ziemię

22 lis

Zbyt długo zajęłoby mi tłumaczenie się z kilkumiesięcznego milczenia. I tak byście nie uwierzyli… Za najbardziej prawdopodobne proszę przyjąć, że porwali mnie Marsjanie, a u nich Internet przez cały czas porwania był zepsuty. Sami więc rozumiecie, że pisać bloga nie było jak.

Marsjanie zwrócili mnie jednak na łono rodziny natychmiast, kiedy ich tajne służby przesłuchały nagranie z ostatniej, czyli październikowej, sesji Rady Miejskiej w Goleniowie. W jej trakcie zaś (wprawdzie boczkiem do mikrofonu, żeby się nie wgrało „do protokołu”) Przewodniczący Łukasz Mituła miejsce, które okupuję wraz z kolegami Czesławem Majdakiem, Krzysztofem Zajko i (czasami) Andrzejem Wojciechowskim, nazwał „ławą toksycznych radnych”. Dziwicie się więc, że Marsjanie oddali mnie ciupasem z powrotem? Oni wiedzą, jak trujący może być dla nich zwykły, przeciętny Ziemianin, choćby jak Przewodniczący Mituła. Czego w takim razie spodziewać się od ludzia niezwykłego, szczególnie toksycznego? Co najmniej zarazy na skalę ogólnoplanetarną, pandemii, która wytłukłaby do reszty i tak niezbyt liczny marsjański narodek! Co najmniej…

Porywają mnie Marsjanie Grafika: iffltd.tumbir.com

Porywają mnie Marsjanie
Grafika: iffltd.tumbir.com

Wciąż nie chcecie uwierzyć w tych Marsjan? A ja nawet fotkę mam, jak mnie porywali. To właśnie ta. Nie jestem podobny? Bo oni potrafią zmienić każdy obraz, żeby później nikt nie chciał delikwentowi ufać, że tak naprawdę było. Dalej nie wierzycie? Że jak mogłem być na sesji, kiedy twierdzę, że wcześniej mnie porwali? A co wy wiecie o Marsjanach? Jakie oni potrafią sztuczki wyrabiać z czasem, z portalami międzywymiarowymi, jak zakrzywiają czasoprzestrzeń, jak ludziom w głowach mieszają…! No, prawie jak Przewodniczący Mituła!

Więc na tej XXV sesji, trochę porwany, a trochę siedzący w „toksycznej ławie” 26 października 2016 r., przedstawiłem Panu Burmistrzowi Krupowiczowi kilka pytań, a wśród nich to jedno, o którym będzie dziś. Działo się to w punkcie „Interpelacje i wnioski radnych”, czyli pod sam koniec długiej sesji, kiedy jak zwykle utyskiwań radnych wysłuchują już tylko śpiące po kątach sali pająki. Stąd przytoczę swoje zapytanie w całości, bo raczej jego treści Państwo nie znacie. Całej sesji też przecież nie znacie, skoro w jedynym pisanym medium naszego powiatu nie ukazało się na jej temat ani jedno słowo. Otóż powiedziałem wtedy tak:

„3. Z „Gazety Goleniowskiej” pochodzą informacje odnośnie planów fizycznej likwidacji Gimnazjum nr 1 przy ul. Kilińskiego w Goleniowie. Szkoda, że tylko tą drogą można się czegoś dowiedzieć o zamiarach Burmistrza w sprawach tak istotnych w skali życia naszego miasta. Uważam, że zanim padną konkretne zapowiedzi działań, powinny one zostać omówione na forum Rady Miejskiej. Szczególnie zaś w trakcie prac merytorycznych komisji. Proszę o przedstawienie szczegółów niniejszego planu.”

Jeszcze parę słów dołożyłem, żeby trochę dojaśnić, o co mi chodzi. Niestety nie mogę dosłownie zacytować, bo protokołu z sesji jeszcze nie ma.  Zresztą, nic istotnego, tyle tylko, żeby było wiadomo, że interesuje mnie zaprzestanie istnienia szkoły w tym budynku, w którym od dziesiątek lat ona działa w różnej szacie organizacyjnej. Bo przecież o likwidacji gimnazjum jako typu szkoły w Polsce to nawet siedząc na Marsie nasłuchałem się aż nadto.

Pewnie zbyt duże niedoinformowanie okazałem tym zapytaniem, ale naprawdę niczego o planach Burmistrza, poza plotkami, na Marsie dowiedzieć się nie mogłem. Bezcenna „Goleniowska” dochodzi tam rzadko, zaś Internet, jak już mówiłem, był zepsuty. Musi i tak niczego konkretnego nie było w tej sprawie, bo gdyby znane były fakty, nie byłoby komu plotkować. A plotki były, i to nawet na Marsie.

Odpowiedzi udzielił mi sam Burmistrz Krupowicz. Nawet nie wiecie, jaki to zaszczyt pić wodę prawdy z jej samego najważniejszego źródła. Dostępuję tego szczęścia nadzwyczaj rzadko, gdyż zwykle muszą mi wystarczyć zastępcze odpowiedzi Zastępców pana Burmistrza. Cóż mi zatem burmistrz powiedział? Otóż to:

Odpowiedź na interpelację

Przypadkowo zupełnie, głównie z powodu tego wspomnianego porwania, odpowiedź dotarła do mych rąk po dłuższym czasie, właśnie w poniedziałek 21 listopada. Wziąłem ją z półki w Biurze Rady Miejskiej, siadłem w domu przy herbatce, i sobie przeczytałem. Bardzo się ucieszyłem, że te plotki okazały się tylko plotkami. Nawet zacząłem przypuszczać, że to Marsjanie chcieli załamać moje morale fałszywymi doniesieniami z rodzinnego Goleniowa. A okazuje się, że to tylko zmyłka. Burmistrz Gimnazjum nie likwiduje, a jego pracownicy dalej siedzą i głęboko analizują. Tak samo było już pół roku wcześniej, kiedyśmy się na posiedzeniach komisji Rady dopytywali o reformatorskie zamierzenia naszego rządu. Jak mówiono wtedy: musimy czekać, aż się coś wyjaśni.

Zastanowiło mnie tylko, że przecież to gimnazjum, jak wszystkie w Polsce, i tak ma być zlikwidowane. A plotki, które krążyły, mówiły o fizycznej likwidacji działalności szkoły (jakiejkolwiek) w budynku przy ul. Kilińskiego. O to przecież mi chodziło, kiedy zadawałem pytanie, a nawet je dojaśniałem. – A tam, wydziwiasz! Dostałeś jasną, prostą odpowiedź, z najważniejszego źródła, a szukasz drugiego dna – tak sobie pomyślałem. Dla odprężenia zapuściłem Internet, a tam w jednym z ulubionych miejsc przeczytałem sobie to:

Wpis z profilu Burmistrza Roberta Krupowicza o likwidacji Gimnazjum nr 1 w Goleniowie

Wpis z profilu Burmistrza Roberta Krupowicza o likwidacji Gimnazjum nr 1 w Goleniowie

Zrobili mu Marsjanie z gęby cholewę Grafika: Ireneusz Zygmański

Zrobili mu Marsjanie z gęby cholewę
Grafika: Ireneusz Zygmański

Nie mylicie się, to profil fejsbukowy Pana Burmistrza Krupowicza. Wprawdzie mi trochę prawą stronę obcięło, ale jak klikniecie na fotkę, ukaże się w całej okazałości. I tam właśnie w poniedziałek 21 listopada napisał tak PBK (Pan Burmistrz Krupowicz) o temacie, o który pytałem w swojej interpelacji. W tej chwili siedzę nadal z rozdziawioną ze zdziwienia gębą, patrząc raz na kartkę z burmistrzowską odpowiedzią dla mnie, a raz na jego fejsbusiowy profil z pokazanym wyżej wpisem. I naprawdę już nie wiem, czy to mnie Marsjanie porwali i przerobili na piękną brunetkę, czy to jednak nie porwali PBK, żeby mu przerobić gębę na cholewę…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Rzućcie wszystko w kąt: pora na czarny bez

04 cze

Sprawca zamieszania - czarny bez w pełnej krasie Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Sprawca zamieszania – czarny bez w pełnej krasie
Zdjęcie: www.czarnybez.pl

Obfotografowana niedawno wiosna odchodzi już szybkim krokiem, a gorące lato dyszy za progiem parnym oddechem. Szkoda wiosny, trwa tak krótko… Nie martwmy się i nie narzekajmy, zawsze przecież coś da się uratować. Fotki z wiosennych dni pokażą kolory i kształty. Lecz co ze smakiem i zapachem wiosny? Właśnie nadarza się idealna okazja, by przytrzymać trochę uciekinierkę za nogi, skraść jej jakiś klejnot i przechować w bezpiecznym sejfie aż do następnego roku. Jest taki sposób – trzeba zamknąć wiosenne skarby w butlach i słojach, przerabiając za pomocą alchemicznych czarów na syropy i nalewki. Do tego Was dziś spróbuję namówić.

Robieniem nalewek zajmuję się już kilkanaście lat. Trochę doświadczenia już więc nazbierałem i mogę się nim podzielić z każdym chętnym. Coraz więcej osób bawi się w takie hobby, a ja z radością spotykam coraz to nowych znajomych oddających się tej rozrywce. Jednak wielu niewtajemniczonym nalewki źle się kojarzą. Albo z jakimiś słodkimi ulepkami, mdlącymi i słabymi w smaku, albo z kolorowymi podróbkami dla pijaków, nieudolnie naśladującymi coś znośnego do picia. Zaręczam wszystkim wątpiącym, że prawdziwe domowe nalewki nie mają nic wspólnego z alkoholizmem. Za to służą zdrowiu na kilka sposobów, no i wspaniale relaksują w naszych zestresowanych i zagonionych czasach.

- Picie relaksuje? – zapyta ktoś. – Do czego ty nas namawiasz? I gdzie tu zdrowie? – No właśnie w nalewkach – odpowiadam. I wcale nie tylko w piciu, lecz w ich robieniu. Ich wartością nie jest alkohol, bo on służy do zakonserwowania właściwości roślin, z których robimy nalewkę. To z nich wynika zdrowotne działanie, bardzo różne dla każdego gatunku. Czy już samo wyjście z domu, kontakt z naturą i  spacerowanie po świeżym powietrzu nie poprawiają zdrowia? A wyjść trzeba, bo bez zebrania w naturze surowca przecież niewiele zrobicie. Wielu głównych składników nie da się po prostu kupić w sklepie. Ich pozyskanie wymaga wiedzy, sprytu, lecz rzadko pieniędzy. Czasem potrzeba detektywistycznych umiejętności, żeby odszukać dobre miejsce, w którym rośnie nasze potrzebne zielsko, a czasem akrobatycznych, żeby tam wleźć, zebrać surowiec, a jeszcze się przy tym nie zabić, spadając na kark. Obróbka i przygotowanie wielu owoców, kwiatów czy liści uczy cierpliwości, dokładności i daje możliwość rodzinnej współpracy. Przyznajcie, niewiele jest prac, które cała rodzina robi wspólnie. A w czyszczeniu czy przebieraniu zebranego surowca pomóc mogą nawet najmłodsi. Nie będę ukrywał, że mnie jednak interesują głównie walory smakowe i towarzyskie nalewek.

Smaki są niepowtarzalne, charakterystyczne dla każdej rośliny. Poza tym to nalewkarz sam decyduje, jak skomponować swoje nektary. Jasne, są gotowe przepisy, trzeba z nich skorzystać. Po jakimś czasie możecie spróbować samemu coś zmienić, poprawić, ulepszyć. Ani podane w przepisach składniki, ani ich proporcje nie są święte. Jeśli Wam coś wyjdzie za słodko (kwaśno, gorzko czy ostro), następnym razem można przecież postąpić inaczej. No i samemu można poeksperymentować, by zmienić kolor, mętny lub nudny, wyostrzyć ulubione smakowe nutki, dodać bądź ująć mocy, przerobić coś nieudanego na coś genialnego.

Jeszcze większej cierpliwości trzeba się nauczyć, kiedy nalewka dojrzewa. Niektóre potrzebują kilku dni, inne tygodni, większość miesięcy, zaś bywają i „oporniki”, którym potrzeba kilku lat dla osiągnięcia pożądanego efektu. Ale kiedy już nasze cudo dojrzeje, przychodzi pora na nagrodę. Jak to fajnie, kiedy siądą z Wami goście do stołu, by posmakować (koniecznie w małym kieliszku, malutkimi łyczkami i w niedużych ilościach!) jakiejś tajemniczej mikstury, zrobionej własnoręcznie przez dumnego gospodarza domu… Który zresztą próbuje gości namówić na odgadywanie: – No i z czego to jest? Nie bójcie się, zawsze w końcu z dumą wyzna, jaką wspaniałość zamknął w butelce. I na pewno z ochotą, kiedy goście pochwalą jego dzieło, wręczy wielkodusznie ładną butelkę pyszności w prezencie. I to jakim – takiego czegoś nie dostaniecie już nigdy, nigdzie i od nikogo!

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Drzewko sąsiadów, kiedy dopiero zaczęło kwitnąć
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Do konkretów, dziś chcę namówić Was na roślinę i cudowną, i łatwo dostępną zarazem. CZARNY BEZ! Choć obecnie rośnie prawie wszędzie, niemal jak chwast, niewielu na niego nawet spogląda. Szczególnie o tej porze roku, bo przecież nie ma teraz owoców, charakterystycznych czarnych jagódek, zebranych w baldachach. Rzeczywiście, nie ma, ale ma coś znacznie lepszego: KWIATY! To z nich zrobicie dwa wspaniałe przetwory, które tu pragnę zarekomendować – syrop oraz nalewkę. Właśnie w tej kolejności. Syrop jest po pierwsze znacznie prostszy do zrobienia i ma szersze zastosowanie. Nalewka jest przede wszystkim dla koneserów. Możemy też obie delicje zrobić na raz, za jednym zamachem.

Najpierw skąd brać surowiec i jak go pozyskać? Jak wspomniałem, czarny bez rośnie wszędzie: w mieście i poza nim. Radzę oczywiście wyjść z miasta (właściwie w dowolnym kierunku), bo tam jest czyściej, bez spalin i zawartego w nich ołowiu, który raczej zdrowy nie jest.  Wybierajmy takie drzewa, które rosną w miejscach jak najbardziej oddalonych od dróg. Kwiaty, wbrew nazwie rośliny, są białe jak śnieg. Trzeba je zbierać zawsze w suchy dzień, o ile można rano lub do południa, najlepiej 2-3 dni po deszczu, który spłukał z nich kurz i brud. Po zebraniu nie będziecie już mogli baldachów umyć, bo wypłuczecie z nich niezbędny pyłek. Bierzmy te kwiatostany, które mają świeży jasny kolor i są w początkowej, a nie w końcowej fazie kwitnienia. Przekwitające baldachy nadadzą bardziej cierpkiego lub gorzkiego smaku syropowi lub nalewce, a przecież nie o to nam chodzi.

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Już za parę dni te kwiaty będą do zrywania
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dodam, że należy unikać gałęzi, na których usadziły się mszyce. Uwielbiają one czarny bez i czasami aż oblepiają kwiaty i liście czarnym kożuchem. Krzywdy nam nie zrobią, ale przecież nie chcemy zrobić nalewki z mszyc, prawda? Po prostu weźmy czyste kwiatostany, a mszyce omijajmy. Bierzmy duże, w pełni rozwinięte baldachy, obcinając je najlepiej nożycami. Już w domu rozłóżmy je na papierze lub płótnie, by pozbyć się nieproszonych gości – owadów czy pająków. Lepiej w tym celu kwiatów nie wytrząsać, bo wypada z nich cenny pyłek. Aha, na końcu policzmy ile kwiatostanów zebraliśmy, bo w przepisach podaje się ilość baldachów i do niej stosuje się proporcje innych składników.

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Te kwiaty będą już niedługo idealne do zbioru
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Surowiec powinien być przerobiony TEGO SAMEGO DNIA. Ścięte kwiaty szybko żółkną lub ciemnieją, a nawet mogłyby zacząć się psuć, co zawsze wpłynęłoby negatywnie na końcowy efekt. Niektórzy wprawdzie przechowują kwiaty przez noc w lodówce, jeśli nie mają czasu na robienie przetworów tego samego dnia, lecz pogorszy to ich jakość. Można też kwiaty (o ile się da, bez zielonych gałązek) zalać odrobiną soku z cytryny z dodatkiem cukru i pozostawić lekko przykryte w lodówce. Znów dodam, że ze stratą jakości. Więc po co? Zatem przygotujmy pozostałe składniki już wcześniej, nie zapominając też o niezbędnym sprzęcie. A są nim duże słoje, w których będziemy robić nasze transformacje. Ja mam do tego szczelnie zakręcane 5-litrowe słoje z szerokim otworem, co znacznie ułatwia wszystkie operacje.

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Zebrane kwiaty natychmiast trzeba zużyć
Zdjęcie: www.poradnikzdrowie.pl

Słój kwiatów przygotowany do zalania Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

Słój kwiatów przygotowany do zalania
Zdjęcie: zchatynakoncuwsi.blogspot.com

A to już zalane słoje przed odcedzeniem Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A to już zalane słoje przed odcedzeniem
Zdjęcie: wegetarianka.blox.pl

A teraz przepisy. Najpierw będzie syrop. Wykorzystacie go przede wszystkim do rozcieńczania wodą, co już wystarczy, by otrzymać wspaniały napój. Jeśli dodacie lodu i listek mięty do wody gazowanej – otrzymacie świetny bezalkoholowy orzeźwiający koktajl na lato, o oryginalnym smaku. Można też syrop dodawać do prawdziwych koktajli (mniej lub bardziej procentowych), ciast, deserów czy lodów. Uwaga: to jest BARDZO SŁODKI syrop. Trzeba go brać malutko, ostrożnie i z umiarem. Oczywiście jest wiele wariantów tego przetworu, lecz podam Wam swój wypróbowany.

Syrop z kwiatów czarnego bzu

30-40 baldachów czarnego bzu

2 kg cukru

4 dag kwasku cytrynowego lub sok z 1 średniej cytryny (lepiej!)

1 litr przegotowanej zimnej wody

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Najlepiej przechowywać syrop w takich butelkach
Zdjęcie: www.kulinarneprzygodygatity.pl

Bezpośrednio nad naczyniem w którym będziemy przygotowywać syrop,  odcinamy kwiaty tak, by było jak najmniej części zielonych. Im więcej jest kwiatów, tym mocniejszy będzie syrop, jednak nawet z kilkunastu dużych baldachów wyjdzie całkiem niezły. Kwiaty delikatnie przyciskamy w naczyniu, zalewamy wodą, wsypujemy kwasek lub wlewamy sok z cytryny. Płyn powinien zakryć kwiaty całkowicie, więc można je obciążyć. Naczynie zamknąć, odstawić na 2-3 dni w ciemne miejsce. Warto codziennie przemieszać zawartość słoja. Później filtrujemy ją przez gazę lub grube płótno. Otrzymamy żółtawy płyn, do którego w większym garnku wsypujemy powoli cukier. Należy go dodawać powoli, stale ucierając. To ważna faza, bo cukier z biegiem czasu rozpuszcza się coraz trudniej. Musi go jednak być dużo, bo tak robiony syrop nie będzie pasteryzowany, a stać będzie mógł długo i się nie zepsuje. Pod koniec, gdy płyn nie chce już przyjmować cukru, można dolać kieliszeczek wody. Starać się trzeba jednak wkręcić cały cukier do płynu. Im więcej, tym lepiej. 

... choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

… choć mój własny syrop już rok stoi w zwykłej monopolówce
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Następnie dokładnie filtrujemy syrop i przelewamy do wyparzonych butelek z drucianym zamknięciem (takie lepsze) lub szczelnie zamykanych na zakrętkę. Przechowuję zawsze w piwnicy (bo mam nieogrzewaną!), ale można też w lodówce. Po otwarciu syrop trzymamy w lodówce, bo w cieple może zacząć fermentować. Tak zrobiony syrop nigdy jeszcze mi się nie zepsuł, nawet stojąc cały rok! Na dnie butelek może tworzyć się osad, a i w szyjce butelki na wierzchu też może pojawić się cieniutki „korek”. To całkiem naturalne i niczemu nie przeszkadza. Po jej otwarciu delikatnie go zdejmujemy, by nie dostał się do produktów, które będziemy syropem zaprawiać.

Teraz nalewka. Będzie mocna, działająca napotnie i rozgrzewająco, więc nigdy nie można z nią przesadzić w konsumpcji. Natomiast kiedy przyjdziecie do domu zimą zmarznięci lub z przemoczonymi od chlapy nogami, wlejcie sobie pięćdziesiąteczkę i wypijcie małymi łyczkami. Niejednego uratowało to przed przeziębieniem, zaś smak wiosny, który sobie przypomnicie, to dodatkowa frajda.

Nalewka z kwiatów czarnego bzu „Bzik”

50-60 baldachów kwiatów czarnego bzu

2 cytryny (20 dag)

2 limety (20 dag)

50 dag cukru

1 l wody

1 l spirytusu 96%

1 płaska łyżeczka sproszkowanego  suszonego korzenia arcydzięgiela (do nabycia w sklepach zielarskich)

Z wody i cukru ugotować syrop i odstawić do przestygnięcia. Cytryny wyszorować namydloną szczoteczką, opłukać gorącą wodą, pokroić w cienkie plastry i wybrać pestki. Do wyparzonego wrzątkiem słoja włożyć kwiaty czarnego bzu, przekładając plastrami cytryny. Zalać syropem, przykryć słój pergaminem i postawić w nasłonecznionym miejscu na 10 dni. Codziennie sprawdzać, czy sok nie fermentuje (wyraźnie widać wtedy bąbelki gazu na powierzchni). Jeśli tak, należy zawartość słoja przemieszać wyparzoną łyżką. Po 10 dniach sok przecedzić przez sito wyłożone gazą, połączyć ze spirytusem, wymieszać, dodać sok wyciśnięty z limet. Przelać do litrowych butelek, do każdej wsypując pół łyżeczki arcydzięgiela, odstawić na miesiąc w ciemne miejsce. Należy co 3-4 dni potrząsać butelkami. Później przez 2 tygodnie zostawić butelki w spokoju, żeby płyn się sklarował. Potem ostrożnie zlewamy płyn, żeby nie wzburzyć osadu. Osad oddzielnie przesączamy przez gęsto złożoną gazę (jak do jałowych opatrunków), położoną na dnie sita. Ja stosuję do tego duży lejek, do którego do dzióbka wkładam „korek” z gazy. Potem cały uzyskany płyn ponownie powoli przesączam przez gazę (jak wyżej, przez korek wsadzony do dzióbka lejka) do słoja. Nie ma lecieć ciurkiem, tylko kapać, wtedy będzie idealnie klarowny. Później przelewam nalewkę do butelek, które odstawiam jeszcze na miesiąc do piwnicy. Po tym można ją już pić. Jak każda nalewka, im dłużej stoi, tym jest lepsza.

"Bzik" z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów) Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

„Bzik” z trzech różnych lat: 2015, 2014, 2016 (daty zbierania kwiatów)
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jak widać na zdjęciu, z różnych lat nalewka ma różne kolory. To raczej wynik moich eksperymentów z obróbką zerwanych z drzew kwiatów, niż rezultat długiego leżakowania. Ciemniejszy kolor w środkowej butelce (najstarszej) pochodzi przede wszystkim od zielonych ogonków liściowych, których kiedyś dawałem więcej. Nowsze nalewki, robione dwa lata temu i w zeszłym roku, są jaśniejsze, bo ogonki obcinałem dokładniej. I tak jest lepiej – smak jest delikatniejszy, szlachetniejszy.  

I to by było na tyle. Śpieszcie się, czarny bez już jest prawie idealny do zebrania, a czekać przecież nie będzie. Za pierwszym razem możecie spróbować na niewielkiej próbce, żeby sprawdzić wiarygodność mojej reklamy. Później, w następnych latach, zrobicie sobie tyle, ile dusza zapragnie. Dacie spróbować znajomym, przekażecie im przepisy, nauczycie ich robić, a oni nauczą innych. I zapewne będziecie z utęsknieniem czekać na kolejny początek czerwca, żeby przygotować zapasy na następny rok. Zaręczam. Jak inaczej przetrwacie długą jesień i zimę bez zakonserwowanej w nich wiosny?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wiosenny reportażyk fejsbukowo zainspirowany

15 maj
Krokusy kwitną wiosną Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Krokusy kwitną wiosną
Zdjęcie: ogrodwmiescie.pl

Nie będę ukrywał, do przygotowania dzisiejszego wpisu zdopingował mnie sam pan Burmistrz Robert Krupowicz. A konkretnie jego fejsbukowy profil, na który niedawno zupełnie przypadkiem się natknąłem, szukając przez Google ładnych zdjęć wiosennych. – Jak to przypadkiem? – zapyta ktoś ze zgrozą. – To ty nie czytasz najważniejszego gminnego źródła informacji?! Człowieku, żółta kartka! Skąd ty, mamucie jeden, bierzesz wiedzę? Pewnie dlatego ciągle taki niedoinformowany jesteś, panie radny!

No dobra, już któryś raz ze skruchą wyznaję, że świat Facebooka mnie nie pociąga. Jakiś wcześniej urodzony jestem, w czasach, kiedy rozmawiało się face to face (twarz w twarz), a nie przez fale Internetu. Przyzwyczaiłem  się też, że w takiej zwykłej rozmowie widzę czyjąś twarz, a nie „face”; że ktoś do mnie mówi, a nie skąpo cedzi telegraficzne półzdanka. A tak naprawdę nie ma nic do mnie, lecz popiskuje do całej uśrednionej fejsbukowej ludzkości, która niczego dłuższego niż dwie linijki nie czyta. Zresztą wcale nie ma czytać – ma lajkować, do tego cały wysiłek pisarski zmierza. Sztuczne to dla mnie jakieś, płytkie i schematyczne, na siłę przyjazne, ekshibicjonizmem mi pośmierduje, lizusostwem i sztampą. No, ale o co się obrażać? Świat jest już inny, zasady ma takie i albo się dostosujesz, albo cię nie ma.

Po prawdzie, próbuję się dostosować, ale ciężko mi idzie. Przykładem ten blog. Przecież blog to forma komunikacji już z tego stulecia a nie z omszonej historii, którą tak namiętnie wspominam. I co z tego? Nie ma w nim miejsca na lajkowanie i klikanie w kwadracik, a jak ktoś chce pochwalić, to musi sam coś napisać. Jak się poza tym mają moje długaśne wpisiska do normalnego ludzkiego bloga? Kto ma dziś czas trzy dni pisać tekst? No i kto ma go czas czytać? Stąd ze zdumieniem konstatuję, że jednak czasem jacyś czytacze zaglądają w moje „powieści”… Też pewnie starożytni jak ja. Do dzisiejszych czytelników trzeba krócej, częściej, bez wielokrotnie złożonych zdań, jak do normalnego fejsbukowego ludzia. Tak, jak u pana burmistrza poduważyłeś, blogerze antyczny. Masz wzór, to się ucz!

