RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Nowe felietony’

Prywatny miejski park

10 sie
Dżungla w centrum miasta Fot. Ireneusz Zygmański

Dżungla w centrum miasta
Fot. Ireneusz Zygmański

Lato, upał. Wszyscy ledwie dyszą w palącym słońcu, przed którym trudno się schować. W taką spiekotę nikt nie chce czytać trudnych tekstów, bo mózg przy każdym większym intelektualnym wysiłku przegrzewa się. Śpieszę zatem dostarczyć dziś Czytelnikom lektury nieco lżejszego kalibru, niż moje dotychczasowe pisanie na tym blogu. Zabrać ich do jakiegoś pięknego miejsca, z dala od gotującego się asfaltu. Żeby było kolorowo, odpoczynkowo, pozytywnie. Żeby było na łonie natury, choć raczej bez długich męczących podróży. Najlepiej całkiem bez opuszczania miasta. Aha, i żeby kogoś pochwalić, bo to wleje nieco optymizmu w tryskających rzęsistym potem współobywateli.

Zapraszam Was zatem w podróż niedaleką, do takiego matecznika pierwotnej niemal przyrody. Do parku miejskiego, którego żaden burmistrz z pompą nie otwierał, wstęgi nie przecinał, imieniem żadnym nie okrasił. Bo też powstał on z całkowicie oddolnej inicjatywy jednego pasjonata, który założył go z niemałym wysiłkiem na swym własnym, całkowicie prywatnym terenie. Musiał się nawet posłużyć sprytnym kamuflażem, żeby to pionierskie przedsięwzięcie doprowadzić do szczęśliwego finału. Zapraszam Państwa zatem do centrum Goleniowa, na ulicę Szarych Szeregów.

To tu właśnie, w sąsiedztwie bloków GTBS, niemal naprzeciw Szkoły Podstawowej nr 2, przy świeżo przebudowanej ulicy mieści się to cudo. Jest to pierwszy w Goleniowie, a kto wie, czy nie w Polsce, całkowicie prywatny miejski park tematyczny. Jego idea jest szlachetna i nowatorska. Autor postanowił mianowicie zgromadzić w jednym miejscu pełną kolekcję chwastów, jakie tylko rosną w naszym kraju, i udostępnić ją szerokiej publiczności do podziwiania. I właśnie teraz, w szczycie letniej kanikuły, zobaczyć można efekty tego znakomitego pomysłu. Jest to niewątpliwie jedyny w swoim rodzaju zbiór cennych roślin, cieszących oko wszystkimi kolorami tęczy, rozmaitością kształtów, bujnymi rozmiarami.

Słówko o prehistorii tego terenu. Pamiętam, że we wczesnych latach 60-tych w tym miejscu znajdowała się prawdziwa kuźnia (z lewej strony, zaraz za rogiem ul. Konstytucji 3 Maja i Szarych Szeregów – wtedy noszących nazwy Jedności Narodowej oraz Pionierów), gdzie ludziska przyjeżdżali podkuwać konie. Zaś bardziej w prawo znajdowały się ogródki lokatorów położonego po drugiej stronie ulicy bloku fabrycznego GFM (czyli Goleniowskiej Fabryki Mebli; jakoś smutno, że dziś w żadnej nazwie goleniowskich firm nie ma już wyrazu „goleniowska”). Sadzili tam przez długie lata warzywa, choć grunt do nich nie należał. Skoro jednak do niczego innego się ten teren nie przydawał, co to komu szkodziło?

Przechodząc do czasów nam bliższych oraz do naszego bohatera, zacznę od momentu pojawienia się wokół całego terenu wysokiego solidnego płotu. Zabijcie mnie, nie pamiętam, kiedy go postawiono. Jak myślę, około 10 lat temu. Jestem natomiast pewien, że już wtedy w głowie właściciela nieruchomości pojawił się pomysł chwaścianego parku. Za tym wielgaśnym płociskiem rozpoczął pielęgnację pierwszych nieśmiało kiełkujących roślinek, pieczołowicie zbieranych pewnie po wszelkich gruzowiskach, niedostępnych śmietnikach, zakazanych zakamarkach znanych tylko plenerowym pijaczkom. Ileż trzeba się było naszukać, by zgromadzić bezcenne sadzonki. A jak wielkiej wiedzy botanicznej potrzeba było, by nie zawlec jakiegoś banalnego „szlachetnego” (tfu!) gatunku…

Jak wspomniałem, nasz właściciel, zapewne z obawy o niezrozumienie nowatorskiego pomysłu, musiał się postarać o jakiś kamuflaż. Bardzo udatnie posłużyła do tego postawiona przy płocie duża tablica informująca, że w tym miejscu wybudowane zostanie osiedle mieszkalne. Na poglądowym rysunku przedstawiono jego wygląd, kusząc przyszłych lokatorów interesującym założeniem architektonicznym. Dla uprawdopodobnienia wizji przydał się także postawiony z boku dźwig. Kiedy zaś nasz bohater sprytnie zamaskował swój prawdziwy zamiar hodowli ogrodu chwaścianego, zyskał sporo czasu dla prowadzenia właściwej misji.

Krzaki niedługo będą wyższe niż pobliskie bloki Fot. Ireneusz Zygmański

Krzaki niedługo będą wyższe niż pobliskie bloki
Fot. Ireneusz Zygmański

W zeszłym roku Straż Miejska (jak twierdzi Komendant Surmaj) nakazała właścicielowi terenu rozbiórkę płotu, który jakoby stwarzał niebezpieczeństwo zawalenia się. O wielka godzino triumfu! Toż tego tylko było potrzeba naszemu bohaterowi. Już wtedy można było podziwiać zasłonięte dotąd przed łakomymi spojrzeniami gapiów skarby. Jednak dopiero teraz, właśnie latem, wszystkie klejnoty tej niesamowitej kolekcji zaświeciły prawdziwym blaskiem. Widok, który roztacza się tu obecnie, godny jest pędzli najsłynniejszych impresjonistów. Ten prawdziwy Czarodziejski Ogród przyciągnie do naszego miasta tłumy artystów, pragnących uwiecznić jego niepowtarzalny wygląd dla potomności. Miejsce to przysporzy nam zapewne dużo pieniędzy, bo hordy artystów muszą gdzieś przecież mieszkać, coś zjeść i czegoś się napić.

Istnieje jednak pewne zagrożenie, że sława całego przedsięwzięcia może nie przekroczyć miejskich opłotków. Otóż lokalne władze, zazdrosne zapewne o sam pomysł i jego genialną realizację, wcale nie mają zamiaru by Pierwszy Prywatny Miejski Park Chwaściany rozpropagować gdziekolwiek. Zamiast współpracować z twórcą Parku, rzucają mu wręcz kłody pod nogi. Nie powstał ani jeden album w full kolorze, żaden folder, nędzna choćby broszurka na papierze pakowym. Nawet Asystent Burmistrza do spraw Komunikacji Społecznej słowem na stronie internetowej o tym wielkim dziele nie wspomina. Zaś wspomniany już wcześniej Komendant Straży Miejskiej nos na kwintę spuszcza i smutno o regulaminie czystości i porządku w gminie marudzi. Że niby wojewoda coś w tym regulaminie uchylił czy tam gumką powycierał. I że on, Komendant znaczy, nie może teraz zgodnie z prawem fachnąć mandatu właścicielowi gruntu za niewykoszone chwaściska. A jedynym jakoby sposobem na skłonienie takiego delikwenta do uporządkowania terenu jest… presja moralna ze strony opinii publicznej.

Malownicza kolekcja chwastów Fot. Ireneusz Zygmański

Malownicza kolekcja chwastów
Fot. Ireneusz Zygmański

Hulaj dusza, piekła nie ma! Niosę tę wieść do przyszłych naśladowców naszego bezimiennego bohatera, pioniera ogrodów chwaścianych. Róbta, co chceta, bata nikt na was nie złapie. Po co kosić w pocie czoła trawniki, skoro efektem nuda tylko, a słońce i tak trawę na żółto wypali? Cena wody poszła do góry, nie będziecie przecież tego trawska podlewać! Pełen powrót do natury – zakładajcie ogrody chwaściane! A opinią publiczną się nie martwcie, choć do tego trzeba mieć jaja. Jak nasz założyciel Pierwszego Prywatnego Miejskiego Parku Chwaścianego.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Chytrość wielka – sprzedać to samo trzeci raz

08 cze

Symbol GPPCzasami chęć mnie zbiera na pogaduchy z nieznajomymi i to właśnie będzie ten przypadek. Człowiek sam do mnie zagadał, a właściwie napisał. Wysłał bowiem posta do portalu „Gazety Goleniowskiej”. Z jakiejś przyczyny redakcja zacytowała to samo w wydaniu papierowym. A przez to już wprost do mnie się zwrócił, bo jestem stałym czytelnikiem papierowej „GG”. Mówię „człowiek”, bo pewności co do płci nie mam. Podpisano frida, więc człowiek jakiś, damski albo męski. Naprawdę osoby nie znam. No dobra, może znam, ale tego nie wiem. Czasy takie, że pisać wolno każdemu, a podpisywać się nie trzeba. To znaczy, podpisują się ludziska, ale tak nienachalnie. Małą literką i zmyślonym nickiem, żeby nikt nie rozpoznał autora. Może gdzieś wszyscy jego znajomi wiedzą, kto udziela się pod takim schowankiem, ale i to niepewne. Co pewne: anonim to nie jest, skoro się autor podpisał. Na wszelki wypadek anonimowo. 

Oto co człowiek frida wysłał do „GG”, a ona w papierowym wydaniu z 5 czerwca przedrukowała:

„Ile osób w GPP jest zatrudnionych z Goleniowa? Wydaje mi się, że nie więcej niż 40 procent, o pensjach nie wspominając. Dziesięć lat te wszystkie firmy miały ulgi podatkowe i co, wiele się zmieniło? Chyba od roku czy dwóch wpływają pełne podatki. I nie jest to wcale tak ogromnie dużo. Żadna z tych firm nie raczy uczestniczyć (również finansowo i przede wszystkim) w życiu kulturalnym czy sportowym naszego „ulgowego” miasta. Wystarczy policzyć, ile jest firm. Każda z nich daje po kilka tysięcy (a biedne nie są) już można o czymś myśleć.”

Poczytałem i, przyznam, wstrząsnął mną poziom znajomości tematu oraz prostota przedstawionego rozumowania. Nie pierwszy raz stykam się w Goleniowie z podobnymi opiniami, stąd traktuję ten głos jako charakterystyczny dla stanu wiedzy i myślenia niejednego z naszych współobywateli. O Goleniowskim Parku Przemysłowym wiedzą oni zadziwiająco mało, wypowiadając się o nim jednak autorytatywnie. Spróbuję więc odkręcić zakręcone fakty, skoro temat jest mi nieco bliżej znany.

Oto odpowiedź na pierwsze pytanie fridy. Na początku tego roku w GPP zatrudnionych było ok. 3 tys. osób. Nikt nie wie dokładnie, ile osób jest z Goleniowa, bo nie ma sposobu, by to sprawdzić. Trzeba byłoby zapytać każdego z pracowników osobno, a kto by miał to zrobić?. W Urzędzie Gminy i Miasta szacują (na podstawie deklaracji podatkowych firm z GPP), że co najmniej połowa pracowników jest mieszkańcami gminy Goleniów.

Odnośnie stwierdzenia: ”Wydaje mi się, że nie więcej niż 40 procent, o pensjach nie wspominając.” – boję się wypowiadać. Musiałbym najpierw zrozumieć, o co autorowi chodzi. Zaryzykowałbym, że frida chciał (chciała?) powiedzieć: „Nie dość, że mało naszych zatrudniają, to jeszcze im dennie płacą.” Sugeruje mi to treść następna, zawierająca pretensje odnośnie ulg podatkowych. Że niby do niedawna żadna firma podatku nie płaciła, żyjąc w naszej gminie jak w podatkowym raju. Teraz coś tam już płacą, ale to pewnie grosze.

Wysokości pensji nie komentuję. Zapewne wzrosną, kiedy wymusi to koniunktura gospodarcza. Kapitalistyczna firma nie podniesie pracownikowi płacy, kiedy nic jej do tego nie zmusza. Co do podatków chciałbym jednak sprostować dużo, bo frida coś  całkiem pokiełbasiła (pokiełbasił?). Jak z tym komunikatem w Radiu Erewań, że w Leningradzie mercedesy rozdają. A naprawdę to w Moskwie, i nie mercedesy, tylko moskwicze, i nie rozdają, tylko kradną. Przede wszystkim nie żadne ulgi, tylko zwolnienia. Różnica: ulga to niższy podatek, zwolnienie to całkowite odstąpienie od poboru podatku. Poza tym nie z podatków, tylko z podatku od nieruchomości. Tylko ten podatek jest bezpośrednio gminie należny od podmiotów gospodarczych. Poza tym nie dano ich na 10 lat i nie wszystkim jak leci.

Zatem komu się zwolnienie u nas daje? Pomoc regionalna (tak się fachowo nazywa takie zwolnienie z podatku od nieruchomości) przysługuje przedsiębiorcom na terenie gminy Goleniów – wcale nie tylko GPP. Dotyczy zwolnienia z podatku od nieruchomości za grunty, budynki lub ich części, budowle lub ich części związane z działalnością produkcyjną lub usługową w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, stanowiące nowe inwestycje zrealizowane przez przedsiębiorców. Zwolnienie przysługuje na okres od 1 roku – jeśli w wyniku inwestycji zainwestowano kwotę przekraczającą równowartość 50 tys. EURO, do maksymalnie 5 lat – jeśli zainwestowano kwotę przekraczającą równowartość 2 mln EURO.

Co  tego wynika? Że olbrzymia większość podmiotów, którym zwolnienie przyznawano indywidualnie na ich wnioski, od dawna już płaci podatek w całej należnej wysokości. Kiedy ich 5-letni okres wolnizny minął, płacą pełny należny gminie podatek. W tej chwili na 31 działających w GPP płatników podatku od nieruchomości ze zwolnienia korzysta dokładnie 10. W tym roku kolejnym 6 z nich zwolnienie się kończy, pozostałym 4 skończy się w najbliższych latach. Dodajmy, że wszystkich podmiotów gospodarczych jest w GPP ok. 50, lecz nie wszystkie są płatnikami podatku od nieruchomości (np. firmy zainstalowane w obiektach Pro Logisu).

Ile to jest „wcale nie tak ogromnie dużo”, o którym mówi frida? W roku 2015 firmy z GPP zapłacą gminie dokładnie 5.381.433 zł samego podatku od nieruchomości. Jeszcze raz „po polsku”: 5 milionów i 400 tysięcy złotych bez kawałeczka. Nie wspominam, ile płacą swoim pracownikom, wszystkim operatorom medialnym za ich usługi (woda, prąd, gaz, itp.), wszelkim podmiotom obsługującym (firmom ochroniarskim, sprzątającym, budowlanym, serwisowym, prawnikom, itp., itd.). Nie liczę, ile odpisu od podatku dochodowego zasila kasę gminną poprzez budżet państwa. Przypomnę tylko regułę, że każdemu jednemu stanowisku stworzonemu w firmie produkcyjnej towarzyszy powstanie także jednego stanowiska w firmach zewnętrznych.

Dla jasności trzeba powiedzieć także, że 10 podmiotów zwolnionych dziś z podatku zapłaciłoby gminie 927.817 zł, gdyby zwolnienia nie było. Nie ma sprawy, zapłaci już niedługo. Za kilka lat należny gminie podatek od firm z GPP wynosić będzie ok. 6,3 mln zł. Co roku. A przypomnijmy, że w GPP jest jeszcze sporo działek na sprzedaż, zatem nie jest to kres możliwości uzyskania przychodów z tego podatku. Gdyby każde 400 ha terenu naszej gminy dawało takie przychody, bylibyśmy Kuwejtem, a budżet gminy Goleniów wydłużyłby się w zapisie liczbowym o jakieś dwa dodatkowe zera.

Cały teren dzisiejszego Goleniowskiego Parku Przemysłowego leżał do roku 2002 odłogiem, przynosząc gminie grosze z dzierżaw i podatków od roli, którą wtedy był. Poprzez działanie systemu zwolnień z podatku (oczywiście jako jednego z elementów ciekawej oferty inwestycyjnej) zachęcono ok. 50 podmiotów do zainstalowania się i podjęcia w tym miejscu działania. Kupiły za własne brzęczące miliony około 200 hektarów gruntów. Przychody z tego tytułu zasilały nasz budżet już od około 15 lat. Już raz ta ziemia na siebie zarobiła.

Szanowna (Szanowny?) Frido! Nie dostrzegasz, że ten już raz sprzedany  grunt  zarabia na nas dalej?! Złota kura zostawia co roku we wspólnej kasie ponad 5 dużych baniek. A Ty sugerujesz, że trzeba jej obrywać piórka i skubać ją w ogonek! Masz pomysł, żeby burmistrz kolędował z kapeluszem w ręku od bramy do bramy, udając  żebraka? Sądzisz zatem, że „należy nam się” trzecia gratyfikacja za to samo? Nie czujesz, że te firmy już „uczestniczą (również finansowo i przede wszystkim) w życiu kulturalnym czy sportowym naszego ulgowego miasta”? Gmina we wspólnym budżetowym garnku pichci z podatkowych pieniędzy to, czego wszystkim tu potrzeba. Tu skoncentruj swoją obywatelską czujność! Patrz lepiej nam, radnym gminnym, na ręce, żebyśmy te pieniądze wydawali naprawdę mądrze i dla wspólnego dobra, a nie szukaj metod przymuszenia kapitalistycznych firm do miłości za małe pieniążki. Niech każdy robi swoje. A kapitalista jest od robienia pieniędzy. Nie dla miłości gmina im swoje działki sprzedała, tylko dla zrobienia dobrego interesu. Obopólnie korzystnego, zaręczam.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Ważna rzecz – sztandar

01 cze
Oba sztandary, stary i nowy, razem Zdjęcie: strona www SP2

Oba sztandary, stary i nowy, razem
Zdjęcie: strona www SP2

Kilka dni temu nadarzyła mi się chwila wspomnień. Otóż nasza dawna buda, jak to pieszczotliwie kiedyś ją nazywaliśmy, dożywa 65 lat. Jestem wśród kilkudziesięciu tysięcy goleniowian, którzy mieli okazję szacowną jubilatkę ukończyć, jeszcze jako po prostu Szkołę Podstawową nr 2 im. Henryka Sienkiewicza. Jak widać, nic w tym niezwykłego. W piątek 15 maja w Szkole Podstawowej nr 2 z Oddziałami Integracyjnymi w Goleniowie odbyły się główne uroczystości urodzinowe. Nie planowałem specjalnie iść z tej okazji do szkoły, bo oficjałek nie lubię, więc nie poszedłem. Lecz później coś mnie jednak do odwiedzin skłoniło.

Otóż szkoła z tej okazji otrzymała nowy sztandar. W akademii wzięły udział dwa poczty sztandarowe. Jeden ostatni raz niósł stary sztandar szkoły, drugi zaś pierwszy raz nowy. Ten nowy, lśniący czystością, z aktualną nazwą szkoły, ufundowany został przez Gminę Goleniów, Radę Rodziców szkoły oraz prywatnych sponsorów. Jak podaje relacja na stronie www.goleniow.pl:

Poczet prezentuje nowy sztandar Zdjęcie: www.goleniow.pl

Poczet prezentuje nowy sztandar
Zdjęcie: www.goleniow.pl

„Nowy sztandar został zaprezentowany uczestnikom uroczystości, omówiono jego symbolikę, poświęcono, po czym nastąpiło symboliczne skrzyżowanie obu sztandarów – oficjalny moment zastąpienia starego sztandaru nowym. W drzewce sztandaru fundatorzy (burmistrz Robert Krupowicz, przewodnicząca Rady Rodziców Izabela Piotrowska oraz państwo Szychulcy i Van Ansen) wbili pamiątkowe gwoździe. Dyrektor szkoły, Krystyna Bielecka-Zagórna przejęła sztandar, po czym wręczyła go reprezentantom szkolnej społeczności. Kilkoro uczniów złożyło ślubowanie na sztandar.”