Ohudzki Ryszard, prezes, klubu "Tęcza" zresztą Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Ochódzki Ryszard, prezes, klubu „Tęcza” zresztą
Zdjęcie: www.polsatsport.pl

Jak powiedziałem, na burmistrzowską „twarzową książkę” trafiłem, szukając wiosennych obrazków. Konkretnie krokusów. Zaraz o nich jeszcze powiem, ale najpierw parę słów o tej „twarzowej książce”. Idealna, poważnie! Dużo, krótko, często, na temat, z obrazkami (ładnymi!), z czarem i talentem. Jest co lajkować, z czego skwapliwie korzystają liczni wielbiciele. Sympatyczna twarz u wejścia (jak pamiętam – fotka z poprzednich wyborów; oczywiście z drugiego plakatowania, bo ten pierwotny Krupowicz patrzący ciężkim wzrokiem Wielkiego Brata był wyjątkowo nieudany). I uroczy tytuł: „Twój Burmistrz Goleniowa”. Oczywiście nikogo z lubiących nie podejrzewam o chęć przypodobania się, jak trener Jarząbek jakiś, co do szafy śpiewał peany Ochódzkiemu Ryszardowi, klubu „Tęcza” prezesowi. Szczególnie zaś nie podejrzewam pracowników Urzędu Gminy i Miasta. Oni po prostu szefa znają i wiedzą, co lubi, a czego nie. Jakiś malkontent mógłby marudzić, że w tytule powinno być „Burmistrz Gminy Goleniów” (taki tytuł zgodnie ze wszystkimi zasadami ma nasz burmistrz), ale o co się czepiać? Trochę dobrej woli, proszę, licentia poetica i tyle.

Inny malkontent mógłby czepić się tych ładnych obrazków. Nie, że ładne, tylko że nie wiadomo, skąd się wzięły. Po prostu brak nazwisk fotografów, zaś jest fizycznie niemożliwe, by właściciel profilu (pan Robert Krupowicz) robił zdjęcia sam. On po prostu na nich JEST. Zachodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że autorem bardzo wielu fotek jest pewien znany goleniowski reporter, pracujący za nasze składkowe (z podatków!) pieniądze na nieurzędniczym stanowisku w goleniowskim magistracie. Burmistrz zatrudnił go tam, by mu jakoby świadczył pomoc w kontaktach z mediami społecznościowymi. Sądzę, że użycie fotografii tego autorstwa da się wytłumaczyć w jakiś prosty sposób: być może reporter z czystej sympatii odstępuje nieodpłatnie smaczne obrazki na prywatny profil burmistrza. A że jest skromny, to i autorstwa nie podaje do publicznej wiadomości. Ludzka i sympatyczna relacja „dobry szef – wdzięczny pracownik”, tak powszechnie wszędzie spotykana. Skromność ma reporter w ogóle we krwi, gdyż innych zdjęć, wykonanych służbowo i zamieszczanych na stronie www.goleniow.pl (oficjalnej stronie gminy Goleniów) także nie podpisuje nazwiskiem. To akurat rozumiem, przecież robi to w ramach obowiązków, w godzinach zapłaconej pracy, jako pracownik Urzędu.

W takim razie, znów zapyta malkontent, w jakich godzinach robione są zdjęcia do burmistrzowskiego profilu? Przecież pokazują burmistrza przy pracy? Oj tam, oj tam… Nie szukajmy wszędzie taniej sensacji. Mistrz aparatu pewnikiem w chwilach robienia prezentowych fotografii dla swojego pryncypała bierze bezpłatny urlop. A kto nie rozumie twórczego połączenia prywaty i obowiązków służbowych, nie rozumie nic z nowatorskiego traktowania stanowisk doradców i asystentów przez Naszego Burmistrza Goleniowa. Nadając zakres obowiązków swemu asystentowi, takie działanie miał burmistrz w intencjach i wszystko jest okej. Miał asystent pomagać w kontaktach z mediami społecznościowymi – i pomaga. Na razie z jednym – z prywatnym fejsbukowym profilem burmistrza, który jest jako żywo medium społecznościowym. Miał „opracować i realizować system komunikacji społecznej” – i wdrożył go, przez tenże profil burmistrza. Miał „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy” – i właśnie twórczo wdraża to w życie poprzez „twarzową książkę” pana Roberta Krupowicza.

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu... Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Pigułki reformackie na przeczyszczenie. Te, co łagodnie podczas snu…
Zdjęcie: wwwslowobraz.net

Jeszcze inny malkontent (kurczę, skąd oni się tak biorą stadami?) zaskrzeczałby, że ten sam reporter, ale już jako pracownik innego zakładu, opłacany przez innego pracodawcę, zawzięcie tępi przejawy propagandy sukcesu innego z burmistrzów naszego Powiatu Goleniowskiego. I słusznie! Bo oni tam temu niefajnemu i niesympatycznemu, a poza tym całkowicie niewłaściwego pochodzenia politycznego włodarzowi, Wydział Propagandy w urzędzie zrobili! Kadzą mu, z każdego drobiazgu rozdmuchują kopę siana, zdjęcia seriami puszczają na portalu gminy, gazety o nim piszą i poematy układają, lizusy jedne! Ten malkontent mógłby twierdzić, że nasz reporter, pracując na dwóch etatach w dwóch różnych zakładach pracy, sam w nich tworzy jednoosobowy wydzialik propagandy. Oczywiście nie zauważa, że tym razem słuszny i fajny, znacznie inteligentniej i mniej ostentacyjnie głoszący chwałę szefa, nie siejący siary prymitywnym piarem, delikatnie i z umiarem tylko głaszczący Naszego Burmistrza Goleniowa. Tak delikatnie i mięciutko, jak ten przed wojną reklamowany środek na przeczyszczenie, co to miał działać łagodnie podczas snu cierpiącego na zaparcie delikwenta.

I jeszcze jednego malkontenta dopuszczę na koniec do głosu, który marudzi mi od dawna, że może jacyś ludzie pracujący u tego niesłusznego burmistrza po prostu mają w zakresie obowiązków taki punkt, jak nasz asystent: „informować opinię społeczną o pracach burmistrza oraz podejmowanych decyzjach dotyczących Gminy”. Przyznam, że mi to też przez głowę przeleciało, ale z powodu rażącej niedorzeczności porównywania Naszego Burmistrza Goleniowa z kimkolwiek przegoniłem tak głupie myśli natychmiast. A tych wszystkich malkontentów też już wyganiam z niniejszego wpisu. Nic tu dziś nie macie do roboty, zawistnicy!

- Ty, autor, gdzie krokusy? No te, co cię niby zainspirowały? I gdzie tytułowy wiosenny reportażyk? Bo się chyba już nie doczekam i idę grillować kaszankę! Przepraszam, już nadganiam, trochę mnie ci malkontenci w bok ściągnęli. Otóż tam krokusy ładne były, na burmistrzowskim profilu, w marcu. Bo marzec mi się najbardziej w tym wszystkim spodobał. Milusi był bardzo, z dwóch powodów nawet. To jeszcze Wam tylko te dwa powody przedstawię, i jadę do reportażyku.

Za cukierka dam się nawet pogłaskać - rozsądna decyzja Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Za cukierka dam się nawet pogłaskać – rozsądna decyzja
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Pierwszy powód uroczy – dzieciaczków tłum przecudnych. Głaskał je pan burmistrz i buział 9 marca w „Misiowym Przedszkolu”, umilając im czas czytaniem bajek, później 16 marca psuł zęby cukierkami uczniom II klasy Szkoły Podstawowej nr 2, a jeszcze 23 marca spędzał urocze chwile z przedszkolakami z „Bajkowej Akademii”, którym zdradzał tajniki zawodu burmistrza. To ostatnie mi szczególnie zaimponowało: już dziś sięgać do tak głębokich rezerw kadrowych! To zapowiada długie rządzenie Nam Miłościwie Panującego, bo zanim ten świeżo wyszkolony narybek dojdzie do dorosłości, żeby go w końcu zmienić na fotelu, jeszcze co najmniej pięciu kadencji będzie potrzeba.

Dzieci przyszłością narodu - w elektorat trzeba najpierw zainwestować Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Dzieci przyszłością narodu – w elektorat trzeba najpierw zainwestować
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nie bierzcie, dzieciaki. Od tego psują się zęby
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Nauka głosowania. Przyda się w przyszłości
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Fryzura a la Michael Jordan, sylwetka i technika też
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz robert krupowicz/

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi Skan: Ireneusz Zygmański

Towarzysz Bierut też lubił fotki z dziećmi
Skan: Ireneusz Zygmański

Z piarowych dziecięcych podpórek politycy korzystają zawsze chętnie, niezależnie od ustroju i przekonań politycznych. Nie chce mi się tej tezy udowadniać szczegółowo, bo musiałbym pokazać całe hordy małych dziewczynek w strojach krakowskich, noszonych obficie na rękach przez różnych starszych panów, i tabuny nieletnich chłopiąt głaskanych po ulizanych główkach z troską o naszą przyszłość narodu. Jako niepoprawny filatelista posłużę się tylko jednym przykładem znaczka wydanego przez Pocztę Polską 1 czerwca 1952 roku z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Widzimy na nim ukochanego Ojca Narodu, Prezydenta naszego ówczesnego, towarzysza Bolesława Bieruta, idącego po ukwieconej łące za rączkę z grupką sympatycznych dziewcząt. Tak mi się jakoś ten obrazek skojarzył, nie wiedzieć czemu… Na marginesie dodam tylko, że projektant znaczka musiał posłużyć się fotomontażem, ale to już inna historia.

No i w końcu drugi powód szczególnej sympatyczności miesiąca marca na burmistrzowskim fejsbuku – krokusy! Bo właśnie w marcu, konkretnie 21., pan Burmistrz zarządził w Goleniowie wiosnę. Jak dobrze, że to zrobił, bo inaczej wiosna pewnie by Goleniów ominęła łukiem szerokim, zapominając nastąpić. I żeby ją specjalnie do nas zaprosić, pan Robert Krupowicz zamieścił te śliczne wiosenne kwiatki. Ach, któż zrobił krokusom tak przecudne portrety? Cymes! Niestety, autorstwo zatajono, a szkoda. I dobrze się stało, że burmistrz musiał powtórzyć zaklinanie wiosny jeszcze raz 26 marca, bo ona (mimo jej urzędowego zarządzenia!) coś się do nas jednak nie kwapiła. Ponownie zamieszczone zdjęcia z krokusami zadziałały (autor!) i w końcu wiosna przyszła. No i ją mamy!

Wiecie, wiosna jest w tak oklepany i banalny sposób piękna, w tak jednoznaczny sposób przez wszystkich wyczekiwana, tak wytęskniona, że jej przyjście jest także oczywistością. Niby czekamy i czekamy, tęsknimy, gotujemy się na pierwsze słońcem ozłocone wiosenne dni, lecz kiedy upragnione przychodzi, nigdy nie zdążymy się nim nacieszyć. A później cały rok znów żałujemy, że jakiś kolor czy zapach wiosny nam umknął, że zakrętasy płatków któregoś kwiatka przegapiliśmy, że znów zapominamy o odurzającej woni majowej nocy. Gdyby tak móc sobie wiosnę zawekować na później, po kawałku, w malutkich słoiczkach i buteleczkach, na długie szare dni i ciemne wieczory zimowej posuchy…

Te zabiegi zaklinania wiosny tak mnie właśnie rozczuliły, że postanowiłem śledzić jej codzienne postępy. Wszystko działo się oczywiście w Goleniowie, w promieniu 300 metrów od mojego domu. Czyniłem inwestygacje regularnie od kwietnia aż do dziś, czego wynikiem będzie właśnie zapowiedziany reportaż. Może właściwiej byłoby go nazwać „Sprawozdaniem z Postępów Wiosny, zarządzonej 21 marca 2016 r. przez Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza”. Jemu to bowiem, w hołdzie za naprawdę fajny profil fejsbukowy, niniejsze dzieło dedykuję.

A teraz już pora na skorzystanie z nauki: jak najmniej słów, jak najwięcej obrazków. Zrobiłem je wszystkie sam, może niezbyt fachowo, zwykłym telefonem, lecz mam nadzieję, że z niech wiosna sama do Was przemówi.

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.  Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Dla mnie od śliwek zaczyna się wiosna.
Ireneusz Zygmański,04.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

Tawuły i berberys – temat dla malarzy.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,27.04.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

To samo miejsce po ponad 2 tygodniach.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Ta magnolia jest jeszcze bardzo młodziutka, ale jak się stara!
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,29.04.2016

Goleniowska specjalność - alejka japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Goleniowska specjalność – alejka japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”. Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

„Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie”.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Berberys nabiera barw po zimowym ponurym fiolecie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bluszcz i trzmielina w kąciku naszego ogródka.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

Bukszpanowy bałwanek, któremu trzeba przystrzyc główkę.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

To nie pożar – to kwitnie pigwowiec chiński…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,05.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… a na biało kwitnie pigwowiec okazały.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński - niespodzianka - jest złoty.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Złotlin japoński – niespodzianka – jest złoty.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiaty jabłoni z bliska – powab i harmonia barw.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Pszczoła uwija się rączo przy kwiatach jabłoni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

… i być trzmielem też ciężka praca.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

W trawie zabieliły się stokrotki, kwintesencja skromności.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kwiatek pierwiosnka jest też skromny, a jakże elegancki.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,07.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Kasztanowiec znów zdążył zarządzić matury; chyba go młodzi za to nie lubią.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Fioletowy bez jest piękny i pachnie odurzająco…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

… i biały też mu w niczym nie ustępuje.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,11.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Taka kępa liliowych bzów tworzy zaporową ścianę zapachu.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Stare tawuły już przekwitły, ale kwitną inne odmiany…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

… które po kilku dniach są już w pełnym rozkwicie.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Nawet w moim akwarium wiosna –żabienica delikatna kwitnie rzadko.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,09.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Młode drzewko pigwy ma już ponad 50 kwiatów…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

… a z każdego może wyrosnąć dorodny owoc.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,12.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

Różowe głogi najpierw spróbowały nieśmiało…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,13.05.2016

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:  Ireneusz Zygmański,14.05.201

… by za kilka dni pokazać swoje najbardziej efektowne suknie. Zdjęcie:
Ireneusz Zygmański,14.05.201

Życie kwiatów jest krótkie - tyle zostało z japońskich wiśni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Życie kwiatów jest krótkie – tyle zostało z japońskich wiśni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.  Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

Jarzębina dopiero kwitnąć zaczyna, a to już zapowiedź lata i później jesieni.
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański,14.05.2016

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Jak mylą pierwsze wrażenia, czyli po czynach ich sądźcie, nie po słowach

07 kwi
Liczą się czyny, nie słowa Zdjęcie: demotywatory.pl

Liczą się czyny, nie słowa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Pod koniec poprzedniego wpisu obiecałem napisać coś o kręgosłupie moralnym miłościwie nami rządzącego burmistrza Roberta Krupowicza. Nie dlatego, że takie mam hobby, że odczuwam głęboką potrzebę analizowania jaźni którejkolwiek osoby. Wręcz przeciwnie, prosty jestem człowiek, moja instrukcja obsługi mieści się na malutkim karteluszku, który żona powiesiła sobie 33 lata temu na lodówce ku codziennemu używaniu. Ludzi o osobowości dla mnie zbyt trudnej unikam raczej jak diabeł święconej wody. Cóż jednak czynić, kiedy ktoś się do nas garnie i gdzie nie postawię nogi, tam pan burmistrz? No i jego skomplikowany charakter, o który potykam się już od kilku lat.

Tak po prawdzie to jeszcze 6 lat temu pana Krupowicza wcale nie znałem. Pierwszym, który zwrócił mi na niego uwagę, był mój dobry znajomy przez wieki, Cezary Martyniuk. Wiem, znacie go też, dziennikarz „Gazety Goleniowskiej” od prehistorii, w stopce redakcyjnej stale uwidoczniony jako członek zespołu. Niektórym znany także od ubiegłego roku jako asystent burmistrza Roberta Krupowicza ds. komunikacji społecznej (cokolwiek miałoby to znaczyć). Oczywiście te dwie funkcje się absolutnie nie gryzą, wszystkie insynuacje na ten temat wepchnę z powrotem do gardeł podłym ludziom je głoszącym. W ostatnim akapicie zeszłorocznego artykułu prezentującego między innymi jego funkcję stwierdziłem, że będę uważnie przyglądać się jego pracy. Dzisiejszy wpis chyba też jest troszkę i o tym.

Zagadałem się, miało być o zwróceniu mojej uwagi na pana Krupowicza. No właśnie, przed rokiem 2010 wiedziałem tylko, że był Wojewodą Zachodniopomorskim przez niemal dwa lata (2005-2007), a w tym czasie zamieszkał na terenie naszej gminy. Pracując w Urzędzie Gminy i Miasta nie miałem ani razu okazji się z nim zetknąć osobiście, bo wojewoda niewiele ma wspólnego z samorządem, nawet twarz była mi znana tylko ze zdjęć. A w roku 2010 okazało się, że ma zamiar kandydować w wyborach na Burmistrza Gminy Goleniów. I z tym właśnie przyszedł kiedyś do mnie kolega Cezary.

Żadna rewelacja, dziennikarze „Gazety Goleniowskiej” pojawiali się w UGiM niemal codziennie, a do mnie jako prostego Sekretarza Gminy Cezary wdeptywał rutynowo. Nie z powodu starożytnej znajomości prywatnej oczywiście, tylko po informacje, jak to dziennikarz. Jednak tego razu, o którym piszę, tak jakoś w wakacje roku 2010, przyszedł po coś innego. Chciał zwierzyć się mi jako koledze, że ma zamiar popierać w nadchodzących wyborach samorządowych (listopad-grudzień 2010) kandydaturę pana Krupowicza. Nie pytajcie, skąd poczuł taka potrzebę, nie wiem. Może uznał, że trzeba mnie ostrzec? Nie bardzo wiedziałem przed czym, przecież w zapowiedziach przedwyborczych kandydat Krupowicz zapowiadał (mówię oczywiście w skrócie) kontynuację działań poprzedników, jedynie zmieniając nieco styl, inaczej rozmieszczając akcenty. Czego się bać?

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Przyznam się, że skłamałem wtedy. Otóż udałem, że ta deklaracja poparcia jest dla mnie niespodzianką i nowością. Po prawdzie zaś wcale nie była. Bo miałem nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że dziennikarz Cezary Martyniuk już kilka miesięcy ciężko pracuje, by przybliżyć postać właśnie tego kandydata goleniowskim wyborcom. Właściwie w każdym kolejnym numerze „GG” pojawiały się treści autorstwa CM ukazujące go jako fajnego gościa. W kontraście do gości niefajnych, jak na przykład niejaki Krzysztof Zajko, obrzydły typ mający także niecną chęć objęcia burmistrzowskiego stolca. Ten niedobry człowiek zresztą czemuś podpadł redakcji „GG” już dużo wcześniej, jako wiceburmistrz przy jeszcze bardziej wrednym typie, długoletnim burmistrzu Andrzeju Wojciechowskim. Oj, nie miała ta ekipa medialnego wsparcia, wiem coś o tym. Bądźmy sprawiedliwi, żadna wcześniejsza ekipa takiego wsparcia nie miała. Ani za burmistrza Mirosława Chylickiego, ani za „wczesnego” Wojciechowskiego, ani za Andrzeja Lewka, burmistrza przed „późnym” Wojciechowskim.

Zapytałem kolegę sprytnie i naiwnie, czym pan Krupowicz się zasłużył w jego oczach, by powierzać mu najwyższy gminny fotel. Na to usłyszałem dość oględną krytykę zarówno kandydata Krzysztofa Zajko, jak i jego kuzyna, też kandydującego w wyborach, Henryka Zajko. Nie wolno było (zdaniem Cezarego) dopuścić żadnego z nich do władzy, bo razem stworzyliby familijny gang, a jedynym lekarstwem na to miał być (zdaniem Cezarego) tylko Robert Krupowicz. A jego Cezary lubi, bo jest fajny i był wojewodą. O tym drugim już wiedziałem, fajność pojawiła się jako nowa informacja. Wprawdzie prorokował, że pewnie tandem i tak wybory wygra (albo jeden pan Z., albo drugi, tertium non datur), ale on będzie się starał ułatwić drogę panu Robertowi. Święte słowa, tak było, ułatwiał jak mógł.

Później wszystko poszło jak z bicza trzasnął. Obaj panowie Z. pobili się w pierwszej turze, w wyniku czego Krzysztof prowadził w wyścigu o fotel przed Robertem Krupowiczem. Lecz w drugiej turze pan Krupowicz okazał się czarnym koniem i wygrał wyścig. Śmieszne, gdyby (jak sugerował kolega Cezary) „straszny” duet panów Z. skonsumował zmowę i nie wchodził sobie nawzajem w paradę, jeden z nich wygrałby w cuglach w pierwszej turze, osiągając ponad 50% głosów. Nie ma co, sprytny spisek. Po wyborach okazało się zresztą, że spisek rzeczywiście był: pana Roberta Krupowicza z panem Henrykiem Zajko. Zawarty ponadto już przed momentem, w którym mój kolega przyszedł mnie uświadomić gdzie leżą konfitury.

Zaraz po drugiej turze wyborów, jak pamięć mi podpowiada w piątek 10 grudniu 2010 r., nareszcie miałem okazję zapoznać się z panem Krupowiczem osobiście. Pierwsze wrażenie – pewnie jak pierwsze wrażenia wszystkich spotykających się z nim po raz pierwszy w życiu: słodycz, zachwyt, entuzjazm, jak mój znajomy taki stan nazywał: „orgazm czubkowy”. Sympatyczny, elokwentny, skupiony, życzliwy człowiek, no klasa! Nie pytany sam z siebie zapowiedział, że w urzędzie nie będzie żadnych kadrowych rewolucji. On nigdy dobrych pracowników z pracy nie wywala. Najwyżej tym, którzy się nie sprawdzili, proponuje przejście na inne stanowiska. Jako szef taką ma filozofię, tak robił na przykład jako wojewoda. A goleniowski urząd to dobry urząd. Zatem ma być spokojna praca od razu, bez personalnej karuzeli. „I niech pan, panie Sekretarzu, tak pracownikom mówi”.

Rajstopy w kiosku to grzech Zdjęcie: frega24.pl

Rajstopy w kiosku to grzech
Zdjęcie: frega24.pl

Kryształowy obraz zarysował mi się trochę już tego pierwszego dnia, kiedy burmistrz postanowił obejść cały urząd. W końcu nie tylko dla mnie był kimś nowym, inni pracownicy też znali szefa raczej z opowieści i zdjęć, niż osobiście. Wszystko było OK, choć burmistrzowski gabinet mu się nie spodobał, co zapowiadało zakupy nowego umeblowania, lecz jedno miejsce się wyjątkowo nie spodobało – kiosk na parterze, przy Biurze Obsługi Interesantów. Przechodząc obok pan Krupowicz z niesmakiem zauważył leżące gdzieś z boku pakiety z damskimi rajstopami. Stwierdził podniesionym głosem: „Majtek w urzędzie mi tu nikt sprzedawać nie będzie!”. No i była to jego pierwsza historyczna decyzja, podjęta jako Burmistrz Gminy Goleniów. Nakazał zerwać umowę dzierżawy z firmą prowadzącą kiosk. Później pozostał głuchy na wszystkie argumenty: że kiosk jest potrzebny, ma wielu klientów, że prowadzi dla nich usługi ksero, że pracownicy kupują w nim coś do jedzenia i picia, że przecież te „majtki” można z niego wyprowadzić (zastrzegając w aneksie do umowy, czego burmistrz nie życzy sobie w kiosku widzieć), że wypowiedzenie umowy wysyła na bezrobocie osobę kiosk prowadzącą, że czynsz z dzierżawy jest stałym dochodem budżetu, że… Nie pomogły interwencje radnych interpelujących do burmistrza na kilku sesjach. Ukazała się wtedy nieśmiało cecha charakteru p. Krupowicza, która dziś błyszczy w pełnej krasie: jak mam rację, żadne argumenty mi niestraszne, zdania nie zmieniam. Pomieszczenie po kiosku do dziś stoi puste. Może służy jako podręczny magazyn powietrza na wypadek jego nagłego braku?

Później zaś pan Krupowicz już bez wielu słów zabrał się za dalsze działania, znacznie poważniejsze, niż tak drobiazgowo opisana likwidacja kiosku. Całkowicie przeczące jego zapowiedziom. W pierwszych dwóch tygodniach pracy burmistrz spokojnie zdemontował budowany przez wiele lat przez poprzedników szkielet organizacyjny urzędu, pozbywając się także znacznej części osób na stanowiskach kierowniczych. Szczegółów nie będę poruszał. Z jednej strony dziś Państwa z pewnością nie zainteresują, z drugiej zaś obiecałem Robertowi Krupowiczowi publicznie tego nie roztrząsać. Taki gentelmen’s agrement.

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

W ciągu dwóch tygodni od pierwszej rozmowy już byłem pewien, że nie chcę być podwładnym Roberta Krupowicza. Nie tylko, że nie miał on dla mnie żadnej prawdziwej pracy, ale nawet gdyby ją miał, raczej długo byśmy ze sobą nie wytrzymali. Koncentracja złego postępowania, jaką miałem nieprzyjemność przez ten czas zaobserwować w wykonaniu nowego szefa, przerosła znacznie moją wytrzymałość. Nie miałem zamiaru firmować jej moim nazwiskiem. I zrozumiałem też, że żadna pensja nie wynagrodziłaby mi konieczności codziennego z nim bytowania. Postanowiłem poszukać sobie nowego zajęcia, choć oczywiście łatwo takiej decyzji się nie podejmuje. Na moją prośbę, której wcale nie motywowałem i obecnie też nie mam zamiaru wyjaśniać, burmistrz przystał. Z pewnością takie rozwiązanie było dla niego niespodzianką, ale na pewno było mu na rękę. Tym, którzy twierdzili wtedy, że jestem frajerem, dziś odpowiadam: nie żałuję, nie żałowałem i nigdy nie będę tej decyzji żałował.  

Podłego i głupiego postępowania wobec moich kolegów i koleżanek nie wybaczę panu nigdy, panie burmistrzu. Inaczej co do mnie. Żadnych skarg na swój los nie składam, gentelmen’s agrement trwa, nie mam w tej sprawie panu niczego za złe. Postanowiłem jednak Czytelnikom udostępnić na ten temat pewien tekst, który w tamtych dniach popełniłem. Mój jedyny w życiu tekst, którego nie podpisałem własnym nazwiskiem. Posłużyłem się przypadkowym pseudonimem osoby, która miała „wejście” na portal internetowy „Gazety Goleniowskiej” i użyczyła mi dostępu (ja nie mam go do chwili obecnej i żadnych komentarzy tam nie umieszczam). Zabrałem w ten sposób głos w dyskusji pod maleńką notką mojego kolegi Cezarego w rubryce „Komentarz aktualny”:

„Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian. Zmiany były zawsze, także kiedy przychodzili do pracy panowie Chylicki, Lewek czy Wojciechowski. Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane. Zawsze byli zadowoleni z takiego biegu spraw, zawsze też byli niezadowoleni.