Szkoda, że o dokonanej zmianie nie wiedziałem, pewnie bym jednak na uroczystą akademię przyszedł. Bo mnie bardzo sztandar zainteresował. Nie tak nowy – jak stary sztandar. Miałem do tego swój własny, prywatny powód. Chciałbym się z Państwem nim dziś podzielić.

Drzewce z gwoździami Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Drzewce z gwoździami. Na wprost gwóźdź JW 1152
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Stary sztandar ma już dokładnie 40 lat, i te lata na nim, niestety, widać. Ufundowały go w roku 1975 goleniowskie zakłady pracy, instytucje, ale także ówcześni uczniowie i absolwenci szkoły. Żeby zostać fundatorem sztandaru, trzeba było wykupić symboliczne „gwoździe”, które następnie zostały umieszczone na jego drzewcu. Te „gwoździe” to zwykłe blaszki z nazwą fundatora. Jest ich tam około 80. Jak pamiętam, jeden gwóźdź kosztował kilkaset złotych. A pamiętam, bo mój ojciec, wtedy dyrektor POMET-u, pokazywał mi gwóźdź fundowany przez jego zakład. Wszystkie gwoździe zresztą zostały właśnie w POMECIE „społecznie” wykonane.

W tamtych czasach lokalne zakłady wykonywały dla szkół dużo prac, świadczyły pomoc rzeczową, zaś duże firmy obejmowały szkoły patronatem. Nie tyle pieniądz był potrzebny, co raczej pomoc w remontach, wykonanie umeblowania, wyposażenia. Każda szkoła miała kilku takich patronów. Nadanie sztandaru było dla patronów okazją niemal do fundowania obowiązkową Dziś podobną rolę spełniają prywatni sponsorzy. Signum temporis

Ze zdziwieniem konstatuję, że szkoła jest zaledwie o 10 lat starsza ode mnie. Zaczęła działać 1 września 1949 r., niedaleko od mojego domu, przy ul. Szkolnej 23 (wtedy Emilii Gierczak). A już 48 lat ma siedzibę bardzo blisko tego miejsca, przy ul. Szarych Szeregów. Choć akurat ta ulica przez wiele lat nazywała się Pionierów. I naprawdę w życiu mi ani moim kolegom nigdy do głowy nie przyszło, że ktoś mógł mieć na myśli radzieckich pionierów w czerwonych chustach. U nas, w Gollnow, Gołonogu, Golanowie, a dopiero od 1946 r. Goleniowie, gdzie po II wojnie światowej każdy przyjeżdżający Polak był autentycznym pionierem? Jak pionierzy zdobywający Dziki Zachód w Ameryce… Cóż, rok 1990 wymiótł i Emilię Gierczak, i Pionierów.

Ciągle dźwięczą mi w uszach słowa mojej mamy, która specjalnie zaprowadziła mnie w roku 1966 pod świeżutko oddany nowy budynek „tysiąclatki” (akcja „1000 szkół na 1000-lecie Państwa Polskiego”, pamiętacie?): – To będzie twoja szkoła. Patrzyłem na nią z dumą, bo wydawała mi się przepiękna. I jeszcze w tym samym roku 1966 rozpocząłem tam chodzić, do tak zwanej „klasy przygotowawczej”. A w roku 1967 do prawdziwej pierwszej klasy.  

Prawa strona starego sztandaru Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Prawa strona starego sztandaru
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Mój drobny powód, by czuć w dniu urodzin szkoły więcej niż tylko zdziwienie z upływających lat, jest związany właśnie z tym starym sztandarem. Otóż to ja miałem zaszczyt nosić go w pierwszym poczcie sztandarowym w roku 1975. Powierzono mi to zadanie wspólnie z koleżankami Teresą Jarosz i Małgorzatą Paszko. Pamiętam tremę, która dławiła mi gardło, białe rękawiczki i biało-czerwoną szarfę, dygot rąk i drżenie w sercu, kiedyśmy robili pierwszy raz rundę w naszej „olbrzymiej” (wtedy taką dla mnie była) sali gimnastycznej. Czułem wszystkie patrzące na nas oczy, zaś w głowie kołatała się taka myśl: „Żeby tylko nie zmylić kroku!”. Strasznie żałuję, ale zdjęcia żadnego na dowód nie mam.

Pamiętam, że nieśliśmy sztandar tylko kilka razy. Nie robiło się tego przecież z byle okazji, a tylko w najważniejszych momentach. Jak silne to jednak były przeżycia, skoro tkwią w pamięci już od 40 lat! Myślę, że tak samo odbierali to wszyscy następni, przekazujący sobie sztandar co roku z rąk do rąk, jak w niekończącej się sztafecie. Kiedy widzę przejęte twarze dzieci, dzisiejszych członków pocztów sztandarowych, mam taką pewność.

Lewa strona starego sztandaru Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Lewa strona starego sztandaru
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Czasy się zmieniają, przemijają ustroje, ulice dostają nowych patronów, dawne święta zapadają w niepamięć… Jednak istnieje ciągłość, cienka nić przędąca się przez lata, łącząca kolejne pokolenia, tak pozornie od siebie różne. Człowiek zawsze będzie potrzebował symboli, nadających sens codziennym chwilom, budzących poczucie wspólnoty, bycia razem w tym miejscu i w tym czasie, z tymi ludźmi. Bez nich czegoś by w nas brakowało. I nie wierzcie tym, którzy uważają je za przeżytek, zbędne gadżety, „kurzołapy”…

Ten stary sztandar to kawałek historii, nie tylko Szkoły Podstawowej nr 2. Historii naszego miasta, naszej Małej Ojczyzny. To jeden ze znaków symbolizujących naszą tożsamość, poczucie przynależności do lokalnej społeczności. Wszyscy byli i obecni uczniowie szkoły są jego właścicielami. Sądzę, że powinien znaleźć się w miejscu, w którym będzie eksponowany obok innych pamiątek naszego miasta. Dokąd rodzice będą mogli zaprowadzić swoje dzieci i go z dumą pokazać. Gdzie stanie się jeszcze jedną lekcją wychowania społecznego, lokalnego patriotyzmu.

Stary sztandar wychodzi ostatni raz Zdjęcie: strona www SP2

Stary sztandar wychodzi ostatni raz
Zdjęcie: strona www SP2

Za jedyne miejsce nadające się do tego uważam Ośrodek Dokumentacji Dziejów Ziemi Goleniowskiej „Żółty Domek” na ulicy Pocztowej (przed rokiem 1990 ul. Armii Czerwonej). Tam powinniśmy gromadzić ważne pamiątki historii naszego miasta i okolic. Po to właśnie to miejsce powstało. Proszę Dyrektor Szkoły  Podstawowej nr 2 z Oddziałami Integracyjnymi im. Henryka Sienkiewicza w Goleniowie, Panią Krystynę Bielecką-Zagórną, o podjęcie takiej inicjatywy. Gdyby stary sztandar tam właśnie się znalazł, uczniowie szkoły będą mieli jeszcze jeden powód więcej, by do „Żółtego Domku” częściej przychodzić. A na tym powinno nam wszystkim zależeć.

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Kiedy gramy drużynowo – sukces murowany

24 kwi

Otwarcie turnieju Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Otwarcie turnieju
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Sukces to najczęściej wynik dobrej drużynowej pracy. Rzadko da się go osiągnąć w pojedynkę. A na pewno nie da się tego uczynić grając w siatkówkę. Zatem jest to bardzo dobry sport dla samorządowców, bo uczy tej prostej prawdy w bardzo łatwy sposób. Chcesz wygrać – współdziałaj! Nie zrobisz dobrej drużyny – polegniesz, to pewne.

We are the champions! Nasza drużyna (bez Artura Panka) ze Starostą Tomaszem Kuliniczem Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

We are the champions! Nasza drużyna (bez Artura Panka) ze Starostą Tomaszem Kuliniczem
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Turniej siatkówki, w którym wzięła udział drużyna samorządowa gminy Goleniów w sobotę 18 kwietnia, był bardzo dobrą ilustracją wspomnianej wyżej zasady. Udało się nam go wygrać, bo mieliśmy bardzo fajną drużynę, w której każdy robił jak najlepiej umiał to, co powinien; to, co zostało ustalone. W składzie naszej drużyny, jak w dobrym samorządzie być powinno, znaleźli się przedstawiciele władzy uchwałodawczej (alfabetycznie wymienieni radni: Łukasz Dykowski, Marcin Gręblicki, Łukasz Mituła, Artur Panek, Ireneusz Zygmański), władzy wykonawczej (wiceburmistrzowie Tomasz Banach i Henryk Zajko), jak też faktycznych wykonawców (pracowników Urzędu Gminy i Miasta), reprezentowanych przez Kamilę Kościółek-Fietz. Dopiero taka mieszanka może dać dobrą współpracę i końcowy sukces.

Chwila odpoczynku: Kamila, Marcin i Łukasz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Chwila odpoczynku: Kamila, Marcin i Łukasz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Być może tego właśnie brakowało nam poprzednim razem, gdy zagraliśmy turniej w Zakładzie Karnym. Tam grali tylko sami radni. Wprawdzie zabawa była fajna i sympatycznie się grało, ale czegoś zabrakło: sukcesu sportowego. Być może nabraliśmy wtedy ochoty na poważniejsze granie, a bez szerszego udziału goleniowskich samorządowców to się nie mogło udać. Wyciągnęliśmy zatem wnioski i myślę, że czegoś nas tamten turniej nauczył. Z dumą powiem, że jak zawsze w Goleniowie, uczymy się szybko.

Wiceburmistrzowie się grzeją Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Wiceburmistrzowie się grzeją
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Czyżbym zapomniał powiedzieć, jaki to turniej wygraliśmy? Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż drużyna gminy Goleniów po kilkuletniej przerwie wystartowała w tradycyjnym Halowym Turnieju Piłki Siatkowej dla radnych i pracowników Gmin Powiatu Goleniowskiego o Puchar Starosty Goleniowskiego, organizowanym od roku 2001 przez Starostwo Powiatowe w Goleniowie. Wprawdzie portal Starostwa podaje numerację inaczej twierdząc, że był to dopiero VII taki turniej, lecz moja pamięć mówi co innego. Uczestniczyłem w nim corocznie w latach 2001-2011, zatem na pewno do dziś edycji było znacznie więcej. Pamiętam dobrze trudne boje naszych drużyn z rywalami, a szczególnie wiele finałów rozgrywanych z drużyną Maszewa. Pół na pół wygrywaliśmy, zajmując pierwsze miejsce, albo przegrywaliśmy, a wtedy wygrywali oni. Skąd ta różnica w numeracji – może wyjaśniłby ktoś z organizatorów? Ale nie jest moim celem pisanie kroniki tego turnieju, lecz nasz udział w jego bieżącej edycji.

Stawił się w nim komplet drużyn reprezentujących drużyny naszego powiatu. Tym razem nie było drużyny Starostwa Powiatowego, ale Starosta Tomasz Kulinicz i tak sobie pograł. Otóż w pierwszym meczu drużyny Nowogardu jeden z zawodników odniósł kontuzję, a Starosta zastąpił go na placu. Drużyny podzielono w losowaniu na dwie grupy: I z Nowogardem, Przybiernowem i Stepnicą, oraz II z Goleniowem, Maszewem i Osiną. W grupach grano „każdy z każdym” do wygrania dwóch setów. Wygrywający grupę grali o I miejsce, drugie drużyny w grupach o III miejsce, zaś w „meczu pocieszenia” można było zapewnić sobie miejsce V.

Gramy mecz grupowy z Osiną Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Gramy mecz grupowy z Osiną
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

W grupie I eliminacje z kompletem zwycięstw wygrał Przybiernów, drugie miejsce zajęła Stepnica, a trzecie Nowogard. Nie obserwowałem ich walki, siłą rzeczy skupię się na „naszej” II grupie. Pierwszy mecz graliśmy z Osiną, dość wyraźnie, choć nie bez zaciętej walki, zwyciężając 2:0. Potem przeciwnicy z Osiny i Maszewa zagrali zażarty mecz, w którym 2:1 maszewianie wygrali. Musieliśmy ich zatem pokonać, by być na pierwszym miejscu w grupie. O dziwo, mieliśmy z tym mniej kłopotów niż z Osiną. Może oni mieli „w nogach” poprzedni mecz, a nam udało się zregenerować siły? Zatem po wygraniu grupy było już pewne, że zagramy w finale.

Zacięty mecz grupowy Osiny z Maszewem Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Zacięty mecz grupowy Osiny z Maszewem
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

W meczu o V pozycję siatkarze Osiny pewnie pokonali 2:0 (25:12, 25:17) Nowogard.  Trzecią lokatę walczyli samorządowcy Maszewa, pokonując Stepnicę 2:0 (25:17, 25:20). Nam przypadł do zagrania finał z Przybiernowem, który okazał się szczególnie trudnym rywalem.  Ten mecz był naprawdę zacięty i emocjonujący, a wynik  w setach 27:25 i 25:23 świadczy o jego dramaturgii. Zaczęło się wprawdzie od bezproblemowego prowadzenia 7:0 w pierwszym secie, ale później to już trzeba było naprawdę walczyć o wygraną. Całe szczęście, że sił starczyło nam równo do ostatniego punktu.

Narada w meczu grupowym z Osiną Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Narada w meczu grupowym z Osiną
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Co można powiedzieć o naszej grze? Nikogo bym nie wyróżnił indywidualnie, bo zagraliśmy naprawdę zespołowo. Momentami była to naprawdę bardzo fajna siatkówka, której nie powinniśmy się wstydzić. Wiele akcji nadawałoby się do pokazania na każdym przyzwoitym amatorskim turnieju. Przede wszystkim nie było straconych piłek i obowiązywała zasada ”póki piłka nie spadła na ziemię – gramy do końca!”. Amatorzy „w sile wieku” wprawdzie nie muszą mieć fantastycznej kondycji, ale techniki się łatwo nie zapomina. Co natomiast szwankowało? Oczywiście zgranie, bo tak naprawdę w tym składzie wystąpiliśmy pierwszy raz. Sprawdza się, że tylko wspólny trening może zapewnić dobre zrozumienie i właściwą organizację gry. Trzeba z tego wyciągnąć właściwe wnioski na przyszłość.

Akcja w meczu finałowym z Przybiernowem Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Akcja w meczu finałowym z Przybiernowem
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Zespoły otrzymały pamiątkowe dyplomy, a trzej medaliści – puchary. Najważniejsza była jednak wspólna zabawa i przyjazna atmosfera. Starosta Tomasz Kulinicz dziękując uczestnikom na zakończeniu za ambitną walkę zaprosił ich jednocześnie na kolejną siatkarską imprezę. Tym razem na plażową edycję turnieju, która odbędzie się w czerwcu w Lubczynie. Kto wie, może się skusimy? Na razie wprawdzie nogi bolą mnie do dziś, ale „amatorzy w sile wieku” mają tak stale.

Zakończenie imprezy Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

Zakończenie imprezy
Zdjęcie: Starostwo Powiatowe

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Zakresy czynności doradcy i asystentów Burmistrza Krupowicza

20 kwi

Dla dokończenia serialu artykułów o asystentach i doradcy burmistrza pragnę uzupełnić jeszcze dwie sprawy. Skłonił mnie do tego jeden z czytelników, dzwoniąc specjalnie z wyrzutem. Stwierdził, że skoro opublikowałem i omówiłem jeden z zakresów czynności – asystenta Zbigniewa Łukaszewskiego, to czemu nie udostępniam pozostałych, przecież znanych mi? – Co to, cenzura jakaś? A może kumplostwo? – powiedział. Rzeczywiście wcześniej napisałem, że otrzymałem od burmistrza zakresy czynności wszystkich tych osób. Udzielił mi na ten temat informacji w trybie art. 10.1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej, na mój złożony w tej sprawie wniosek. No i to właśnie są te dwie sprawy, które dziś muszę poruszyć, żeby nie wyjść na cenzora i zaspokoić czytelniczą ciekawość.

Chwali się burmistrzowi, że dostałem wszystko bez zbędnej zwłoki. Mam jednak pretensję, że moje wystąpienie niechcący naraziło goleniowskich podatników na zbędny wydatek. Wprawdzie naliczono mi koszta kserowania 4 stron formatu A4 w kwocie 0,76 zł (którą oczywiście niezwłocznie uiściłem w kasie Urzędu Gminy i Miasta), jednak niepotrzebnie wysłano mi kserokopie listem poleconym. Wcale o to nie wnioskowałem, bo po co mnożyć niepotrzebne koszta. Umawiałem się w Biurze Obsługi Interesanta, bym mógł odebrać wszystko samodzielnie, skoro bywam tam regularnie. A tak całe 3,55 zł się zmarnowało! Skarżyć się oficjalnie na burmistrza Radzie Miejskiej w tej sprawie nie będę (jak jeden z goleniowian, któremu – o zgrozo – kosztów kserowania nie naliczono, co uznał za niegospodarność), jednak obawiam się, czy przez to nie będzie miał on kłopotów z uzyskaniem absolutorium w niedalekiej przyszłości (oczywiście burmistrz, a nie ten obywatel) .

Paweł Bartoszewski Portal Gminy GoleniówDo rzeczy! O zadaniach asystenta Zbigniewa Łukaszewskiego pisałem dokładnie, nie będę więc nic tu dodawał. Z pozostałych dwóch panów na pierwszy ogień doradca, bo to wyższa szarża, niż asystent. A zatem pan Paweł Bartoszewski, doradca burmistrza ds. inwestorów w Goleniowskim Parku Przemysłowym. W artykule na jego temat zakresu czynności nie zamieszczałem, cytując tylko to, co sam w wywiadzie powiedział. Dziś można to porównać. Oto jego zakres czynności: Zakres czynności Pawła Bartoszewskiego Zakres czynności Pawła Bartoszewskiego dokończenie

Strasznie dużo tych zadań, prawda? Aż 14, przez co nie zmieściły się na jednej stronie. Ja jednak postarałbym się je na jednej stronie zmieścić. Bo po co trzykrotnie powtarzać kwestię „poszukiwania środków zewnętrznych” zawartą w punktach 1c), 2c) i 14? Gdyby to inteligentnie zredagować, wyszedłby jeden punkt. To samo dotyczy punktów 1, 1b) i 4. Czy nie brzmi zabawnie hasło: „1) obsługa inwestorów w GPP, w tym (…) 1b) obsługa inwestorów w GPP”?; natomiast „inwestorzy w GPP” to w szerokim rozumieniu niemal to samo, co „podmioty działające w GPP”, zaś „obsługa” jest na tyle pojemnym słowem, że „bieżąca koordynacja” spokojnie by się w nim zawarła. Także zamieszczenie bardzo odkrywczego punktu 5 wydaje się całkowicie zbędne. Czyżby zachodziło podejrzenie, że doradca burmistrza bez tego zapisu nie będzie się go słuchał?

Nie wiem na czym ma polegać zadanie 2b): „realizacja serwisu internetowego GPP”. Jak rozumiem, „realizacja” oznacza „stworzenie, wykonanie”, a może „prowadzenie”? Czyżby GPP miał „wyfrunąć” ze strony www gminy? Jeśli tak, to kto będzie go prowadzić? Doradca osobiście, czy jakaś firma pośrednicząca za drobne kilka tysięcy złotych? Zupełnie też nie rozumiem punktu 3a): czyżby dziś w GPP nie można było budować hal pod wynajem? To co zbudowała firma Prologis? Z całego punktu 3 zostaje właściwie tylko budowa Zakładu Aktywizacji Zawodowej. Przykro mi, ale jednoosobowe prowadzenie tego zadania przez doradcę przekracza moją wyobraźnię. Tym bardziej, że koncepcja tworzenia ZAZ ma dopiero powstać, na co w budżecie „siedzi” 100.000 zł.

Zwrócę też uwagę, że od punktu 6 do 13 włącznie brak jest jakichkolwiek zadań własnych,  specyficznych dla tego stanowiska. Identyczne punkty mogłyby dotyczyć każdego z pracowników urzędu, pewnie zresztą figurują w ich zakresach obowiązków. Reasumując w języku znanym doradcy, w tym zakresie obowiązków jest zdecydowanie „too much of bla bla”. Jakby próbowano rozdmuchać go na siłę. Gdyby się natomiast zdarzyło, że inwestorzy nadal do Goleniowa nie „walą drzwiami i oknami”, panu Bartoszewskiemu grozi na jego stanowisku nuda i marazm. Nie sądzę także, żeby z tak sporządzonego zakresu zadań dało się jego pracę rozliczyć komukolwiek i kiedykolwiek. I bardzo dobrze, jak mawiał klasyk.

Cezary Martyniuk Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Cezary Martyniuk
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

To teraz asystent Cezary Martyniuk. Także i jego zakresu czynności pisząc o nim jeszcze nie znałem. Jest to dokument krótszy od wyżej omówionego, konkretniejszy. Zakres czynności Cezarego Martyniuka Nie ma w nim wszystkich punktów, które znalazły się u Pawła Bartoszewskiego czy Zbigniewa Łukaszewskiego (od 6 do 13 obu dokumentów). Może zatem te zadania go wyjątkowo nie dotyczą? Natomiast autor zapisów w zakresie czynności nie uniknął powtórek czy blablania. Po co, przecież pan Martyniuk i tak będzie miał na swojej posadzie dużo do roboty…

Co do powtórek – chyba tylko jedna. W punkcie 9 mówi się o „sporządzaniu informacji na stronie internetowej Gminy”. Czy nie powinno się tego skomasować z punktem 13, który w całości mówi o podobnym zakresie? Natomiast blablania jest niestety więcej i czasami nie da się rozgryźć, co autor miał na myśli. Już punkt 1 jest niepojęty: „opracowanie i realizacja systemu komunikacji społecznej”. Tomasz Goban-Klas, polski socjolog, medioznawca, profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, w ramach definiowanych przez siebie typów systemów komunikowania, wyróżnia między innymi system komunikacji społecznej. Jest nim ogól relacji komunikowania między członkami systemu społecznego. Na system ten składa się codzienna wymiana opinii, wiadomości, zdań w małych grupach (rodzina, towarzyska, pracownicza). Miało brzmieć uczenie, a wyszła „mowa-trawa”. Co ten Martyniuk ma więc zrobić: wymyślić nowy język, może jakiś lepszy system gestykulacji, a może nowe środki techniczne do komunikowania?

Także w punkcie 2 asystent dostał ambitne zadania. Będzie tworzył politykę gminy nie tylko w klasycznych przekaziorach medialnych, ale wkroczy z tym zadaniem także do „mediów społecznościowych”. Czyli gdzie? Przez „media społecznościowe” (ang. Social Media) rozumie się ogólnie pojęte korzystanie z internetowych i mobilnych technologii, by przekształcić klasyczną komunikację „face to face” w interaktywny dialog. Takie media mają wiele postaci, między innymi są w formie magazynów internetowych, różnego rodzaju blogów, serwisów gromadzących muzykę, zdjęcia i video, rankingów oraz zakładek społecznościowych (social bookmarking). Ten blog jest właśnie przykładem „medium społecznościowego”. I co, Martyniuk będzie prowadził jakieś gminne kampanie na moim blogu, bo mu burmistrz tak każe? Zawartego w punkcie 4 reagowania na informacje medialne to nawet bym z chęcią oczekiwał, ale na razie tego zaszczytu jeszcze nie dostąpiłem.

Zadań zawartych w wielu punktach oczekuję z utęsknieniem. Stąd cieszę się z zapowiedzi zawartych w punktach 3, 4 i 5. Sam burmistrza pytałem o politykę w zakresie reagowania na krytykę prasową (wniosek nr 2 z III sesji RM). Chyba obecnie zmienił on swoje wyrażone w odpowiedzi zdanie, że ma zamiar odpowiadać tylko na krytykę przesyłaną bezpośrednio na jego ręce. Jakiś mały sukcesik moje pytanie odniosło, co chełpliwie sobie przypisuję. Nie mam też nic przeciw punktom 6, 7, 8, 9 i 10. Szczególnie czekam na te konferencje prasowe burmistrza. Nie wiem natomiast, co kryje się za hasłem „wizytacji oficjalnych delegacji” zawartym w punkcie 11. Trudno, nie wszystko muszę rozumieć. Grunt, żeby rozumiał asystent.

Wyjaśnię jeszcze tylko, czemu szczegółowo rozliczam treść zakresów czynności. Przecież, jak ktoś powie, nie sami panowie doradca i asystenci je pisali, nie do nich więc pretensje. Pisał pewnie ktoś inny, natomiast oni przyjęli je do wiadomości i wykonania. Zatem zawsze mogli poprawiać ich lichą treść. Zakres czynności to klasyka literatury urzędniczej, w której nie ma miejsca na powtórki czy niejasne sformułowania. Przecież delikwenta szef właśnie z tego ma rozliczać. Za niewłaściwe wykonanie karać, a za znakomite nagradzać. Z pisanych nowomową powyższych zakresów nikt na pewno nie da rady przeprowadzić rzetelnych rozliczeń. I o to zapewne szło.

A zresztą, pobawcie się we własne analizy, Drodzy Czytelnicy. Może wykoncypujecie więcej, niż Wasz nie zawsze kumaty komentator? Dokumenty oryginalne macie od tej chwili w ręku, wszystko powinno zatem być jasne. Od tej chwili nikt nie ma prawa twierdzić że nie wie, po co burmistrz powołał doradcę i asystentów.  

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Serialu ciąg dalszy – doradca burmistrza do spraw Parku Przemysłowego

19 mar
Paweł Bartoszewski Zdjęcie: www.goleniow.pl

Paweł Bartoszewski
Zdjęcie: www.goleniow.pl

I znów wielu mnie namawia, żebym „naświetlił” nowy burmistrzowski nabytek, jakim  jest pan Paweł Bartoszewski na następnym stanowisku doradcy. Niełatwo mi się za to zabrać, bo nie lubię patrzeć na sprawy jednostronnie. A tak będę musiał spoglądać, tylko swoimi oczami, nie znając zdania inicjatora pomysłu. Burmistrz po prostu (jak często mu się zdarza) niczego nikomu nie wyjaśniał, gdy na pomysł wpadł i niemal natychmiast zrealizował. Zwróciłem się do burmistrza o przedstawienie zakresów obowiązków swoich doradców, ale na odpowiedź przyjdzie jeszcze poczekać – podobno 2 tygodnie. Obecnie nie dysponuję żadnym materiałem pochodzącym bezpośrednio od burmistrza, inni zapewne też. No, może redaktor Paweł Palica, pierwszy piszący o sprawie, coś od pana Krupowicza usłyszał wprost. Opublikował notki, szkicujące pomysł w zarysach – tyle widocznie mu RK powiedział. Z konieczności zakładam, że sam nowy doradca przynajmniej w dużej części prezentuje zdanie burmistrza. Paweł Bartoszewski wypowiedział się obszernie o planie działania jako burmistrzowski ekspert, zatem przynajmniej to da się skomentować.

Gdyby komuś jeszcze nie było wiadomo, burmistrz z dniem 2 marca 2015 zatrudnił Pawła Bartoszewskiego na stanowisku doradcy ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, z pensją jakoby 2500 zł („na rękę”, więc podatnika kosztuje ten nabytek około 4000 zł miesięcznie). Kim jest Paweł Bartoszewski? Jak to mówią „młody i zdolny” (38 lat), rodowity goleniowianin, dotąd robiący karierę w Szczecinie. Absolwent Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług na Uniwersytecie Szczecińskim, ukończył studia podyplomowe (ubezpieczenia gospodarcze na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu oraz rynki kapitałowe i ubezpieczenia na US). Od 2008 r. przez prawie 6 lat kierował w szczecińskim Urzędzie Marszałkowskim tak zwanym Centrum Obsługi Inwestora (COI) oraz utworzonym przy nim Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów (COIE). COI powstało w roku 2005 i uzyskiwało dobre oceny w kraju. Jak samo podaje, od chwili powstania do momentu zakończenia pracy przez dyrektora Pawła Bartoszewskiego, przyciągnęło do naszego województwa 44 podmioty zagraniczne, które utworzyły łącznie prawie 5000 nowych miejsc pracy. Za jego rządów pośród podobnych Centrów znalazło się w roku 2013 nawet na drugim miejscu w Polsce. Od 1 kwietnia 2014 r. pracował w Szczecińskim Parku Przemysłowym Sp. z o.o., wygrywając konkurs na członka dwuosobowego zarządu. SPP to spółka-córka Towarzystwa Finansowego Silesia, powołana pod koniec 2013 roku do zarządzania terenem dawnej stoczni. Jak twierdzi Paweł Bartoszewski, nie stanowiła konkurencji dla Goleniowskiego Parku Przemysłowego, gdyż z uwagi na portową specyfikę zarządzanego przez nią terenu poszukiwali tam gruntów inni inwestorzy, niż u nas. Tyle w skrócie wiemy.

Czyli nasz doradca sroce spod ogona nie wypadł, ma sukcesy, wykształcenie, praktykę na wysokich stanowiskach, rozeznanie wśród podmiotów gospodarczych w województwie, znajomość osób rządzących, potrzebną znajomość języka obcego (angielski). Przypadkowo nawet przynależność partyjna jak najbardziej słuszna – PO.  Ale nie przesadzajmy, komu to dzisiaj partia pomaga robić karierę? To nie dawno minione czasy, kiedy bez legitymacji wiodącej partii nikt po szczeblach drabiny wspinać się nie miał szans (wężykiem, panie majster! – taki żart…). Nie mi oceniać, czemu po roku prezesowania w SPP zmienił Szczecin na Goleniów, ze znacznie niższą pensją nota bene, bo to jego prywatna sprawa.

Przejdźmy do konkretów. Paweł Bartoszewski udzielił obszernego wywiadu Pawłowi Palicy w „Gazecie Goleniowska” 6 marca. Jak wspomniałem, to jedyne pełne źródło wiedzy na temat ustaleń między nim a burmistrzem Krupowiczem co do pracy doradcy. Podyskutuję z tezami zawartymi w tej wypowiedzi, oczywiście nie wszystkimi. Postanowiłem je wypunktować cytując dosłownie (tekst niebieski), od razu komentując (tekst na czarno).

1. Stanowisko doradcy jest formułą prawno-organizacyjną najlepiej odpowiadającą samodzielnemu stanowisku pracy, z umocowaniem bezpośrednio pod burmistrzem.

To opinia, nie fakt. Znam wiele ważnych stanowisk w Urzędzie Gminy i Miasta, także bezpośrednio podległych burmistrzowi, a samodzielnych, które wcale nie są oparte o taką formułę. Są nimi choćby skarbnik, sekretarz gminy, dyrektorzy wydziałów, niektórzy merytoryczni pracownicy. Przypomnę – „doradca” to posada związana personalnie z osobą aktualnego burmistrza. A co, jeśli burmistrz się zmieni? Ważny doradca teoretycznie znika razem z nim, a cały zakres posiadanych przez niego kompetencji, cała zgromadzona wiedza o szerokiej dziedzinie, w której działał, odchodzi bezpowrotnie z dnia na dzień. Stąd uważam, że to nie doradcom, a normalnym urzędnikom takie sprawy powinny być powierzane. Nie może działać zasada „po nas choćby potop”, bo gdzie ciągłość władzy?

2. Przez szereg lat brakowało w Goleniowie jednego numeru telefonu, jednego e-maila, pod którym potencjalny inwestor po polsku i angielsku mógł zadać każde pytanie i szybko uzyskać na nie rzeczową odpowiedź. Na początku obsługa GPP rzeczywiście funkcjonowała przede wszystkim w oparciu o wiceburmistrza Krzysztofa Zajko, tylko pamiętajmy, że były to czasy boomu inwestycyjnego, a firmy waliły do Goleniowa drzwiami i oknami, nie trzeba więc było szczególnie o ich przychylność zabiegać.

Trochę rozumiem, trochę nie. Czyżby Paweł Bartoszewski krytykował swojego szefa? Przecież „przez szereg lat” to chyba nie o okresie przed Krupowiczem? Dobrze pamiętam tamte czasy, kiedy przecież żaden z inwestorów nie miał problemów z dotarciem do właściwych osób w naszej gminie. W każdym materiale promocyjnym zawsze podawano konkretne „namiary” adresowe, telefoniczne, mailowe, a dbano także o przekaz w różnych językach. „Front promocyjny” był bardzo szeroki, działania konsekwentne i wieloletnie, a przejawy zróżnicowane (co najmniej kilkanaście różnych rodzajów działań). Każda ze stosowanych form promocji była w jakiś sposób skuteczna, przysparzając konkretnych inwestorów. Każdego z goszczonych pytaliśmy, skąd się o GPP dowiedział. Chętnie informowali, a najdziwniejszej odpowiedzi udzieliła przedstawicielka pewnej amerykańskiej firmy gdzieś około późnej wiosny 2007 r. Powiedziała wzruszając ramionami: „Skąd wiemy o Goleniowie? Wszyscy o was wiedzą…”. Był to największy komplement, jaki o naszej promocji GPP usłyszałem od kogokolwiek.

Piszę o tym, bo w drugiej części wypowiedzi siedzi sugestia, że boom wszystko sam w Goleniowie załatwiał, trzeba było tylko nadstawić kapelusz i brać bez wysiłku, co samo do niego wpadało. Absolutnie odwrotnie, właśnie wtedy wysiłek promocyjny był największy. Przypominam, że przede wszystkim z myślą o GPP powstał Wydział Promocji, zlikwidowany w pierwszych dniach „ery Krupowicza”. Mówiąc o wysiłku, pomijam wątek jednoczesnego intensywnego inwestowania w teren GPP. Dopiero od inwestorów mogliśmy dowiedzieć się, co trzeba robić w pierwszej kolejności, co później. A przecież początkowo GPP to było naprawdę „ściernisko”, prawie bez żadnych mediów. Finanse były jak zawsze ograniczone, trzeba zatem było wykonywać roboty „pod konkretnego inwestora”. Tylko ten najpierw musiał się u nas pojawić, by przekazać swoje potrzeby. Sądzę, że dopiero za burmistrzowania RK wysiłek sobie odpuszczono, czekając z kapeluszem w ręku na milionerów.

Co do wiceburmistrza Krzysztofa Zajko, jako jakoby jedynego, na którym się kontakty opierały… Nic mu nie będę umniejszał, ale to jakaś legenda. Robota była zawsze zespołowa. Jakiekolwiek indywidualizowanie i personalizowanie tych spraw jest nie na miejscu. W czasie największego boomu na sukces pracował właściwie cały Urząd, co twardo egzekwował burmistrz Wojciechowski. Szybko ustaliła się stała procedura postępowania. Natychmiast po jakimkolwiek sygnale od ewentualnego inwestora burmistrzowie kontaktowali się ze sobą, a potem następowała krótka burza mózgów, najczęściej pod dowództwem Krzysztofa Zajko, w trakcie której przyjmowano „plan akcji” i rozdzielano zadania. Podkreśliłbym osobiste zaangażowanie burmistrzów na każdym etapie, co dawało efekt „pańskie oko konia tuczy”; jeśli pracownicy widzieli, że szefom tak bardzo na tych sprawach zależy, im „musiało” zależeć tym bardziej. Zawsze dążono do zorganizowania wizyty przedstawicieli inwestora w Goleniowie, z obowiązkową obecnością co najmniej jednego z burmistrzów, a najczęściej obu. Bardzo to sobie inwestorzy cenili, bo mieli poczucie poważnego potraktowania i pełną gwarancję wykonania przyjętych w obecności „samej góry” ustaleń. Skład potrzebnych osób ustalano za każdym razem pod kątem konkretnych przewidywań co do przebiegu spotkania, a zatem był zmienny. Ostrożnie licząc, od roku 2003 do końca roku 2010 odbyło się około 400 różnych spotkań, podczas których goszczono około 1250 osób. Za każdym razem „obsługą” zajmowało się od 5 do kilkudziesięciu pracowników UGiM. Często spotkania były kontynuowane już roboczo w poszczególnych wydziałach urzędu, angażując dalszych pracowników – ale to już policzyć się nie da.

Jeszcze drobiazg: każdorazowo był to zaledwie początek dalszej żmudnej pracy urzędu: pomoc w fazie organizowania się nowego podmiotu gospodarczego, doprowadzenie do przetargu, wykonanie zobowiązań dostarczenia mediów dla inwestycji, pomaganie w procesie budowy, często także w zatrudnieniu załogi czy jej wyszkoleniu. Niejednokrotnie inwestor kazał się dosłownie „prowadzić za rękę”, czasami zaś urzędnicy musieli uprzedzająco inwestora informować lub ostrzegać, by nie popełnił jakichś gaf. To była pomoc, które raczej inwestorzy nie otrzymywali w innych parkach przemysłowych. Stąd częste pytania z zewnątrz, od innych gmin czy instytucji obsługujących inwestorów: „Co wy tam u siebie z nimi robicie, bo nam mówią, że macie taki naprawdę przyjazny klimat inwestycyjny?” Sądzę, że nie były to papierowe priorytety, lecz prawdziwie poważne traktowanie inwestorów. I nie ukrywajmy, pewien rodzaj satysfakcji dla urzędników z uczestniczenia w „wielkiej rzeczy”. Jasne, duży wysiłek, nie pokryty większą płacą, ale w ramach stałego czasu pracy. Po prostu obywatele gminy Goleniów urzędnikom za pracę zapłacili, zaś czy ktoś siedzi pijąc kawę, czy intensywnie pracuje – o tym decydują szefowie.

Piszę o tym tak szczegółowo, bo dzisiejszy model, oparty o osobę doradcy burmistrza jako „koordynatora” jest moim zdaniem znacznie gorszym rozwiązaniem. Poprzednio poprzez szeroki udział kadry urzędu „szkoliły się”, nabierały doświadczenia, czuły smak wspólnego działania. Ciekaw jestem, jak podobne zaangażowanie „wydusi” on z pracowników sobie niepodległych, nieznanych, nie ufających komuś, kto bez zbędnych wyjaśnień (skąd znajdzie na to czas?) może im „wrzucić na garba” kupę roboty, samemu za każdy sukces zgarniając pochwały, a pozostawiając im wszystkie gorycze trudów. Kto nawet rzadko się z nimi widuje, bo albo siedzi w Bramie Wolińskiej, dokąd inwestorzy będą wspinać się rączo po stromych schodkach, albo w gabinecie burmistrza… Przykro mi, ale o „czynniku ludzkim” jakoś pan Paweł w swoich wypowiedziach wcale nie wspomina. Ja bym go na jego miejscu nie lekceważył, bo to sprawa kluczowa.