Cezary Martyniuk
2011-01-19 12:03″

Oto co napisałem wtedy jako Balbinka na portalu „Gazety Goleniowskiej”:

Nie wytrzymałem, bo są dla mnie sprawy fundamentalne, ważniejsze niż bieżące newsy. Te wlatują nam do ucha bezwiednie i bezmyślnie, a za chwilę stają się dla wszystkich pewnikami. Ilość powtórzeń kłamstwa przekształca je w prawdę, trzeba więc bić na alarm. Inaczej błona ślepoty zarośnie nam całkiem oczy, którymi patrzymy na świat. Przykro mi, że będzie to tak długi elaborat, ale chyba krótko się nie da. Chodzi mi o „komentarz aktualny”, jaki na portalu zamieścił 19 stycznia Cezary Martyniuk. Do „komentarza aktualnego” nie ma niestety możliwości zamieszczania bezpośrednich komentarzy. Taki przywilej gazetowego komentatora, chyba żeby „nasze” zostało na wierzchu. Nie ma sprawy, każdemu wolno mieć własne myśli i komentarze. Gorzej, kiedy komentarz tylko w części wyraża opinie, zaś w części podaje informacje. A raczej „informacje”…

Bo „komentarz aktualny” Cezarego Martyniuka z dnia 19 stycznia (ten o emocjach wokół zmian kadrowych w Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie) zawiera i komentarz, i informacje. Może najpierw warto wskazać te drugie – przygotuje to trochę mój „komentarz do komentarza”. Właściwie cała druga część „komentarza” to informacje. Cytuję:  „Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane.”

I teraz mój komentarz do tych „informacji”… Kim byli „znajomi wiceburmistrza” (nazwiska!)?; jakie osoby spokrewnione/skoligacone (nazwiska!)?; kim są „wpływowi urzędnicy” (nazwiska!)”?; na czym polegają wpływy „wpływowych urzędników”?; ile to jest „wiele osób”?; czy dziecko mogłoby wyjaśnić, po czym poznało „drukowanie” konkursów (rozumiem, że na dyrektorów wydziałów w Urzędzie Gminy i Miasta na początku kadencji 2002-2004)?; czym różni się „drukowanie konkursów ewidentne” od „nie do końca pewnego”?; dlaczego dziecko wcześniej nie poinformowało o swoich podejrzeniach nikogo z dorosłych? Te niby śmieszne pytania mają na celu pokazać różnicę między informowaniem uczciwym, a nieuczciwym. Gdyby Cezary Martyniuk informował uczciwie, nie byłoby o co pytać – po prostu napisałby coś w tym stylu: „Szwagier wiceburmistrza X, Pan Y, został dyrektorem wydziału Z. I to nie jest fajne, bo nie ma wystarczających do tego kwalifikacji i nie może wykazać się wymaganym doświadczeniem.” Albo: „Jak twierdzi jedna z naszych urzędowych „wiewiórek”, szara eminencja Urzędu, niejaki X, żeby doprowadzić do zatrudnienia na urzędniczym stanowisku swojego serdecznego kolegi z wojska, szewca z zawodu, Pana Y – zaszantażował Burmistrza ujawnieniem szczegółów spotkań z Panią Z w jego gabinecie poza godzinami urzędowania.”

Te przykładowe informacje są dziennikarsko uczciwe. Podają konkrety, możliwe do sprawdzenia, posiadające źródło pochodzenia. Tu nie ma insynuacji, mrugania do czytelnika w stylu „wy rozumiecie, a ja wiem”. Zaczepieni mogą wyjaśniać, dementować, bronić się, przedstawiać dowody niewinności albo do wszystkiego się przyznać, nawet dochodzić swych praw przed sądem. Jeśli informacje były prawdziwe – dziennikarz miał je prawo podawać i jest czysty jak łza. Od tego jest – od podawania informacji. I nie jego wina, że ktoś coś złego zmalował. Cóż natomiast uczciwego znajduje się w informacjach podanych przez Cezarego Martyniuka? To po prostu rzut zza węgła pewną smrodliwą substancją, której jak najwięcej ma się przykleić, bo na pewno trochę na obrzucanych zostanie – i odskok z niewinną miną na wcześniejszą pozycję – pozycję komentatora. Bo przecież pisze komentarz, a nie żadne tam informacje… Obrzucony tym czymś mazistym nawet nie spróbuje się odszczeknąć, bo za jaki szczegół się nie złapie – ta śliska substancja wypływa mu między palcami i jeszcze bardziej się rozłazi. A ponadto tworzy się „fakty”, które mają poprzeć wcześniejsze tezy.

Przykro mi, ale tych konkretnych informacji w wykonaniu Cezarego Martyniuka nie było; sama mazista substancja, mająca przygotować usprawiedliwienie dla najpierw napisanego komentarza. Może by i coś konkretnego dałoby się napisać, ale się nie pisze. Redaktor podaje zresztą te „informacje” jedynie w konkretnym celu: jeżeli wskaże, że inni też, to obecny burmistrz jest całkowicie usprawiedliwiony. A co, tylko jednemu wolno robić źle? Zło czynione przez innych miałoby usprawiedliwić zło czynione obecnie.

No i nareszcie dochodzę do tego, co najważniejsze. Do właściwego komentarza wyrażonego przez Cezarego Martyniuka. Cytuję: „Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian.” Dwa zdania, a można byłoby napisać tomy rozpraw filozoficznych, dysertacji prawniczych, nawet powieści psychologicznych i dramatów, zawsze współczesnych. Zapytam naiwnie, jak to wcześniej wspomniane przez redaktora Martyniuka dziecko: a z czego wynika to prawo burmistrza do dobierania sobie współpracowników?

W jakim akcie prawnym zawarty jest przepis, pozwalający usprawiedliwić tak bezsensowną tezę? Wiem, zgadzają się z tym „prawidłem” prawie wszyscy, ale jeszcze raz: jaka podstawa prawna uzasadnia takie postępowanie? I odpowiem: nie ma takiego przepisu… To tylko obowiązująca praktyka, u nas powszechnie akceptowana, a nie mająca nic wspólnego z prawem, logiką, zasadami dobrej organizacji, demokracją, a nawet etyką, nie tylko chrześcijańską. To siedząca w nas zgoda na niezauważanie bezsensu, niesprawiedliwości, rozrzutności i niezgodności z prawem takiej postawy.

Już wyjaśniam, bo pewnie czytający przecierają oczy ze zdziwienia – czego tu się czepiać? Najlepiej wyjaśnić na przykładach. Podam kilka, które mi do głowy przychodzą:

1. W szkole pojawia się nowy dyrektor. Zwalnia 10 nauczycieli (nie, lepiej wszystkich – też by mógł), argumentując, że ma prawo dobierać sobie współpracowników. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i odchodzą na zieloną trawkę spokojnym krokiem. Kurator oczywiście klepie dobrotliwie dyrektora po plecach, a burmistrz załatwia roboty publiczne przy kopaniu rowów dla zwolnionych. Uczniowie cieszą się jeszcze bardziej, bo uwielbiają, jak coś się dzieje innego, niż nudne zakuwanie lekcji. Rodzicom jest to na razie obojętne.

2. Do fabryki produkującej śrubki przychodzi nowy dyrektor. Oczywiście obowiązkowo wyrzuca na bruk całą załogę, bo ma dużą rodzinę i wielu znajomych. Wszyscy oni są zdolni i bardzo szybko nauczą się, jak robić śrubki. Przejściowy spadek produkcji i przychodów firmy rekompensowany jest radością, że atmosfera w zakładzie jest iście rodzinna. Nie zepsuje tego nawet fakt, że inne fabryki produkujące śrubki wygryzły w tym czasie naszą z rynku.

3. W jednej z najlepszych gmin w kraju, zbierającej hurtem wyróżnienia w niemal każdej dziedzinie, stary burmistrz postanowił odpocząć na emeryturze. Jego aparat pomocniczy, czyli urząd gminy, musiał być raczej dość dobry, bo wbrew poglądom niektórych, to nie sam burmistrz i radni decydują o jakości działania organów gminy. Nie zrobiliby wiele, gdyby nie mieli dobrych urzędników do realizacji nawet najlepszych pomysłów. Albo gdyby nie mieli pomysłów, spuszczając się na urzędników, którym płaci się za rozwiązywanie problemów. Wybrano nowego burmistrza, którego „świętym prawem” (chyba wszyscy się zgodzą?!) jest wymienić urzędników na dowolnych innych. Problemu nie ma żadnego, bo dobrych urzędników jest multum. Cóż może być prostszego, niż bycie urzędnikiem? No i dobrze, wymienił. Czemu nie wszystkich, nie wiadomo. Być może miał mało znajomych chętnych do pracy w urzędzie, może pensje były za niskie? Niektórzy bardziej gospodarni mieszkańcy gminy trochę złorzeczyli odchodzącym urzędnikom, że ich zwalnianie kosztowało kupę szmalu, za co powinni się wstydzić. A te darmozjady nawet nie próbowały się wytłumaczyć czy przeprosić. Może dlatego, że nikt im nie udzielił głosu. Gdyby udzielił, z pewnością by się pokajali. Natomiast po zaledwie 3 latach mieszkańcy będą mogli już próbować przychodzić do urzędu załatwiać swoje sprawy. Właśnie  pracujący tam nowi urzędnicy ogarną się trochę z robotą, przestaną szukać min pozostawionych przez poprzedników i nabiorą rzetelnych kompetencji. Trochę szkoda, że za chwilę następne wybory, a po nich załoga wyleci z roboty. Bo nowowybrany burmistrz oczywiście przyprowadzi swoich nowych urzędasów – takie ma prawo. Oczywiste dla wszystkich.

To ja protestuję! To „oczywiste prawo burmistrza” jest prawem zbója łupiącego wszystkich spoza swojej własnej bandy, mafiozo liczącego się tylko z dobrem swojej mafijnej rodziny. Nieważne, czy rodziny politycznej, czy kolesiowskiej ferajny. Jest to prawo do oficjalnego i powszechnie akceptowanego nepotyzmu na dowolną skalę. To potulna zgoda owieczek na bycie strzyżonym i dojonym ze swoich podatków, wyrzucanych w błoto na bezsensowne i pozorne reorganizacje. To przyzwolenie na dzielenie łupów w podbitym kraju. Przesadzam świadomie, bo różnica jest tylko w skali grabieży.

Może więc urzędnicy to święte krowy, paniska nie do ruszenia, nieusuwalni i chronieni przez specjalne przywileje? Nic z tych rzeczy. Tak jak zły kamieniarz nie sprzeda swoich nagrobków, jak zły sklepikarz straci klientów, jak zły robotnik wyleci za nadmiar braków, jak zły architekt pójdzie do więzienia za niezgodnie ze sztuką zaprojektowany i zawalony most – tak i na złych urzędników są kary, do wyrzucenia z pracy włącznie. Tylko trzeba im wykazać, że źle pracują, że są niekompetentni, że nie szanują interesantów, że po prostu partaczą swoją robotę. Tego niestety nie da się załatwić jednym zarządzeniem burmistrza, bo wymaga bardzo sumiennych, obiektywnych i konsekwentnych działań, indywidualnie wobec każdego z badanych.

Chcesz burmistrzu wprowadzić swoich, bo do zastanych nie masz zaufania? Dobrze, tylko zrób to zgodnie ze sztuką. Wiesz, że biorą łapówki – zgłoś przestępstwo do prokuratury. Spóźniają się i bumelują? Karz ich zgodnie z regulaminem pracy, do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie. Zwalniaj ich, gdy są niekompetentni, nierzetelni, działają niezgodnie z prawem. Gdy ich winą jest coś więcej, niż tylko bycie „nie z tego układu”. To nieprawda, że wywalić z pracy można za nic. Jeśli to zyskuje przyzwolenie, niech wstydzą się przyzwalający. A gdy masz burmistrzu lepszych, to ich zatrudnij i daj okazję się wykazać, sprawdzić i porównać. Piszę to nie o burmistrzu Krupowiczu, tylko o każdym, który znalazłby się na jego miejscu.

Burmistrza wybierają wyborcy, ale tylko jego dotyczą wybory. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, że nie musi on nikomu zapłacić stanowiskami w urzędzie po wygraniu wyborów? Jest politykiem, niech płaci politycznymi stołkami. I wyłącznie tymi. Czy nie może na drugi dzień po przyjściu do pracy zająć się wspólnie ze SWOIMI URZĘDNIKAMI normalną pracą, bez tracenia miesięcy czasu, kupy pieniędzy, olbrzymiego zaangażowania na wprowadzenie SWOICH? Czemu ma zniszczyć wspólną inwestycję poprzedników w tworzenie kompetentnej kadry, czemu ma wyrzucić w błoto niemałe pieniądze podatników wsadzone w jej wyszkolenie?

Jeśli ktoś oceni, że to tylko mój naiwny idealizm, jakieś nierealne rojenia, to także zaprotestuję. Taki model działa w niejednym kraju, gdzie polityka odbywa się jedynie do szczebla burmistrza. A niżej pracują fachowcy, którym jest naprawdę obojętne, jak nazywa się ich szef i z jakiej jest partii. Bo oni nie są od polityki, tylko od roboty.

Balbinka

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa Zdjęcie: demotywatory.pl

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Dziś nie wycofuję się z ani jednej napisanej wtedy litery. Dodam jeszcze, że po tym wpisie zadzwonił do mnie kolega Cezary z jednym tylko pytaniem: „Czy to ty jesteś Balbinka?” I znów mu skłamałem, zapierając się w żywe oczy, o czym pewnie dobrze wiedział. Zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia. Po prostu od pierwszej rozmowy z panem Krupowiczem minął już ponad miesiąc, w trakcie którego moje wszystkie złudzenia co do prawości burmistrzowskiego charakteru prysły się jak mydlane bańki nad balią pełną piorących się kalesonów. Myślę, że nie zrozumiałby mojego prawa do zabrania głosu pod własnym nazwiskiem, dając sobie prawo do jakichś represji. Ponadto już wtedy wiedziałem, w styczniu roku 2011, że mój kolega Cezary Martyniuk pełni (na razie społecznie i nieodpłatnie) funkcję osobistego asystenta burmistrza Roberta Krupowicza. I że z pewnością była ona dla niego ważniejsza, niż bycie moim kolegą. A tak łatwo „zabić kogoś gazetą”, o czym niejeden się przekonał. Może jestem naiwnym idealistą, ale nie samobójcą, jakiś elementarny instynkt samozachowawczy jeszcze mi pozostał.

Wszystkim miłośnikom burmistrza Krupowicza radzę zastosować proste kryterium oceny, z którego ja skorzystałem już 6 lat temu. Znajdziecie je w Ewangelii według św. Mateusza gdzie napisano: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Bo nie słowa, nawet najpiękniejsze i najpotoczyściej z ust płynące, dają właściwe podstawy do szacowania czyjejś wartości moralnej. Takimi właściwymi kryteriami oceny ludzkiej moralności są tylko nasze czyny.

 
 

Zaciemniające wyjaśnienia, czyli jak Burmistrz Krupowicz zdemaskował wojującego ateistę

28 mar
Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Dzisiejszy temat wynika niejako automatycznie: jestem winien Państwu zapowiedzianą relację z posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu. W środę 23 marca drugi raz zajęła się zlotem motocyklowo-rockowym, o którym pisałem poprzednim razem. Tym razem nie zachowam chronologii, gdyż pełne nagranie spotkania znajdziecie Państwo na portalu www.goleniow.net.pl. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, lecz najważniejsze usłyszeć można. Skoncentruję się na niektórych wątkach.

Frekwencja była nadspodziewanie wysoka. Nie poczytują sobie tego oczywiście jako własną zasługę, bo poza opublikowaniem poprzedniego wpisu nic więcej ku temu nie uczyniłem. Zatem zainteresowanie było samoistne,  a na sali obrad Rady Miejskiej, w której rzecz miała miejsce, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Przybyło „na moje oko” około 40-50 osób – żałuję, że nie policzyłem dokładnie. Mówię oczywiście o publiczności, bo było to przede wszystkim posiedzenie KSSEKiS. Stawiła się ona w pełnym, 8-osobowym składzie: Krystyna Jaworska – Przewodnicząca Komisji, Marzena Pach – Wiceprzewodnicząca, Irena Henkelman, Agata Wilińska-Onyśko, Krzysztof Czerwiński, Artur Panek, Wojciech Łebiński i Wasz sprawozdawca, Ireneusz Zygmański.

Komisja na to posiedzenie zaprosiła Burmistrza Gminy Roberta Krupowicza, który pojawił się w towarzystwie obu zastępców, Tomasza Banacha i Henryka Zajko. Przyszedł także zaproszony Prezes Zarządu Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich pan Jacek Szambelan. Ten ostatni w towarzystwie pana Pawła Bartoszewskiego, który przedstawił się jako „osoba z zewnątrz, wspierająca SMG”.

Co do roli Pawła Bartoszewskiego wyjaśnienia były potrzebne dalej w trakcie posiedzenia, bo kilkakrotnie na pytania kierowane do organizatora imprezy, którym jest SMG, właśnie on rozpoczynał odpowiedzi. Dziwiło to, skoro nie jest on członkiem SMG (sam o tym mówił), a obok niego siedział Prezes Szambelan. Wypowiedzi pana Bartoszewskiego zajęły sporą część posiedzenia (czasu wystąpień nie ograniczano). Część pytań kierowano wprost do niego, często jednak, nawet mitygowany przez pytających, wyręczał Prezesa SMG. Ten też udzielił kilku wyjaśnień bardzo wyczerpujących. Liczne pytania dotyczyły Burmistrza Krupowicza, który był raczej lakoniczny. Wypowiedzi pytających nieraz też były obszerne, z dużą ilością komentarzy. Spotkanie trwało ok. 2 godzin. Spróbuję przedstawić, co powiedzieli poszczególni „odpowiadacze” – p. Szambelan, p. Bartoszewski i burmistrz.

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Zaczynam od Prezesa SMG Jacka Szambelana. Planowany festiwal opisał jako przede wszystkim zlot motocyklowy organizowany przez swoją organizację. Szeroko mówił o wcześniejszych wydarzeniach organizowanych w krótkiej historii SMG. Przyszłą imprezę określił jako prywatną, biletowaną, przeznaczoną dla środowiska motocyklowego Goleniowa i wielu motocyklistów z zewnątrz, także zaproszonych z zagranicy. Koncert heavymetalowy uważa za jedną z atrakcji, przyciągających uczestników. Jako ważniejsze przedstawiał jednak czysto motocyklowe akcenty, jak parady, konkursy czy licytacje. Absolutnie nie ukrywał, że SMG ma zamiar na imprezie zarobić, a uzyskany dochód przeznaczyć na cele statutowe swej organizacji. Wykazywał, że w koncercie wystąpią zespoły o różnym zabarwieniu ideowym, nie wykluczając także grup o charakterze chrześcijańskim (cokolwiek miałoby to znaczyć). Uważał, że udział zespołu Behemoth jest przesadnie wyolbrzymiany, podczas gdy on sam za „gwóźdź programu” uważa brytyjskich weteranów z Saxona. Dementował zdecydowanie plotki, jakoby punktem koncertu miała być „czarna msza” satanistyczna, choć program jest jeszcze nieustalony. Wszystkich zamierzających oceniać negatywnie festiwal przez Internet odsyłał do ich własnych stron, bo na stronie festiwalu możliwości komentowania nie będzie. Pod koniec spotkania bez owijania w bawełnę nazwał imprezę „wielką prywatką na prywatnym terenie”, co miało oddalić publiczne zainteresowanie pytających o szczegóły.

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Paweł Bartoszewski, kolejny odpowiadający na pytania publiczności, uściślił swą rolę w spotkaniu jako „nieformalny współorganizator” festiwalu, ponadto zaproszony do udziału przez Burmistrza Krupowicza jako doradca ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, w którym ma mieć miejsce impreza. Później kilkakroć powtarzał, że nie jest oficjalnie w gronie organizatorów. Z drugiej strony był bardzo emocjonalnie w wydarzenie zaangażowany, często mówiąc o nim „nasz festiwal”, „nasza impreza”, „nasz koncert”. Imprezę też nazwał „prywatną, biletowaną”.

Wystąpił także w roli eksperta, bardzo szeroko analizując kulturowe aspekty wartości muzyki heavymetalowej, stosowanych w niej konwencji. Podkreślał absolutne niezrozumienie czystych intencji muzyków głównie przez środowiska chrześcijańskie. Jego zdaniem (całkowicie niesłusznie) poważnie traktują one diaboliczną oprawę koncertów, lecz to tylko jest styl, konwencja, wręcz żartobliwe mruganie do słuchaczy. Wykazywał, że niczego w tej muzyce i jej otoczce nie można traktować dosłownie, szczególnie zaś tekstów utworów, stąd nie ma sensu ich analizowanie. Argumentował, że także tekstu Biblii nie można traktować dosłownie, a tylko metaforycznie. Sugerował, że zamieszanie wokół „satanizmu” grup ciężkiego rocka jest sztucznie tworzone przez ludzi go nierozumiejących, a obawy przez nich wyrażane są wyolbrzymione. To, co streściłem w tym akapicie, panu Pawłowi zajęło łącznie kilkanaście minut. Ku wyraźnemu zniecierpliwieniu jednych, których wypowiedzi kontrował, narzucając swoje interpretacje, oraz innych, pragnących zadawać dalsze pytania.

Pan Paweł podkreślił, jak szeroko i dokładnie informuje się o przyszłym wydarzeniu, szczególnie wskazując na swój profil facebookowy, gdzie od lutego udzielane są wszelkie informacje (na razie tylko tam, bo na oficjalnej stronie festiwalu nie ma żadnego miejsca na zapytania czy komentarze). Akurat ten aspekt wydał się na spotkaniu szczególnie niejasny. Dokładniej pokażę więc, jakie poglądy Paweł Bartoszewski wygłosił co do obiektywnego informowania o imprezie i jak traktowani są chętni do „myślenia inaczej niż on”.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że na tym profilu wpisy (powiedziała o licznych przypadkach) zawierające jakiekolwiek wątpliwości co do imprezy są natychmiast, w ciągu minut lub wręcz sekund, blokowane i kasowane, przez co nie ma mowy o rzetelnym informowaniu. Na profilu widnieją w ten sposób same pozytywne wpisy o imprezie, dające wrażenie powszechnego co do niej entuzjazmu. W odpowiedzi pan Bartoszewski strofował ją, że zadawanie pytań na profilu o godzinie 1.00 w nocy jest niewłaściwe, on o tej porze nie musi reagować. Uznał intencję tego jako sprytną chęć, by nieprzychylnie zadane pytanie „powisiało na Facebooku przez całą noc”, co dałoby okazję opatrzenia go także nieprzychylnymi komentarzami. Określił treść i formę przysyłanych na profil wpisów jako „niecywilizowane”, za przykład podając kilkunastokrotną próbę załączenia filmu dokumentalnego o satanizmie „przez środowiska chrześcijańskie”. Ponieważ celem profilu ma być „organizacyjne przedstawienie imprezy od strony zawartości”, usuwa wszystkie wątki o innym charakterze, na przykład polityczne czy ideologiczne. Ma to „wygasić napięcia między zwolennikami i przeciwnikami Behemotha”. Dodał także, że wszystkie wpisy komentujące udział Behemotha były nieprzychylne i oczywiście… zostały usunięte. Pan Paweł zapytany, dlaczego jego profil działa także w godzinach, w których jest on zobowiązany pracować, wyjaśnił bez żadnego skrępowania, że na profilu naprawdę pracują „pod jego nazwiskiem”… cztery różne osoby.

Wybaczcie, skomentuję od siebie. Ręce mi opadają, bo nigdy nie zrozumiem facetów tak „logicznie” myślących. Mieć pretensje o godziny, w jakich ktoś coś wpisuje przez Internet??? Toż „połowa Internetu” by zniknęła, gdyby zabroniono go używać w nocy! Z jednej strony on „nie ma obowiązku” odpisywać o późnej porze, bo „w nocy się śpi”, z drugiej zaś czuwa do rana, żeby nic nieprawomyślnego się nie pojawiło. Czemu zatem w ciągu dnia nie można jednak do pytań wrócić i je skomentować dowolnie, odpowiadając choćby „co ślina na język przyniesie”? Czterech „murzynów” posługujących się nazwiskiem „Paweł Bartoszewski” udaje, że rozmawiacie właśnie z nim! Zwodzą użytkowników portalu zafałszowaną tożsamością, choć to zwykłe oszustwo. Wyręcza się nimi właściciel profilu, zamiast po prostu odpowiadać na pytania czy zarzuty. I jeszcze kreowanie zakłamanego wizerunku imprezy, która ma jedynie „dobrą prasę”, wszystkim się podoba, jest bezdyskusyjnie piękna. Po co umożliwiono przysyłanie komentarzy, skoro i tak tylko jednoznacznie pozytywne mają pozostać? Żadnego regulaminu użytkowania nie podano; gdyby był i stosował opisane przez p. Bartoszewskiego reguły, może nikt by mu nie zawracał głowy i nie tracił czasu na próby kontaktu. Pokrętne i śliskie tłumaczenie, kompletny brak szacunku, lekceważenie, manipulacja dążąca jedynie do postawienia na swoim wszelkimi środkami. Żonglerka słowami „prywatny”, „służbowy”, oficjalny”, „nieoficjalny”, w której efekcie wszystko się zaciera i nikt już nie wie, co pan Paweł robi przy tej imprezie, prywatnie czy służbowo. Tak moralnie umiejscowiony gość gani bez żenady kogoś, że ośmielił się prosić o wyjaśnienia!

Za niepotrzebny zgrzyt uważam jedno z pytań zadanych p. Bartoszewskiemu przez radną p. Dorotę Chodyko. W kontekście daty przyjętej do przeprowadzenia imprezy (24 czerwca – wspomnienie Jana Chrzciciela), jej zdaniem dobranej jako prowokacja religijna, zapytała wprost: „Czy jest pan wierzący?” Usprawiedliwiam to zachowanie brakiem odpowiedzi na podnoszona przez nią kwestię, czy można wyeliminować z imprezy „złe zespoły” (miała na myśli zespoły propagujące zło, konkretnie wymieniła Behemotha). Wybacz, Doroto, Paweł Bartoszewski powinien ci odpowiedzieć, ale jego wierzenia są wyłącznie prywatną sprawą. Takimi kartami grać nie wolno.

Trzecim udzielającym licznych odpowiedzi był sam Burmistrz Robert Krupowicz. Najpierw ponownie odżegnał się od współuczestnictwa gminy w organizacji festiwalu, której udziałem ma być jedynie udzielenie pożyczki dla SMG jako organizacji pozarządowej działającej na naszym terenie. Sam festiwal z jednej strony określił jako imprezę prywatną, na gruncie prywatnym, biletowaną, prowadzoną w oddaleniu od miasta, przez co nie będzie rodzić żadnych zagrożeń dla osób postronnych. Stwierdził, że jeśli SMG złoży w odpowiednim terminie prawidłowo sporządzony wniosek o przeprowadzenie zlotu, on taka zgodę wyda. Przypomniał prezesowi o odpowiedzialności karnej wynikającej z przepisów ustawy o organizacji imprez masowych.

Tu dygresja: nie mogę pojąć, czemu wszyscy trzej „odpowiadacze” jak mantry używają terminu „biletowana impreza”. Sprawdziłem w słowniku. Biletować znaczy dokładnie tyle: sprzedwać bilety wszystkim uczestnikom wydarzenia, wyprzedać. Czyżby chodziło o zamiennik, by nie padło niesympatycznie brzmiące „impreza komercyjna”? Semantyczna sztuczka, i tyle. Komercja źle się kojarzy, więc ją ukrywają pod inną nazwą.

W odniesieniu do przyczyn udzielenia pożyczki nieznanej sobie organizacji pozarządowej, z którą wcześniej gmina nie współpracowała, pan Krupowicz powiedział jedynie: „Wniosek o przyznanie pożyczki wpłynął bodajże w grudniu albo styczniu. Od razu rozpoznałem w Stowarzyszeniu ogromny potencjał, który warto wspierać. Przyznanie pożyczki to tylko moja odpowiedzialność, ale uznałem, że należy im dać szansę.”. Zamierzoną imprezę uznał za mającą „światowy rozgłos”, o dużym walorze promocyjnym dla gminy, wręcz unikatową w skali kraju, a pieniądze z pożyczki jako świetnie zainwestowane. Przemilczał komercyjny charakter organizowanej imprezy, bagatelizując go. SMG wprawdzie nie ma zgodnie z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego prawa prowadzić działalności zarobkowej, lecz pana Krupowicza to nie interesuje.

Dodam, że udzielenie pożyczki przez burmistrza podlegać będzie jeszcze kontroli przez Komisję Rewizyjną. Był to wniosek radnego Wojciecha Łebińskiego (członka tego ciała), który przyjęła Komisja Spraw Społecznych na koniec posiedzenia. Konkurencyjny wniosek, by sprawę powierzyć do zbadania zewnętrznej instytucji, przepadł większością głosów. Nie wróżę inicjatywie powodzenia. Komisja Rewizyjna oceni tylko legalny aspekt sprawy, a nie on jest kwestionowany. Jak wszyscy wiedzą, interpretacje prawne to obosieczne miecze. Moralność natomiast to spojrzenie przez pryzmat sumienia konkretnych osób. Burmistrz też to wie i niczego się od tej strony złego nie spodziewa. Oświadczył już 26 marca na stronie www gminy: „Chcę wyraźnie oświadczyć, że w sprawie czerwcowego koncertu rockowego na terenie należącym do jednej z firm działających w GPP będę się kierował wyłącznie zasadami obowiązującego w Polsce prawa. Tak więc jeśli organizatorzy koncertu spełnią wymagania stawiane imprezom masowym, otrzymają zgodę na jego przeprowadzenie.(…) Oświadczam, że pożyczka została udzielona zgodnie z prawem, na powszechnie obowiązujących zasadach, podobnie jak szereg innych pożyczek udzielanych innym organizacjom działającym w gminie. Cieszę się, że sprawę zbada komisja rewizyjna Rady Miejskiej, na wynik kontroli będę czekał spokojnie.”

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Zapytany przeze mnie o pozwolenie dla SMG na użycie herbu Goleniowa burmistrz stwierdził, że je wydał. Odnośnie przeróbek dokonanych w wyglądzie herbu na banerze imprezy powiedział, że nie widzi w nich nic złego, a ich ocena zależy od subiektywnych impresji odbiorców. Jest to jedynie „projekcja artystyczna”, utrzymana w konwencji stylu miłośników muzyki hardrockowej. Tak można uważać, przyznaję. Jeśli przerabia się jakiś nieistotny znak, można się tak pobawić. Lecz nasz herb podlega ochronie prawnej. Nasuwa mi się analogia z herbem państwa, do którego stosuje się art. 137. § 1 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Powie ktoś, że nasz herb to nie godło państwa. No cóż, w skali gminy to odpowiednik godła krajowego. Nie ulega wątpliwości, że w świetle Statutu Gminy na burmistrzu spoczywa obowiązek chronienia go przed zniewagą, a nie tylko przywilej uzasadniania gustowności popełnionej przeróbki. Ten zaś zwracając się do mnie, stwierdził tylko, że każdy urażony ma prawo iść do sądu i tam dochodzić praw. On urażony nie był. Ciekawe, co by się stało, gdyby projektanci plakatu goleniowskiej imprezy przerobili logo jakiegoś znanego koncernu, np. Volkswagena, Coca-Coli albo Shell? Zapewne to właśnie burmistrz byłby pierwszym biegnącym w te dyrdy do sądu, w obawie o przypisanie mu pomocy w takim świętokradztwie, a w konsekwencji nieuchronnej srogiej kary finansowej.

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło
Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Tu jeszcze jedna dygresja co do stylistyki przerobionego herbu. Wydaje się, że grafik czerpał pomysł z tego samego źródła, co projektant plakatu promującego tegoroczną trasę zespołu Behemoth. Głównym motywem jest godło Polski, Orzeł Biały, któremu dorobiono diabelskie rogi, dodano odwrócony krzyż, oplatające go węże oraz trupie czaszki na skrzydłach. Sympatyczna stylistyczna zabawa orzełkiem czy świadoma prowokacja milionów Polaków, dla których ten symbol jest święty? Tym razem już nie tylko zaczepka religijna, lecz znieważenie symbolu Państwa, za który wielu oddało swoje życie. Tytuł reklamowanego koncertu „Rzeczpospolita Niewierna” prowokuje i chrześcijan, i patriotów. Pewnie zareagują z oburzeniem, a pan Darski będzie się śmiał w kułak, kiedy ciągnące się procesy sądowe zapewnią mu darmową reklamę i status męczennika szatana na długo.    

Gdy dalej pytałem, czy nie pojawiły się u niego jakieś moralne wątpliwości co do celów festiwalu, który jest całkowicie komercyjny, a ponadto rodzi kontrowersje (ich dobitnym wyrazem było najpierw poprzednie posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, prowadzące do przeprowadzenia bieżącego), pan Krupowicz nic zdrożnego nie odnotował. Na końcu odpowiedzi powiedział natomiast coś takiego: „Widzę pozytywny aspekt całej tej dyskusji. Otóż pan Zygmański, taki zdeklarowany antyklerykał i wojujący ateista, podejrzewam że doświadcza w tej sytuacji nawrócenia. I chciałbym, żeby pan wiedział, o czym pan mówi. (…) I niech pan przeczyta, a jak pan uzna, że już coś z tego zrozumiał, to proszę mi oddać moje Pismo Święte”. To mówiąc pan Krupowicz podszedł, z trzymanej w ręku reklamówki coś wyciągnął i położył przede mną na stole.

Czy te oczy mogą kłamać? Zdjęcie: radioszczecin.pl

Czy te oczy mogą kłamać?
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Kiedy burmistrz szedł w moim kierunku, ledwie słyszałem, co do mnie mówi, a rozumiałem jeszcze mniej. Patrzyłem z fascynacją na jego twarz. A zbliżał się ku mnie z takim uśmiechem, jak na fotografii obok: twarz ściągnięta w sztywny grymas, zaś oczy jak stalowe noże. Nawet trochę się bałem, że wyciągnie z tej reklamówki pistolet. Jego słowa dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy odszedł, a przede mną leżała na stole Biblia. Przyznam, że wyłączyłem się z dalszego toku spotkania na parę minut, a moje myśli były daleko od sali obrad.

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy i w jaki sposób dałem się poznać jako zdeklarowany antyklerykał, a tym bardziej jako wojujący ateista. Czym się to u mnie przejawiało? Przecież nigdy się publicznie nie wypowiadałem na tematy religijne, nigdy nie uczestniczyłem w żadnych otwartych dyskusjach światopoglądowych, nie krytykowałem nikogo za stosunek do religii, nie napisałem ani jednego słowa przeciw komukolwiek z powodów religijnych. Nawet w prywatnych rozmowach nie są to tematy, w jakich zabierałbym głos. Nie próbowałem nikogo do ateizmu namawiać czy przekonywać. Bo że jestem ateistą, to wyłącznie moja prywatna sprawa. Przez pół wieku ani razu jeszcze nie miałem na ten temat żadnej kontrowersji z nikim. Nie mam pojęcia, skąd burmistrz zna mój światopogląd, a już zupełnie nie wiem, jak mógł sobie o mnie wyrobić opinię kogoś, kto agresywnie ateizmem się posługuje.

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Później przyjrzałem się egzemplarzowi Biblii, którą burmistrz mi dał. Piękna książka, oprawiona w grubą skórę. Wyglądała jak nowa, dziewicza, prosto z drukarni. Nie tak, jak dwa egzemplarze różnych wydań, które mam  w domu; każdy przeczytałem sumiennie po dwa razy od deski do deski, inni domownicy dołożyli swoje, więc się trochę zużyły. Dziwne, czemu ateista czyta Biblię? Pewnie znam ją lepiej niż niejeden żarliwy chrześcijanin – po prostu sądzę, że każdy człowiek powinien to dzieło znać. Znalazłem tam wiele wskazówek moralnych, jak w życiu postępować, cenię ją też za piękny język.

Kartkowałem ten śliczny egzemplarz, nie bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. I wtedy zauważyłem kartę wklejoną pod okładką. Pomyślałem, że burmistrz coś tam do mnie napisał. Była na niej treść, jaką zauważycie na zdjęciu zamieszczonym obok. Dopiero doszło do mnie, że pan Krupowicz dał mi Biblię swojego dziecka! Przyznam, że teraz rzeczywiście się zdenerwowałem. Czemu burmistrz miesza córkę do swojej prywatnej wojny? Czyżby nie miał w domu pod ręką innego egzemplarza, swojego, który mógłby poświęcić w wypadku utraty? Co bowiem taki antychryst jak ja z Pismem Świętym uczyni, pewności nie ma żadnej.

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

I teraz już poważnie, bez ironii. Biblię zwróciłem burmistrzowi natychmiast, jeszcze na posiedzeniu, tuż przed swoim wyjściem. Podziękowałem mu i poprosiłem, by oddał ją swojemu dziecku. Odparł, że przecież mi jej nie dał na zawsze, a tylko użyczył. Korciło mnie, by przekręcić na „pożyczył”, ale ugryzłem się w język. Wyjść zaś musiałem, bo za chwilę zaczynały mi się lekcje. Trzeba było wrócić do realnego życia. Usłyszałem już wszystkie ważne odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, nie było więc powodu do dalszego marnowania czasu.

Burmistrzowskie przedstawienie zostało wcześniej przygotowane, wyreżyserowane i pewnie przećwiczone przed lustrem. Biblia w reklamówce nie znalazła się przypadkiem, miała zagrać jako rekwizyt wobec widzów na sali. Nie była to sztuka wysokiego lotu. Ta fanfaronada przypominała mi pamiętne zagrania w stylu partii Palikota, która do perfekcji dopracowała wykorzystywanie różnych spektakularnych gadżetów dla dyskredytacji przeciwników. A to pistolet, a to świński ryj, a to wibrator. Czyżby burmistrz lekcje pobierał u tych samych mistrzów czarnego piaru? Przykro mi, że księgę najważniejszą dla tak wielu wykorzystano jako rekwizyt w marnym skeczu.

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet - były gorsze Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet – były gorsze
Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Pan Robert Krupowicz wyróżnił mnie swoim gestem z rozmysłem, taktycznie. Potraktował jako domniemanego przywódcę wrogiej mu akcji, którego należy wskazać swoim wojskom, ośmieszyć przed sojusznikami, wyizolować z ich grupy. Jeśli gra się dla złej sprawy, jakoś wygrać trzeba. Należy tylko sprawę oderwać od jej meritum, odsłonić inspiratorów, zindywidualizować wroga, przedstawić jako osobiste porachunki. Taktyka, którą w wykonaniu pana Krupowicza obserwuję często, choćby wobec wcześniejszych sojuszników. „Patrzcie jaki to łobuz, z niskich pobudek osobistej i politycznej zemsty, prowadzi Was w złą stronę. Pewnie nie wiedzieliście, ale ten „moralista” nawet nie wierzy w Boga!”

Kulą w płot, panie burmistrzu! Źle pan rozpoznał wroga. Może pan w to nie wierzyć, ale ludzie na salę przyszli naprawdę przez nikogo nie inspirowani. Przywiódł ich sprzeciw dla imprezy, w którą się pan tak mocno zaangażował. A nie bierze się on tylko z pobudek religijnych, lecz przede wszystkim moralnych, także z oburzenia dla profanowania idei samorządności, z odrzucania panoszącego się kolesiostwa, z niezgody na arogancję. Nie muszę być głęboko wierzącym katolikiem, żeby mieć prawo do negatywnej oceny pańskich działań. Jeśli tak panu zależy na przyklejaniu etykietek, to ateista też jest zdolny do rozpoznawania zła. I niech się panu nie wydaje, że neutralizacja jednej osoby rozwiąże problem. Lepiej niech pan po prostu słucha, o co proszą mieszkańcy i wykonuje płynące z burmistrzowskiej przysięgi zobowiązania wobec nich.

Ta sprawa nie nazywa się „Krupowicz kontra Zygmański”, aż tak prosto nie jest. Ta sprawa to jeden z wielu wątków serialu „Krupowicz kontra mieszkańcy gminy Goleniów”. Jeżeliby Państwo mieli jeszcze wiele złudzeń co do moralnej postawy burmistrza, wróćcie do mojego bloga i przeczytajcie następny tekst. Będziecie sobie sami mogli wyrobić zdanie o moralnym kręgosłupie miłościwie nam panującego.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Bogu dać świeczkę, a diabłu ogarek

21 mar
Bogu świeczkę, a diabłu ogarek Rys.: aszera.wordpress.com

Bogu świeczkę, a diabłu ogarek
Rys.: aszera.wordpress.com

Czasem na tym blogu bywają tematy lekkie, jak choćby niżej zamieszczony gościnnie wpis Adama Zygmańskiego, ale jednak przeważają ciężkie, kobylaste elaboraty. Te drugie usprawiedliwiam gęstością ich materii, gdyż faktów w nich muszę zmieścić niemało. Szkoda byłoby ślizgać się tylko na powierzchni zdarzeń, jeśli zasługują na poważne potraktowanie. Mam nadzieję, że mimo to Czytelnikom udaje się przez te zarośla przedzierać z zainteresowaniem. Dzisiejszy temat należy właśnie do rodzaju takich ciężkich i trudnych. Sami zresztą poczytajcie…

Kiedy kilka dni temu zwróciła się do mnie o pomoc Czytelniczka bloga, przyznam, że byłem w pewnym kłopocie. Po prostu mało o sprawie wiedziałem – tyle, ile podała dotąd w kilku kolejnych numerach „Gazeta Goleniowska”. Informacje czytane pojedynczo budziły tylko moje lekkie zdziwienie, lecz nie bardzo potrafiłem zebrać je do kupy w jakiś całościowy obraz. Gdy zwrócono mi na sprawę uwagę, dopiero zaczęły mi się coraz szerzej otwierać oczy. Poskładam zatem najpierw tę garść faktów udostępnionych przez „Gazetę” na Wasz użytek, Drodzy Czytelnicy. Może Wasze oczy też się szerzej otworzą.

O wydarzeniu o nazwie „Rock Hard Festival” po raz pierwszy „GG” napisała 12 lutego, przedstawiając je jako „wielką motocyklowo-rockową imprezę”, z możliwym udziałem kilkutysięcznej publiczności (Leszek Ozimek w „Komentarzu aktualnym”). On też od razu napomknął, że imprezę organizuje „prywatne stowarzyszenie, ale z udziałem finansowym i organizacyjnym podmiotów publicznych – gminy i województwa.” Zasugerował także, że wydarzenie wspierają osobiście Marszałek Województwa (Olgierd Geblewicz) i doradca Burmistrza Gminy Goleniów ds. Parku Przemysłowego (Paweł Bartoszewski). Park Przemysłowy ma być tym miejscem, w którym zlot zostanie zorganizowany w czerwcu tego roku, stąd autor „Komentarza” podkreślił niewątpliwy aspekt promocyjny dla GPP.

W tym samym numerze „Gazety” Paweł Palica wymienił zarówno listę mających wziąć udział zespołów rockowych, potwierdzonych oraz jeszcze rozmawiających z organizatorami o uczestnictwie, jak też listę sponsorów. Wśród tych pierwszych jako gwiazdę największej wielkości wskazał brytyjski zespół Saxon, lecz wspomniał o możliwym udziale zespołów Behemoth, Kat i Turbo. Napisał, że organizatorów (Stowarzyszenie Motycyklistów Goleniowskich) finansowo i logistycznie wspierać będą zarówno „gminne instytucje i spółki”, jak też firmy z Goleniowa i okolic. Między sponsorami z nazwy wskazał Goleniowski Dom Kultury, Goleniowskie Wodociągi i Kanalizację, Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej.

Kolejny numer „GG” z 19 lutego przyniósł komentarz Pawła Bartoszewskiego, który próbował wyjaśnić swoją rolę w organizacji imprezy. Oświadczył, że panowie ze Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich prosili go o wytypowanie w GPP terenów na potrzeby festiwalu rockowego. Razem „znaleźli” odpowiednie działki (wszystkie prywatne) „pod biletowany festiwal, miasteczko motocyklowe, parking i camping”. Entuzjastycznie wspomniał o 30 zespołach, które wystąpią, z nazwy wymieniając i opisując dokładniej trzy z nich: hardrockowy brytyjski Saxon, szwedzki heavymetalowy Candlemass i polski Behemoth (bez określania jego profilu). Ten sam numer przyniósł również kilka wypowiedzi internautów z portalu www.gazetagoleniowska.com. Jeden z nich już wtedy zadał kilka ważkich pytań wyrażających wątpliwości, które podzielałem. Zatem jeszcze do nich wrócimy.

W następnym numerze „GG” z 28 lutego w rubryce „Moim zdaniem” ciekawy komentarz o imprezie napisał Michał Niklas. Powiedział sporo o zespołach mających wystąpić, z sympatią pisząc o wielu hardrockowych grupach. Natomiast bez żadnej sympatii odniósł się do grupy Behemoth, którą wyraźnie nazwał satanistyczną. O panu Adamie Darskim (Nergalu), w kontrze do określających jego satanizm „jasełkowym”, napisał: „Ja jednak sądzę, że za tym miłym obliczem stoi wyrachowany człowiek, łaknący sławy i sukcesu, który dzięki głupocie zapraszających go mediów propaguje zło”. Miał nadzieję, że do udziału zespołu Behemoth w zlocie motocyklowym nie dojdzie.

W wydaniu z 4 marca Leszek Ozimek odsłonił szerzej kotarę, już wyraźnie negatywnie odnosząc się do postawy burmistrza Krupowicza. Określił ją jako „niefrasobliwą” wobec udziału w organizowaniu i finansowaniu rockowego festiwalu w GPP przez jego doradcę (przy tym członka Rad Nadzorczych PEC i GWiK) Pawła Bartoszewskiego. Wskazał na bardzo prawdopodobny konflikt jego interesów zawodowych i prywatnych zainteresowań, które trudno oddzielić. Przy czym miał za złe burmistrzowi, że zachowuje się biernie, zderzenia interesów nie zauważając i nie komentując. Dokładniej zajął się też finansowym udziałem organizacyjnym gminy Goleniów i sponsorskim udziałem gminnych spółek.

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo Zdjęcie: www.gwik.pl

Mgr Paweł Michał Bartoszewski służbowo
Zdjęcie: www.gwik.pl

W artykule „Nie ma konfliktu interesów?” pan Ozimek sprecyzował, że marszałek Olgierd Geblewicz objął imprezę patronatem honorowym, wspierając organizatorów [w jakiej formie?] kwotą 10 tys. zł. Także wyraźnie i po raz pierwszy sprecyzował, na czym polega zaangażowanie gminy: ma ona pożyczyć organizatorom [czyli jeszcze chyba nie pożyczyła?)] 40 tys. zł „na zasadach ogólnych”. Inne „gminne” podmioty dołożą taki udział: GDK użyczy nieodpłatnie scenę plenerową, barierki i namioty, GWiK postawi darmowe dystrybutory wody, PEC da 3 tys. zł na sponsorowanie udziału zespołu Saxon. W artykule napisano, że burmistrz Krupowicz zaprzeczył pytany, czy prowadził osobiście, prywatnie lub w imieniu gminy, rozmowy w sprawie organizacji albo sponsorowania festiwalu przez gminne lub prywatne podmioty. Co do zaangażowania swojego doradcy w organizację imprezy i odnośnie prowadzonych przez niego rozmów ze sponsorami burmistrz stwierdził: „Pewnie prowadził je prywatnie, ale w tym nie widzę konfliktu interesów…”.

Do chwili kontaktu ze wspomnianą na początku osobą, poznałem jeszcze czyjeś inne zdanie o motocyklowo-rockowej imprezie. Poza „Gazetą Goleniowską” temat ten poruszył pan Andrzej Bugajski na portalu www.goleniow.net.pl. Kto chce przeczytać znacznie krótszą wypowiedź, niż niniejsza, powinien zapoznać się z jego wpisem.

Behemoth i ogień piekielny Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Behemoth i ogień piekielny
Ilustracja: www.tapeciarnia.pl

Tyle wiadomości udało mi się zebrać po sygnale od pierwszej osoby. Wnet było to już kilka osób. Nie ujawnię żadnych nazwisk, bo nikt mnie do tego nie upoważnił. Najpierw dostałem alarmującego e-maila, później były rozmowy telefoniczne, w końcu spotkanie. Aha, zapomniałem powiedzieć, po co te osoby się do mnie zwróciły, i czemu do mnie. Zaniepokoili się wielkim zagrożeniem, jakie niesie ich zdaniem przeprowadzenie wspomnianej imprezy. Te obawy przede wszystkim koncentrowały się na satanistycznym zabarwieniu części zespołów, wręcz całkowicie jawnie nawołujących do szerzenia kultu szatana. Jako grupę szczególnie przodującą w tym „dziele” wskazali Behemotha. Mówili mi, jak bardzo ich sataniści przerażają, jak wiele złych rzeczy wiadomo im o koncertach satanistycznych zespołów, jak często prowadzą one do prawdziwie strasznych czynów, nawet kultowych morderstw. Potraktowali mnie jako kogoś godnego zaufania, otwarcie piszącego, co myśli, poza tym jako osobę obytą, radnego mogącego ich skierować na drogę skutecznego powstrzymania zła, do którego może dojść. 

Przyznam, że choć część wcześniej opisanych okoliczności wokół zlotu w GPP mnie bulwersowała, na niektóre jednak patrzyłem dotąd dość pobłażliwie. Nie jestem fanem podobnej muzyki, rzadko takich kawałków słucham, stąd wcale nie miałem świadomości, jaką „ideologię” głoszą niektóre zespoły, do czego namawiają swoich słuchaczy. Satanizm jest mi tak obcy, jak tylko coś obce być może. Uprzednio nie interesowałem się ani treścią tekstów, ani otoczką koncertów – po prostu po pobieżnym zapoznaniu się omijałem je szerokim łukiem. Oczywiście echa potyczek pana Adama Darskiego (czyli Nergala – lidera Behemotha) z kolejnymi odwołanymi koncertami w różnych miejscach (nie tylko w Polsce!) docierały do mnie, nie miałem jednak na ten temat wyrobionego zdania.

Słyszałem też argumenty zwolenników imprezy, bo moja wrodzona tolerancja żąda wysłuchania wszystkich stron. „Mi się nie podoba, lecz może ja nienowoczesny jestem, może gust mam staromodny?” – tak sobie dumałem. „Trudno coś z góry oceniać, jeżeli tym bardziej wcześniej nigdy nie miałem do czynienia z podobnymi wydarzeniami.” Początkowo zdawało się, że to impreza raczej prywatna, dla zamkniętego środowiska, poza tym w miejscu ustronnym, nie stwarzającym zagrożenia dla niezainteresowanych mieszkańców, zaś sam udział gminy niewielki. Sama ona (ani jej instytucje) bezpośrednio przecież jej nie firmują. Później jednak zmieniłem zdanie. Przekonały mnie fakty.

Zanim więc cokolwiek odpowiedziałem na apel proszących o pomoc osób, pokrążyłem po licznych stronach internetowych zespołów, które organizatorzy zlotu wymienili w jego reklamie. Spróbowałem więcej dowiedzieć się o ideologii satanistycznej i jak się stało, że satanizm „przyczepił się” do muzyki rockowej. Szybciutko to streszczę, w małej pigułeczce, bo za wiele o tym pisać nie warto.

Nazwą „satanizm” określa się wiele różnych systemów religijnych, wierzeń oraz praktyk, które nawiązują do różnie rozumianego Szatana. Powstał z kontestacji chrześcijaństwa, jako jego zaprzeczenie. Wszystkie odmiany satanizmu wywyższają dobro indywidualne nad zbiorowe, sprzeciwiają się powszechnie uznawanym normom i wzorcom społecznym, głoszą wiedzę tajemną nawiązującą do wyobrażeń o demonach. Ta wiedza wcale nie musi być powiązana z kultem zła lub wiarą w osobowego Szatana. Nazwa ta określa przekonania i ideologie, a więc satanizmu nie można zabronić. Po prostu nie da się ludziom zakazać wierzenia w cokolwiek by chcieli. Natomiast w każdym systemie prawnym są normy zabraniające tego, co zagraża życiu i zdrowiu człowieka, co w świetle prawa jest niemoralne, nieetyczne. A takimi często są czyny osób wyznających satanizm. Stąd z punktu widzenia społecznego i prawnego satanizm jest zły, głosząc i promując kult zła. Prowadzi do zaburzenia porządku moralnego, osobowości jednostek go kultywujących, do odwrócenia wszystkiego, czym społeczeństwo kieruje się w wychowaniu swoich obywateli.