3. Posucha zaczęła się jednak jeszcze pod koniec kadencji burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego i trwa nadal. Przez cztery minione lata, moim zdaniem słusznie, priorytetem był rozwój samego Goleniowa. Działo się to może nie kosztem GPP, ale siłą rzeczy urzędnicy musieli w tym czasie przyłożyć się do inwestycji realizowanych w mieście. I po prostu brakowało jednej osoby, która spinałaby organizacyjnie sprawy związane z wizytami inwestorów czy promocją GPP. Teraz to się zmieni.

Widok na główną drogę w GPP latem 2010 zdjęcie: www.goleniow.pl

Widok na główną drogę w GPP latem 2010
zdjęcie: www.goleniow.pl

Ku lepszej pamięci: w GPP od 2003 roku do września 2010 sprzedano około 40. podmiotom grunty o łącznej powierzchni 171 ha. Do końca roku 2010 liczba zakładów, produkujących i zatrudniających pracowników, zbliżyła się do 30, a stan zatrudnienia do 2000 osób. Nie do policzenia był przyrost pracy w firmach obsługujących, ich zyski, zarobki pracowników, lecz przyjmuje się powszechnie, że ilość bezpośrednio zatrudnionych skutkuje taką samą liczbą zatrudnionych przy obsłudze. Brak mi danych odnośnie dalszego czasu, bo na zapytania składane choćby przez radnego Andrzeja Wojciechowskiego burmistrz Krupowicz jeszcze nie udzielił odpowiedzi. Jednak raczej tych nowych podmiotów wiele nie przybyło, byłyby do policzenia chyba na palcach jednej ręki. Jak rozumieć wypowiedź pana Bartoszewskiego: czy taki gmina przyjęła priorytet, czy był to wynik dekoniunktury? Czy było to świadomie i zamierzone, a może wymuszone? Tak czy tak okazuje się jednak, że w urzędzie zaprzestano koordynować (a może po prostu prowadzić?) działania zmierzające do pozyskiwania nowych podmiotów inwestycyjnych. Ponieważ o żadnym dużym wzroście zainteresowania GPP obecnie burmistrz nie wspomina, skąd koncepcja, by praktykę zmienić, wprowadzając „doradcę”? Może to kolejna zmiana priorytetów? Ja raczej dostrzegam przyznanie się do dotkliwej porażki na tym polu i próbę zamarkowania zmiany podejścia. Działania z medialną pompą, sugerujące aktywność burmistrza w dziedzinie, w której dotąd niewiele robił. Nie twierdzę, że nic, ale „nie po słowach, lecz po czynach ich poznacie”…

4. Władze gminy od połowy ubiegłego roku poszukiwały osoby, która zajęłaby się tym obszarem. (…) byłem nawet przez burmistrzów sondowany, czy mogę kogoś polecić. (…) W końcu ja sam postanowiłem zmienić pracę i stałem się dostępny.

Ciekawe, że właśnie przed końcem kadencji, kiedy przyszłe wybory mogłyby Roberta Krupowicza pozbawić fotela burmistrza, rozpoczął on jakoby szukanie specjalisty od GPP. Jakoś mało słuchów o tym dochodziło, a właściwie wcale. Czemu nie wcześniej? Natomiast nie rozumiem, dlaczego RK potrzebował w tej sprawie doradcy? Przecież miał w zasięgu ręki siły fachowe najwyższej próby w Polsce, których goleniowskie sukcesy znacznie przewyższały wojewódzkie osiągnięcia dyrektora Bartoszewskiego z COI, a dodatkowym walorem byłaby dogłębna znajomość lokalnych realiów i samego terenu Parku – radnych Andrzeja Wojciechowskiego i Krzysztofa Zajko. Dodam, że jakby odpowiednio do nich „zagadać”, doradzaliby z pewnością za darmo. Z samej dumy, że ktoś ich o to prosi. Co do wykonywania przyjętych koncepcji – także za darmo, bo już za posiadane pensje, znalazłby licznych najwyższej próby realizatorów w zarządzanym przez siebie Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie, wśród jego bardzo dobrych pracowników. Nazwisk wskazywać nie będę, bo nie chciałbym komuś zaszkodzić – zakazu kontaktów z niejakim Zygmańskim burmistrz przecież im nie odwołał do dziś. No ale burmistrz tak sondował, że w końcu Paweł Bartoszewski wysondować się dał. I tyz piknie.

5. Zakres obowiązków można podzielić na 3 obszary:

- obsługa inwestorów; zarówno tych, którzy już są obecni na terenie gminy Goleniów, jak i firm, które dopiero chcą rozpocząć działalność. Będzie jeden numer, pod którym inwestor zostanie od A do Z obsłużony. Tu będę działał jako tak zwany project manager.

- promocja GPP i w ogóle oferty gospodarczej gminy.

- poprawa oferty inwestycyjnej. Cały nasz region cierpi na deficyt hal produkcyjnych pod wynajem.(…) Jeśli uda nam się to poprawić, oferta gospodarcza gminy będzie się zdecydowanie wyróżniać na tle innych.

No właśnie, project manager. Tak wcześniej działał pan Bartoszewski jako dyrektor COI, zgarniając zazdrośnie „pod siebie” wszelkie sukcesy innych, w tym gminy Goleniów. Każdy inwestor prowadzący działania w Goleniowie miał „swoją teczkę” w COI, które traktowało go jako „swój projekt”. Oczywiście gros pracy i tak realizowany był w gminie. Trudno mi powiedzieć, ilu spośród goleniowskich inwestorów zaliczyło sobie na konto marszałkowskie COI, ale dobrej atmosferze współpracy to nie służyło. Współpracowaliśmy, bo dawało to jakieś korzyści, entuzjazmu wielkiego jednak nie było. Do dziś pamiętam dziwne występy poprzednika dyrektora Bartoszewskiego, pana Janusza Gawrońskiego, „odstawiającego” przed zdumionymi przedstawicielami duńskiej ABENY spektakl pod tytułem „Walczę o wasze, a te goleniowskie ćmoki jak beton” (bardzo się później tłumaczył, że jakoś udział COI w sprawie musiał zaakcentować). Także i pan Bartoszewski lubił sobie czasami zadzwonić znienacka, by przypomnieć, że to COI dowodzi projektem „Inwestor X”, więc wszystko trzeba z nim konsultować osobiście lub z jego pracownikami. Zawsze natomiast żądano od nas wszelkich działań „na wczoraj”, nawet gdy okazywało się, że były dla COI (i inwestorów) zbędne (a słynne „formatki” pamiętacie, koledzy?). Jeśli ten sam model będzie powielany obecnie, „dyrektorzenie” zakończy się klapą i działaniem w izolacji. „Rób swoje projects, kiedyś taki manager, a nam daj pracować” – prorokuję, że tak sobie pomyśli wielu urzędników.

Co do promocji, zapytam jeszcze raz: dlaczego w roku 2011 burmistrz zlikwidował Wydział Promocji? Czy tylko dla potrzeb dokonania reorganizacji w Urzędzie, by zwolnić zgodnie z prawem niektórych i zademonstrować gospodarskie podejście do rozbuchania poprzedników? Zastanawiam się też, o co chodzi z tymi halami produkcyjnymi? Czyżby doradca miał burmistrzowi doradzić pobudowanie takich obiektów? Bardzo interesujący pomysł, nie ukrywam. Gmina zastępuje Prologis? Hale produkcyjne zamiast hal gimnastycznych? Lepiej niech autor sam to dokładniej rozwinie.

6. Finansowo będę bazował na budżetach poszczególnych wydziałów Urzędu. Filozofia stanowiska jest też jednak taka, że na wszystkie swoje działania będę szukał zewnętrznych źródeł finansowania (środki unijne i nowy Regionalny Program Operacyjny, w którym są pokaźne kwoty na działania „miękkie”, związane z promocją gospodarczą).

Co do „filozofii stanowiska” – czy chodzi tu o, tłumacząc na polski, „pomysł na to co i jak doradca ma robić”? Kiedyś nazywało się to po prostu „zakres obowiązków pracownika”. Rozumiem, że także i z pozyskania zewnętrznych środków na własne działania będzie można rozliczyć doradcę? Trzymam za słowo, panie Pawle.

7. Sytuacja na rynku inwestycyjnym- kiedy w 2008 roku zaczynałem pracę w COIiE, zagraniczny inwestor zgłaszał się do nas średnio codziennie. Od kilku lat dobrze jest, gdy zdarzy się jedna wizyta w tygodniu.

Patrz uwagi w punkcie 3: jeśli w samym województwie inwestor jest rzadkością, po co w gminie Goleniów doradca? Za darmo doradziłbym burmistrzowi, żeby sekretariat jednak tę jedną na miesiąc rozmowę przełączył bezpośrednio na niego; przecież z angielskim burmistrz problemów nie ma, a kto załatwi sprawę szybciej i skuteczniej, niż szam szef?

8. Czas na rozliczenie doradcy z pracy będzie po zakończeniu kadencji burmistrza Krupowicza. Rozliczać na pewno należy z efektów pracy. Najbardziej miarodajnym wskaźnikiem będzie liczba nowych inwestorów oraz ich jakość, czyli liczba stworzonych miejsc pracy oraz nakłady inwestycyjne, jakie firmy poniosą na kupno gruntu oraz budowę fabryk. Nie na wszystko mamy wpływ, choćby na koniunkturę światową. Dlatego ocena musi uwzględniać również uwarunkowania zewnętrzne.

Czyli językiem praktyki: będą inwestorzy – sukces doradcy i burmistrza, który go zatrudnił. Brak inwestorów – zawiniła dekoniunktura. No i oczywiście krasnoludków, które sikały do mleka – patrz niniejszy felieton.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Asystent burmistrza do spraw komunikacji społecznej – z czym się to je?

10 lut

Zaczepiają mnie od kilku dni różni tacy i nagabują na komentarze. Najczęściej pytają z różnymi złośliwymi intencjami, ale ja się nie daję w nie wciągać. Dość mam już tego indywidualnego zaczepiania, zatem postanowiłem raz na jutro napisać, co o tym wiem i myślę.

Zaraz, nie powiedziałem, o co mnie pytają ci różni? No o Cezarego przecież. Martyniuka. Asystenta burmistrza od niedawna. Ci pytacze mówią tak: no bo ty go znasz, to wiesz, czy się nadaje. Albo: jesteś radnym, w gminie pracowałeś, to się na tym znasz. Albo tak: nie wiem, co mam o tym myśleć, nakieruj mnie. I tym podobnie. A ja im mogę tylko powiedzieć: kochani, wiem tyle, co wy. Czerpię wiedzę z tych samych źródeł, ba, jednego tego samego źródła. Konkretnie z notki w „Gazecie Goleniowskiej” z dnia 30 stycznia tego roku.

Stoi tam czarno na białym, że od 1 lutego Burmistrz Robert Krupowicz zatrudnia znanego goleniowskiej, powiatowej i regionalnej publiczności redaktora „GG” i „Kuriera Szczecińskiego” Cezarego Martyniuka jako asystenta odpowiedzialnego za komunikację społeczną.

Cezary Martyniuk, asystent burmistrza.

Cezary Martyniuk, asystent burmistrza.
www.goleniowska.com

Niżej określa się to stanowisko jako „PR-owca”, a głównym jego zadaniem ma być ponoć „aktywne przekazywanie informacji o działaniach podejmowanych przez gminę w mediach społecznościowych”. Można to rozumieć tak, że asystent będzie informować burmistrza o tym, co gmina robi na portalach społecznościowych. Może jednak chodzi o to, że ma on na tych portalach informować, co robi gmina. Jak mam to komentować, skoro sam tego nie rozumiem? No, ale tak w świat poszło, a autor pomysłu, czyli burmistrz, niestety na ten temat nigdzie się nie wypowiadał publicznie, co by mogło sprawę doprecyzować. Może będzie jeszcze okazja zapytać?

Jako przyczynę tworzenia stanowiska burmistrz podał własne problemy z napastliwą, wręcz paszkwilancką krytyką doświadczaną w trakcie kampanii wyborczej ze strony jednego z lokalnych mediów. Burmistrz nie wspomniał nazwy tego strasznego agresora, lecz autor notki łatwo domyślił się samodzielnie, że chodzi o „Puls Goleniowa”, redagowany przez Pana Andrzeja Lewka. Ja nie był bym jednak taki pewien, że redaktor (pp) dobrze się domyślił.

Po pierwsze, „Puls Goleniowa” po wyborach zamilkł. Nie wiemy, czy czasowo, czy na stałe, ale fakt jest prosty: od dwóch miesięcy żaden medialny paszkwilant już burmistrza nie napada. Po co zatem zatrudniać ochroniarza, jeśli zniknęło zagrożenie? Po drugie asystent ma się jakoby zajmować portalami społecznościowymi, zaś „Puls Goleniowa” to była klasyczna, papierowa gazeta. Jaka tam gazeta, tygodnik nawet. Po trzecie: zgodnie z uzyskaną odpowiedzią burmistrza na mój wniosek nr 2 z III sesji Rady Miejskiej, Robert Krupowicz nie będzie reagować na krytykę prasową, jeśli nie zostanie mu ona dostarczona. Widocznie na „Puls Goleniowa” nie reagował, choć go napastliwie krytykował, z tego właśnie powodu – nie przesyłano mu krytycznych artykułów. Czyżby jednak to miało ulec zmianie, a uzyskana przeze mnie z datą 9 stycznia odpowiedź burmistrza była już nieaktualna zanim upłynął miesiąc? Nie chce mi się wierzyć, że Burmistrz Krupowicz mówi jedno, a robi drugie. Każdy polityk przecież wie, że kłamać nie wolno. Można nie mówić całej prawdy, nieco ją owijać w bawełnę, ale przecież odpowiedź burmistrza była do bólu konkretna. Nie śmiem nawet przypuszczać, że sam skromną interpelacją wywołałem niechcący ten temat.

Co do osoby Cezarego Martyniuka… Tak, znam od lat, prywatnie i służbowo, lubię i za wiele rzeczy szanuję. Nie za wszystkie, ale ideałów to po świecie chodzi raczej mało. Życzę mu powodzenia na nowej posadzie i mam nadzieję, że nada temu stanowisku jakiś prawdziwy, rzeczywisty sens. To znaczy, że liczę na wykorzystanie jego doświadczenia dla poprawy działania gminy (nie tylko samego burmistrza!) w ważnym zakresie, który przecież w interpelacji poruszyłem, a nawet ośmieliłem się negatywnie krytykować. Uważam, że organy gminy powinny wyjaśniać wszelkie aspekty swego postępowania, jeżeli tylko zachodzi do tego okazja. Nie dla chwalenia i ubóstwiania rządzących, ale wyjaśniania wobec obywateli motywów podejmowania decyzji i przyjętych metod realizacji tychże decyzji. A kto może tym się lepiej zająć, niż doświadczony dziennikarz? Człowiek pióra, znający od podszewki swą własną gminę, korzenie wielu spraw, z definicji profesji zobowiązany do obiektywności i szacunku dla faktów? Życzę Cezaremu, żeby nie miał na co dzień kłopotów pogodzenia pracy dla swego szefa z kontynuowaniem dziennikarskiej pracy w mediach. Czy to będzie łatwe – zupełnie inna para kaloszy.

Ze swej strony obiecałem Cezaremu, że nie będę podchodził do jego nowych obowiązków z uprzedzeniem, a tym bardziej do jego osoby jako realizatora tych obowiązków. W pierwszych dniach lutego, kiedy o tym rozmawialiśmy, nie znał jeszcze szczegółowego zakresu zadań, który burmistrz przed nim stawia. Nie dziwię się, to zupełnie nowe stanowisko w urzędzie, trudno z góry przewidzieć wszystkie szczegóły. Jak sam stwierdził: „Teczki za burmistrzem nosić nie będę.” Co nie zmienia faktu, że zakres pracy na stanowisku asystenta burmistrz wkrótce określić powinien. Przecież powstanie tego etatu to autorski pomysł Roberta Krupowicza, a z przepisów wynika, że jest to posada podlegająca rygorom obowiązującym pracowników samorządowych.

No właśnie, a co na to prawo? Też miałem takie pytania, szczególnie osób pamiętających dawne przepisy w tym zakresie. Ustawa z dnia 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych nie jest już aktem nowym, zdążyła obrosnąć zarówno nowelizacjami, jak też ukształtowały się pewne praktyki z nią związane. Jest jednak aktem na tyle nowym, że pewne jej rozwiązania ciągle nie są znane szerokiej publiczności. Tak właśnie jest ze stanowiskami asystentów i doradców. Stąd niżej podaję garść najważniejszych informacji o tej kategorii pracowników samorządowych.

Przepisy ustawy zasadniczo uporządkowały zatrudnianie urzędników w gminach. Dziś w urzędach gmin mogą pracować osoby, które spełniają ustawowe wymagania. Dano jednak kierownikom urzędów (wójtom, burmistrzom i prezydentom) możliwość zatrudniania asystentów i doradców na stanowiskach nieurzędniczych, o czym mówi art.17.1 ustawy. Są oni także pracownikami samorządowymi, ale nie urzędnikami. Nabór tych osób jest prosty. Burmistrz może asystenta lub doradcę zatrudnić właściwie z dnia na dzień, bez przeprowadzania konkursu. Jedynym warunkiem jest posiadanie środków w budżecie na ich pensje. Nie jest to warunek trudny do spełnienia, jeśli burmistrz „dobrze żyje” z radą gminy. Uchwala ona przecież budżet hasłowo nazywający rodzaje wydatków, w tym także na płace urzędu gminy, bez drobiazgowego określania ilości stanowisk, a tym bardziej ich rodzaju. To burmistrz jest szefem urzędu, który decyduje, jakich i ilu pracowników mu potrzeba. Radni czasem garną się do współszefowania, ale nie oni rządzą w tej sprawie.

Ustawa ogranicza ilość stanowisk asystentów i doradców. W gminie do 100 tys. mieszkańców (czyli takiej, jak nasza) może być ich pięciu, łącznie tych i tych. Nie są oni w rozumieniu ustawy urzędnikami, nie podlegają zatem okresowej ocenie, nie odbywają służby przygotowawczej i nie muszą zdać egzaminu końcowego, w przypadku innych stanowisk w urzędzie decydującego o dalszym zatrudnieniu. Aby nie pojawiły się zupełnie przypadkowe osoby, w przepisach wykonawczych do ustawy określono dla nich minimalne wymagania kwalifikacyjne. I tak doradca przede wszystkim powinien mieć wykształcenie wyższe i musi legitymować się pięcioletnim stażem pracy. Asystentowi przepis stawia barierkę niżej: wykształcenie średnie, a doświadczenia zawodowego mieć nie musi wcale.

Przyznajmy, że wymogi te nie rzucają na kolana. Ale też zadania tych ludzi mogą być bardzo indywidualne, bo przepisy nie określają, czym mają się zajmować. Ich praca związana jest bezpośrednio z szefem urzędu, czyli krótko mówiąc burmistrzem. To on decyduje o potrzebie posiadania asystenta lub doradcy. Jeśli szuka z jakiegoś powodu specyficznych umiejętności lub cech osobowych, nie będzie go w tym wyborze ograniczać sprawa drugorzędna, czyli status wykształcenia. Jak mało w praktyce to ważne, przypomnę choćby poziom wykształcenia niektórych Prezydentów naszego kraju. Jednemu z nich wystarczała zawodówka, inny z trudem przypomniał sobie, że skończył studia bez magisterki.