Okładka płyty zespołu Night Demon - czarna diabelska msza Ilustr.: www.nightdemon.net

Okładka płyty zespołu Night Demon – czarna diabelska msza
Ilustr.: www.nightdemon.net

Satanizm heavy metalowych zespołów rockowych ma niewiele wspólnego z tak opisanymi ideologiami, bo jest bardzo powierzchowny i ma zupełnie inne intencje. Raczej można go nazwać pseudosatanizmem. Liderzy kapel wykorzystujących satanistyczny sztafarz nie mają ambicji być przywódcami diabelskiej krucjaty przeciw dobru. Prawdziwym motorem ich działania jest zysk, reklamowy chwyt, dający im rozgłos i zwiększenie sprzedaży płyt. Mit satanistyczny wykorzystują muzycy z nurtów rocka zwanych death metal, black metal i blackened death metal. Jak zwał, tak zwał… Wszystkie „satanistyczne” grupy używają diablego przebrania, bo jest efektowne, chwytliwe, wyróżnia je od przeciętności. Są „satanistyczni”, bo „diabeł dobrze się sprzedaje”.

Chcecie przykładu diabelskiej symboliki? Na banerze strony internetowej reklamującej festiwal wydarzeniu widnieje napis „Goleniów” zapisany w taki sposób: „Gole\n/iów”. Znak \m/ to tzw. rogata ręka, którą sobie sataniści pokazują jako symbol przynależności do szatana. Ponieważ w nazwie naszego miasta nie ma literki „m”, to rogi zostały doprawione wokół „n”. Na logo imprezy, widniejącym tamże, świadomie wykorzystano herb Goleniowa. Gwiazdy są na nim pięcioramienne, co odwołuje się do diabelskiego pentagramu, demoniczne są też twarze półksiężyców i kolory użyte w logo.

Krew, seks, przemoc - czyli Behemoth Ilustr.: heavyrock.eu

Krew, seks, przemoc – czyli Behemoth
Ilustr.: heavyrock.eu

Nie odbierałbym takiej muzyce wszelkich wartości artystycznych i nie twierdzę, że jest wyłącznie nędzna, komercyjna. Ależ nie, choć spotyka się tu licznych muzycznych szarlatanów, wielu muzyków rockowych tych nurtów to warsztatowo świetni instrumentaliści, trafiający w gusta rzeszy miłośników ciężkich brzmień. Lecz co do warstwy tekstowej i płynącego z niej przesłania, zdanie mam całkowicie odwrotne. Olbrzymia większość tekstów to kompletny bełkot, mieszanka dowolnie ze sobą połączonych słów pochodzących z wszelkich systemów religijnych, bezładne blablanie nasycone niezrozumiałymi dla słuchaczy wyrazami, mającymi w sumie stwarzać wrażenie niezmiernej głębi i filozoficznego, wręcz proroczego natchnienia. Apologia i ubóstwienie szatana pod dziesiątkami imion, używanie diabelskiej mitologii. Totalna negacja wszelkich tradycyjnych wartości, wyzywająca prowokacja wobec powszechnie szanowanych idei i osób je wyznających, świadome bluźnierstwa, użycie ważnych religijnych symboli, często agresja wobec nich i ich profanacja, wyrywane z głębi trzewi flaki, tryskająca krew – a wszystko podane w obłokach kadzidła okultystycznych bajań, nawiązującymi do starożytnych cywilizacji i religii ich gadżetami i nazwami. Coś, co ma słuchacza przekonać, że ze sceny drze się do nich sam diabeł we własnym diabelskim języku.  

Nie mam najmniejszego zamiaru takich tekstów reklamować, ale jakiś przykład dać muszę, bo mi nie uwierzycie. Oto tłumaczenie fragmentu kawałka tekstu utworu naszego przyszłego topowego gościa zlotu motocyklistów, grupy „Behemoth”:

Ora pro nobis Lucifer                                                                     Tłumaczenie: Tekstowo.pl

Głosie aeonu
Aniele Diabelski
Módl się za nami Lucyferze
Tyś jeden cierpiał
Upadek i męczarnie wstydu
Pokonam złotą dumę niebios
I nigdy się nad Tobą nie zlituję
Niepokalany boski
Szatanie Elohima
Nikt nie śmie stać na twej drodze
Nie kłaniasz się żadnemu
Z fekaliów Edenu
Wezwij Węża wysłanniku
Zbawiciela (porządku w) zapaści świata
Zgodo w kuszeniu
I upadku Ewy

Bo Twoje jest królestwo i potęga
Bo Twoje jest królestwo
I chwała na wieki

Itp., itd… Nic z tego nie rozumiem, pewnie jestem za głupi i niewrażliwy na takie środki obrazowania. Błagam, może mi ktoś wyjaśni, co autor dokładnie miał na myśli? Może że Szatan zapowiada wygraną w odwiecznej walce zła z dobrem? To ja nie będę mu kibicować.

Ta muzyka ma słuchaczy przyciągać, przykuwać ich uwagę. Tak samo zresztą, jak efektowne sceniczne przebrania, piekielny ogień co chwila wybuchający z gazowych palników, gęsty dym szczelnie otulający scenę i widownię; narkotyczny (często dosłownie) trans publiki otumanionej rykiem głośników, oślepionej ogniem, walonej po głowie wrzaskiem wokalistów przebranych w diabelskie mundurki. Nawet obowiązkowa gotycka stylizacja liternictwa w nazwach kapel i na plakatach reklamowych ma działać na wyobraźnię widzów, rodząc podświadome skojarzenia. Zaś słowa tekstów, które wprawdzie jako przesłanie są bezsensowne, mają przyciągać mrocznością i niezrozumiałością osoby zagubione, sfrustrowane, podatne na przywództwo silnych osobowości, garnące się do uczestniczenia w grupie podobnych sobie. Przede wszystkim ludzi młodych, jeszcze nie ukształtowanych, nastawionych do świata buntowniczo.

Przez uczestnictwo w koncertach pseudosatanistycznych grup słuchacze wystawiają się na niebezpieczny kontakt ze złem i nihilizmem, zarażają się negacją społeczeństwa i „zwykłego życia”. Oczywiście „artystom” spod znaku diabła jest to obojętne; liczy się przede wszystkim, że słuchacze zapłacą za bilety. Pan Darski, po jednym z kolejnych zerwanych koncertów, powiedział tak: „Chcielibyśmy, by osoby, które torpedują naszą działalność, wiedziały, że komuś odbierają możliwość zarabiania. Jesteśmy muzykami i w ten sposób zarabiamy na chleb.” W tłumaczeniu na nasze, jasno i klarownie: „My naszym satanizmem krzywdy wam zrobić nie chcemy, to tylko służbowy strój do zarabiania kasy. A jak przypadkiem zrobimy, to bez urazy. Nic prywatnie do was nie mamy”.

Może brzmię nieco, jakbym chciał zagrożenie ze strony pseudosatanistycznych grup rockowych zlekceważyć. Ani myślę! Przez nastawienie na komercję nie są ani o krztynę mniej groźne, niż gdyby były szczerze i do bólu „ideowo satanistyczne”. Który ze słuchaczy ma tego świadomość, jak wielu potrafi rozpoznać ukryte chwyty marketingowe? Jeden ze znanych polskich muzyków rockowych, Tomasz Budzyński, powiedział: „Mam 39 lat, żonę i dwoje dzieci. Od prawie 17 lat uprawiam zawód muzyka rockowego, śpiewając w zespołach Armia i 2Tm2,3. Musimy przetrzeć wreszcie oczy i zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w okresie wielkich przemian kulturowych, w świecie, który jest antychrześcijański, a kultura lansowana przez „wszechpanujące” media jest – jak mówił Jan Paweł II – kulturą śmierci. Wybitny twórca rockowy, Nick Cave, powiedział ostatnio w wywiadzie, że Marilyn Manson [amerykańska topowa grupa spod znaku najcięższego rocka, używająca satanistycznego image] jest bardziej niebezpieczny, niż Britney Spears. Mówię akurat o Mansonie, bo niedawno odbył się w Polsce koncert tego zespołu. Z tej okazji otrzymałem wiele telefonów z różnych gazet, radia i telewizji z pytaniem, czy należałoby zakazać w Polsce jego występów. Odpowiadałem, że już samo postawienie takiego pytania jest bez sensu, no bo jak tu zakazywać koncertu, skoro płytę Mansona można sobie kupić w każdym sklepie na rogu ulicy, a teledyski tego zespołu „lecą” w telewizji. Wprowadzić cenzurę? Owszem można, ale to niczego nie zmieni.”

Jerzy Wasiukiewicz (rysownik satyryczny, felietonista) stwierdził: „Wystarczyło niewiele wysiłku, aby trochę poszperać w Internecie i do końca się upewnić, że Darski jest świadomym satanistą i przestać się cieszyć z jego sukcesów na świecie”. Uzasadnił to między innymi tym, że tekściarzem zespołu Behemoth jest okultysta Krzysztof Azarewicz.

Helenko, czy jest w domu kakao? Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Bożenko, czy jest w domu kakao?
Zdjęcie: www.ticketpro.pl

Lider grupy Marilin Manson mówi: „Uważam, że za każdym razem gdy ludzie słuchają tego nowego albumu, Bóg może zostać zniszczony w ich wyjałowionych umysłach”. Zatem muzycy sieją tę degrengoladę świadomie. Wiedzą, jak destrukcyjny może być ich wpływ na słuchaczy. Jednak nie przeszkadza im to, ważne, żeby publika dała się przyciągnąć. A jako listek figowy dla „artystów” służy hasło: „Prawdziwa Sztuka musi odbiorcę prowokować!” Wiec epatują maluczkich służbowo, żeby wyciągnąć z ich kieszeni trochę szmalu, a później wracają do domu, posiedzieć trochę przed telewizorem w normalnym świecie. Trzeba przecież odpocząć od produkowanego przez siebie jazgotu. Świetnie wyśmiał to w ubiegłorocznych skeczach kabaret Smile, parodiując Mansona od strony codzienności domowych pieleszy. Zmęczony diabeł-flegmatyk jedzący jajko na śniadanie i zbierający burę od żony za krecie kopce na trawniku przed domem – pyszne!

Tyle mniej więcej do mnie dotarło w czasie kilku dni, kiedy to buszowałem przez fale Internetu sprawdzając, czy zgłaszający się do mnie ludzie może nie przesadzają, wyolbrzymiając potencjalne zagrożenia wynikające z czerwcowego koncertu. Omijam tu najbardziej drastyczne szczegóły, bo spotkałem także informacje i obrazy tak brutalne i ohydne, że nie zdecydowałem się ich tu zaprezentować. Wyzbyłem się wszelkich początkowych wątpliwości, czy mam w tej sprawie zabierać głos i czy udzielać swojej pomocy proszącym o nią. Obiecałem inicjatorom tematu, że nie tylko napiszę na blogu, co myślę o nadchodzącym wydarzeniu, ale że spróbuję pomóc w przedstawieniu ich racji na forum Rady Miejskiej.

Tak się szczęśliwie składało, że we wtorek 15 marca było zaplanowane posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, spytałem zatem, czy nie zechcieliby przedstawić jej radnym na tym spotkaniu. Nie bez obiekcji, ale zgodzili się (o posiedzeniu komisji za chwilę). Obiecałem też naświetlić takie aspekty, których oni nie poruszyli, albo z których nie zdawali sobie sprawy.

Bo poza wymienionymi już licznymi kwestiami natury moralnej czy religijnej, pozostaje wiele wątpliwości co do udziału władz naszej gminy w przeprowadzeniu koncertu i całego zlotu. Tu wrócę do początku, kiedy pisałem o pytaniach postawionych przez jednego z internautów na portalu „Gazety Goleniowskiej”. Otóż osoba o pseudonimie Feldiuk zapytała o trzy rzeczy:

1. Jaki jest klucz przyznania środków publicznych na tę właśnie imprezę, a nie inną?

2. Czy zbadał ktokolwiek preferencje mieszkańców Gminy Goleniów dotyczące rodzaju imprezy kulturalnej? Skąd wiemy, że akurat rock? Być może mieszkańcy preferują disco-polo (wiem, skrajny przykład), a może (już bardziej serio) chcieliby festiwalu w nawiązaniu do kilku poprzednich edycji Festiwalu Hanzeatyckiego?

3. Czy został ogłoszony otwarty i transparentny konkurs wyłaniający podmiot mający zrealizować owo zadanie? Choćby dla zasady, dla czystej uczciwości?

Popieram te pytania w 100%! Nie padły one już nigdzie w „Gazecie” (chyba, że na portalu internetowym), a tym bardziej nikt nie udzielał odpowiedzi. A są to takie pytania, które właśnie radni powinni postawić burmistrzowi. I rzeczywiście ich wątki zaistniały wyraźnie w dyskusji w trakcie posiedzenia komisji. Bo finalnie tę sprawę jednogłośnie do porządku posiedzenia przyjęto.

Oddano najpierw głos gościom, którzy zreferowali przede wszystkim moralne i religijne obawy większej grupy osób, które reprezentują. Bo to nie tak, że tylko jakieś trzy osoby poczuły się zaniepokojone. Ich obecność była wynikiem wcześniejszych dyskusji w szerszym gronie. Pokazali radnym przykłady tekstów, pokazali ilustracje z „czarnych mszy” satanistycznych, odprawianych na koncertach, wskazali zło z tych koncertów płynące. Mówili o podprogowych przekazach, wmontowanych w występy, skłaniających słuchaczy do niemoralnych i złych zachowań. Mówili też o trudności zapewnienia bezpieczeństwa uczestników w warunkach, gdy zahipnotyzowany tłum ma nieograniczony dostęp do alkoholu, a taki organizatorzy zlotu motocyklowego reklamują jawnie na swojej stronie.

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Pojawił się też nigdzie wcześniej nie zauważony wątek „przeróbki” naszego herbu, który jako jeden z symboli naszej gminy podlega prawnej ochronie. Temat sam w sobie zasługujący na interwencję radnych, a jak widać z dyskusji, nie do końca im znany. Dlatego też przedstawię go nieco dokładniej.

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Herb gminy Goleniów zgodny ze Statutem Gminy

Załącznik Nr 2 do Statutu Gminy pod nazwą „Symbole oraz insygnia Gminy Goleniów” w Rozdziale I. „Wzory symboli Gminy Goleniów” określa wzór herbu. W § 2 mówi się tak: „1. Herb Gminy Goleniów stanowią dwa złote półksiężyce, odwrócone do siebie grzbietami oraz cztery srebrne sześcioramienne gwiazdy położone symetrycznie na tarczy herbowej, dwie w środku zakoli półksiężycy [przepraszam, to nie mój błąd - powinno być „półksiężyców”; jak sądzę zauważenie tego błędu przez Przewodniczącego Mitułę zadecydowało o powołaniu na początku kadencji Komisji Statutowej, która usilnie nad niniejszą poprawką pracuje] z prawej i lewej strony oraz po jednej w górnej i dolnej części tarczy herbowej, częściowo w rozwidleniach utworzonych przez półksiężyce. Tło tarczy jest niebieskie.” Dalej, w Rozdziale III. „Zasady używania symboli i insygniów Gminy Goleniów”, stwierdza się: „§ 13. Ustala się zasady używania symboli Gminy Goleniów przez: a) organy gminy; b) jednostki organizacyjne i pomocnicze gminy; c) osoby fizyczne nie prowadzące działalności gospodarczej; d) osoby fizyczne i prawne będące podmiotami gospodarczymi; e) inne podmioty ubiegające się o używanie herbu, flagi gminy.

§ 14. 1. Symbole Gminy podlegają ochronie prawnej. Ich używanie w celach komercyjnych, w tym handlowych i reklamowych, wymaga zgody Burmistrza Goleniowa z wyjątkiem wykorzystania ich do publikacji naukowych i popularnonaukowych. 2. Symbole Gminy, powinny być otoczone należytą czcią i szacunkiem.”

Czy burmistrz udzielił zgody na wykorzystanie herbu gminy do reklamowania komercyjnego koncertu? Jak sądzę, na pewno, przecież inaczej byłoby to nielegalne użycie herbu. A czy zezwolił także na jego dowolne i daleko idące przeróbki, jakie widzimy w logo zlotu? Pewnie nie, bo przecież Statut mu takiego prawa nie daje.

Feldiuk zapytał, czy ktoś badał preferencje mieszkańców dotyczące imprezy kulturalnej; odpowiem – nie. Akurat byłaby to idealna sprawa do skonsultowania się z mieszkańcami. Przepisy lokalne w tej dziedzinie mamy, choć nie są one stosowane w praktyce prawie wcale. Wszelkie „konsultacje”, jakie się u nas przeprowadza, nie są prowadzone zgodnie z tymi uregulowaniami, w praktyce są one martwe. Przypomniało mi się, kiedy w „konsultacjach” odnośnie zmiany granic naszej gminy na wniosek władz Szczecina wzięły udział… 3 osoby. Zapytałem złośliwie na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, w której to ubikacji Urzędu Gminy i Miasta wywieszono ogłoszenie o tych konsultacjach? Dostałem burę od zastępcy burmistrza Tomasza Banacha, że sobie żartuję – co ma władza zrobić, kiedy społeczeństwo się nie garnie do konsultacji? Nie było wtedy czasu dyskutować, ale z chęcią podpowiem praktyczne rozwiązania, gdyby kogoś z rządzących to interesowało.   

Radni w dyskusji poruszyli także inne kwestie. Obecny na posiedzeniu zastępca burmistrza Henryk Zajko musiał trochę się napracować, by wyjaśnić rozdzielenie prywatnej i służbowej roli pana Pawła Bartoszewskiego, o czym „Gazeta” tak szeroko pisała. W końcu pan Bartoszewski jest doradcą burmistrza ds. promocji GPP i pracownikiem Urzędu Gminy i Miasta, tymczasem po jego aktywności internetowej i społecznej widać, że gros czasu pracy i energii poświęca festiwalowi. Jego zaangażowanie w tym aspekcie jest bardzo widoczne. Kwestia pozyskanych sponsorów została już wspomniana na wstępie. Według różnych źródeł bezpośrednio zabiegającym o sponsorów był właśnie Paweł Bartoszewski. Nie da się udowodnić, że prośby o sponsoring byłyby tak skuteczne, gdyby nie stał za nimi autorytet osoby związanej wprost z gminą Goleniów, z burmistrzem, z UGiM. Z powodów w oczywisty sposób zawodowych bardzo dobrze zna on firmy i osobiście decydentów podmiotów gospodarczych z GPP. Nie wiadomo czy sponsorzy zdają sobie sprawę, co sponsorują, ani w jaki sposób została im idea przedstawiona. Przecież, a wyraźnie pisano o tym w „GG”, nawet dziennikarzom na żadne pytania pan Paweł nie odpowiada.

Nie tylko dziennikarzom… Jedna z goszczonych osób wspomniała, że próbowała na facebookowym evencie porozmawiać z panem Bartoszewskim, ale ten bardzo szybko wykasował niewygodne pytania i zablokował jej konto. Osoba ta prosiła innych, by z nim porozmawiali, ale skończyło się tym samym. Zauważono również, że pan Bartoszewski z jednej strony nazywa festiwal prywatną imprezą Stowarzyszenia Motocyklistów, jednak udziela się na stronie facebookowej tego wydarzenia dzień i noc. I nie jest to przesada. Bardzo pilnuje by żaden demaskujący wpis nie zawisł na stronie dłużej niż kilka minut, a czasami sekund. Przy czym robi to stale, w godzinach popołudniowych czy nocnych, ale i w takich, w których powinien być tylko urzędnikiem pracującym w gminie.

Następnie sam poruszyłem sprawy wynikające z pytań internauty Feldiuka. Nie rozumiejąc, co to jest „pożyczka na zasadach ogólnych”, o której „Gazecie” mówił burmistrz Krupowicz, chciałem wiedzieć precyzyjnie gdzie w budżecie gminy znajdują się środki na takie cele. Nie ukrywałem, że poprzedniego dnia prosiłem burmistrza Zajko o przygotowanie się do odpowiedzi – chciałem, żeby były one dokładne i konkretne. Burmistrz zadanie domowe odrobił. Podał, że pieniądze w kwocie 40 tys. zł pochodzą z (jeśli dobrze zanotowałem ze słuchu) z § 991, czyli rezerwy przeznaczonej na pożyczki dla różnych podmiotów, między innymi dla organizacji pozarządowych z terenu naszej gminy. Na początku tego roku było tam według Henryka Zajki 40 tys. zł, ale już w trakcie roku uchwałą zmieniającą pierwotny budżet wprowadzono tam kolejne 40 tys. zł, zwrócone z zeszłorocznych pożyczek. [Powiem szczerze, że chyba jednak źle ze słuchu coś napisałem, bo ja nie mogę takiego miejsca w budżecie znaleźć; pewno się pomyliłem w zapisie, jednak jak mam to sprawdzić, skoro na stronie internetowej gminy w BIP-ie nadal możemy znaleźć tylko projekt budżetu na rok 2016, jakby Rada budżetu w grudniu nie uchwaliła i jakby odtąd nie upłynął cały kwartał?]

Trochę to wyjaśnienie radnych zbulwersowało. Bo okazuje się, że burmistrz pożyczył od razu w pierwszym kwartale jednej organizacji połowę tego, co ma na cały rok (gdyby inne organizacje nie oddały długu w terminie – to nawet 100%), przy czym jak dotąd z tym stowarzyszeniem nie miał jeszcze okazji współpracować ani razu, nie mógł ocenić jej rzetelności ani jakości działania. A współpracować nie było okazji, skoro Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich zostało zarejestrowane oficjalnie dopiero 13.07.2015, będąc już drugim podobnym jednocześnie w gminie działającym.

Jak się też okazuje, takie pożyczki udzielane są w sposób dość niejasny, bo nie istnieje (tak stwierdził Henryk Zajko) żaden regulamin ich dotyczący. Wyrażono na gorąco opinie, że trzeba by było taki regulamin w przyszłości opracować. Ano trzeba, bo inaczej burmistrz naraża się na zarzuty uznaniowego przyznawania znacznych pożyczek. Z swojej strony dodam, że pożyczka 40 tys. zł była maksymalną, jaką burmistrz może udzielić. §17 uchwały budżetowej upoważnia Burmistrza Gminy do udzielania w roku budżetowym pożyczek łącznie do właśnie takiej wysokości – 40 tys. zł.

Od razu powiem, że już na posiedzeniu zwróciłem uwagę na inny aspekt tej pożyczki. Sam pomysł „pożyczania” pieniędzy na prowadzenie imprez komercyjnych uważam za chybiony. Gmina z założenia nie może służyć zarabianiu pieniędzy. Gmina to nie bank, tym bardziej finansujący zabawy raczej bogatych „chłopców”. Pożyczane pieniądze mogłyby być z pożytkiem wydane na wiele innych potrzeb, o które wnioskują (nieskutecznie!) mieszkańcy gminy do burmistrza od wielu lat. Dodam, potrzeb, o które mają w pierwszym rzędzie troszczyć się władze gminy. A ta kontrowersyjna impreza ma być przede wszystkim zabawą i rozrywką dla amatorów spoza naszej gminy. Czy miłośnicy tego zlotu nie mogliby dostać potrzebnych środków jako zwykły kredyt od banku? Przecież i tak mają oddać wszystko gminie jeszcze w tym roku.

Tu burmistrz Zajko wspomniał, że nasze lokalne przepisy odnośnie pożyczek określają cele ich udzielania następująco: „Na realizację przedsięwzięć ze sfery własnych zadań gminy, oraz innych”. Ani trochę się z tym nie zgodziłem. „Oraz innych” nie oznacza, że dowolnych, także całkowicie spoza spraw, którymi mają się gminy zajmować. Oznacza natomiast, że przede wszystkim „ze sfery własnych zadań gminy”. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek względy kulturowe czy promocyjne usprawiedliwiały wspieranie tego typu koncertów. Gmina sama na pewno takiego zlotu by nie organizowała, po co więc miesza się do pomagania?

Z uwagi na liczne wyżej wymienione wątpliwości, komisja postanowiła spotkać się ponownie, tym razem także z udziałem gości inicjujących temat, jak też z przedstawicielami organizatorów. Wprawdzie uważałem, że już wtedy, w dniu opisywanego posiedzenia, każdy byłby w stanie zagłosować za konkretnymi wnioskami do burmistrza, w końcu jednak zgodziłem się ze zdaniem większości, w tym naszych gości. Ponowne posiedzenie komisji, tylko dla tego tematu, ma odbyć się w środę 23 marca o godz. 15.30. Piszę tak dokładnie, bo posiedzenia są jawne, każdy może przyjść i posłuchać. 

Zastanawiam się któreż to zadanie własne gminy ma być realizowane rękoma SMG za pomocą organizacji festiwalu ciężkiej muzyki z elementami satanistycznymi i konsumpcją piwa? Stowarzyszenie Motocyklistów Goleniowskich w swojej „Misji” zawiera takie cele:

1. Organizowanie i popularyzowanie turystyki motocyklowej. 2. Działanie na rzecz podnoszenia bezpieczeństwa na drogach. 3. Rozwijanie i propagowanie kultury motocyklowej wśród społeczeństwa. 4. Działanie na rzecz ochrony zabytków kultury motocyklowej oraz w szczególności ochrony i restauracji samych pojazdów. 5. Działanie na rzecz ochrony środowiska.

Rozumiem, że chodzi o cel nr 3 – propagowanie kultury motocyklowej, bo inne zupełnie nie pasują do festiwalu. No jasne, gmina musi pomagać w szerzeniu kultury motocyklowej, to wie każdy. Jak widać nie ma w „Misji” nic o zarabianiu pieniędzy. Skoro gmina także zarabianiu pieniędzy nie służy, czemu obie organizacje współtworzą wydarzenie o charakterze całkowicie komercyjnym, nakierowanym na zarobek? I to spory. Przy planowanej ilości 3000 uczestników na samych biletach w cenie 179 zł i 94 zł (dwu- lub jednodniowych) da się zarobić brutto od 282.000 do 537.000 zł.

Fajny biznes, prawda? Pożyczam od kogoś 40 tys. na chwilę, robię wielki event zarabiając 10 razy tyle, zwracam grzecznie kasę. Jasne, trzeba odliczyć koszty, podatki, itp. No ale pożyczający pomaga mi te koszta obniżyć, namawiając swoich kolegów na sponsoring. Fajny jest gość, kumple mu nie odmówią. No i razem szerzymy kulturę motocyklową, zaś zarobek to tylko „efekt uboczny”.

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz Robert Krupowicz (w środku) dokonuje aktu zawierzenia
Zdjęcie: radioszczecin.pl

O ironio, wszystko to ma wydarzyć się w gminie, którą 23 listopada 2013 roku burmistrz Krupowicz zawierzył Jezusowi Chrystusowi, Królowi Wszechświata. Powiedział wtedy: „Uznałem, że powinienem poddać się weryfikacji wyborczej także w związku z moim świadectwem wiary. Mieszkańcy Goleniowa będą mogli ocenić, czy uważają mnie za kompletnego dewota i człowieka, który postradał zmysły, czy też za kogoś, kto intencjonalnie zabiega o ich dobro.” Zaś w samym akcie zawierzenia zawarł słowa: „Jezu Chryste, Królu Wszechświata, staję dzisiaj przed Tobą z osobistą intencją, zawierzenia siebie, swojej rodziny i wszystkich mieszkańców mojej gminy Tobie, który jesteś i drogą, i prawdą, i życiem. Prowadź nas Panie w codziennym życiu.”