Burmistrz zatrudnia asystentów lub doradców teoretycznie tylko na czas trwania własnej kadencji. Jednak istniejące luki w prawie powodują, że osoby takie w ramach awansu wewnętrznego można zatrudnić później na wolnych stanowiskach urzędniczych. To paradoks, ale mogą oni ominąć w ten sposób wysokie wymogi kwalifikacyjne i „na skróty” zostać urzędnikami. To akurat wydaje się złym rozwiązaniem, bo w konsekwencji mogliby pracować na stanowiskach, do których się nie nadają. A to zawsze obniżyłoby jakość pracy urzędu. Żeby nie było zbyt słodko, z doradcą lub asystentem burmistrz w każdym czasie może się pożegnać, rozwiązując umowę o pracę z zachowaniem dwutygodniowego okresu wypowiedzenia.

Przepisy określają minimalne wynagrodzenie zasadnicze tej kategorii pracowników, czyli wysokość etatu. Asystent na pełnym etacie minimalnie zarobi 1450 zł (brutto, oczywiście), pensja doradcy jest wyższa o 650 zł. W praktyce nic to nie oznacza, bo przepisy nie określają zarobków maksymalnych. Każdy burmistrz ma prawo przyznać znacznie więcej, w ramach posiadanych środków budżetowych. Tak samo jest zresztą w odniesieniu do innych pracowników zatrudnianych na umowę o pracę na etatach urzędniczych. Dla osób zatrudnianych na podstawie umowy o pracę rząd określa tylko minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego. Oznacza to, że doprecyzowanie maksymalnych zarobków to zadanie burmistrzów. Szef urzędu musi określić w regulaminie wynagradzania dla pracowników samorządowych, zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, maksymalne stawki wynagrodzenia zasadniczego. Ustawa nie wskazuje, jak się takie stawki określa. Zatem różne samorządy mogą ich wysokość ustalać w różny, dowolny sposób. Można je na przykład określić kwotowo lub  uzależnić od wielokrotności minimalnego wynagrodzenia.

Tyle prawo. I co, wiecie już wszystko? Ja też nie… Czas pokaże, czym zajmie się asystent Cezary Martyniuk, jak to będzie robił, i czy gminie przyniesie to pożytek. Nie neguję z góry celowości tego projektu, choć wygląda mi on dość tajemniczo. Życząc sukcesów na tym stanowisku lojalnie przestrzegłem, że będę mu w przyszłości uważnie patrzył na ręce. On zaś powiedział mi to samo i rozeszliśmy się z uśmiechem, każdy do swych obowiązków.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Remanent z wyborów, czyli afera nikomu nie na rękę

06 sty

Został mi zaległy temat wyborczy, do którego podchodziłem ostrożnie, jak pies do jeża. Bo może będzie nieatrakcyjny? Bo zastrzeżony dla poszukiwaczy prawdy? Ostrzegam: to wyjątkowo długie czytanie; skarga, którą złożyłem jako pełnomocnik KW„Nasz Goleniów Nasza Gmina” Komisarzowi Wyborczemu w Szczecinie 6.11.2014 r. ma w papierze 10 stron formatu A4. Trudny to tekst, często odwołujący się do przepisów prawa. Trzeba śledzić w nim uważnie fakty, których jest dużo, wynikając piętrowo jeden z drugiego. A poza tym można powiedzieć zniechęcająco, że to afera o dość urzędniczym charakterze. Tyle co do zniechęcania Czytelników. Z drugiej zaś strony skarga ta jest bardzo pouczająca, bo pokazuje, jak błąd poprawiany kolejnymi błędami prowadzi do naruszeń prawa. Uchyla też nieco drzwi „kuchni” wyborów, w której czasami pichcą się dania bardzo niejadalne. Jeszcze ciekawsze jest to, jak opisana w skardze afera była niemal wszystkim nieporęczna. Nawet w gorącym okresie kampanii wyborczej nie pokuszono się o jej wykorzystanie dla czyichkolwiek celów politycznych. Rzadkość niebywała, ale spróbuję ją wyjaśnić.

Zastanawiałem się długo, czy warto pokazywać „odgrzewanego kotleta”, lecz przekonało mnie zdanie znajomego prawnika: „Pismo wraz z odpowiedzią jak najbardziej należy opublikować. Jestem za pełną jawnością działań wszystkich organów i takie upublicznienie wszystkich faktów spowoduje, iż na przyszłość będzie ciężko coś zamieść pod dywan.” Zachęcony w ten sposób zdecydowałem się najpierw dla mniej cierpliwych przedstawić streszczenie zdarzeń, opatrzone moim komentarzem, następnie zaś (innym kolorem czcionki – niebieskim) tekst dokumentu i oryginalną odpowiedź Komisarza Wyborczego. Żeby było kawa na ławę, a cierpliwsi i bardziej ciekawi szczegółów mogli się przekonać, czy mam rację.

Edyta Guzikiewicz (z prawej) Zdjęcie: 24hkurier.pl

Edyta Guzikiewicz (z prawej)
Zdjęcie: 24hkurier.pl

Najpierw należne Czytelnikom wyjaśnienie, cóż to za funkcja, którą sprawuje jedna z głównych bohaterek tej historii – Urzędnik Wyborczy Gminy. Otóż w naszym kraju, jak w każdym demokratycznym, prawie co roku odbywają się jakieś wybory, czasami niejedne. Ich obsługę administracyjną w gminach zawsze zapewnia burmistrz, z reguły poprzez swego pełnomocnika, Urzędnika Wyborczego. Zasady współpracy Urzędnika z Krajowym Biurem Wyborczym określa porozumienie zawierane pomiędzy burmistrzem a kierownikiem Delegatury KBW. W praktyce funkcjonuje on stale, a zwyczajowo tę rolę powierza się Sekretarzowi Gminy. Interesujące jest, że część czynności organizacyjnych wykonuje w imieniu KBW (z którym ma odrębną umowę i za jej wykonywanie przed nim odpowiada), część zaś w imieniu burmistrza, w ramach codziennych obowiązków.

Osoba ta ma być w dziedzinie wyborów alfą i omegą. Z Urzędnikiem kontaktują się organy wyborcze, np. wojewódzki Komisarz Wyborczy, Gminna Komisja Wyborcza, komisje obwodowe (które spotkacie w trakcie wyborów w poszczególnych lokalach), pełnomocnicy komitetów wyborczych, do niego trafiają wszystkie kierowane do gminy pisma, dokumenty czy zalecenia organów wyborczych. W imieniu burmistrza Urzędnik Wyborczy odpowiada za powoływanie obwodowych komisji wyborczych, w szczególności za zorganizowanie i przeprowadzenie publicznego losowania ich składów i pierwszych posiedzeń, niekiedy za ich szkolenie. Gromadzi całą dokumentację wyborczą, prowadzi wszelkie rejestry, przekazuje dokumenty do archiwizacji, śledzi zmieniające się często przepisy. Zapewniam: jest co robić nawet gdy wyborów nie ma, a już w ich trakcie jest to osoba o roli nie do przecenienia.

Cóż zatem przydarzyło się naszemu Urzędnikowi Wyborczemu, Pani Edycie Guzikiewicz, w ostatnich wyborach samorządowych? Drobiazg, błąd przy powoływaniu Obwodowych Komisji Wyborczych. W konsekwencji skutkujący, jak wyliczyłem mam nadzieję dokładnie, 8 naruszeniami przepisów rangi ustawowej, doliczając 15 naruszeń przepisów niższej rangi. Tego błędu nie poprawiono we właściwy sposób do końca wyborów. Lecz po kolei i ab ovo.

Przed ostatnimi wyborami, jak zwykle, komitety wyborcze zgłosiły do obwodowych komisji wyborczych więcej kandydatów niż ustawowe składy maksymalne. Trzeba było przeprowadzić publiczne losowanie wszystkich 23 OKW. Prowadząca je 22.10.2014 r. Edyta Guzikiewicz stwierdziła, że wszyscy kandydaci uprawnieni są do udziału w losowaniu. Komisje powołano o dzień spóźnioną uchwałą Gminnej Komisji Wyborczej 27.10.2014 r. Jednak po 2 dniach GKW bez uzasadnienia anulowała składy pięciu obwodowych komisji: nr 1, 16, 18, 20 i 21. Ponowne losowano je 30.10.2014 r. Urzędnik Wyborczy jako przyczynę podała błędy popełnione przez nią przy rejestracji kandydatów jednego z komitetów, przez co pierwotnie losowano także niektóre osoby nieuprawnione. Stwierdziła, że przyjęła jakoby zgłoszenie 5 kandydatów od osoby nieupoważnionej. Później miał potwierdzić je właściwy pełnomocnik, lecz tego nie zrobił. Pomyłkę zauważyła już po powołaniu komisji 27.10.2014. Sposób naprawy błędu określił szczeciński Komisarz Wyborczy,  ulepszając go zresztą po uwagach pełnomocników komitetów: przywrócić pierwotne składy komisji obwodowych nr 1, 16, 18, 20 i 21; uznać za nieważne zgłoszenia osób, które nie powinny do nich kandydować; uzupełnić składy losując spośród osób niewylosowanych; podjąć przez GKW uchwałę o powołaniu nowych składów tych 5 komisji.

Losowania dokonano i wydawało się, że sprawa błędu jest zakończona. Na szczęście, bo zbliżał się termin przeprowadzenia pierwszych spotkań i szkoleń komisji (05.11.2014 r.), a tu jeszcze nie wysyłano zawiadomień. Wszystkim ulżyło, bo błąd groził terminowemu wykonaniu tych czynności wyborczych. Lecz GKW niespodziewanie zniekształciła tryb działania nakazany przez Komisarza. Najpierw 30.10.2014 r. wyprowadziła ze składów OKW nr 16, 18, 20 i 21 nieprawidłowo zgłoszonych, bez komisji nr 1. Protokół GKW stwierdza kłamliwie, że Komisarz nakazał skreślenie nieprawidłowo zgłoszonych z komisji nr 16, 18, 20 i 21 (bez nr 1!), choć na losowaniu wszyscy słyszeli co innego. Dzień później GKW uzupełniła komisje nr 16, 18, 20 i 21 o nowo wylosowane do nich osoby. A co  OKW nr 1?

Jeszcze 30.10.2014 wszyscy publicznie słyszeli o nieprawidłowo zgłoszonej osobie do składu OKW nr 1, widzieli losowanie przeprowadzone w tej sprawie. Jak zniknęła i kto ją zgubił? Ile było zarejestrowanych niepoprawnie: 4 czy 5? Tajemnicę wyjaśnia protokół posiedzenia GKW z dnia 31.10.2014 r. To Burmistrz unieważnił losowanie składu OKW nr 1 twierdząc, że ta czynność była zbędna, bo osoby błędnie zgłoszonej nie wylosowano – nic się więc nie stało. Podważył tym tryb nakazany przez Komisarza, stając ponad nim. Ignorując prawo i nakaz Komisarza uznał, że losowanie było zbędne z powodów „zdroworozsądkowych”, a dopuszczenie do udziału w nim kogoś nieuprawnego to drobiazg niegodny poprawienia.

Członkowie GKW jakby proroczo przewidzieli i z góry zaakceptowali argumentację Burmistrza, podejmując jeszcze poprzedniego dnia uchwałę, nie uwzględniającą OKW nr 1. Polecenie Komisarza Wyborczego uznali za mniej ważne od przyjętej „na wiarę”, ustnie przekazanej przez Urzędnika Wyborczego decyzji Burmistrza. Ten zaś wymusił na GKW swoje zamiary, stawiając się także ponad nią. Dokumenty sankcjonujące dokonane działania opublikowano w BIP-ie gminy w pokrętny sposób, by ukryć popełnione błędy i ich autorów.

Tyle faktów. Jako pełnomocnik Komitetu Wyborczego, ale także jako były Urzędnik Wyborczy, uczestniczący w organizacji ok. 20 wyborów, uznałem złożenie skargi Komisarzowi Wyborczemu w Szczecinie za swój obowiązek. Nakazuje to powaga wyborów. Jak łatwo nią manipulować, mogliśmy obserwować już po wyborach, które różni politycy beztrosko nazywali „sfałszowanymi”. Nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy komuś tak prosto przechodzą przez gardło kryminalne zarzuty tam, gdy trzeba jasno mówić o nieudolności, wręcz nieudacznictwie organów odpowiedzialnych za nadzór nad wyborami. O błędach, ale tylko błędach. Czym innym jest intencja dokonania oszustwa, czym innym zaś popełnianie pomyłki, niewiedza, niekompetencja. Wiem jak wszyscy, że wołający o fałszerstwie dobrze to rozumieją. Lecz ile złego mogą narobić, podpalając świat i wypaczając znaczenie faktów – tego boję się najbardziej. Tym bardziej uważam za konieczne otwarte piętnowanie pomyłek. Ich ukrywanie stwarza krzykaczom otwarte pole do popisu.

Komisarz Wyborczy sędzia Jacek Szreder Zdjęcie: Agencja Gazeta

Komisarz Wyborczy sędzia Jacek Szreder
Zdjęcie: Agencja Gazeta

Nie liczyłem na to, że Komisarz Wyborczy w Szczecinie skargę sprawiedliwie rozpatrzy. Jak to ujął mój wspomniany kolega prawnik: „Komisarz do jakiegoś stopnia też miał związane ręce, bo ustawodawca nie przewidział idiotycznych działań Ślepaczka i chyba Szreder nie wiedział, co z tym zrobić.” Rzeczywiście, wolał sprawę zlekceważyć, tłumacząc się zbyt dokładnym pokazaniem naruszeń przeze mnie. Miał przy wyborach niejedno na głowie, zapewne większej rangi niż jakieś tam błędy Urzędnika Wyborczego czy arogancja Burmistrza. Tylko zwracam dyskretnie uwagę, Panie Komisarzu, że ich postępowanie godzi w powagę Pańskiej funkcji. Reprezentując Krajowe Biuro Wyborcze, nadzoruje Pan Gminną Komisję Wyborczą. Jak się okazuje, w praktyce dowodzoną przez Burmistrza i Urzędnika Wyborczego. Może w trakcie „przeprawy przez bród” koni się nie zmienia, ale już po niej… Kontrola chyba jest tu sprawowana, wnioski się wyciąga? Ot, naiwność. Zadziałała zasada unikania smrodu: trzymajmy się kupy, kupy nikt nie ruszy.

Lecz składając skargę Komisarzowi, wysłałem ją także do wiadomości kilku innym adresatom. W kolejności alfabetycznej, dostali ją: Burmistrz Gminy Goleniów, Gazeta Goleniowska. Tygodnik Powiatowy, Nowiny Goleniowa i Nowogardu. Tygodnik, Puls Goleniowa. Bezpłatna Gazeta Regionalna. A teraz niealfabetycznie, oto co wspomniani adresaci z nią zrobili.

Burmistrz Robert Krupowicz Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz Robert Krupowicz
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Burmistrz nic, ale na niego też nie liczyłem. A co, zapytacie, może miał się ochoczo uderzyć we własne piersi, przyznać do błędów, ukarać podległego Urzędnika Wyborczego? W ogniu walki wyborczej, pod ostrzałem ciężkich dział przeciwników? Nie przesadzajmy, nikt tak znowu mocno nie strzelał. Po mojemu zaś, otwarte mówienie prawdy mogło mu przydać szacunku wyborców. Przynajmniej tych wierzących w potrzebę uczciwego naprawiania błędów. Zaś rzetelne rozliczanie swoich ludzi z roboty to normalna szefowska powinność.

Nie liczyłem na reakcję Nowin Goleniowa i Nowogardu i się nie pomyliłem. Nie ich profil, nie ich temat. Po co więc im skargę posłałem? A czemu nie, może jednak materiał nadałby się im do wykorzystania? Nie mogłem ich z góry dyskryminować.

Myślę, że zareagowałby Puls Goleniowa, któremu przydałby się zapewne każdy dodatkowy materiał, pokazujący wady „pontyfikatu” Burmistrza Krupowicza. Redakcja ta nie bawiła się w kampanię w jedwabnych rękawiczkach: walka polityczna to batalia na kije i kastety. Jednak im afera szybko przestała być na rękę, gdy została nazwana „aferą Ślepaczka” (o czym za chwilę). Poprzednio radnego SLD, jednoznacznie sympatycznego linii tej redakcji. Co jak co, ale rozdmuchiwać aferę, w której uczestniczył nasz człowiek – to już nie w stylu tej redakcji.  Ich strata; moim zdaniem napisanie o sprawie dałoby im niepowtarzalną okazję do pokazania prawdziwej roli Pana Ślepaczka – zaledwie posłańca, a nie demonicznego krzywdziciela niewinnej, acz naiwnej Pani Urzędnik Wyborczej.

Dochodzę wreszcie do Gazety Goleniowskiej, a właściwie do jedynego piszącego o niniejszej sprawie, czyli redaktora Cezarego Martyniuka. Ten miał dopiero problem! Przy jego bogobojnym stosunku do Burmistrza Krupowicza, prezentowanym na przestrzeni kilku już lat – jak podejść do tej żaby. Toż człowiek Pana Burmistrza błaźni się wprost na jego oczach, kalając dobre imię pryncypała. Redaktor był obecny na publicznym losowaniu 30.10.2014 r., kiedy nieszczęsny grzech pierworodny Urzędnika Wyborczego Edyty Guzikiewicz ujawnił się światu w całej krasie. Przyznać trzeba, że sprawy nie zmilczał. Napisał o niej natychmiast nie tylko w macierzystej Gazecie Goleniowskiej 31.10, ale także i w Kurierze Szczecińskim. Opisał rzetelnie to, co dotąd było wiadome, obarczając winą Panią Urzędnik.

Radny Robert Ślepaczek Zdjęcie: gazetagoleniowska.com

Radny Robert Ślepaczek
Zdjęcie: gazetagoleniowska.com

Ale także 31 października pojawiło się atrakcyjne koło ratunkowe, z którego skrzętnie redaktor skorzystał. Odkrył mianowicie, kto Pani Edycie tak zabełtał błękit w głowie. Tego samego dnia poinformował mnie telefonicznie, że to Robert Ślepaczek przyniósł Pani Edycie felerne zgłoszenie, niby w imieniu KW PiS. Tematu nie podjąłem, bo cóż to za różnica, kto był listonoszem? Niczego nie mógł jej narzucić, sama mogła sprawdzić wszystkie okoliczności podejrzanego zgłoszenia. I nie mogę zrozumieć, czemu tego nie zrobiła. Literki PiS z SLD trudno pomylić, tym bardziej znając osobiście zgłaszającego. W Ślepaczka hipnotyzującego biedną ofiarę nie uwierzę, zapewne brutalnej siły wobec niej także nie użył. Jednak odkrycie posłańca spowodowało, że już w kolejnym numerze GG z 07.11 afera przeistoczyła się w „aferę Ślepaczka”. Pani Edyta usunęła się w cień, stając się właściwie pokrzywdzoną przez podstępnego, znanego z perfidii politycznego manipulatora. A GG już nie musiała więcej pisać o kolejnych faktach serialu, w którego pierwszym odcinku Pan Robert zagrał drugoplanową rólkę, a w dalszych już się nie pojawił. Co za ulga: nie tylko udało się zadośćuczynić rzetelności dziennikarskiej, ale jeszcze przenieść punkt ciężkości na wrogów popieranego Burmistrza. Szacun, Cezary.