Robert Krupowicz informował, że zawierza gminę jako osoba prywatna, a nie burmistrz. Tłumaczył, że chce w ten sposób szerzyć wartości chrześcijańskie wśród mieszkańców. Już wtedy miał pewne kłopoty z rozróżnieniem sfery prywatnej od służbowej. Zupełnie tak samo jak obecnie, gdy nie dostrzega konfliktu interesów prywatnych i służbowych u swojego doradcy.

Zarzucałem wtedy burmistrzowi nieszczere intencje, pisząc o tym w felietonie w „Gazecie Goleniowskiej”. Wygląda na to, że dziś niestety potwierdzają się. Dla mnie jest całkowicie niepojętym, czemu człowiek deklarujący aż nazbyt szumnie, że chce nas wieść drogą dobra, uważa że da się to czynić pomagając w organizacji imprezy propagującej zło i szatana. Może to jakaś szczególnie wymyślna próba, której powinniśmy sprostać dążąc w do nieba? Może dążąc do nieba, najpierw mamy liznąć trochę piekła? A może po prostu to osobisty plan pana burmistrza, żeby na wszelki wypadek obstawić wszystkie opcje? Dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Nasz najlepszy Sylwester

31 gru
Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok! Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok!
Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Mając w perspektywie dzisiejsze szaleństwo sylwestrowej nocy, tak sobie żeśmy z żonką powspominali dawne, panie dziejaszku, zabawy do białego rana. A choć było co wspominać, bo przecież przez wspólne 32 lata co roku jakoś żeśmy tę noc przebalowali, to jednogłośnie za najlepszą zabawę uznaliśmy Sylwester Anno Domini 1997. To znaczy, najpierw szybciutko ustaliliśmy, o którą imprezę chodziło. A później znacznie dłużej dyskutowaliśmy nad datą, nie będąc jej jakoś całkowicie pewni. Nie ukrywajmy, pamięć już nie ta…

Dla jasności: znaczna większość Sylwestrów była bardzo udana. Obojętnie, czy na dużym balu, czy też w warunkach blokowej prywatki. Przede wszystkim dzięki ludziom, z którym razem przyszło czekać na Nowy Rok. Przez dobre i wesołe towarzystwo i bardzo znajomych, i bardzo nieznajomych. Ci drudzy nieraz dobrymi znajomymi zostawali na długo, bo to też specyfika noworocznych spotkań. I to chyba było najważniejsze dla miłego spędzenia tej jedynej w roku nocy. Choć oczywiście kojarzy się ona także z dobrym jedzeniem, nie przeszkadzającym w konsumpcji dobrego alkoholu, który dla odmiany nigdy nie był przeszkodą w tańczeniu do upadłego.

Mojej żonie, która w poprzednim wcieleniu nazywała się prawdopodobnie Isadora Duncan, zachwyt samców nad jej tanecznym talentem nigdy specjalnie nie przeszkadzał. Mi też nie, niech chłopiska sobie trochę pozazdroszczą, że to nie ich żona. Ale nawet ja, normalnie taneczna siermięga, na tą jedną noc zamieniam się w fordansera, co to damy nawet czubkiem buta nie przydepnie, ramę trzyma jak Pudzian, a w czuciu rytmu Travolcie mógłby korepetycji udzielać. W śpiewaniu, jakoś zawsze na Sylwestra obowiązkowym, kompleksów tym bardziej nie odczuwam. A że jestem głuchy? Nawet lepiej, skoro mogę sobie pośpiewać nie ryzykując słuchania, gdyby coś poszło nie tak.

Wisienką na torcie każdego Sylwestra i jego specjalnością jest północne odliczanie ostatnich chwil Starego Roku i zachwyt, że właśnie narodził się Nowy. Nie wiem czemu nas taka radość ogarnia, skoro właśnie przeskoczyła nam data i znów zestarzeliśmy się, ale naprawdę zawsze czekamy na ten moment. A najbardziej lubię krążenie z butelką szampana od jednego znajomego-nieznajomego do drugiego, żeby nikogo nie przeoczyć przy życzeniach na Nowy Rok. Na dużych imprezach, takich na kilkaset osób, ta atrakcja zwykle rozciągała się do kilku godzin. Często-gęsto bywa ona okazją, żeby sobie w końcu przypomnieć, skąd ja tą sympatyczną mordę właściwie znam.

- Dobra, znamy to wszyscy – powiecie. – Ale czemu właśnie ta zabawa z Sylwestra roku 1997 tak wam obojgu trafiła w gust? Może da się ten patent kupić i powtórzyć sukces w przyszłości? – zapytacie. Z góry uprzedzę, że niestety nie. Zapewne jeszcze niejednego dobrego Sylwka zaliczymy, ale tamtego powtórzyć się nie da. Z powodu zasadniczego – nie będzie już Sylwestra w tym miejscu. Mianowicie był to nasz jedyny Nowy Rok… w szkole. Zabijcie mnie, nie powiem, w której.

Wiem, zgroza! Dziś nie do pomyślenia. Że kiedyś można było zrobić alkoholową zabawę dorosłych w Świątyni Edukacji? Brukać ukochane szkoły nasze rozpasanymi tańcami i wyuzdanym pijackim zawodzeniem?! Sączyć umiłowanym dziateczkom zdradziecki jad C2H5OH, z którym nigdy za maleńkości swojej do czynienia mieć nie powinny, nawet przez siedzenie w miejscu, w którym kilka dni wcześniej jacyś rozpustnicy upajali się na umór?!!! Jakież to były barbarzyńskie czasy, no nie do pomyślenia! Jak dobrze, że ktoś to w końcu ukrócił! Kiedyś komuna lud rozpijała, bo go chciała upodlić i mózgi ludziom rozmiękczyć, ale na całe szczęście w wolnej Polsce ktoś położył tamę takim niecnym knowaniom i zabronił ohydnej rozpusty w świętych murach, w których dziatwa ma chłonąć ożywczy tlen wiedzy wszelakiej.

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś
Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Troszkę muszę ostudzić tak myślących. Otóż jedyną podstawą prawną obowiązujących zakazów spożywania alkoholu w szkole jest art. 14 ust.1 pkt. 1 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. W tym zacnym przepisie zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo–wychowawczych. Czyli to środeczek stanu wojennego (trwającego od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) przyniósł ratunek dziateczkom, dotąd do woli rozpijanym w szkołach. Zapewne przewrotny generał Jaruzelski, powszechnie znany jako całkowity abstynent alkoholowy, pisał to prawo własną ręką. I jak to w stanie wojennym, intencje na pewno miał kaprawe, gdyż do zniszczenia Polskości na wszelkie sposoby nikczemnie dążył on.

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu
Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Młodszej części Czytelników zapodam, a starszej zapewne przypomnę tylko, że przeciętny Polak miał wtedy dwa źródła pozyskania alkoholu. Jedno legalne, acz bardzo niewydajne – zakup w sklepie, po uprzednim wyrżnięciu kuponu na przysługującą na jednego dorosłego człowieka 0,5 l butelczynę. RAZ NA MIESIĄC! W kraju, w którym statystycznie na łeb każdego mieszkańca rocznie spożywało się wtedy 11 l czystego spirytusu! Jak więc taką normę można było legalnie wyrobić? Nie było można!

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber Zdjęcie: rozmaitosci.com

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber
Zdjęcie: rozmaitosci.com

Od tego był drugi sposób, nielegalny. Otóż pijący naród zszedł do podziemia, walcząc z podłym generałem za pomocą starożytnego sposobu – produkując bimber. Krzakówka, księżycówka, samogon, berbelucha, koniak pędzony nocą lub wiejska wódka wyborowa – to tylko kilka z popularnych nazw tego trunku. Wydaje się, że właśnie dzięki niemu duża część naszego społeczeństwa przetrwała ciemną noc stanu wojennego. Popularny wtedy kawał relacjonował rozmowę dwóch znajomych spotykających się na ulicy tak: – Cześć. Gdzie pędzisz? – W piwnicy.

Aha, jeszcze na inny sposób walczono z wrednym wojennym prawem. Otóż powszechnie się do niego nie stosowano. Po prostu je olewano. Ono sobie było, czasem nawet pokazowo kogoś karano za jego niestosowanie, ale imieniny, urodziny, Sylwka czy inne takie okazje organizowano… w pracy, w remizie, w świetlicy wiejskiej, w szkole. Bo gdzie, skoro ludzie chcieli się spotykać, a gdzie indziej nie było miejsca? No, nie w godzinach pracy, po niej, albo w łykend. Za cichą wiedzą szefa, który sam w imprezie uczestniczył, ale bez oficjalnej zgody. Żeby nikt zbyt dosłownie traktujący prawo nie mógł zarzucić, że szef nie tylko do picia namawia, ale jeszcze to picie swoją osobą namaszcza i organizuje. Zresztą, alkohol przelewano w butelki od oranżady, i już nikt nie mógł się przyczepić. Miejsce zbrodni oczywiście musiało być na końcu zawsze dokładnie posprzątane i idealnie przywrócone do codziennej używalności. Ani do głowy nikomu nie przychodziło, że taka działalność rzeczywiście narusza intencje przytoczonego przepisu. Bo co naprawdę w tym złego?

Tych przepisów po prostu nie traktowano dosłownie. Miały chronić osobę postronną (klienta, petenta, ucznia, itp.) przed niepożądanym kontaktem z alkoholem. I chroniły. Bo w tych miejscach w obecności podobnych osób nigdy wcześniej alkoholu i tak nie było. Nikt przecież w szkolnym sklepiku nie sprzedawał piwa, nie podawano wina do obiadu w zakładowej stołówce, za picie wódki w pracy zawsze można było wylecieć dyscyplinarnie. Czy zatem spożywanie alkoholu na zamkniętej imprezie uwłaczło instytucji, która w tym czasie byłaby po prostu zamknięta na cztery spusty?

Jak na przykład mogło wpłynąć negatywnie na ucznia szkoły, którego w trakcie tych gorszących scen tam nie było? Czy ktoś z lubością opowiadał perwersyjne szczegóły scenariusza zdarzenia? Czy po posprzątaniu wszystkich pozostałości po imprezie niewinna dziatwa miała jakiś problem ze skupieniem się na nauce, bo szatan wciąż czaił się w ścianach i szeptał obleśnie niewiniątkom do uszek: – Nie ucz się Jasiu, bo w sobotę na imprezie w tej sali były tańce. Pan Dyrektor spoconymi łapskami obściskiwał wtedy chętną kibić twojej pani, przez co zgnilizny moralnej pełną teraz jest. A w auli na stołach obok talerzy z bigosem i schabowym stały butelki! No wiesz Jasiu, takie jak te, co je widujesz w domu na stole, kiedy mamusia ma imieniny. Teraz pewnie ty też będziesz chciał to samo co oni robić w szkole?

Przepraszam, że się naśmiewam, ale poważnie mówiąc, nie potrafię znaleźć nic gorszącego. Bo nie dziwi mnie, że dorośli ludzie czasami chcą się pobawić, a nie mają gdzie. Nie jestem zaskoczony, że na świecie jest alkohol, bo towarzyszy ludzkości od jej zarania. Abstynencja jest czymś chwalebnym jako zasada, lecz kulturalnie spożywany alkohol w nienadmiernych ilościach jest dla ludzi. Bądźmy realistami – alkohol jest na świecie. Każdy powinien mieć także prawo odmówienia spożywania, bo to jego wybór. Gdyby nie walczyć z nim poprzez zakazy, a przez propagowanie dobrych wzorców jego spożycia, zapewne uzyskano by znacznie lepsze rezultaty. Trudniejsze to, bo bardziej żmudne i wymaga więcej wysiłku, finezji, dobrej woli. Jednak u nas często rządzący idą po linii najmniejszego oporu. A coś mi się widzi, że próbują tu tylko zagłuszać swoją zwykłą bezczynność i brak pomysłów. Przecież zakazałem, więc ręce mam czyste.

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić
Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Przykład złego skutkowania zakazów alkoholowych mam z życia, dość wymowny. Otóż w USA 16 stycznia 1919 r. wprowadzono poprawką do Konstytucji zakaz sprzedaży, transportu i wyrabiania alkoholu, czyli tak zwaną prohibicję. Doprowadziła ona szybko do rozkwitu wszelakiej przestępczości związanej z alkoholem, której symbolem stał się sławny gangster Al. Capone. W okresie trwania prohibicji przestępczość urosła do nigdy wcześniej nie spotykanych rozmiarów, zaś strzelaniny walczących ze sobą o krociowe zyski bandziorów były normalnymi obrazkami z ulic amerykańskich miast. Rosła korupcja, niewinni ludzie ginęli jako ofiary gangsterskich wojen, zaś alkoholizm wcale nie malał. Próbowano z nim walczyć przez zatruwanie sprzedawanego nielegalnie alkoholu. Tylko z tego powodu w Stanach umarło 10 tysięcy osób.

Pewne zalety prohibicji dały się zauważać, lecz były one znikome wobec przeważających wad. Zrobił na tym w roku 1933 polityczny interes kandydat na prezydenta USA Franklin Roosevelt, który oparł swą kampanię na hasłach walki z prohibicją. Wielka musiała być nienawiść ludzi do tego prawa, skoro w ten sposób Roosevelt pokonał kontrkandydata bez większego problemu. Po wygraniu wyborów natychmiast doprowadził do zniesienia prohibicji, co nastąpiło poprzez wprowadzenia do Konstytucji USA poprawki nr 21. To za tą poprawkę do dziś wznoszą wdzięczni Amerykanie toasty na każdej imprezie.

Co zatem stało się u nas, że zakazy od początku martwe, nagle około roku 1998 zaczęły być w praktyce honorowane? W kraju już wolnym, nie w stanie wojennym, przy całym naszym słynnym polskim indywidualizmie i braku poszanowania praw? Nie wiem, to temat dla rozpraw socjologicznych. Wiem natomiast, jak to było w praktyce u nas. Otóż gdzieś przed Sylwestrem 1998 r. dyrektorki szkół gminy Goleniów dostały od pewnego wysoko postawionego urzędnika gminy proste pismo, przypominające treść zacytowanego wcześniej przepisu. Nie zapytały, czemu ktoś przypomina dość długo już obowiązujący przepis, tylko dotarło do nich: nie wynajmować! Zrozumcie, po co się miały narażać legalistycznemu urzędnikowi? Nie wynajęły i pewnie już nigdy nie wynajmą. Nawet na bezalkoholowy bal starych panien. Na wszelki wypadek.

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią... Zdjęcie: woleto.pl

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią…
Zdjęcie: woleto.pl

Może nad tym nadgorliwcem stał jakiś inny nadgorliwiec, pragnący popisać się skutecznością w walce ze złem? A może była to samodzielna obrona profilaktyczna, żeby samemu nie narazić się na podpadnięcie komuś bardzo dosłownie pojmującemu nadgorliwe prawo, zrodzone w innej epoce? Mało mnie to obchodzi, ważny jest skutek. Dzięki temu nadgorliwcowi i powszechnemu prawu ochrony własnej dupy, nawet gdy jej nikt nie atakuje, ilość miejsc dla zorganizowania miłej imprezy w kameralnych warunkach znacznie w Goleniowie i w okolicy zmalała, zaś ponuractwo zwiększyło zasięg swojego występowania. Nie na darmo mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu…

Wracając więc do naszego najlepszego Sylwestra 1997, co tak bardzo złego żeśmy tam robili i czego nagannego mamy się wstydzić, że aż zakazać to było trzeba? Dorośli ludzie, których nikt do tego nie zmuszał, złożyli się na wspólną imprezę, wynajęli szkolne pomieszczenia, obsługę, miejsce do tańca i siedzenia. Założyli ładne stroje, pobawili się razem przez klika godzin. Szkolne kucharki w szkolnej kuchni przygotowały dobre jedzenie, za co dostały wynagrodzenie. Każdy przyniósł ze sobą tyle trunkowości, ile uznał za stosowne. Nie był to absolutnie jakiś najważniejszy temat, bo wspominamy przecież wspaniałą zabawę ze wspaniałymi ludźmi, najlepszego Sylwestra spośród ponad 30. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, potańczyliśmy, pośpiewaliśmy do białego rana, wróciliśmy zmęczeni, lecz szczęśliwi. Spędziliśmy mile czas, czego i wam wszystkim serdecznie i bezwstydnie życzę na dzisiejszej zabawie sylwestrowej.

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna. Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna.
Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Nasza pogoda na sukces

03 lis
Najlepsze, bo z Polski grafika: www.maxmedia.org.pl

Najlepsze, bo z Polski
grafika: www.maxmedia.org.pl

I znów muszę się pokajać za długie milczenie. Beztrosko wszystko zwalę na żonę, to jej wina. Ośmieliła się pojechać na miesiąc do sanatorium, przez co mój czas na pisanie skurczył się do zera. Poza normalną pracą zawodową i obowiązkami radnego ten miesiąc spędziłem na czynnościach, które zwykle dzielimy między siebie (w mniejszym lub większym stopniu). A tak od rana do wieczora: latałem po sklepach (rowerem, mimo przestróg pesymistów po przygodzie Pana X), gotowałem (czasem nawet dwudaniowe obiadki), prałem (skarpetki ręcznie, resztę robiła pralka), zmywałem (ręcznie!), podlewałem kwiatki, odkurzałem, sprzątałem, com nabałaganił i tym podobne. Wszystko zrobiłem na czas i zgodnie z harmonogramem, który zostawiła żona. Kilku niezapowiedzianym kontrolom nie udało się mnie przyłapać na żadnej wpadce. Ba, udało się nawet wykonać parę zadań, których żonina rozpiska nie przewidywała. Wiem, żadne bohaterstwo, każdy stary kawaler to potrafi. A ja wręcz większość wymienionych prac lubię. No, jeszcze przecież wybierałem parlament.

Ale w tym samym czasie udało mi się pozbierać i przerobić na nalewki kilka kilo pigwy, ponad 10 kg pigwowca, wiadro berberysu, że o jabłkach, dzikiej róży i winogronach nie wspomnę (bo te zerwali dzielni rodzinni pomagierzy – ja tylko przerabiam). Jeśli ktoś z Was  kiedyś pokroił własnoręcznie choćby kilogram owoców pigwowca wie, że to robota żmudna i wymagająca siły, choć przede wszystkim cierpliwości. Aha, grzyby! Zbierałem je kilkakrotnie (z różnym skutkiem, choć jeden dzień był naprawdę rekordowy). Oczyściłem wszystkie własnoręcznie, oczywista. Tak że w sumie – domowy bohater. Brawo ja!

Przyznam, że nawet próbowałem w tym czasie coś napisać. Niestety, wszystkie podejścia zakończyły się pobudką nad ranem z nosem w klawiaturze komputera, zaś wyprodukowane wypociny nie nadawały się do niczego. Nie miałem też nawet chęci czytać o tym, co się na świecie dzieje, oczy mi się same zamykały prawie automatycznie. Zaś w Polsce… działy się wybory. Kampania wyborcza odstręczała mnie swoją dwubiegunowością: jedni chwalili się znakomitymi osiągnięciami, uzasadniającymi pozostawienie ich u steru władzy, drudzy zaś wskazywali bezmiar porażki obecnie rządzących, co oczywiście motywowało pilną potrzebę odebrania im władzy i przekazania w ręce nowych sił. Jedyną radą było wyłączenie się z tego hałasu, by ocalić własną głowę od niechybnego rozpadu na dwie połówki. Lecz gdzieś głębiej kołatało się takie pytanie: gdzie leży prawda? Ma nasz kraj sukces, czy nie?

Skoro jest już po wyborach, a przede wszystkim żona wróciła, po pierwszych powitalnych radościach udało mi się w końcu przeczytać spokojnie wiadomości z kilku kolejnych dni. I cóż moje zdumione piękne oczy skonstatowały? Wielka jest mądrość nam miłościwie panujących! Ano, rzeczywiście po wyborach żyjemy już w nowej Polsce. Jeszcze nie umilkły korki strzelającego szampana, jeszcze się zwycięzcy za tworzenie rządu nawet porządnie nie zabrali, jeszcze ani pokłócić się nie zdążyli, a my już mamy same sukcesy! I to takie, jakich nigdy w historii naszego kraju jeszcze nie odnieśliśmy. Właśnie one skłoniły mnie do napisania o tym nowego felietonu. Niektórzy blogowi komentatorzy i znajomi spoza bloga namawiali mnie wprawdzie do komentowania wyników wyborczych, ale to nie moje pole. Niczego ważnego do powiedzenia w tej sprawie nie mam, posłuchajcie lepiej opinii prawdziwych ekspertów od polityki.  

Co do wspomnianych sukcesów, ani myślę sobie stroić tanie żarciki. Te dokonania są moim zdaniem realne, pokazują Polskę jako kraj wiodący w szerokim spektrum tego, co się w świecie liczy. Cóż więc dziś świat docenia? Czym się próbujemy chwalić przed innymi i za co inni nas chwalą? Z czego Polacy powinni być dumni, czym się powinni szczycić, jak wyróżnić swoje miejsce w rosnącym wciąż szeregu państw świata? No i przed kim chcemy się chwalić? Z konieczności traktatu naukowego o tym nie napiszę (bo Wy, Szacowni Czytelnicy, z pewnością go nie przeczytacie), tezy swe udowodnię zatem pobieżnie. Felieton zresztą żelaznych dowodów nie wymaga, byle autor nie odbiegł znacząco od prawdy. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że miary sukcesu ewoluują, są zmienne, różne w różnych czasach. Dlatego zacznę  od podbudowy historycznej.

Nie sięgnę w badaniach daleko, zaledwie do roku 1969. Udam, że oburzonych głosów nie usłyszałem. Bo jak, do „niesuwerennego państwa pod okupacją sowiecką” (jak dziś wielu to określa), do „szesnastej republiki Związku Sowieckiego” (jak chcą inni) wracać? Lecz gdzie szukać punktu odniesienia, skoro to ma być refleksja historyczna – zapytam? Uważam tę datę za dobry moment wyjściowy do porównań z czasami bliższymi obecnej chwili. Okres dość zgrzebnego socjalizmu, przed rozpasaniem „propagandy sukcesu średniego Gierka”, czyli przed połową lat 70. XX wieku. Był to czas dobry na podsumowania i chwalenie się, okrągła rocznica istnienia Polskiej Republiki Ludowej. Ponadto żyje jeszcze wielu Polaków pamiętających tamtą rzeczywistość, może więc ta reminiscencja coś im nasunie. Młodszym natomiast pozwoli lepiej zrozumieć swoich dziadków i ojców. Czym więc w czasach „schyłkowego Gomułki” chwaliła się nasza propaganda?

Jako filatelista posłużę się przykładem z tej dziedziny. Znaczki pocztowe, poza licznymi bardzo praktycznymi zastosowaniami, niemal od narodzin w roku 1840 były przecież narzędziem propagandy. PRL wykorzystywała je do tego często i nachalnie, obecna RP także to czyni, choć nieco delikatniej. Zatem łopatologicznie: dnia 21 lipca 1969 r., w przeddzień 25. rocznicy powstania PRL, poczta polska wypuściła okolicznościową serię 9 znaczków. Cztery z nich opiewały sukcesy ówczesnego państwa. Projektował je dobry artysta Franciszek Winiarski, autor wielu plakatów, znany twórca polskich znaczków, trzymając się wiernie stylu propagandowego tamtej epoki. Nakłady tych znaczków były duże, po 5,8 mln sztuk każdy, nominał identyczny – 60 gr. Znaczki za 60 gr naklejano wtedy na zwykły list krajowy. Łatwo o wniosek, że przeznaczone były dla „klienta wewnętrznego”, mieszkańca naszego kraju. To jemu miały te znaczki meblować w głowie właściwy stosunek do sukcesów „socjalistycznej ojczyzny”. To nie „na eksport”, na zewnątrz? Nie, bo po co? Jedni „zewnętrzni” tamtą Polskę kochać i tak musieli (jak my ZSRR i innych przyjaciół z tej paczki), drudzy (ci z Zachodu) i tak by nas za chwalone sukcesy nie polubili. Czym się wtedy państwo przed obywatelem chwaliło? Otóż tylko silną gospodarką, zmierzającą w stronę pierwszej dziesiątki światowych potęg (to już jednak ogłoszono dopiero za Gierka).

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego
fot. Ireneusz Zygmański

Po pierwsze obywatele mieli być wniebowzięci z powodu wydobycie węgla kamiennego. Na znaczku dumny górnik wpatruje się radośnie w biało-czerwoną krechę symbolizującą 5. miejsce na świecie w produkcji czarnego złota. W roku 1970 wyciągano w Polsce na górę 140,1 mln ton, co i tak było mało wobec rekordowego wydobycia 193,1 mln w roku 1980. Współczesność jest w tej dziedzinie daleko z tyłu: 2001 – 102,5 mln ton, 2008 – 78,0 mln ton, 2013 – 77,1 mln ton.  W 2001 r. Polska w wydobyciu węgla kamiennego zajmowała bardzo wysokie 2. miejsce w Europie oraz 7. na świecie,  w 2008 – 9. pozycję na świecie. W dalszych latach tendencja była nadal spadkowa, a lokata światowa poniżej dziesiątej. Górnictwo węglowe jest dziś passé, jak i sam węgiel, uznawany za nieekologiczne i brudne paliwo. Już się nim nie chwalimy, a i z kopalniami same problemy.

Potęga w wydobyciu siarki fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu siarki
fot. Ireneusz Zygmański

Po drugie mieliśmy być dumni z wydobycia siarki. Widoczny na obrazku górnik niemal wbija z rozkoszą zęby w grudę siarki, jak w jakiś wielki kawał sera. A nas miała radować czerwona tym razem krecha wskazująca 6. miejsce w światowej produkcji siarki. Bez siarki nie byłoby kwasu siarkowego, bez niego tysięcy produktów chemicznych, niezbędnych nam do życia. W roku 1970 jako światowa potęga wydobywaliśmy rocznie 2,7 mln ton siarki. W 1980 było dwa razy więcej – 5,1 mln ton, a jeszcze w roku 1990 – 4,6 mln ton. Później siarka rodzima (kopalna) straciła swoje znaczenie, wydobycie spadło znacząco. Wzrosła produkcja z odzysku, z zasiarczonych złóż gazu ziemnego i ropy naftowej. Obecnie ponad 90% siarki uzyskuje się z odsiarczania spalin i paliw. Stąd blado wygląda porównanie liczb odnośnie wydobycia siarki w bliższych nam latach: 2005 – 802 tys. ton, 2013 – 526 tys. ton. Jednak w roku 2001 Polska zajmowała nadal wysokie 2. miejsce w Europie a 3. na świecie w  wydobyciu tego surowca. Lecz o tym już dzieci się w szkołach nie uczą ani nikomu z tego dumy nie przybywa.