Krzysztof Sypień Zdjęcie: radioszczecin.pl

Krzysztof Sypień
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Byliby to już wszyscy, którym dałem skargę do wiadomości. Lecz nie do końca. Został przecież własny komitet „NGNG”. Jego pełnomocnik (ja!) namęczył się setnie, żeby połączyć ze sobą zdarzenia, poszukać przewin i naruszeń przepisów. I co? Mielibyśmy sami nie poinformować publicznie o odkryciach? Głupotą byłoby nie skorzystać. Przecież mieliśmy stronę internetową, która do tego celu świetnie by się nadała. Wprawdzie nasz lider, kandydujący na burmistrza Krzysztof Sypień postawił z góry na kampanię unikającą agresji wobec kontrkandydatów, lecz tu okazja sama właziła w ręce. Jakaż to agresja – przedstawić potknięcia przeciwników. Jeśli mogłoby to pomóc naszemu kandydatowi, osłabiając przeciwnika, warto było próbować. I tak też uzgodniliśmy między sobą. Krzysztof po krótkiej dyskusji powiedział „tak” i zgodził się przekazać skargę do wiedzy publicznej. Jako zawiadujący stroną www miał dopilnować publikacji, a ja oczywiście przekazałem mu materiał do rąk własnych. 

Hej, Czytelnicy, czy któryś z Was wchodząc na naszą stronę widział tam skargę do Komisarza Wyborczego? Prawda, ja też nie. Widocznie ładunek agresji wobec kandydata Krupowicza był jednak tak wielki, że ostrożny taktyk Krzysztof Sypień przemyślał sprawę ponownie. Wprawdzie nie poinformował innych członków Komitetu o swoich wnioskach z przemyśleń, ale to akurat okazało się u niego normą. Lojalność wobec politycznych przyjaciół nie stanowi mocnej strony jego charakteru. Mocną zaś jest daleko posunięta samodzielność w realizowaniu własnych politycznych priorytetów, nawet gdy daleko różnią się od wcześniej ustalonych z całą grupą. Furda interes grupowy, kiedy rację ma zawsze Wódz i jego biznes. Szkoda, że akurat z tej strony Krzysztofa nie znaliśmy, zanim uczyniliśmy go Wodzem.

I to już naprawdę koniec. Jeżeli ktoś doczytał aż do tego miejsca, pewnie ma w ustach gorzki smak. To smak gorzkiej prawdy, która była wszystkim nie w smak. Od której odwrócili się plecami nawet ci, którzy pozornie mieliby korzyść z mówienia o niej. Z ilu takich gorzkich, wypluwanych z obrzydzeniem pigułek składa się nasza codzienność? Pewnie jest ich bez liku. Ale tą obejrzałem sobie dokładnie z bliska. Wziąłem pod lupę, opisałem, owinąłem w papier, a nawet podsunąłem na talerzu tym, którzy powinni podjąć jakieś działania. A teraz jest mi tylko smutno.  

Obiecana oryginalna treść skargi:

Ireneusz Zygmański

Pełnomocnik

Komitetu Wyborczego Wyborców

„Nasz Goleniów Nasza Gmina”

Ul. Szkolna 35/2

72-100 Goleniów

Goleniów, 06.11.2014 r.

                                                                       Szanowny Pan Jacek Szreder

                                                                       Komisarz Wyborczy w Szczecinie

                                                                       Ul. Jana Matejki 6B

                                                                       71-615 Szczecin

Dotyczy: nieprawidłowości w powoływaniu obwodowych komisji wyborczych

Szanowny Panie Komisarzu,

Zwracam się do Pana ze skargą na działanie Gminnej Komisji Wyborczej w Goleniowie w trakcie powoływania obwodowych komisji wyborczych. Proszę też o podjęcie interwencji w trybie nadzoru. Nieudolne i obarczone błędami działanie Urzędnika Wyborczego, reprezentującego Burmistrza Gminy, doprowadziło w trakcie współpracy z GKW w tym zakresie do szeregu naruszeń prawa oraz zagrożenia prawidłowego działania obwodowych komisji wyborczych. Poniżej przedstawiam stan faktyczny i stwierdzone przeze mnie nieprawidłowości.

1. Komitety wyborcze zgłosiły w Gminie Goleniów kandydatów do obwodowych komisji wyborczych w terminie ustawowym w ilości przekraczającej w każdym wypadku składy maksymalne. Konieczne było przeprowadzenie losowania, o którym mowa w art. 182 § 7 kodeksu wyborczego, składów wszystkich 23 komisji obwodowych. Jak mówi wspomniany przepis, przeprowadza je publicznie wójt (tu: burmistrz). Należy zatem domniemywać, że także burmistrz informuje publiczność o przeprowadzeniu losowania. W tym wypadku uczyniła to Gminna Komisja Wyborcza informacją z dnia 20.10.2014 r. Nie jest to naruszenie żadnego konkretnego przepisu, świadczy jednak o pomieszaniu kompetencji obu organów.

2. Publiczne losowanie odbyło się dnia 22.10.2014 r. zgodnie ze wspomnianą informacją, przy współudziale Gminnej Komisji Wyborczej w prawie pełnym składzie oraz w obecności kilkunastu widzów: pełnomocników komitetów wyborczych i osób postronnych. Prowadząca losowanie Pani Edyta Guzikiewicz, Urzędnik Wyborczy, przedstawiała wszystkie zgłoszone przez pełnomocników kandydatury w poszczególnych obwodach stwierdzając, że osoby te są uprawnione do wzięcia udziału w losowaniu. Nie zgłoszono uwag co do jego przebiegu i wydawało się, że w szybkim czasie nastąpi powołanie komisji przez GKW.

3. Obwodowe komisje wyborcze zostały powołane uchwałą nr 2/2014 Gminnej Komisji Wyborczej dnia 27.10.2014 r. Stanowi to naruszenie ustawowego terminu, gdyż kodeks wyborczy w art. 182 § 1 ust. 2 określa ten termin jako „najpóźniej w 21 dniu przed dniem wyborów”, zaś kalendarz wyborczy, stanowiący załącznik do Rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dn. 20.08.2014 r. w sprawie zarządzenia wyborów, wyraźnie określa datę przeprowadzenia tej czynności „do dnia 26 października 2014 r.” Wprawdzie dzień ten przypadał na niedzielę, jednak oba przywołane przepisy nie dały GKW żadnej delegacji do przesuwania terminu tej czynności ani z tego, jak i z żadnego innego powodu. Ponadto wydaje się, że od momentu przeprowadzania losowania, to jest od dnia 22.10.2014 r., GKW miała dość czasu, by podjąć stosowną uchwałę w ustawowym terminie.

4. Dnia 29.10.2014 r. zostałem, podobnie jak inni pełnomocnicy komitetów wyborczych, poinformowany telefonicznie o ponownym przeprowadzeniu losowania składów niektórych OKW w dniu następnym, tj. 30.10.2014 r. Informował mnie członek Gminnej Komisji Wyborczej. Ponadto w BIP-ie Gminy Goleniów została zamieszczona tego samego dnia informacja Gminnej Komisji Wyborczej w tej sprawie. Zarówno informacja telefoniczna, jak też informacja w BIP-ie nie wyjaśniały, z jakiej przyczyny będzie przeprowadzane ponowne losowanie i z czyjej inicjatywy: burmistrza czy GKW. I znów, tak jak stwierdziłem wyżej w punkcie 1, o czynności przeprowadzanej przez burmistrza informowała GKW. Dość dziwna i niefortunna to praktyka stwarzająca wrażenie, jakby GKW pełniła w tym zakresie obsługę techniczną dla czynności burmistrza. Dodam, że przepis § 10 uchwały PKW z 25.08.2014 r. w sprawie sposobu zgłaszania kandydatów na członków komisji wyborczych (…) stwierdza, że: „Właściwy organ dokonuje sprawdzenia prawidłowości zgłoszenia kandydatów na członków komisji wyborczych i podejmuje decyzję w sprawie uwzględnienia bądź nieuwzględnienia zgłoszenia”. Oczywiście właściwym w tym wypadku jest burmistrz (co określa § 4.1 wymienionej Uchwały PKW). Jak później zademonstruję, bardzo często dochodziło do pomieszania kompetencji obu tych organów.

5. Także 29.10.2014 r. w BIP-ie Gminy ukazała się uchwała nr 3/2014 GKW z tego samego dnia, uchylająca uchwałę nr 2/2014 w punktach 1, 16, 18, 20 i 21. Mówiąc wprost, GKW anulowała w ten sposób przyjęte poprzednio składy obwodowych komisji wyborczych nr 1, 16, 18, 20 i 21. Nie podano żadnego uzasadnienia. Uchwała ta powołała się na identyczną podstawę prawną, jak uchwała pierwotna powołująca składy OKW: art. 182 § 1 ust. 2 i § 2 kodeksu wyborczego w związku z uchwałą PKW z dn. 25.08.2014 r. w sprawie zgłaszania kandydatów na członków komisji wyborczych (…). Budzi to co najmniej zdziwienie, gdyż ani przytoczone przepisy kodeksu wyborczego, ani ogólnie przywołana uchwała PKW nie wspominają o anulowaniu przez GKW składów obwodowych komisji wyborczych, w szczególności zaś po ustawowym terminie. Wspominają zaś o trybie powoływania OKW, co przecież już nastąpiło.

6. Dnia 30.10.2014 r. zebrano się w podobnym składzie, jak dnia 22.10.2014 r. Poza prowadzącą spotkanie Panią Guzikiewicz, obecna była w komplecie Gminna Komisja Wyborcza, wielu spośród pełnomocników, jak też przedstawiciele lokalnych mediów. Urzędnik Wyborczy jako przyczynę spotkania podała konieczność poprawienia błędów popełnionych w trakcie rejestracji kandydatów jednego z komitetów wyborczych. Stwierdziła, że w wyniku błędu, w losowaniu dnia 22.10.2014 r. wzięły udział osoby nieuprawnione. Miało dotyczyć to obwodów nr 1, 16, 18, 20 i 21, w których zachodzi konieczność ponownego losowania składów komisji. Nie stwierdziła, z czyjej inicjatywy następuje losowanie. Dodała, że GKW podjęła już konieczną uchwałę anulującą składy tych komisji, zaś taki tryb działania zarządził Komisarz Wyborczy w Szczecinie. Zaproponowała natychmiastowe przystąpienie do losowania.

7. Ponieważ pełnomocnicy (w tym także i ja) uznali taką informację za niewystarczającą, poprosiliśmy o bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Za najbardziej istotne uznano dokładne wyjaśnienie, na czym polegał błąd. Urzędniczka stwierdziła, że przyjęła zgłoszenie 5 kandydatów od osoby nieposiadającej upoważnienia komitetu wyborczego, a które później miał potwierdzić pełnomocnik (a raczej osoba upoważniona przez pomocnika) tego komitetu. Tak się jednak nie stało. Wyjaśniła, że komitet ten zgłosił wcześniej prawidłowo kandydatów w 18 obwodach wyborczych, a miał też prawo do zgłoszenia w pozostałych 5, gdyż zarejestrował kandydatów do Rady Powiatu. Jednakże do czasu upłynięcia terminu nie nastąpiło prawidłowe zgłoszenie dodatkowych kandydatów. Mimo to znaleźli się oni razem z właściwie zgłoszonymi w puli osób losowanych dnia 22.10.2014 r. Wyjaśniła, że była to jej osobista pomyłka, zauważona już po powołaniu składów komisji przez GKW. Stwierdziła, że po konsultacji telefonicznej z Dyrektorem Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Szczecinie przedstawiono jej decyzję Komisarza Wyborczego, by wyłonić wspomniane 5 komisji po przeprowadzeniu ponownego publicznego losowania ich pełnych składów.  Zwracam uwagę, że przyjęcie przez Urzędnika Wyborczego działającego w imieniu burmistrza zgłoszeń osób nieuprawnionych do puli kandydatów podlegających losowaniu stanowi ewidentne naruszenie art. 182 § 2 ust. 1) oraz § 7 kodeksu wyborczego oraz § 4.1 i § 10 uchwały PKW z 25.08.2014 r. w sprawie sposobu zgłaszania kandydatów na członków komisji wyborczych (…). Te same naruszenia kodeksu wyborczego były kontynuowane przez Gminną Komisję Wyborczą, podejmującą uchwałę o powołaniu składów OKW obarczoną błędem przyjęcia w poczet ich członków osób nieuprawnionych.

8. Po wyjaśnieniu złożonym przez Urzędnika Wyborczego zapytano Panią Guzikiewicz, jaka jest podstawa prawna nakazanych przez Komisarza działań i czy dysponuje jego pisemną decyzją. Odpowiedziała, że przepisy nie przewidują konkretnej procedury naprawczej, gdyż prawo nie przewiduje popełnienia błędów w trakcie rejestracji kandydatów. Działanie Komisarza wynika z ogólnego nadzoru nad czynnościami wyborczymi, błąd i tak trzeba jakoś naprawić, zaś decyzji w tej sprawie nie będzie, jedynie ustne zalecenie. Dalsze pytanie zmierzało do uściślenia, czy Komisarz Wyborczy polecając rozwiązanie w tej sprawie, działał w trybie art. 167 § 1 ust. 1, 2 i 7 kodeksu wyborczego, na co udzieliła odpowiedzi pozytywnej. Padła z sali propozycja, by właśnie taką podstawę prawną przyjąć dla kolejnej uchwały GKW w tej sprawie. W pełni odpowiada ona stanowi faktycznemu, jaki doprowadził do dokonywanych zmian. W dalszej dyskusji stwierdzono, że błąd można było naprawić na kilka sposobów, prościej i bez drastycznych zmian w składach OKW, choć nadal bez istnienia konkretnej procedury prawnej. W szczególności zaproponowano dolosowanie tylko po jednym kandydacie spośród tych, którzy byli zgłoszeni przez inne komitety i odpadli w poprzednim losowaniu. Po tej uwadze Pani Guzikiewicz zarządziła 10 minut przerwy dla skonsultowania się z Komisarzem Wyborczym.

9. W przerwie jedna z osób upoważnionych do zgłaszania kandydatów do OKW stwierdziła, że w jej przypadku Urzędniczka nie tylko że nie wykazała tak daleko sięgającego zrozumienia i cierpliwości, jak wobec komitetu będącego przyczyną zamieszania, lecz odwrotnie, odrzuciła 2 osoby spośród zgłaszanych przez niego kandydatów, gdyż jego komitet w tych okręgach wyborczych, którym odpowiadają lokale obwodowych komisji wyborczych, nie zarejestrował kandydatów na radnych. Zaraz po przerwie poprosił o wyjaśnienie swoich wątpliwości. Urzędniczka stwierdziła, że on jej nie informował, że komitet ten rejestrował kandydatów do Rady Powiatu, co dawałoby prawo do kandydowania we wszystkich obwodowych komisjach. Na co padła odpowiedź, że przecież o to nie pytała. Stwierdziła, że nie musiała o tym informować (choć wiem, że innych zgłaszających szczegółowo instruowała, co nastąpiło także w moim przypadku dnia 15.10.2014 r.). Natomiast uwagę, że jej postępowanie uniemożliwiło zgłoszenie wspomnianych osób, zbyła milczeniem. Opisany tu przypadek, jak zapowiedziała osoba upoważniona w imieniu komitetu wyborczego, może być przedmiotem odrębnej skargi.

10. W dalszym ciągu spotkania Urzędnik Wyborczy oznajmiła, że w wyniku zakończonej właśnie rozmowy Komisarz Wyborczy zmienił zdanie i podjął decyzję o innym sposobie naprawienia popełnionego błędu. Określiła ten tryb następująco: 1) Komisarz polecił uchylić Uchwałę nr 3/2014 Gminnej Komisji Wyborczej, co przywróciłoby pierwotnie wylosowane składy komisji obwodowych nr 1, 16, 18, 20 i 21; 2) GKW powinna następnie podjąć uchwałę zmieniającą ponownie Uchwałę nr 2/2014 w odniesieniu do obwodów nr 1, 16, 18, 20 i 21, uznając za nieważne zgłoszenia osób, które nie powinny kandydować; 3) przeprowadzić losowanie uzupełniające w tych 5 komisjach spośród kandydatów niewylosowanych dnia 22.10.2014 r.; 4) podjąć przez GKW uchwałę o powołaniu składów obwodowych komisji nr 1, 16, 18, 20 i 21. Na pytanie z sali, czy decyzja Komisarza zostanie sporządzona na piśmie i czy uwzględni się ją w podstawie prawnej tej uchwały GKW, odpowiedź nie padła. Ponieważ jednak tryb przedstawiony jako decyzja Komisarza uwzględniał poprzednie uwagi pełnomocników i doprowadzał do poprawy błędu bez dodatkowych konsekwencji dla poprzednio wylosowanych składów komisji, wyrażono zadowolenie z praktyczności tego rozwiązania i nie wnoszono dalszych uwag.

11. Pani Guzikiewicz wspomniała także, że zbliża się termin przeprowadzenia pierwszych spotkań i przeprowadzenia szkoleń wybranych komisji obwodowych, co miałoby nastąpić w naszej Gminie 05.11.2014 r. Nie wnioskowała do Komisarza Wyborczego o przesunięcie tego terminu, choć przecież wiedziała, że nie wszystkie komisje obwodowe są ostatecznie powołane. Stwierdziła także, że nie były jeszcze w tej sprawie wysyłane zawiadomienia do członków OKW i że nastąpi to dopiero po zakończeniu powoływania składów OKW. Ponieważ mówiła to w kontekście składów pięciu błędnie powołanych OKW, byłem wtedy skłonny przypuszczać, że do członków pozostałych 18 OKW powiadomienia już wysłano. Później doszedłem do wniosku, że tak jednoznacznie nie zostało to stwierdzone. Mogłoby to oznaczać, że ma ona dopiero zamiar poinformować 203 osoby, co do których bardzo często dysponuje jedynie adresem zamieszkania, poprzez wysłanie zawiadomień pocztą. Nawet tylko w odniesieniu do 45 osób (członków 5 OKW, co do których nastąpiły zmiany) byłoby to w praktyce bardzo trudne. Spotkanie odbywało się przecież 30.10.2014 r., do szkolenia pozostał tylko tydzień, zaś w najbliższym czasie miała nastąpić przerwa sobotnio-niedzielna (poczta nie pracuje w normalnym trybie) i święto Dnia Zmarłych (nieuprzedzeni o niczym członkowie OKW tradycyjnie rozjadą się do rodzin). Zagrożenie spóźnionego poinformowania było już wtedy bardzo poważne. Ponieważ piszę już po przeprowadzonym szkoleniu wiem, że w jednej z komisji  nie było na pierwszym spotkaniu quorum potrzebnego dla wyboru Przewodniczącego i Zastępcy Przewodniczącego. To się nie zdarzyło w Gminie Goleniów za mojej pamięci jeszcze nigdy, a miałem zaszczyt organizować takie spotkania na przestrzeni 16 lat. To jednak drobiazg, jakoś sobie z tym poradzono (ciekawe jak?). Gorzej, że rzutuje to na jakość przeprowadzonego szkolenia. Przecież nigdy jeszcze żaden ze szkolonych nie brał udziału w pracach OKW prowadzonych na zupełnie nowych zasadach, w warunkach wyborów prowadzonych w okręgach jednomandatowych (do Rady Miejskiej), przy całej dodatkowej specyfice i komplikacji wyborów samorządowych. Obawiam się, że o tym do czego może doprowadzić działanie niedoszkolonych członków komisji, będziemy mieli okazję przekonać się w trakcie wyborów. Mam nadzieję, że się mylę.