Potęga w produkcji stali fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji stali
fot. Ireneusz Zygmański

Kolejnym powodem do radości miało być 9. miejsce Polski na świecie w produkcji stali. Złośliwi z przekąsem dołożą, że potrzebna była pewnie na ruskie czołgi, bo na wiele rodzimych produktów jej nigdy nie starczało. Nie zmienia to faktu, że w roku 1970 produkowaliśmy 11,8 mln ton stali surowej, w roku1980 nawet 19,5 mln. Później znowu był krach. W 2001 wytopiono w Polsce 8,8 mln ton. Dawało to krajowi 8. pozycję w Europie oraz 20. na świecie. W 2013 r. Polska jako producent stali zajmuje 6. miejsce w Europie i 19. na świecie, a produkcja w naszym kraju wyniosła 8,2 mln ton. I co, mamy płakać?

Potęga w produkcji statków fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji statków
fot. Ireneusz Zygmański

Czwartą przyczyną naszej dumy miała być produkcja statków. Stąd radosny stoczniowiec na kolejnym znaczku, na którym jeden z nitów symbolizuje czerwoną kropą 10. miejsce na świecie. Sama Stocznia Gdańska wyprodukowała po wojnie ponad 1000 statków, Stocznia Szczecińska ponad 600, pojemność brutto tych jednostek sięgnęła wielu milionów ton (tzw. CGT). Dzisiejsi malkontenci pewnie powiedzą: robiliśmy te statki dla RWPG, żeby Ruscy mieli na czym pływać, roznosząc czerwona zarazę po świecie. Pewnie tak, ale stocznie dawały chleb dziesiątkom tysięcy stoczniowców i ich rodzin, podtrzymywały całe gałęzie gospodarki. I znów współczesność przyniosła załamanie produkcji, że o ilości stoczniowców nie wspomnę. W 2005 wyprodukowano w Polsce 28 statków (pojemność brutto 722 tys. CGT – 4. miejsce w Europie), w 2008 produkcja o łącznej pojemności 587 tys. CGT dała nam 8. miejsce na świecie. W 2013 zrobiono już tylko 5 statków (9,5 tys. CGT). Paradoksalnie miejsce w rankingach europejskich i światowych wciąż rosło. W roku 2015 polski przemysł stoczniowy liczy się jako 2. w Europie, zaś 5. w świecie. Obecnie trwa boom na nowe statki i usługi stoczniowe. Według długoterminowych prognoz, do 2020 produkcja światowych stoczni wzrośnie o ponad 30%. Nawet mimo faktu, że na tym polu Europa przegrała sromotnie konkurencję ze stoczniami Japonii, Korei i Chin, daje to branży dobre perspektywy.

De facto wcale nas te dokonania nie cieszyły. Nie pamiętam, byśmy z tych powodów czuli się specjalnie lepsi. Świat naszych dokonań bardzo nie cenił, z czego zresztą przeciętny obywatel nie zdawał sobie sprawy. Polska nie była poważnym partnerem na rynku światowym, najwyżej dla „przyjaciół z demokratycznego obozu”. Świata nie podniecał węgiel, siarka – to kopalnictwo, produkcja surowców, towarów nieprzetworzonych. Surówka stali – to towar raczej mało skomplikowany. Jedynie statki były produktami potwierdzającymi wysoki poziom rozwoju przemysłu. Państwu zaś było bezpiecznie chwalić się przemysłem przed obywatelami, bo był przecież wspólny, „nasz”. Znamienne, że nie trąbiono wtedy o sukcesach w cenionych powszechnie branżach: motoryzacyjnej, elektronicznej, maszynowej, tak zwanym przemyśle lekkim. Po prostu sukcesów tu nie było. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzały królującą maliznę. Polski przemysł ciągle nie nadążał w produkcji, mimo wiecznego „przekraczania planów”, a notoryczny brak sznurka do snopowiązałek czy papieru toaletowego to nie były incydenty, lecz norma. A gdzie sławienie sukcesów polskiej nauki, kultury, sportu, które wtedy nie były zupełną rzadkością?

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka fot. alldiecast.us

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka
fot. alldiecast.us

I znów – nie było potrzeby. Klient zewnętrzny (poza Polską) te dokonania znał i kojarzył raczej z utalentowanymi jednostkami, którym się z Polski udało wydostać. Tam nareszcie mogli rozwijać swoje talenty, otrzymując za pracę godziwą zapłatę. Zaś dla władzy lepiej było, by klient wewnętrzny (w kraju) tych sukcesów nie znał, bo jeszcze by się zdenerwował. Panowało przecież hasło „równych żołądków”, kult pracy fizycznej, krytyka „prywaciarstwa”, bogactwa i materialnej własności jako takiej. Lepiej było narodu nie drażnić reklamując na przykład muzykę Krzysztofa Pendereckiego, robiącą na świecie furorę wśród elit, dla „mas robotniczo-chłopskich” kompletnie niezrozumiałą. Gdyby jeszcze te masy zobaczyły Mistrza jeżdżącego ze zblazowaną miną jedynym chyba w państwach RWPG Mercedesem 600, długim jak autobus, kupionym za „lekko i bez wysiłku” zarobione sterty nielegalnych w kraju dolarów, zamęt w ich głowach nastąpiłby pewnie nielichy.

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz fot. www.polskieradio.pl

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz
fot. www.polskieradio.pl

Naprawdę dumny ze swojego kraju poczułem się dopiero w roku 1978. 20 marca Krystyna Chojnowska-Listkiewicz jako pierwsza kobieta na świecie dokończyła na maleńkim „Mazurku” swój dwuletni samotny rejs dookoła świata.

Mirosław Hermaszewski fot. www.wykop.pl

Mirosław Hermaszewski
fot. www.wykop.pl

27 czerwca Mirosław Hermaszewski, jako jeden z nielicznych spoza rosyjsko-amerykańskiego monopolu, poleciał w kosmos.

Wanda Rutkiewicz fot. www.alpklubspb.ru

Wanda Rutkiewicz
fot. www.alpklubspb.ru

16 października Wanda Rutkiewicz weszła jako pierwsza Europejka (a trzecia kobieta na świecie) na Mount Everest.

Jan Paweł II fot. katalogznaczkow.net

Jan Paweł II
fot. katalogznaczkow.net

Tego samego dnia kardynał Karol Wojtyła wybrany został jako papież Jan Paweł II. Później jeszcze laureaci Nagrody Nobla: w 1980 Czesław Miłosz (czemu nie Zbigniew Herbert?), w 1983 Lech Wałęsa i w 1996 Wisława Szymborska wzbudzili we mnie podobne odczucia. Z wielu innych rodaków jestem dumny, lecz właśnie te nazwiska zna cały świat.

Tyle historii, przejdźmy w końcu do dziś. Po prawie półwieczu świat się bardzo zmienił. Przede wszystkim trudniej teraz o wysokie pozycje w rankingach. Państw przybyło i jest ich pewnie ze dwa razy więcej, niż w roku 1969, więc konkurencja większa. Inni sojusznicy, inni wrogowie. Inne priorytety, inne powody do dumy. Materia dziś całkowicie dominuje nad ideologią. Dobrobyt jest potrzebą, o której nawet nie wypada wspominać. Się wie, że dobre państwo ma go dostarczyć każdemu lojalnemu obywatelowi niemal pod drzwi. Gospodarką dziś na świecie się nie szpanuje, ją trzeba po prostu mieć, najlepiej sprawną i odporną na nieuniknione kryzysy. Cztery dziedziny, które tak rajcowały naszych propagandystów w roku XXV-lecia PRL, dziś przynoszą nam raczej kłopoty. O dziwo, nadal zajmujemy w nich bardzo wysokie lokaty rankingowe, lecz żaden Polak z tego powodu nie zadziera nosa w międzynarodowej rodzinie. Hasła gospodarcze i ekonomiczne stanowiły zaledwie nikły procent tego, czym nas politycy próbowali oczarować w niedawnych wyborach. Politycy unikają pchania łap do gospodarki, niewiele tam mogąc ugrać. Propagandyści zaś już zauważyli nieskuteczność sławienia rozwoju gospodarczego, bo ten kij ma dwa końce. Ludzi nie obchodzą statystyczne wyniki i papierowe porównania, jeśli nie widzą skutków koniunktury w swoich portfelach.

Czym więc mierzymy nasze sukcesy obecnie? Co nam daje pozytywnego kopa i łechta patriotyczną godność? Za co chcielibyśmy być chwaleni przez innych? Co się ceni na świecie i co podnosi naszą rangę, czym powinniśmy się chwalić jako kraj? Za co każdy obcokrajowiec poklepie nas po plecach radując się, że jesteśmy jego znajomym Polakiem? Spróbuję te najwyżej cenione dziedziny wskazać, choć za kolejność głowy nie daję: 1) powszechnie ceniony na świecie kraj ma być rajem dla możliwości indywidualnego  osiągania sukcesów przez jego obywatela; 2) ten raj ma się umieć dobrze zareklamować i sprzedać; 3) sukces musi być głośny, z najwyższej półki, i ma przynosić innym radość; oczywiste, że najbardziej naturalne dziedziny w tej sferze to rozrywka i sport.

Takie to tezy postawiłem, teraz pora, by je udowodnić. Przyda mi się tych kilka wiadomości z ostatnich 3 dni, o których gdzieś tam na początku wspomniałem, bo dobrze ilustrują moje stwierdzenia. Do rzeczy, udowadniajmyż. Przy okazji łatwo będzie zauważyć, że trzy wymienione wyżej sfery gładko się uzupełniają.

1. Raj dla osiągania indywidualnego sukcesu

Ranking Banku Światowego "Doing Business" fot. fr.vox.ulule.com

Ranking Banku Światowego „Doing Business”
fot. fr.vox.ulule.com

29 października ogłoszono wyniki rankingu Banku Światowego „Doing Business” („Robienie biznesu”). Polska zajęła w nim 25 miejsce, awansując  od zeszłego roku o siedem pozycji. To najwyższa nasza pozycja w historii. Nasz kraj wyprzedził na przykład tak szanowane państwo jak Francja. Ranking obrazuje najkrócej mówiąc łatwość prowadzenia biznesu w konkretnym państwie. Eksperci BŚ wzięli pod uwagę sytuację w 189 krajach świata. Bank Światowy, tworząc ranking państw, oceniał je w 10 kategoriach, m.in.: otwartość rynku, łatwość dochodzenia zobowiązań, jakość rynku pracy, ochrona własności, sprawność administracji oraz polityka podatkową. Jeszcze 6-7 lat temu Polska była na 76. miejscu w tej klasyfikacji. To największy skok wśród krajów OECD i Unii Europejskiej.

Możemy sami od wewnątrz patrząc tego nie zauważać, spojrzenie z zewnątrz obiektywizuje optykę. Narzekając zatem tradycyjnie na nasze „polskie piekiełko” weźmy jednak pod uwagę, że jesteśmy w światowej pierwszej lidze. I ciągle robimy dynamiczne postępy! I co, nie cieplej Wam na sercu? Jeśliby jednak jakieś dane o naszej piękności w tej sprawie ktoś troszkę podpicował, czego przecież nie sugeruję, chwała mu za to! Zgodne jest to z drugą zasadą – sukces trzeba właściwie zareklamować. Zaś wygrywanie w jakiejś prestiżowej kategorii (największy skok, jak tygrys jakiś!) ewidentnie pasuje do reguły nr 3: głośno, z zadęciem.

2. Dobry PR, czyli po naszemu piar (na to kiedyś mówiło się „propaganda”)

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015 fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015
fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

30 października TVP2 podała w wieczornym dzienniku (cały Internet powtarzał, choć dość ostrożnie), że Polska odniosła wiekopomny sukces na Wystawie Światowej EXPO 2015 w Mediolanie. Nasz polski pawilon był najbardziej szturmowanym spośród pawilonów wszystkich wystawiających państw, a odwiedziło go ponad 1,5 mln gości, zachwyconych jego wystrojem, lecz przede wszystkim pokazywaną zawartością. Moglibyśmy nie uwierzyć w płynące z pudełka słowa, ale obraz je wspierał prawdą najprawdziwszą. Wprawdzie przy ponownym odsłuchu dało się dopatrzeć, że Wystawa jeszcze trwa, zatem wynik nie jest pewny (ktoś mógłby nas wciąż wyprzedzić). Poza tym ilość gości w różnych źródłach zmieniała od 1,4 mln do 1,7 – lecz czy to takie ważne? News poszedł juz w świat i swoją dobrą robotę wykonał. Przy okazji zadziałała zasada nr 1, bo wszelkich informacji udzielał osobiście sam Dyrektor naszej ekspozycji, promując swoją skromną, z dumy pękającą osobę. Przyda się chłopu ten sukces do CV, ąleć to właśnie nasze polskie państwo tę okazję tylko nadarzyło, on zaś dobrze ją wykorzystał. Dobra robota, Panie Dyrektorze!

I znów – sukces jest autentyczny, zgodnie z zasadą nr 3 z górnej półki. Wystawy światowe to cykliczne wielkie ekspozycje prezentujące dorobek kulturalny, naukowy i techniczny krajów i narodów świata. Uczestniczą w nich wszyscy „wielcy”, starając się (zgodnie z zasadą nr 2) zareklamować swój udział w najefektowniejszy sposób. Wystawy odbywają się już od roku 1751, za pierwszą prawdziwie międzynarodową uważa się „Wielką Wystawę” w Londynie w 1851. Od tego momentu są one okazją do współzawodnictwa we wszystkich dziedzinach produkcji. W 1889 specjalnie na Wystawę w Paryżu zbudowano wieżę Eiffla. Gospodarze kolejnych ekspozycji chcą prześcignąć poprzednich organizatorów rozwiązaniami technicznymi i architektonicznymi, rozmachem uroczystości oficjalnych. Do dziś odbyło się dokładnie 70 wystaw światowych.

Wystawa EXPO 2015 w Mediolanie pod hasłem „Wyżywienie planety. Energia dla życia” trwała 184 dni i skończyła się 31 października, oficjalnie zamknięta przez prezydenta Włoch Sergio Mattarellę. Wzięło w niej udział prawie 150 krajów. Gospodarze byli szczególnie wzruszeni, bo nie przewidywali wcześniej wielkiego sukcesu EXPO w swoim kraju. Na ich Wystawę przyszło około 21,5 mln zwiedzających. Zatem wypełniły się zalecenia zasady nr 2.

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie fot. www.wprost.pl

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie
fot. www.wprost.pl

Nasz pawilon był czwartym co do wielkości na EXPO. Zorganizowała go i prowadziła Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Prawie 90 polskich firm miało okazję promowania przez pół roku produktów i usług, dodatkowo kilkadziesiąt przedsiębiorstw promowało się podczas specjalnych tygodni regionalnych. Polską stronę www.expo.gov.pl odwiedziło ponad 1,6 miliona osób. Wyliczono, że internauci spędzili na niej łącznie prawie osiem lat. Promocja Polski na Expo 2015 w mediach społecznościowych przyciągnęła kolejnych ok. 12 mln użytkowników. Polski pawilon kusił oryginalnością elewacji, wykonanej z drewnianych skrzynek na jabłka. Te owoce były jednym z wiodących motywów polskiej ekspozycji. Polska w ten sposób przypominała wszystkim, że jest największym w Europie i 3. na świecie producentem jabłek, a jednocześnie największym na świecie ich eksporterem. Smacznego, świecie! Zyskownego, nasi producenci i eksporterzy!

3. Sukces ma być głośny, z najwyższej półki

W "Wiedźmina" chce grać cały świat fot. gry-online.pl

W „Wiedźmina” chce grać cały świat
fot. gry-online.pl

Jak powiedziałem, najlepsze na tym polu są rozrywka i sport. Najpierw rozrywka. Wiadomość przekazano wszem i wobec 29 października. Otóż w 33. edycji prestiżowego plebiscytu Golden Joystick Awards największym wygranym gali okazał się „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Całkowicie polska produkcja, od autora opowiadań o Wiedźminie poczynając, pisarza Andrzeja Sapkowskiego, na autorach okładek kończąc, tworzona przez ponad 3,5 roku. W sumie gra zdobyła aż cztery nagrody, w tym najważniejszą, a dodatkowo wyróżniono dewelopera gry – studio CD Projekt RED. Tytuł i jego twórcy zwyciężyli w następujących kategoriach: „Najlepsze studio”, „Najlepsza narracja”, „Najlepsza grafika”, „Najlepszy moment w grze” oraz  ”Gra roku”. Zgodnie z zasadą nr 1, twórcy i dystrybutorzy gry zarobią teraz góry pieniędzy. I nie zazdrośćmy im, mogliśmy to przecież zrobić sami, gdybyśmy oczywiście potrafili. Do boju, wszyscy utalentowani, pracowici, głodni sukcesów. Wiedźmin przetarł wam drogę i pokazał, że można. Świat w waszych rękach.

Agnieszka Radwańska - najlepsza na świecie fot. www.polsatnews.pl

Agnieszka Radwańska – najlepsza na świecie
fot. www.polsatnews.pl

Przykładowy sukces sportowy narzuca się jednoznacznie i bez problemu. 1 listopada Agnieszka Radwańska wygrywa w Singapurze finał Masters 2015, wracając „przy okazji” na 5 miejsce światowego rankingu i zarabiając kolejne 2 mln dolarów. I to już jest szczyt szczytów. Tenis liczy się wszędzie, sława najlepszych w tej grze nie zna granic. Wyższe Himalaje to tylko piłka nożna. Pani Agnieszka w tydzień zrobiła dla chwały naszego kraju więcej, niż zdołalibyśmy uzyskać posiadając najlepszą armię świata, wytwarzając najwięcej siarki rodzimej, a nawet produkując tyle jabłek, ile potrafią nasi najlepsi na świecie sadownicy. Nikt nie dał siedzącej na trybunach publiczności, a za pośrednictwem telewizji milionom ludzi na świecie, tak wielkiej radości, jak ta drobna dziewczyna, zaprzeczająca niemal prawom fizyki. To dla wpatrzonych w nią z uwielbieniem widzów współczesny Dawid, pokonujący Goliatów sprytem, inteligencją, umiejętnościami, talentem, intuicją i siłą charakteru.

Ja wiem, siatkówka, lekkoatletyka, Robert Lewandowski – to też wysoko i głośno. Ale nie globalnie jeszcze, wciąż regionalnie. Kiedy drużyna pod dowództwem Roberta Lewandowskiego wygra najpierw Euro, a później Mistrzostwa Świata, wtedy dopiero będziemy pawiem narodów. Wszystkie moje trzy zasady splotą się wtedy w jeden idealny supeł, a Zbigniew Boniek zostanie dożywotnim Prezydentem Wszystkich Polaków. I wtedy też spełnią się nasze marzenia, by wszyscy nas na świecie kochali. Za naszą dobrą pracę, za ambicję osiągania czołowych pozycji w rankingach, za talenty i zdolność do czarującego sprzedawania swojej jakości z najwyższej półki. Lecz przede wszystkim za naszą fantazję ułańską, urodę słowiańską, i za Agnieszkę Radwańską.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wybory już za chwilę

04 paź
Twój krzyżyk się liczy Grafika: www.parlamentarny.pl

Twój krzyżyk się liczy
Grafika: www.parlamentarny.pl

Nie oszukujmy się, dziś będę Państwa po prostu agitował. Bez wyrzutów sumienia, bo nie mam zamiaru sprzedawać Wam nieświeżego jedzenia, diety cud odchudzającej w mgnieniu oka każdego żarłoka czy kompletu garnków z kosmicznych materiałów za astronomiczną cenę. Chciałbym Wam zareklamować kilka myśli. Pomyśleć i tak będziecie na ten temat musieli, bo wkrótce znowu WYBORY.

A gdy czas na wybory, przed dorosłymi Polakami staje alternatywa: iść, czy nie iść, głosować, czy nie? Niejeden z nas ten dylemat wielu wyraża tak: „Co ja tu będę wybierał? Cokolwiek bym nie zrobił, i tak „u góry” sobie wszystko już poukładali. Ktokolwiek dostanie mój krzyżyk, z urn wyskoczą ci, których partie namaszczają na posłów. Gdybym chciał powiedzieć prawdę i głosować na tych, których lubię, mój głos się na pewno zmarnuje. To ja olewam, beze mnie, nie idę na wybory!”. Obojętnie, czy to prawda, czy nie, takie myślenie dominuje. Najlepszym dowodem jest stale niskie uczestnictwo w wyborach. Większość Polaków nie chodzi głosować.

Do lokalu w lewo Grafika: www.reklamatic.pl

Do lokalu w lewo
Grafika: www.reklamatic.pl

Argument o „marnowaniu głosu” słyszałem setki razy i przyznam, że jest mi całkowicie obcy. No bo czego się ludziska obawiamy? Że gdy zagłosujemy zgodnie z upodobaniem, to nie trafimy w „prawidłowy wynik”? Że jak ktoś dowie się, na kogo głosowaliśmy, a przypadkiem nie na wybrańców, to coś złego nas spotka? Że stracimy posadę, bo dostaliśmy ją od rządzących partii? Czy boimy się wypaść z głównego nurtu, którym płynie większość współobywateli? Że jak wygrywają inni, na których nie głosowałem, to ja jestem kimś gorszym? Że wychodzę na frajera, bo źle odczytałem słupki sondażowe i w wyborczej ruletce postawiłem na złego konia? Przykro mi, ale to jakieś magiczne myślenie. W wyborach nie chodzi o obstawienie prawidłowego wyniku, lecz o powiedzenie rządzącym, jaką my, wyborcy, stawiamy im ocenę ze sprawowania władzy.

... albo w prawo Grafika: cargo-wybory.pl

… albo w prawo
Grafika: cargo-wybory.pl

Gra w „traf w to, w co celują inni” prowadzi do wyrzeczenia się jednej niepowtarzalnej szansy, by każdy mógł politykom powiedzieć swoją prawdę. Choć raz na cztery lata wyrazić swoje rzeczywiste zdanie, nieskażone medialnym szumem i manipulacjami partyjnych piarowców. Jasne, oni i tak to wszystko skomentują, uogólnią i opiszą jako swoją wygraną, ale ważna jest świadomość, że JA zrobiłem swoje. I nie wpatrujmy się tak bardzo w diagramy poparcia zalewające nas z telewizorów lub Internetu, ważniejsze jest zaglądnięcie do własnego sumienia. Zaś przykładów nietrafności przedwyborczych sondaży mamy aż nadto. Pomyłki w kalkulacjach potwierdzają, że to co opowiadamy sondażowniom przed wyborami to element naszej gry, bo stając z kartką w ręku przed urną często robimy coś innego.

Wiem, trudno ufać nam w przedwyborcze kampanie, programy tworzone pod publikę, zapewnienia nakierowane na zdobycie poklasku, obietnice „my wiemy jak wszystkim zrobić dobrze, a jak nas wybierzecie, to naprawimy całe zło”. Gdyby dobrze wczytać się w przedwyborcze manifesty tworzone pod dyktando partyjnych spin doctors okaże się, że w istocie są one bliźniaczo podobne. Politycy „głównego nurtu” kompromitowali się przed nami niejednokrotnie. Właściwie wszystkie rządzące partie co innego zapowiadały przed objęciem władzy, kusiły nas tonami kiełbasy wyborczej, a później z uroczym uśmiechem zabierały się za realizację swoich rzeczywistych planów, ukrywanych skrzętnie przed wyborcami. Niedotrzymywanie przedwyborczych zapowiedzi i obiecanek stało się powszechną normą. Dziś wyborców coraz mniej interesują programy partyjne. Boją się, że szkoda tracić czas na ich czytanie, skoro po wyborach nie traktuje się ich poważnie.

Dlatego ważnym jest, byśmy mieli zawsze jakąś alternatywę, możliwość powierzenia swoich nadziei na dobre rządzenie komuś innemu. Choćby po to, żeby zmuszać rządzących do starania o wywiązanie się z obietnic i zapowiedzi, dzięki którym ich wybrano. Niech wiedzą, że za oszukiwanie wyborców grozi im utrata władzy, niech czują nacisk nowych sił, które mogą ich zastąpić. Do tego konieczne jest jednak przede wszystkim, żeby jak najwięcej wyborców skorzystało z przysługującego im prawa do wzięcia udziału w wyborach. Wtedy dopiero globalny wynik wyborów nie będzie wypaczeniem, zbliży się do prawdy. Zatem nie chowajmy dowodów osobistych babciom, tylko zabierzmy całą rodzinę na niedzielny spacer do lokalu wyborczego.

Nie zakładajcie sobie sami knebla Zdjęcie: krzeszowiceone.pl

Nie zakładajcie sobie sami knebla
Zdjęcie: krzeszowiceone.pl

A tu właśnie czai się kolejny demon: „Nie pójdę na wybory, bo i tak nie mam na kogo głosować”. Takie alibi przywołują liczni uchylający się od uczestnictwa w wyborach. Niektórzy wręcz z dumą twierdzą, że na żadne wybory nie chodzą, jakby było to jakieś bohaterstwo. Dobrze, rozumiem, sam mam często kłopot, by znaleźć na kartce listę, której powierzyłbym bez wahania swój głos. Ani myślę kogokolwiek instruować, co ma uczynić z własną kartką. Natomiast nigdy nie zrezygnuję ze swojego prawa do zagłosowania „przeciw”, jeśli nie ma jak zagłosować „za”.

Kilka wyborczych rad ośmielę się Państwu jednak zaserwować. Gdyby były Wam niepotrzebne, wyrzućcie je do kosza, gdyby jednak ktoś porady szukał, to może się coś przyda. Zatem… Jeśli nie możesz zdecydować się na jakąś partię, poszukaj człowieka. Najlepiej godnego zaufania, którego znasz, wiesz o nim dużo, znasz jego dokonania, zalety. Najlepiej pochodzącego „stąd”, bo kto lepiej nas mógłby w parlamencie reprezentować, niż ktoś znający nasze problemy. Najlepiej człowieka aktywnego, energicznego, ale także umiejącego słuchać. Niech zna ten świat i żyjących na nim ludzi, ale niech nie będzie wyzbyty szczypty naiwnego idealizmu, bo inaczej jak by miał coś w tym nieidealnym świecie poprawić? Niech stoi nogami twardo na ziemi, lecz głowę niech nosi wysoko, żeby mu czasami zawadzała o chmury. Niech nie pędzi tam, dokąd zmierza całe stado, bo kto odszuka i wskaże inne, lepsze ścieżki? Niech ma odwagę mówienia nam prawdy, skoro kłamców i fałszywych pochlebców wokół nas wystarczająco dużo.

Nie sugerowałbym się wiekiem. Młodemu może brakować doświadczenia, lecz w czym lepszy jest kandydat dojrzały z toną złych doświadczeń na plecach? Z wiekiem jednym może oczywiście przybywać mądrości, za to drugim sklerozy. Młody ma gorącą głowę, lecz czy to zawsze zaleta? Jak to klasyk (Jonasz Kofta w tym wypadku) kiedyś stwierdził: „Czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni?” I nie ufałbym za bardzo złotoustym ględołom – z ich słów często leje się tylko woda.

Menu na te wybory www.youtube.com

Menu na te wybory
www.youtube.com

Znamy już komitety wyborcze, które przystępują do walki o parlamentarne fotele. Znamy też oficjalnie osoby, wpisane na listach tych komitetów jako kandydaci w poszczególnych okręgach. Pokusiłem się o zebranie do kupy całej oferty, jaka zostanie w wyborach przedstawiona w naszym okręgu. Oczywiście zgodnie z wyżej wyrażoną zasadą, interesowali mnie tylko ci kandydaci, którzy pochodzą „stąd”, z terenu naszej Gminy. Oto kogo spotkamy na swoich kartach do głosowania:

Lista nr 1: Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

21 Aleksandra MUSZYŃSKA urzędnik Goleniów Członek partii Prawo i Sprawiedliwość

Lista nr 2: Komitet Wyborczy Platforma Obywatelska RP

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

3 Magdalena Maria KOCHAN magister sztuki Goleniów Członek partii Platforma Obywatelska RP

Lista nr 3: Komitet Wyborczy Partia Razem

Brak kandydatów z naszego terenu

Lista nr 4: Komitet Wyborczy KORWiN

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

3 Agnieszka PODGÓRSKA specjalista ds. technicznych Goleniów Członek partii KORWiN

Lista nr 5: Komitet Wyborczy Polskie Stronnictwo Ludowe

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

11 Mieczysław SYPIEŃ lekarz weterynarii Goleniów Członek partii Polskie Stronnictwo Ludowe

Lista nr 6: Koalicyjny Komitet Wyborczy Zjednoczona Lewica SLD+TR+PPS+UP+Zieloni

Brak kandydatów z naszego terenu

Lista nr 7: Komitet Wyborczy Wyborców „Kukiz’15″

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

9 Małgorzata Alicja FARYNIARZ architekt Goleniów Nie należy do partii politycznej
23 Andrzej Waldemar BUGAJSKI technik żywienia zbiorowego Komarowo Nie należy do partii politycznej

Lista nr 8: Komitet Wyborczy Nowoczesna Ryszarda Petru

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

23 Marcin Stanisław GRĘBLICKI nauczyciel Kliniska Wielkie Nie należy do partii politycznej

Nie wszystkie z tych osób są tak samo znane goleniowskim wyborcom. Nie wszystkim też praktyka finansowania kampanii wyborczej dają równe szanse w zaprezentowaniu się. Teoretycznie każdy, kto ubiega się o mandat parlamentarny, może wydać na kampanię tyle samo pieniędzy. Problem w tym, że właściwie wszystkie partie wprowadzają własne, wewnętrzne limity. Oczywiście partyjna czołówka na liście ma limit wysoki. Partie usprawiedliwiają się, że kandydaci z dalszych miejsc większych szans na wygraną nie mają, więc i wysokie limity wydatków są im niepotrzebne. Tacy ludzie jakoby startują po to, żeby trochę wypromować swoje nazwisko, albo z przyczyn ambicjonalnych. Wodzowie z góry skazują ludzi z niższych lokat na rolę mięsa armatniego. Często bariera wydatków na kampanię między miejscem pierwszym a piątym sięga już 50%, im niżej na liście, tym mniej pozwala się kandydatom wydać.

Także możliwości komitetów wyborczych są nie takie same. Większe partie, które już reprezentowane są w parlamencie, mają liczne możliwości dodatkowego wspierania swoich kandydatów. Samo organizacyjne wsparcie sprawnych aparatów partyjnych, finansowanych zresztą z naszych podatków,  warte jest dużych pieniędzy. Ich komitety wyborcze zakładają „centralne” portale internetowe, obsługują swoich ludzi logistycznie, organizują spotkania i wiece wyborcze, często z udziałem partyjnych liderów. Jak mają więc ci „maluczcy” skutecznie konkurować, przekazywać o sobie rzetelne informacje? Sądzę, że w dobie Internetu choćby na tym polu powinni mieć równe warunki.

Postanowiłem zatem na własną rękę choćby w minimalny sposób wygładzić płynące z praktyki kampanijnej nierówności. Z góry odrzuciłem chęć pomagania kandydatom partii reprezentowanych w parlamencie (PiS, PO, PSL), właśnie z przyczyn wyżej wskazanych. Nie widzę potrzeby wyrównywania szans wobec Pani Kochan, Pani Muszyńskiej i Pana Sypienia. Oni i tak świetnie dotrą do Państwa przy pomocy swych komitetów. Spośród kandydatów partii pozostających poza sejmem kilku osób ani nie znam, ani nie zwracały się do mnie z prośbą o współudział w ich kampanii (mam na myśli Panią Podgórską i Panią Faryniarz). Pozostałych dwóch kandydatów znam nieco lepiej, ponadto właśnie oni uświadomili mi ten niezbyt równy dostęp do wyborców, zmniejszający ich szanse. Zostałem przez nich upoważniony do przedstawienia na swym blogu informacji o nich. Nie będę oczywiście opowiadać o programach ich komitetów, tych poszukajcie sobie Państwo sami, to bardzo łatwe. Jednocześnie zdecydowanie zastrzegam, że nie mam w ten sposób zamiaru niczego sugerować wyborcom. Powtarzam, przypatrujcie się Państwo każdemu sami, oceniajcie własnymi głowami. Skądś jednak trzeba brać materiał do porównań różnych kandydatów.

Zatem trochę wiedzy o dwóch kandydatach na posłów, alfabetycznie prezentowanych. Obaj mają ze sobą coś wspólnego: 23 miejsca na listach swych komitetów oraz brak przynależności do jakichkolwiek partii politycznych. Już tylko to potwierdza, że nie są pieszczochami hołubionymi przez swe komitety, celebrytami z czołowych miejsc. Takim pokazać się jest znacznie trudniej, zasługują więc na moje skromne wsparcie.

Ulotka Andrzeja Bugajskiego Materiał komitetu wyborczego

Ulotka Andrzeja Bugajskiego
Materiał komitetu wyborczego

Najpierw Andrzej Waldemar Bugajski, kandydujący z listy Komitetu Wyborczego Wyborców „Kukiz’15″. Od urodzenia mieszkaniec Komarowa, bezpartyjny, lat 47. Od 23 lat mąż tej samej Beaty, ojciec dwóch córek: prawie 22-letniej Kasi, studentki III roku Uniwersytetu Szczecińskiego i znacznie mniejszego skarbu, niespełna 3-letniej Janeczki. Należy do Stowarzyszenia WoJOWnicy’15 oraz Ruchu Oburzonych. Ma wykształcenie średnie techniczne. Był radnym Rady Miejskiej w Goleniowie w jej I kadencji. Jak twierdzi, udało mu się wtedy „przepchnąć parę spraw dla lokalnej społeczności; miedzy innymi budowę oświetlenia do drogi powiatowej i budowę drogi utwardzonej do szkoły w Komarowie”. Zabiegał o remont budynku Szkoły w Lubczynie. Za pracę w Radzie dobrowolnie nie pobierał diety radnego, przez 4 lata przekazując ją w całości na cele społeczne, najpierw na Dom Dziecka w Mostach, a potem na SP Komarowo. Będąc w ówczesnym czasie pracownikiem firmy państwowej uważał, że skoro firma mu płaci za nieobecność  w pracy podczas sesji, to nie należą mu się diety, stanowiące przecież zwrot utraconych zarobków.

Postrzegany jest przez wielu jako osoba o dużym zaangażowaniu w otaczającą go społeczność, z pokładami niespożytej energii, która napędza do działania. W 2010 roku zainicjował sprzeciw społeczny przeciwko zamiarom prywatyzacji i likwidacji szkół w Gminie Goleniów. Dzięki temu zaangażowaniu i zmobilizowaniu do pomocy wielu osób, udało się powstrzymać Gminę przed takimi zamysłami. Szkoły i przedszkola funkcjonują nadal, bez ich fizycznej likwidacji. Cały czas leżą mu na sercu sprawy naszej społeczności, co wyraża się w pracy na rzecz obrony interesów mieszkańców Gminy. Cały czas wraz z kilkoma osobami prowadzi swoistą kontrolę nad działaniami Urzędu Gminy oraz Burmistrza, prowadząc portal  www.goleniow.net.pl. Ostatnio pod ich lupę trafiły wybory sołeckie. Przez przeciwników politycznych został oskarżony o pracę i współpracę z SB oraz WSI .Jak sam mówi: „Jest to wierutną bzdurą. Nigdy nie współpracowałem z tymi służbami ani nie byłem ich tajnym współpracownikiem. Jedyne, do czego się przyznaję i jest prawdą, to do podpisania tzw. „lojalki” w 1989 roku, dotyczącej zachowania tajemnicy wojskowej podczas trwania zasadniczej służby wojskowej. Aktualnie jestem na etapie wytaczania procesów osobom mnie pomawiającym.”

Co do zapędów parlamentarnych, Andrzej Bugajski twierdzi: „Jeżeli zostanę posłem, osobiście będę się pochylał nad zwykłym obywatelem i jego problemami. Wspierał drobną przedsiębiorczość oraz działania pro-obywatelskie w gminach naszego regionu. Za szczególnie ważne traktuję działania zmierzające do budowy mieszkań socjalnych dla młodych małżeństw oraz rozwoju komunikacji miedzy małymi miejscowościami. W regionie za najważniejsze uważam odbudowę znaczenia Odry oraz Szczecina jako miasta stoczniowego i portowego, łącznie z budową tunelu dla Świnoujścia. Będę walczył z wszelkimi zmowami i knowaniami!”.

Ulotka Marcina Gręblickiego Materiał komitetu wyborczego

Ulotka Marcina Gręblickiego
Materiał komitetu wyborczego

Drugi z kandydatów to zamieszkujący Kliniska Wielkie Marcin Gręblicki. Zgłosił go na swej liście Komitet Wyborczy Nowoczesna Ryszarda Petru. Urodził się 6 kwietnia 1980 r. w Szczecinie, tam też ukończył Instytut Kultury Fizycznej na Uniwersytecie Szczecińskim. Mimo młodego wieku posiada już znaczne doświadczenie zawodowe, które dało szeroki przegląd funkcjonowania małych i dużych przedsiębiorstw w Polsce. Pełni funkcję Managera w spółce 3M Poland, także kierował zespołem w projekcie rozwoju  i wprowadzenia produktów firmy Mars Polska. Był członkiem Europejskiej Rady Zakładowej w spółce 3M Poland Z przyczyn zawodowych wiele jeździ po naszym regionie, często mając okazje do zapoznawania się z tym, co boli jego mieszkańców. Jest przewodniczącym i założycielem stowarzyszenia innowacyjnapolska.eu, aktywnego w istotnych sprawach dla naszego regionu. Współorganizował liczne imprezy kulturalno-sportowych. Jako długoletni czynny zawodnik  reprezentował Szczecin i województwo zachodniopomorskie na wielu turniejach  i pokazach tańca towarzyskiego oraz karate. Jego pasją są narty, sporty motorowe, film i muzyka.

Od początku obecnej kadencji Rady Miejskiej w Goleniowie jest jej niezależnym radnym, członkiem Komisji Rozwoju Obszarów Wiejskich i Komisji Budżetu Rady Miejskiej. Jest też członkiem Gminnej Rady Sportu.

A zatem, weźmy sprawy w swoje ręce, Szanowni Czytelnicy, przypatrujmy się ludziom z list, niekoniecznie ufając w magię numerków. Alternatywa jest zawsze, na nic nie jesteśmy skazani z góry. Wykażmy swoją aktywność, skoro wymagamy jej od naszych reprezentantów. Rządzących rozliczmy w wyborach, bo mądrzenie się przed sąsiadami lub rodziną nie jest spełnieniem obywatelskiego obowiązku. Prawdziwe wybory już za chwilę!

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Nasz powszedni wspólny widok

19 sie

Prawda, że ładnie się prezentuje moja ulica? Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Prawda, że ładnie się prezentuje moja ulica?
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Ostatni felieton został w komentarzach potraktowany z pewnym zniecierpliwieniem. Max napisał: „Tematów jest sporo, choć ten uważam za czwartorzędny, ale to pewnie na rozgrzewkę.” I dołączył się do Adamowego „Pisz, ojciec, pisz!”. Ten dodał jeszcze: „Temat rozruchowy [po dłuższej przerwie urlopowej]. Odnośnie chwaścianego artykułu: jakby jeszcze publicznie wspomnieć, do kogo należy ten niewątpliwie atrakcyjny turystycznie „Park”, to może zniknąłby szybciej…”. Odniosę się zatem najpierw do obu Komentatorów.

Nie zgodzę się z Wami, Szlachetni Komentatorzy, że temat jest poboczny. Może myli Was nieco, że podałem go w delikatniejszym niż zwykle sosie. Rzeczywiście jest tak, że nikomu nie chce się analizować jakichś straszliwych zawiłości przy temperaturze 35 stopni w cieniu. Jednak nie uważam, że to było pisanie o niczym. Wprawdzie staram się unikać łopatologicznego wyjaśniania czytelnikom, co autor miał na myśli, lecz brak zrozumienia u Wytrawnych Komentatorów tym razem skłania mnie do złożenia dodatkowych zeznań. Otóż zamarzyło mi się postukać leciutko w bardzo twardą skorupę czegoś, co uwiera mnie jak ciasne buty od wielu już lat. Streszczę główny wątek szumnie tak: próba studium problematyki przestrzeni prywatno-publicznej Goleniowa na wybranych przykładach. Ło Jezu, wyszedł mi tytuł na pracę doktorską!

Wiem synu, pewnie wolałbyś rozmowę o personaliach. Marzą ci się chyba proste rozwiązania na policyjną modłę: opornego rozpoznać, zlokalizować, wylegitymować, obezwładnić, ogłuszyć paragrafami, przekonać że „nie posiada racji w temacie”, i po kłopocie. Przypominam ci jednak, że jesteśmy na gruncie mulistym, gdzie władza nie dysponuje przepisami lokalnego prawa, zakazami i nakazami popartymi argumentem mandatu. Jak w artykule wspomniałem, goleniowska Straż Miejska za zachwaszczoną działkę w centrum miasta nie może właściciela ukarać ani przymusić do skoszenia chabazi. Brak naruszeń prawa – urzędnicy są bezradni.

Wiem też, że kiedyś szczególnie ciebie, Max, poważne studium urbanistyczne o wyżej podanym tytule zainteresowałaby bardzo. Przegadaliśmy o tych sprawach niejedną godzinę, pomysłów miałeś wiele, a część z nich doczekała się szczęśliwej realizacji. Wiesz także dobrze z własnej praktyki, jak trudno zarządzać przestrzenią publiczną w mieście. Z wielu jakże ważnych powodów, których albo sobie nie uświadamiamy, albo wolimy je wstydliwie przemilczeć. Temat ten kiedyś trochę rozwinę, ale dziś nie o tym.

Dlaczego akurat Wojewoda Zachodniopomorski tak bardzo krzaczyska chroni, ogołacając nasz regulamin czystości i porządku ze stosownych zapisów? Argumentem koronnym podobno była obrona świętego prawa własności. Dla niego widocznie chwaściska są legalną kolekcją botaniczną, której niszczenie można ścigać sądowo, jak niszczenie każdej prywatnej własności. Co jednak robić, jeśli to nienaruszalne sakrum wpycha się w przestrzeń wspólną, publiczną, łamiąc powszechnie uznawane standardy estetyki? Czemu czyjeś prywatne niechlujstwo musimy podnosić do rangi chronionej wartości? W innych województwach naszego kraju takie regulacje lokalnych przepisów się honoruje. Komendant Surmaj radzi wywierać presję moralną na właścicielu gruntu. Idę za jego radą, lecz nie na tym polega wywoływanie presji moralnej, że się krzyczy po mieście: „Ludziska, Chrzęścipiórkiewicz jest łobuz i trawska u siebie nie kosi!”. W ten sposób delikwenta tylko się zjeży, opancerzy, wyzwie do walki o honor i zapędzi do obrony odwiecznego „Wolnoć Tomku w swoim domku”. Na marginesie, w mieście wielkości Goleniowa i tak niemal wszyscy wiedzą, czyj jest opisany teren. A to już tworzy warunki do stosowania moralnego nacisku.

Kończąc komentowanie komentarzy powiem, że mnie w ogóle w tych sprawach personalia nie interesują. Liczy się dla mnie sprawa – prawo wszystkich mieszkańców do życia w miejscu estetycznym, przyjemnym i przyjaznym. Stąd obojętne mi, kto to prawo narusza, bo wszyscy powinniśmy na to reagować, żądając od właściciela terenu zachowania przyzwoitości w jego utrzymywaniu. Bez względu, czy osobie prywatnej, instytucji, czy nawet gminie, powinniśmy zwracać uwagę na złe praktyki w tej dziedzinie. Gminie może najbardziej, bo powinna świecić przykładem, wyznaczać poziom. Gdy będziemy wymagać od wszystkich aktorów goleniowskiej sceny wywiązania się z publicznych obowiązków, złe zachowania będą wyjątkami. Jeśli się natomiast przyzwyczaimy do bylejakości, rozpleni się ona jak te chwasty, które mam zamiar znowu pokazać.

No właśnie, bo ja dziś chcę znów sypnąć garścią przykładów. Pozbierałem je bez problemów w ciągu kilku minut. I to w miejscu podobno już estetycznym niebotycznie, na świeżo wyremontowanej ulicy Szkolnej i w jej bezpośredniej okolicy. Przykłady dotyczą różnych podmiotów, by nie wyglądało, że się na kogoś uwziąłem. Niestety w tej sferze grzeszy zbyt wielu.   

Jedyną ozdobą w tym miejscu był klomb przed biurowcem Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jedyną ozdobą w tym miejscu był klomb przed biurowcem
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Na pierwszy ogień kawałek terenu na przedłużeniu ul. Szkolnej, czyli ul. Maszewskiej, tuż przy przejeździe kolejowym. Specyficznie zależy mi na jego pokazaniu. Otóż jeszcze zanim zostałem radnym, jeden z wyborców, widocznie wierzących w mój sukces, zobowiązał mnie do interweniowania w tej sprawie. Jesteśmy zatem obok budynków firmy Serwach, czyli dawnej Goleniowskiej Fabryki Mebli. Naprzeciw stojącego wzdłuż ulicy biurowca był sobie od wielu lat otoczony murkiem klomb. Do jego założenia w dużym stopniu przyłożyła kiedyś rękę moja własna Mama, sadząc rośliny i dbając o nie osobiście. Urosły tam fajnie płożące się iglaki, a widok zielonej roślinności skutecznie odciągał wzrok od niekoniecznie pięknego otoczenia. Klomb należał wtedy do GFM, lecz po wielu przekształceniach jest we władaniu prywatnego właściciela. Zaznaczam, że nie jest nim firma Serwach. Klomb, o który przestano dbać, zarósł straszliwie. Iglaki porosły nad miarę i zamiast zdobić, zaczęły straszyć. 

No, teraz dopiero jest ładnie... Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

No, teraz dopiero jest ładnie…
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Jak wyborca prosił, tak uczyniłem. Na jednym z posiedzeń komisji Rady Miejskiej poprosiłem wiceburmistrza Tomasza Banacha o zwrócenie właścicielowi uwagi na to miejsce, podjęcie próby skłonienia go do zajęcia się nim, jak na gospodarza przystało. Niestety, burmistrz chyba rzeczywiście zadziałał. Mówię „niestety”, bo właściciel zareagował na to zupełnie inaczej, niż było w intencjach mojego wyborcy i moich. Chyba dla uniknięcia dalszych nieprzyjemności, po prostu… klomb zlikwidował. Murek rozebrano, rośliny zniknęły, a teren już nigdy nie będzie potrzebować ogrodnika. Wyrzuty sumienia w tej sprawie targać mną będą zapewne do końca życia. A z ładnego kiedyś miejsca wyziera dziś smutek betonowej trylinki. Cóż, skąd ja znam to zamiłowanie do betonu?

Co tu się hoduje, drzewa czy zielsko? Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Co tu się hoduje, drzewa czy zielsko?
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Idziemy dalej w stronę centrum. Kurczę, porządnie, fajnie, jak na obrazku u góry wpisu. Ładna ta „moja” ulica! Europa… Może brakuje mi tych koszy na śmieci, co się ich tak uporczywie czepiam. Mijamy Lidl, podziwiając w tym roku posadzone młode głogi. Może starych potężnych topól brakuje, ale mój ten ból. Toć to przecież były chwasty, jak niektórzy twierdzą z uporem. Głogi urosną, będzie ślicznie. Nareszcie gmina wyznacza innym właścicielom wysoki poziom, wykazując się na swojej działce  dbałością o estetyczne doznania mieszkańców. Traweczka wykoszona, cieszy ok… Tu chciałem powiedzieć ”cieszy oko”, lecz właśnie przeszedłem parę kroków bliżej. I co widać? Zapewne zaraza, którą zaczął szerzył ten przyjemniak z opisanej działki na Szarych Szeregów, dopadła miejskich ogrodników. Czyżby też zaczynali kolekcjonować chwasty?

Po prawej wyłazi niezadbany, upstrzony resztkami betonowych placyków teren przy Orliku. Podobno ktoś miał tam zrobić plac zabaw, ale chyba zapomniał.

To same niemal miejsce, ale z innego ujęcia Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To same niemal miejsce, ale z innego ujęcia
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Idę kawałek dalej, a tam już otwiera się urocza dżungla za garażami położonymi między ulicą a Orlikiem. Nie jestem pewien, czyj to teren, lecz zapewne należy do OSiRu. Przecież to ta gminna instytucja występowała do Starostwa o wycięcie stojących tam kiedyś drzew. Na co dzień, poza funkcją intensywnie użytkowanego przejścia na skróty dla pracowników IKEI, stanowi cudowną ostoję dla okolicznych miłośników plenerowego (oczywiście w miejscach publicznych surowo wzbronionego!) spożywania wszelkich napojów zawierających choćby śladowe ilości C2H5OH. Jest tu także darmowy szalet miejski, znacznie popularniejszy od tego marmurowego kloca na Plantach. Gdzieś pijaczki muszą przecież wydalić z siebie pozostałości popitki i zagryzki. No i wyrzucić butelki, foliowe reklamówki oraz inne tego typu przybory okołospożywcze.

To jest naprawdę obrazek z centrum naszego miasta Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To jest naprawdę obrazek z centrum naszego miasta
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Od drugiej strony garaży prowadzi nieoficjalna ścieżka wprost do IKEI (w lewo) lub dla uczniów na skróty do Szkoły Podstawowej nr 2 (w prawo). Ci pierwsi klną przedzierając się przez stojące tam po każdym deszczu kałuże, w które z powodu egipskich ciemności i tak muszą wleźć. Bardziej klną, kiedy wejdzie im się w ludzki lub psi ekskrement, bo cały ten teren zaminowany jest właściwie zawsze. Natomiast dziatwa to miejsce uwielbia, gdyż w cieniu za garażami mogą sobie spokojnie zapalić ulubionego papieroska albo skorzystać z innych dostępnych w szerokiej gamie używek. Panowie pijaczkowie im w tym nie przeszkadzają, zabawiając szczególnie co bardziej wyrośniętą młodzież żeńską towarzyską konwersacją.

Nieoficjalna ścieżka i wejście na Orlika, przejście do IKEI i do SP2 Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Nieoficjalna ścieżka i wejście na Orlika, przejście do IKEI i do SP2
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Może tu zakończę podróż po mojej ulicy, dalej zieleni już nie ma. Na teren wokół garaży zwracałem kilkakrotnie uwagę w interpelacjach, nie spotkał się jednak z istotnym zainteresowaniem. Pytałem o możliwość jego ucywilizowania przez ustawienie kilku lamp, o położeniu chodnika nawet marząc. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: nie nasz teren. No cóż, czego od ulicy nie widać, tego sercu nie żal. Współgra mi taki punkt widzenia ze wspomnianym wcześniej poglądem Wojewody: wara od świętej własności prywatnej! Nie będziemy się tam wtrącać, bo to nie nasze sprawy. I tego właśnie się spodziewajmy na każdym styku gminnego z prywatnym.

Zakończę dzisiejszy felieton niespodziewaną dla mnie łączną puentą, wspólną dla dwóch wpisów: bieżącego, ale przede wszystkim poprzedniego tekstu, który na początku komentowałem komentatorom. Przypadkiem otóż spotkałem się z dawno niewidzianym kolegą, siedzącym od wielu lat w Australii. Urodzony goleniowianin, który spędził tu dzieciństwo i wczesną młodość, z okazji rzadkiego pobytu w naszym wspólnym grodzie, przeczytał mój „chwaściany” felieton. Mam nadzieję, że nie obrazi się za ujawnienie fragmentu maila, który przysłał mi po tej lekturze. Nie jako komentarz na blogu, lecz zwykły list. Zacytuję, co napisał goleniowski Australijczyk, człowiek mający do tego miasta szczególny sentyment:

„Zbiegiem okoliczności, jak to często bywa, idąc przez Goleniów (…) skręciłem w ulicę Szarych Szeregów, gdzie Mama kupowała kiedyś świeżo urwane, prosto z tamtejszej działki: rzodkiewkę, sałatę, itp. Stałem tam parę minut dumając nad polską ekonomią, która jest, jak na całym świecie, łaskawa, psotna, a czasem i okrutna. Artykuł twój wyjaśnił mi, że parcela leży w prywatnych rękach, więc z wyrozumiałością już większą patrzę na ten obrazek, przyłączając się do oczekiwań okolicznych mieszkańców, którzy przyklasnęliby, przypuszczam, widokowi skoszonej trawy i podciętych, niektórych chociaż, chwastów. Bo przecież chwasty to rośliny, których użytku jeszcze nie odkryto. Pewnie dlatego stojąc tam parę tygodni temu i patrząc na tę działkę, poczułem, lekki aczkolwiek, powiew tajemniczości.”

No cóż, swojak, ale nauczony już innej normalności, standardów kraju słynącego z pięknych krajobrazów, z pięknych miast. Sam w jednym z nich mieszka na tyle długo, by odzwyczaić się od naszych niedoskonałości. Kiedy byliśmy kilkunastoletnimi młodzieńcami, na takie rzeczy nie zwracaliśmy uwagi. Dziś jest mu najwyraźniej przykro, że jego kolega pisze o tak oczywistej sprawie. Wyraźnie czuję jego zażenowanie, gdy próbuje mi nasze chwasty jakoś wyjaśnić i usprawiedliwić.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Nowe felietony