12. Następnie Urzędnik Wyborcza zaproponowała przeprowadzenie losowania. Na jego podstawie GKW miałaby następnie przyjąć kolejne zalecone przez Komisarza Wyborczego uchwały. Wprawdzie kolejność działań była inna, niż w decyzji Komisarza Wyborczego, lecz nikt nie protestował. Wszyscy zdawali sobie przecież sprawę, że przyspieszyłoby to dalsze naprawianie błędu. Członkowie GKW byli obecni na sali, poznali decyzję Komisarza Wyborczego, obserwowali losowanie, a zatem bez wątpliwości mogliby następnie przyjąć swoje uchwały. Dolosowano zatem w komisjach nr 1, 16, 18, 20 i 21 osoby, które na podstawie uchwały GKW miały później zostać członkami komisji i uzupełniłyby składy pięciu komisji do maksymalnych – po 9 członków. Przyjęcie stosownych uchwał GKW, formalizujących przeprowadzone zmiany, nie musiałoby się odbyć w obecności osób postronnych. Brały one udział tylko w losowaniu, bo ono tylko miało charakter publiczny (na mocy art. 182 § 7 kodeksu wyborczego). Spotkanie zatem uznano za zakończone i publiczność się rozeszła. Wydawało się, że sprawa powoływania składów obwodowych komisji wyborczych zostanie w ten sposób w naszej Gminie pomyślnie zakończona.

13. Jednak jeszcze tego samego dnia otrzymałem informację, że sprawa ma swój dalszy ciąg, ponieważ przyjęte później uchwały GKW zmieniły sens decyzji Komisarza Wyborczego. W części posłużyły do wykonania woli Komisarza, w części zaś zignorowały jego wolę, dokonując poprawy wcześniejszych błędów za pomocą kolejnego błędu. Otóż GKW przyjęła Uchwały Nr 4/2014 i 5/2014 z dnia 30.10.2014 r. oraz Nr 6/2014 z 31.10.2014 r., opublikowane poprzez BIP Gminy Goleniów w tych samych dniach, w zakładce „Wybory” w folderze „Gminna Komisja Wyborcza”. W kolejnych punktach przedstawię, w jaki sposób zniekształcono tryb polecony przez Komisarza, przedstawiony na publicznym spotkaniu dnia 30.10.2014 r.

14. Uchwała GKW Nr 4/2014 z 30.10.2014 r. uchyliła uchwałę Nr 3/2014 z 29.10.2014 r., przywracając początkowy stan, czyli składy OKW powołane po pierwszym losowaniu Uchwałą Nr 2/2014 z 27.10.2014 r. Na chwilę przywrócono więc błędny stan, gdyż wtedy jeszcze w komisjach nr 1, 16, 18, 20 i 21 znajdowali się członkowie wadliwie zgłoszeni. Ale było to konieczne, by dać możliwość poprawienia błędów. Zatem po co podejmowano dnia 29.10.2014 r. Uchwałę Nr 3/2014 ? Zapewne dla przygotowania gruntu do ponownego losowania dnia 30.10.2014 ? Tym bardziej jasno widać, że wystarczyło wycofać osoby wadliwie zgłoszone, wylosować po jednym nowym członku do składu każdej z OKW, a potem jedną uchwałą sformalizować ich członkowstwo.

15. Uchwała GKW Nr 5/2014 z 30.10.2014 r. zmieniła uchwałę Nr 2/2014 z 27.10.2014 r. i dokonała wyprowadzenia ze składu komisji obwodowych nr 16, 18, 20 i 21 osób, które zostały nieprawidłowo zgłoszone (patrz pkt. 7 niniejszej skargi). Nie wspomina się w treści tej uchwały o komisji obwodowej nr 1, o której poprzednio była cały czas mowa, jako o jednej z tych, w których dokonano nieprawidłowego zgłoszenia. Nie ma żadnego uzasadnienia w treści uchwały nr 5/2014, z czego wynika to pominięcie.

16. W treści protokołu z posiedzenia Gminnej Komisji Wyborczej z dnia 30.10.2014 r., podczas którego przyjęto powyższą uchwałę, wspomina się natomiast: 1) o ponownym przeprowadzeniu tego dnia losowania składów komisji obwodowych nr 1, 16, 18, 20 i 21 i (ogólnie) zastrzeżeniach pełnomocników komitetów wyborczych do przedstawionego trybu działania; 2) o zapadłej w wyniku telefonicznej konsultacji, cytuję: „Urzędnika Wyborczego Gminy Goleniów Edyty Guzikiewicz z Delegaturą Krajowego Biura Wyborczego w Szczecinie”; 3) o trybie postępowania, cytuję: „Komisarz Wyborczy w Szczecinie zalecił następujący tryb postępowania w niniejszej sprawie: 1. uchylenie uchwały Nr 3/2014 Gminnej Komisji Wyborczej o zmianie uchwały w sprawie powołania składów obwodowych komisji wyborczych w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r., 2) podjęcie uchwały o zmianie uchwały Nr 2/2014 Gminnej Komisji Wyborczej o zmianie uchwały w sprawie powołania składów obwodowych komisji wyborczych w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r. poprzez wprowadzenie zmian dotyczących skreślenia ze składów komisji nr 16, 18, 20 i 21 członków nieprawidłowo zgłoszonych, 3) przeprowadzenie losowania uzupełniającego spośród kandydatów niewylosowanych w dniu 22 października 2014 r.” Do treści niniejszego protokołu jeden z członków GKW wniósł zdanie odrębne w sprawie uchwały GKW nr 5/2014; osoba ta nie wzięła udziału w jej przyjęciu.

17. Opisany powyżej w protokole sposób przedstawienia nakazanego przez Komisarza Wyborczego trybu naprawienia błędu rozmija się istotnie z trybem przedstawionym publicznie przez Urzędnika Wyborczego (patrz punkt 10 niniejszej skargi), w obecności zaproszonych pełnomocników komitetów wyborczych, przedstawicieli lokalnych mediów, innych widzów. Gminna Komisja Wyborcza zlekceważyła wydany w trybie nadzoru nakaz i przyjęła własny, odmienny tryb postępowania. Protokół z posiedzenia GKW w żaden sposób nie wyjaśnia tajemnicy opuszczenia komisji obwodowej nr 1 w Uchwale Nr 5/2014. Pozornie wygląda to na kolejną pomyłkę, tym razem GKW. Tyle, że projekt tej uchwały sporządzony został (jak zawsze) przez Urzędnika Wyborczego Gminy. Protokół powinien określić przyczynę zmiany decyzji Komisarza Wyborczego, dotąd bowiem wszyscy (w tym szczególnie pani Guzikiewicz) mówili o 5 (a nie 4 !) obwodowych komisjach, których dotyczył błąd i konieczność jego sprostowania. Ile zatem osób zgłoszono niepoprawnie: 4 czy 5 ? A może jeszcze inną ilość ?

18. Co do zmiany trybu określonego przez Komisarza Wyborczego: sądzę, że mogłoby być także nieco inaczej, lecz to tylko spekulacja. Być może GKW wcale nie miała zamiaru zmieniać polecenia Komisarza Wyborczego. Ponieważ nikt go nie widział na piśmie, a znamy je jedynie z ust konsultującej się Pani Guzikiewicz, może przedstawiła ona jego treść inaczej na publicznym spotkaniu, niż w rzeczywistości brzmiała ? Czyżby zatem kolejna pomyłka ? Przepraszam, to jednak czysta spekulacja; prawdę zna tylko Pani Guzikiewicz.

19. Następnego dnia, tj. 31.10.2014 r., Gminna Komisja Wyborcza zebrała się jeszcze raz i podjęła wspomnianą uchwałę Nr 6/2014. Zmieniła ona ponownie treść Uchwały Nr 2/2014 z 27.10.2014 r., uzupełniając składy obwodowych komisji wyborczych nr 16, 18, 20 i 21 o osoby wylosowane dnia 30.10.2104 r. w trakcie publicznego losowania zamiast nieprawidłowo zgłoszonych. Zostały one członkami tych czterech komisji.

20. Powstaje pytanie: co stało się ze składem komisji obwodowej nr 1, której treść Uchwały Nr 6/2014 nie wymienia ? Pozornie nic: nadal obowiązuje w jego sprawie treść Uchwały Nr 2/2014 (po anulowaniu Uchwały Nr 3/2014 i braku wzmianek o tej komisji w treści Uchwał Nr 5/2014 i Nr 6/2014). Jest to zatem skład identyczny, jak wylosowany dnia 22.10.2014 r. Przypomnę jednak, że dnia 30.10.2014 wszyscy widzieli losowanie przeprowadzone w tej sprawie, pełnomocnik jednego z komitetów wyborczych zapewne poinformował wylosowaną osobę o niespodziewanym członkostwie (uchwała GKW miała być przecież czystą formalnością), tak samo jak poinformowano o tym pozostałe 4 dolosowane osoby w innych komisjach, a wszyscy rozeszli się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i satysfakcji z uniknięcia większego bałaganu. Do czego zostaliśmy wtedy zaproszeni przez Gminną Komisję Wyborczą: do nadzorowania i potwierdzania swą obecnością prawidłowości poważnych czynności z powagą działających organów wyborczych, czy raczej na pokaz sztuczek iluzjonistycznych, przeprowadzony dla czyjejś rozrywki i zabicia nadmiaru wolnego czasu, bądź do innego nieznanego celu ?

21. Sytuacja wyjaśnia się dopiero wtedy, gdy treść uchwały Nr 6/2014 skonfrontujemy z protokołem posiedzenia GKW, na którym ją uchwalono, tj. dnia 31.10.2014 r. Otóż stwierdza on, cytuję dosłownie:

„W pierwszym punkcie posiedzenia Urzędnik Wyborczy Gminy Goleniów Edyta Guzikiewicz poinformowała o decyzji Burmistrza Gminy Goleniów o unieważnieniu losowania w sprawie uzupełnienia składu Obwodowej Komisji Wyborczej Nr 1 w Goleniowie przeprowadzonego w dniu 30 października 2014 r.

Skład Obwodowej Komisji Wyborczej Nr 1 w Goleniowie ustalony uchwałą Nr 2/2014 Gminnej Komisji Wyborczej w Goleniowie z dnia 27 października 2014 r. w sprawie powołania składów obwodowych komisji wyborczych w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r. nie wymagał uzupełnienia w drodze losowania ponieważ osoba niewłaściwie uznana za prawidłowo zgłoszoną przez KW Prawo i Sprawiedliwość nie została wylosowana do składu ww. komisji.”

I dalej:

„W wyniku głosowania Gminna Komisja Wyborcza w Goleniowie podjęła uchwałę Nr 6/2014 o uzupełnieniu składów obwodowych komisji wyborczych w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r.”.

Następnie wymienieni są członkowie GKW głosujący za przyjęciem Uchwały (4 osoby) i adnotacja, że jeden członek GKW zgłosił zdanie odrębne. Treść tego zdania odrębnego została w protokole zanotowana, jednak osoba ta na końcu protokołu wpisała je ponownie własnoręcznie, nie zgadzając się z zapisem figurującym w projekcie protokołu, którego zresztą już i tak nie zmieniono. Treść własnoręcznego dopisku jest następująca: „ Powinno brzmieć: Członek Komisji (tu nazwisko) stwierdziła, że nie ma przekonania, że podstawa prawna uchwał podjętych przez Komisje jest prawidłowa. Ponadto stwierdziła, że nie zgadza się z trybem przyjęcia oraz brzmieniem uchwał dot. Skreślenia ze składów obwodowych komisji wyborczych członków (uchwały z dn. 30X br. nr 5 i 6), ponieważ inny był przebieg losowania w dn. 30X br., a inne brzmienie otrzymały uchwały nr 5 i 6”.

22. Jak wynika z cytowanego powyżej protokołu, stan faktyczny prezentuje się następująco:

a)      Burmistrz Gminy Goleniów uznał, że losowanie do komisji obwodowej nr 1 było niepotrzebne i je w tej części unieważnił. Zakwestionował w ten sposób tryb działania nakazany przed tym losowaniem prze Komisarza Wyborczego. Dał sobie także prawo do oceny skuteczności prowadzonej przez siebie czynności zleconej mu de facto przez Komisarza. Wyrażam daleko posuniętą wątpliwość, czy Burmistrz miał takie prawo. Ponadto czy miał prawo swoją interpretację przedstawić Gminnej Komisji Wyborczej jako fakt.

b)      Burmistrz Gminy Goleniów uznał, że losowanie było niepotrzebne jedynie z powodu, że nieuprawnionej osoby nie wylosowano. Takie pozornie „zdroworozsądkowe” podejście nie może mieć tu jednak zastosowania. Fakt dopuszczenia do udziału w prowadzonym w imieniu Burmistrza losowaniu osób nieuprawnionych nie jest drobiazgiem niegodnym poprawienia, lecz w istocie poważnym naruszeniem przepisów określających procedurę powoływania komisji. I nie trzeba tego chyba wyjaśniać osobie, która ma stać w Gminie na straży prawa. Widocznie jednak Burmistrz nie lubi zawracać sobie głowy „formalnościami”, i pragnął przed tym ustrzec też innych, w tym wypadku członków GKW. A przecież poza wagą samych przepisów nawet uczeń liceum ogólnokształcącego zdaje sobie sprawę, że wyeliminowanie osoby nieuprawnionej zupełnie zmienia matematyczne szanse pozostałych osób na wylosowanie. Być losowanym jako jeden z czternastu daje 7,14% szansy w jednym ciągnięciu, zaś jako jeden z trzynastu daje 7,69%. Przy losowaniu 8 osób, a więc 8 ciągnięciach, szanse zostania członkiem komisji różnią jak 57,12% do 61,52%. Mała różnica, ale to nie identyczne liczby. Jasne, że każdy wolałby mieć tę większą szansę.

c)      Gminna Komisja Wyborcza uwierzyła Burmistrzowi na słowo, bez zbędnych ceregieli i dyskusji przyjmując uchwałę Nr 6/2104, w której treści logika myślenia Burmistrza została twórczo zastosowana; nie wszyscy bezkrytycznie uwierzyli – patrz wyżej wspomniane zdanie odrębne jednego z członków GKW.

d)     Dziwne, ale powyższy sposób argumentacji Burmistrza był tak skuteczny, że zadziałał także wstecz, bo już przy podejmowaniu poprzedniego dnia uchwały Nr 5/2014 nie brano pod uwagę komisji obwodowej nr 1. Zatem członkowie GKW (znów z jednym wyjątkiem) już wtedy proroczo przewidzieli argumentację Burmistrza z dnia następnego, oczywiście jego poglądy (z jednym wyjątkiem) zaakceptowali, przepisy i tryb działania określony przez Komisarza Wyborczego uznając za mniej istotne.

e)      Gminna Komisja Wyborcza (z jednym wyjątkiem) ponownie okazała nadmierną wiarę w moc słowa mówionego: nikt nie poprosił (nie pierwszy raz – patrz punkt 8 i 10 niniejszej skargi) o dokument, tylko wysłuchano wyjaśnienia Urzędnika Wyborczego. Byłem urzędnikiem wiele lat i rozumiem znaczenie słowa „dokument”. Uznaję działanie GKW za wybitnie naiwne, gdyż w wypadku jakichkolwiek wątpliwości nie będzie ona posiadać jakichkolwiek dowodów na wyjaśnienie swoich decyzji, być może w dobrej wierze, ale jednak błędnie podejmowanych.

f)       Burmistrz działając w opisany tu sposób w istocie wymusił na GKW zamierzone przez siebie działanie, stawiając się ponad tym organem.

23. Uchwały Nr 4/2014, 5/2014 i 6/2014 mają identyczną podstawę prawną, jak uchwała pierwotna powołująca składy OKW: art. 182 § 1 ust. 2 i § 2 kodeksu wyborczego w związku z uchwałą PKW z dn. 25.08.2014 r. w sprawie zgłaszania kandydatów na członków komisji wyborczych (…). Mam w tej sprawie takie same uwagi, jak w punktach 5 i 8.

24. Oba opisane w punktach 16, 17, 21 i 22 protokoły z posiedzeń 30.10.2014 i 31.10.2014 r. mają błędy formalne, stanowiące naruszenia przepisów „Regulaminu Terytorialnych Komisji Wyborczych”, załącznika nr 1 do Uchwały Państwowej Komisji Wyborczej z dnia 25.08.2014 r. w sprawie regulaminów terytorialnych i obwodowych komisji wyborczych (…).

§ 9.3. tego Regulaminu stwierdza, że: „Protokół podpisuje przewodniczący posiedzenia”. Natomiast § 10 wymienia wiele innych dokumentów, które muszą podpisywać wszyscy członkowie GKW, a nie ma wśród nich protokołów posiedzeń. Tymczasem oba protokoły podpisane są przez wszystkich obecnych na posiedzeniu członków GKW, nie zaś tylko przewodniczącego posiedzenia.

25. W BIP-ie Gminy Goleniów w zakładce „Wybory” znajduje się także folder nazwany „Obwieszczenia, uchwały, informacje”. Częściowo zdublowane są w nim pliki zawarte w folderze „Gminna Komisja Wyborcza”, jednak nie do końca. Zwracam uwagę, że nie jest zaznaczone czyje są to obwieszczenia, uchwały i informacje. Ma to znaczenie, jeżeli przeanalizujemy niektóre znajdujące się w tym folderze. Niżej podaję dwa przykłady:

a)      Plik o tytule „Informacja o szkoleniu dla obwodowych komisji wyborczych” zamieszczony został 31.10.2014 r. o godz. 15.19. Zawiera króciutką informację o zwołaniu pierwszych posiedzeń OKW i ich szkoleniu dnia 05.11.2014 r. Nie ma tam żadnego podpisu czy określenia, czyja jest to informacja. Przepis zawarty w kodeksie wyborczym w art. 182 § 11 bezpośrednio stwierdza, że: „Pierwsze posiedzenie obwodowej komisji wyborczej zwołuje wójt (tu odpowiednio: burmistrz)”. Jest to więc obowiązek organu wykonującego czynności wyborcze by je oznaczyć swoją nazwą. Jak inaczej dowieść, kto wypełnił ten nakaz przepisu ? Jeśli tej informacji nie podpisał burmistrz (czy inna osoba w jego imieniu), zasadne staje się domniemanie, że ten organ usiłuje się po prostu ukryć. Niniejsza „Informacja” to z jednej strony oczywista próba dotarcia do jak największego kręgu zainteresowanych (przypominam uwagi w punkcie 11), lecz odbieram to także jako pewne alibi dla osób odpowiedzialnych za odpowiednie poinformowanie członków OKW, że ta czynność w ogóle została przeprowadzona.  Osobiście uważam, że została ona dokonana bardzo późno, może nawet zbyt późno. Trudno się jednak „przyczepić” do tego, kto się spóźnił, skoro się nie podpisał kryjąc swą tożsamość. Inaczej: sadzę, że winny zaniedbania próbuje się schować.

b)      Plik o tytule „Informacja w sprawie składów obwodowych komisji wyborczych” zamieszczony został 31.10.2014 r. o godz. 15.21. Jest tak samo nieoznaczony i niepodpisany, jak plik opisany w punkcie a). Zawiera on ostatecznie przyjęte uchwałami GKW składy komisji obwodowych. Rozumiem jego potrzebę, bo było tych uchwał kilka (Nr 2/214, Nr 4/2014, Nr 5/2014 i Nr 6/2014). Stanowi on analogię do tekstu jednolitego dla często zmienianych przepisów. Lecz za publikację składów OKW, zgodnie z § 15.1 uchwały PKW z 25.08.2014 r. w sprawie sposobu zgłaszania kandydatów na członków komisji wyborczych (…), odpowiada „organ, który je powołał, przez umieszczenie w Biuletynie Informacji Publicznej (…) uchwały terytorialnej komisji wyborczej o powołaniu komisji”. Tym organem w naszym przypadku jest Gminna Komisja Wyborcza. Obowiązku publikacji składów dopełniła ona dwukrotnie: raz publikując w sposób określony przepisem Uchwałę Nr 2/2014 (pierwotne składy wylosowanych OKW), następnie zaś publikując pojedynczo uchwały Nr 4/2014, 5/2014 i 6/2014. Także tylko dla GKW przysługiwałoby prawo publikacji zbiorczej informacji o składach. Tymczasem dokonał tego nieoznaczony podmiot, uzurpując sobie prawo przysługujące tylko dla GKW.

c)      Przepis § 15.2 pkt. 1 i 2 wyżej wymienionej uchwały PKW określa, co dokładnie przekazuje się do publicznej wiadomości, podając składy obwodowych komisji wyborczych. Zatem poza danymi samej komisji obwodowej (numer, adres siedziby) podaje się imiona, nazwiska i miejsce zamieszkania (miejscowość osób powołanych w skład komisji, oraz wskazanie podmiotu, który zgłosił kandydata. We wszystkich publikowanych wcześniej uchwałach GKW (Nr 2/214, Nr 4/2014, Nr 5/2014 i Nr 6/2014) tak dokładnie było. Natomiast w „Informacji w sprawie składów obwodowych komisji wyborczych” są te wszystkie dane z wyjątkiem jednej: wskazania podmiotu, który zgłosił kandydata. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni przyczynę tego stanu. Może być to oczywiście kolejna „pomyłka”, lecz czyja ? Przecież publikujący się tym razem nie podpisał! Może właśnie o to szło ? Czemu ktoś miałby zamiar chować „pochodzenie” członków OKW z ich komitetów wyborczych – nie wiem. Znowu naruszenie przepisu rodzić może rozliczne podejrzenia i zapewne czemuś rzeczywiście służy.

Szanowny Panie Komisarzu,

Nie mam zamiaru silić się na własne podsumowania i uogólnienia. Nie roszczę sobie także żadnej kompetencji do rozstrzygania słuszności przedstawionych twierdzeń. Chcę jednak oznajmić, że starałem się dotrzeć do obiektywnej prawdy co do faktów i zdarzeń w tej wielowątkowej sprawie.

Po szczegółowym przedstawieniu tych faktów i mojego komentarza do nich stwierdzam, że na obecnym etapie prowadzenia czynności zmierzających do przeprowadzenia wyborów w ustawowym terminie jest Pan rzeczywiście w trudnej sytuacji rozpatrując niniejszą skargę. Mimo wszystko uważam, że lepiej jest, by Pan sytuację poznał, gdyż można wtedy ją mieć pod kontrolą. Nie ukrywajmy – nie jest dobrze. Jeżeli tylko przy jednej, wcale nie najbardziej skomplikowanej czynności powoływania obwodowych komisji wyborczych, „współpracujące” ze sobą organy wyborcze popełniły taki ogrom przeróżnej rangi naruszeń wielu przepisów, jak prezentują się ich kompetencje do działania w dalszym ciągu ? Jak ocenić konsekwencje narażenia na szwank wysokiego zaufania, którym dotąd cieszą się organy odpowiedzialne za prowadzenie tak ważnego dla demokracji obszaru, jakim jest przeprowadzanie wyborów ?

Alarmowanie w tej sytuacji uważam za swój obywatelski obowiązek. I tak wyżej opisana sprawa stanowi przedmiot zainteresowania lokalnych mediów, a niektóre nie tylko już poinformowały o wczesnych jej aspektach, ale zapowiedziały dalsze, bardziej szczegółowe publikacje. Uważam, że w tak delikatnej materii jak organizacja wyborów, nie powinny się zderzać ze sobą brutalna kampania wyborcza z brakiem obiektywnej prawdy. Przypuszczam, że aktywność Komisarza Wyborczego w znalezienia tej prawdy i wyciągnięcie z niej konsekwencji są jedynymi gwarancjami doprowadzenia do rozstrzygnięcia rodzącego się konfliktu. Mam nadzieję, że nie zawiodę się w swych oczekiwaniach. Proszę o rzetelne, poważne i dogłębne rozstrzygnięcie mojej skargi.

Z wyrazami szacunku,

Ireneusz Zygmański

Do wiadomości:

  1. Burmistrz Gminy Goleniów
  2. Gazeta Goleniowska. Tygodnik Powiatowy
  3. Nowiny Goleniowa i Nowogardu. Tygodnik
  4. Puls Goleniowa. Bezpłatna Gazeta Regionalna

Oryginał odpowiedzi Komisarza Wyborczego:

Odpowiedź Komisarza Wyborczego na skargę

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Gile czy kicz? – świąteczny goleniowski dylemat

26 gru
O to poszło... Skan: Ireneusz Zygmański

O to poszło…
Skan: Ireneusz Zygmański

Gile nie były najważniejszym tematem III sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, lecz niespodziewanie wywołały wiele emocji. Właśnie motywem gili z czerwonymi brzuszkami, siedzących na gałązkach jarzębiny, ozdobione zostały kartki bożonarodzeniowe, przekazane wraz z życzeniami wszystkim radnym od Burmistrza i jego Zastępców. Koledze Majdakowi te gile się bardzo nie spodobały, czemu dał wyraz w dramatycznym wystąpieniu. Jego góralski gust świąteczny gile obraziły, bo nie są tradycyjne i nie religijne. Na kartkach z okazji Świąt Bożego Narodzenia mają być (tak Czesław autorytatywnie stwierdził) ilustracje godne powagi przeżycia religijnego najwyższej rangi, jednego z dwóch najważniejszych świąt katolickich w ciągu roku. Kilka z takich motywów Czesław przykładowo wskazał: Święta Rodzina, choinka świąteczna… Niektórzy pod nosem dopowiedzieli kilka innych, np. śniegowe bałwany. Wybaczcie, wcale nie po to o tym piszę, żeby się nabijać.

Wręcz odwrotnie, strasznie poważne myśli przyszły mi do głowy po awanturze z gilami. Zafrapował mnie mimowolnie poruszony problem, z którym obcujemy wcale nie od chwili powstania kartek świątecznych, a raczej od czasu utrwalenia się naszych współczesnych tradycji bożonarodzeniowych. Co wchodzi do kanonu naszych obecnych świątecznych zachowań, co jest akceptowalne, a co jeszcze nie? I szerzej: jak się ma polskość do tego? I jeszcze: czy jest tu miejsce na naszą Małą Goleniowska Ojczyznę?

Czyli gile a Sprawa Polska, jakby mnie podsumowali złośliwcy. Gościu, o co ci chodzi? Za rok zwyczaj wysyłania kartek świątecznych pocztą polegnie całkiem wraz z ostatnim mamutem, któremu będzie się chciało wybierać i kupować kartki, lizać znaczki, pisać życzenia własnoręcznie długopisem (a może gęsim piórem, mamucie!?), a później samemu zatargać to wszystko na pocztę, bo starożytne skrzynki pocztowe gdzieś dawno zniknęły. Nie obroni się to przed zalewem wysyłanych za przyciśnięciem jednego guzika esemesów z przepięknymi wierszykami (standardowo 15 różnych wersji do wybrania, skopiowania i wklejenia) lub emaili z dołączonymi słitfotkami (ja z żoną pod choinką, żona z psem pod choinką, pies pod choinką, sama choinka i jeszcze pies w zbliżeniu bez choinki). I nie ma co ubolewać, że czas spędzony nad tym zajęciem miał swój urok i czar, że inaczej odbiera się pamięć bliskich osób okupioną tak ciężkimi wyrzeczeniami. Płacze we mnie dusza filatelisty, bo co ja będę zbierał, gigabajty? Nie rozklejaj się Zygmański, miałeś pisać o gilach, tfu, o kanonie akceptowalnych zachowań świątecznych Polaka.

Nie pora na wykład z historii, ale może już nie pamiętamy, że zwyczaje świąteczne na naszych ziemiach wcale nie były zawsze jednolite i identyczne. Ślady tego mamy do dziś w różnych regionach Polski, zarówno w odniesieniu do tradycyjnych zachowań, kolęd, potraw świątecznych, nazw, dekoracji i akcesoriów związanych ze Świętami. Także w naszych rodzinach kultywujemy tradycyjne odrębności, choćby dobierając zestaw na wigilijny stół. Babcia spod Wilna kojarzy mi się ze śliżykami (takie drobniutkie ciasteczka z makiem) i kwasem chlebowym (ale „prawdziwym”!), a teściowa spod Częstochowy z kapustą z grochem i makowcem. Raz w roku wracamy do ulubionych smaków Świąt. Co zatem jest ogólnopolskie, powszechnie obowiązujące: karp po grecku czy śledź po japońsku? barszcz czerwony z uszkami czy raczej grzybowa? kutia czy kluski z makiem? piernik czy babka piaskowa? Błagam o rozsądek: wszystko, byle nie hamburgery z pizzą popijane colą, codzienny posiłek młodego Polaka. I raczej „Cicha noc” niż „Silent night”.

Sądzę, że dylemat, czy Święta Bożego Narodzenia są przede wszystkim tradycją katolicką, czy raczej polskim narodowym przeżyciem, odróżniającym nas od innych nacji, rozwiązywaliśmy dotąd praktycznie i rozsądnie, w drodze niepisanego kompromisu, godzącego różne postawy. Współcześnie wrzucamy do jednego worka różne tradycje, a podejście Polaków do obchodzenia Świąt jest znacznie liberalniejsze. Bo nasz świat jest inny niż za mrocznej nocy zaborów, gdy trzeba było dla zachowania odrębności narodowej kreślić ostre granice tego, co polskie, a co niepolskie. Inny też niż w okresach rzeczywistych prób narzucania nam obcej obyczajowości, jak za czasów stalinowskiego Dziadka Mroza. Stał się bardzo pluralistyczny, skomplikowany i wielokulturowy. Uczy nas raczej dostrzegania bogactwa w różnorodności, bardziej cieszenia się z niej i jej szanowania, nie zamykania w sztywnych ramach „jedynie słusznych” tradycji.

Uważam, że głoszenie teraz stereotypu „Prawdziwego Polaka” może nas tylko sprowadzić na manowce. Albo będziemy koło siebie mieszkali tacy, jacy jesteśmy, akceptując różnice, albo wykluczali ze swojego kręgu kolejnych, niespełniających czyichś kryteriów „polskości”. Nieostre to kryteria, wywołujące wiele trudnych pytań. Czy jak Polak, to tylko katolik? Czy Polak musi mieszkać tylko w Polsce? Czy jak go z nami tu nie było, to wolno mu się o nas wypowiadać? Czy nasz rodak potrafi pracować dobrze i efektywnie tylko zagranicą? Czy dziecko Polaka mieszkającego zagranicą musi mówić po polsku? Czy Polak może być czarnoskóry albo urodzić się w Wietnamie? Czy Polakowi wolno płacić podatki za granicą, a nie państwu polskiemu? Czy obowiązkiem Polaka jest narzekać na wszystko własne, a chwalić mu wolno tylko obce? Czy Polak musi chandrę leczyć polską czystą, czy wolno mu wypić scotch whisky albo wręcz nic nie wypić? Czy…

Stop, kończmy te mądre pytania, bo za daleko zabrniemy. Myślę, że puentę da anegdotka, od wielu lat pozwalająca mi patrzeć na te sprawy z dystansem. Otóż jako początkujący nauczyciel, uczestnik kursu języka angielskiego we wczesnych latach 90. ubiegłego wieku, miałem wraz ze swoją grupą po raz pierwszy zetknąć się z nowym nauczycielem, rodowitym Kanadyjczykiem. Czekaliśmy na niego z ciekawością i trochę z obawą. Po pierwsze: jak sobie damy radę z językiem? Po drugie: czemu ma takie dziwne imię – Azzam? Facet to czy kobitka? Na pierwszych zajęciach okazało się, że facet, młody i sympatyczny. Canadian English na całe szczęście dawał się dobrze rozumieć, ale ta reszta „kanadyjskości”… Nasz Azzam miał bardzo indyjsko brzmiące nazwisko, bardzo arabską twarz, a jak się okazało, wprawdzie urodził się w sercu Kanady, lecz rodzice pochodzili z serca Czarnej Afryki. Kiedy ktoś w końcu wydukał nieśmiało: „Nie traktuj tego osobiście, ale czy ty jesteś typowym Kanadyjczykiem?”, pierwszy i ostatni raz mieliśmy okazję zobaczyć go naprawdę zdenerwowanym. Niemal krzyknął: „A jak według was ma wyglądać prawdziwy Kanadyjczyk? To się przyjrzyjcie: mam dwie ręce, dwie nogi i głowę! Tak to przeciętnie u nas wygląda!”. Wiem od wtedy, że tak samo wygląda przeciętny Polak.

Lecz wróćmy do naszych baranów, tfu, gili. Można byłoby wysunąć tezę, że typowe tematy bożonarodzeniowych świątecznych kartek to także wynik propagandowego kompromisu, osiągniętego przez wiele lat prób i błędów. Jako praktyk-kolekcjoner przejrzałem swój dobytek, żeby uzyskać szerszy pogląd. I co mi wyszło? Potwierdzam: na starych i współczesnych kartkach pocztowych widać ślady tych kompromisów. Przykładowo: najczęstszymi obrazkami przedwojennymi są górale i krakowskie szopki, dzieci i kolędnicy, a nie motywy ściśle religijne. Dobrze tłumaczy to pozaborowa mozaika nacji i religii, które II Rzeczpospolita musiała skleić w swoim nowym organizmie państwowym. Górale to ostoja patriotyzmu i wyspa polskości na morzu obcych tradycji, a Krakusy w swojej najmniej represyjnej Galicji zdołali ocalić więcej niż Polacy w zaborze pruskim czy rosyjskim. Stalinowscy ideolodzy bardzo ostrożnie wkraczali w tę sferę wiedząc, że nie zdołają w krótkim czasie pozbawić Polaków świątecznych obyczajów. Stąd niemal wolność na świątecznych kartkach z lat 50., gdzie więcej jest motywów ewangelicznych niż przed wojną. Zniknęli górale i Krakusy, zostały dzieci, kolędnicy, anioły, szopki. Garścią przykładów służę, by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie. Później już króluje nuda, bo od lat 60. sklejono Boże Narodzenie z Nowym Rokiem (oszczędność?), w efekcie osiągając bezlik kieliszków szampana na tle kolorowych bombek i łańcuchów.

1928 Skan: Ireneusz Zygmański

1928
Skan: Ireneusz Zygmański

1931 Skan: Ireneusz Zygmański

1931
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

1937 Skan: Ireneusz Zygmański

1937
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1937 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1937 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1938 Skan: Ireneusz Zygmański

1938
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1945 Skan: Ireneusz Zygmański

1945
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1946 Skan: Ireneusz Zygmański

1946
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 Skan: Ireneusz Zygmański

1947
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1947 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1947 trzecia Skan: Ireneusz Zygmański

1947 trzecia
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1949 Skan: Ireneusz Zygmański

1949
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 Skan: Ireneusz Zygmański

1950
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 druga Skan: Ireneusz Zygmański

1950 druga
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1950 trzecia Skan: Ireneusz Zygmański

1950 trzecia
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 czwarta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 czwarta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 piąta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 piąta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

1950 szósta Skan: Ireneusz Zygmański

1950 szósta
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1951 Skan: Ireneusz Zygmański

1951
Skan: Ireneusz Zygmański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potwierdzam jednak, że kartek świątecznych z gilami nie znalazłem wcale. A przewaliłem stertę ponad 100 własnych egzemplarzy i pięć razy tyle przez Internet. Przepłynąłem przez morze kiczu i pretensjonalności, ocean złego gustu, artystycznej chały i beznadziejnego braku wartościowych pomysłów plastycznych. Czy zatem gile mieszczą się w granicach naszego bożonarodzeniowego kompromisu narodowego? Już dla mnie, mistrza świata w tolerancji, są zaledwie dopuszczalne, bo można powiedzieć, że przynajmniej oryginalne. Z tego punktu widzenia równie dobrze pasowałyby jednak niedźwiedzie polarne – też oryginalne, a przecież u nich ciągle jest zima, logicznie więc pasują. Inny spojrzałby fachowym okiem pod gilowe łapki na powykręcane gałązki z jagódkami jarzębiny i orzekł, że to raczej wierzba. Jeszcze inny podważałby precyzję odwzorowania ptaszków, choć wyglądają dość sympatycznie. Jak zatem wypada ocenić dobór świątecznego obrazka przez Panów Burmistrzów? W moim mniemaniu dość blado to wyszło. A co dopiero, gdy za ocenę weźmie się taki bezkompromisowiec jak Czesław. Każdy kompromis „zatrzeszczy”, kiedy ktoś zachce go trochę surowiej potraktować.

Punkt widzenia osób sądzących podobnie jak radny Majdak dobrze rozumiem, jest według mnie godny szacunku. Kartka świąteczna według nich powinna się do Świąt odnosić, w jakiś sposób z nimi wiązać, podnosić idee leżące u początku Dnia Bożego Narodzenia. Jak zatem wyjść z tej kontrowersji? Przecież te święta mają godzić, nie waśnić. Czesław, spokojnie siądź, spokojny bądź. Po co ci te emocje, niepotrzebne emocje? Może pójdźmy w inną stronę. Na prywatnej kartce umieścisz, co ci się podoba. Twoi bliscy i znajomi niech zrobią także to, co uważają. Najwyżej narażą się na złośliwy komentarz. Natomiast Pana Burmistrza spróbujmy namówić na coś innego.

Jaki zatem motyw ma Burmistrz umieścić na kartce z życzeniami świątecznymi, by nikogo nie obrazić, zadośćuczynić światopoglądowej poprawności, a jednak dać oryginalny i zgodny z godnością swej funkcji obrazek? Podpowiem: goleniowski. Mam na myśli taką ilustrację, która nawiązując do tradycji świątecznych, jednocześnie wykorzysta wygląd naszego miasta lub podgoleniowskich wsi; umieści ewangeliczną opowieść w niby prawdziwym otoczeniu, przydając mu tajemniczości i baśniowości; upoetyczni realia, na które odtąd spojrzymy pełni zdumienia; zatrzymamy się w codziennej bieganinie, podniesiemy głowy i pomyślimy nad cudem, że Bóg się u nas rodzi; przypomni, że nie mamy się czego wstydzić, wzmocni poczucie wspólnoty; powiększy naszą dumę, że nasze jest piękne, a innym pozwoli się tym zachwycić. Zamiast słów lepiej byłoby użyć obrazów, byście zobaczyli, o czym mówię, lecz tu mam kłopot. Idealne, moim zdaniem, kartki świąteczne, które na początku XXI wieku tworzył goleniowski artysta Leszek Soroczyński, dawno mi „wyszły”. Niestety, nawet usłużny Internet nic mi nie pomógł. Mam nadzieję, że ich autor przeczyta dzisiejszy felieton i dołączy obrazek, abyście sami mogli ocenić, czy mam rację. A wtedy to jeszcze tylko namówić Burmistrza, żeby zrezygnował z gili i wrócił do Leszkowych dzieł. Konkursu raczej nie proponuję, bo w nich zwykle ważniejsze jest jury niż ocena prac.  

No i to by było na tyle. Aha, zapomniałbym, najważniejsze! Przecież chciałem Wam, Drodzy Czytelnicy, złożyć życzenia. Wspólne na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia i na Nowy Rok 2015, dla oszczędności. Jak zwykle mało oryginalne, niepomysłowe, ale szczere i własne, od siebie dla Was. Trzymajcie się w zdrowiu, z głową podniesioną wysoko, żebyście dostrzegli wszystko, co głupie i mogli tego zawczasu uniknąć. A jak będziecie musieli w jakieś głupie wdepnąć, żebyście mogli widzieć dalej, skąd zobaczycie i gwiaździste niebo nad sobą i prawo moralne, które macie w sobie nieść, żeby z tego głupiego wyjść z honorem.

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Nowe felietony