RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Co piszczy w Radzie Miejskiej’

Nie dąb, lecz trzcina, czyli wiedzieć, kiedy się ugiąć – część I

25 lip
Szkoła Podstawowa nr 2 w Goleniowie - bohater opowieści. Po prawej - w tym skrzydle ma nastąpić remont Zdjęcie: radioszczecin.pl

Szkoła Podstawowa nr 2 w Goleniowie – bohater opowieści. Po prawej – w tym skrzydle ma nastąpić remont
Zdjęcie: radioszczecin.pl

W poprzednim tygodniu, w czwartek 14 lipca, w Szkole Podstawowej nr 2 w Goleniowie odbyło się ciekawe spotkanie. Dotyczyło „remontu SP2” (jak to określił portal gminy www.goleniow.pl). Sprawozdawały je już miejscowe media dość szeroko, bo rzeczywiście było zaskakujące. A raczej zaskakujące były jego skutki w porównaniu do zamierzonego celu. Najkrótsze streszczenie okoliczności spotkania wyglądałoby tak:

1) Na władzę w gminnym ratuszu spadł niespodziewany problem: z powodu niedoszłego wykonawcy „remontu” szkoły (później wyjaśnię, czemu uparcie piszę ten „remont” w cudzysłowie), który odmówił realizacji zadania, zaplanowana w trakcie wakacji akcja budowlana legła w gruzach.

2) Coś z tym fantem musiano zrobić, więc gminnym zwyczajem podjęto zza biurka optymalną decyzję: robimy nowy przetarg, z tym, co go wygra podpisze się umowę, a remont wykonamy w trakcie roku szkolnego. Czysto, uczciwie, bez kombinacji.

3) Tę roztropną decyzję trzeba było przekazać najbardziej zainteresowanym (czyli rodzicom uczniów) szybko, inaczej po wakacjach mógłby być z tym niejaki problem. Stąd, jak się domyślam, pomysł na spotkanie. Rach, ciach, maile i telefony w ruch, a już w środę gminny portal zapodał, że w czwartek będzie to spotkanie. Że co? Mało czasu? Trudno, sytuacja awaryjna, działać trzeba bezzwłocznie. A jakby kto nie przyszedł, to się go poinformuje po wakacjach. Sam sobie winien. Nieobecni głosu nie mają.

4) Decydenci mieli świadomość, że rodzicom chodzących do szkoły uczniów decyzja wcale nie musi się wydać najbardziej optymalna. Stąd najważniejszy gminny podejmowacz decyzji, burmistrz Robert Krupowicz, spodziewając się niemiłych wrażeń, wolał rozeźlonych rodzicieli nie spotkać twarz w twarz, wysyłając w bój skład rezerwowy.

5) Rzeczywiście, rozeźleni rodziciele, przybyli w dość nieoczekiwanie dużej ilości, podjętą w powyższym trybie decyzję uznali za bardzo mało optymalną. Poużywali sobie na jej autorach co niemiara i zażądali jej zmiany. Konkretnie chcieli, by „remont” odłożyć na przyszłe wakacje. Wysłannicy burmistrza wszystkiego wysłuchali skrzętnie i nie dyskutując za wiele zapowiedzieli, że przekażą usłyszane na spotkaniu sugestie szefowi, który zapewne się na nie zgodzi.

6) I tak się w te pędy stało. Na drugi dzień po spotkaniu gminny portal obwieścił, że burmistrz zmienił zdanie, szanując wolę rodziców. No i fajnie, mądrość znów zatriumfowała, wspólnym wysiłkiem podjęto nową optymalną decyzję.

Część publiczności biorącej udział w spotkaniu w SP2 Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Część publiczności biorącej udział w spotkaniu w SP2
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

 

Oczywiście w skrócie, tak sprawa się przedstawia. Ten skrót to może nawet za dużo, skoro inni zrobili to dokładniej. Choćby portal www.goleniow.net.pl, w piątek 15 lipca ręką Andrzeja Bugajskiego. I redaktor C. Martyniuk w „Gazecie Goleniowskiej” (z 15 lipca, artykuł „Remont albo lekcje”; zapowiadał spotkanie, a nie pisał relację z niego). I redaktor Paweł Palica, też w „Gazecie Goleniowskiej” (z 22 lipca, artykuł „Wyjątkowo kategoryczne „NIE!”). A nawet niepodpisujący się (jak zawsze) autor na portalu gminy www.goleniow.pl. W dwóch odsłonach zresztą: w środę 13 lipca jako zapowiedź spotkania, a w piątek 15 lipca jako prezentacja jego skutków. Na tym więc kończę ten wpis, bo o czym więcej pisać.

Wiem, Szanowni Czytelnicy, że mi nie uwierzyliście. Jaki tam koniec? Że niby Zygmański napisał o czymś pół strony?! Hłe, hłe… Już dobrze, przestaję się z Wami droczyć. Plan jest inny. Najpierw wyjaśnię, czemu ja się tą sprawą w ogóle zajmuję, i to mocno po fakcie. Pokażę genezę dzisiejszego problemu. Postaram się podzielić uzyskanymi z trudem informacjami, dążąc do wyciągnięcia szerszych wniosków. A da się, bo to z pozoru niezbyt wiekopomne wydarzenie skupiło moim zdaniem jak w soczewce wiele kwestii, sprawiających kłopoty naszej lokalnej demokracji. Przy okazji, ale to już w drugiej, oddzielnej części wpisu, nieco rozwinę wyżej przedstawione punkty spotkania. Tak, ten wpis będzie miał dwie odsłony – zbyt dużo tu różnych wątków. Niestety, żadna przeczytana relacja nie sięgała na tyle do istoty sprawy, by zaspokoić moje zainteresowanie. A niektóre przyczyniły się wręcz do mocniejszego zabełtania mi błękitu w głowie. Może więc tu, na blogu, Czytelnicy bardziej cierpliwi niż miłośnicy krótkich notek otrzymają kolejną porcję praktycznej wiedzy o swoim lokalnym samorządzie?

Zgodnie z założonym planem wyjaśniam, dlaczego biorę temat „na tapetę”. Otóż o tym „remoncie” próbuję uzyskać dokładniejszą wiedzę już od dłuższego czasu. Cóż to dziwnego? Gminny radny powinien być dobrze zorientowany, jakie istotne wydarzenia będą się u nas działy, jakie wspólne problemy uda się rozwiązać, na co mamy wydawać nasze wspólne pieniądze. Dziwne jest raczej to, że z taką trudnością udaje mi się informacje zdobywać. Spróbuję poniżej przedstawić, jak mi z tym zdobywaniem szło.

Pierwsze słuchy o konieczności przeprowadzenia rozbudowy (tak, rozbudowy, a nie żadnego „remontu”) Szkoły Podstawowej nr 2 doszły do mnie w zeszłym roku zaraz po rozpoczęciu wakacji. Trochę okrężnie, bo z mediów i „nasłuchu” dowiadywałem się, że burmistrz ma zamiar dobudować do budynku szkolnego nowe skrzydło, dokonując za jednym zamachem różnych prac remontowych w „starej” części szkoły. W tym kontekście wspominano o szatniach i ogrzewaniu budynku. Pojawiła się także kwota, jaką burmistrz ma zamiar na wspomniane prace przeznaczyć – 6 milionów zł. Niewiele tej wiedzy, stąd po wakacjach próbowałem dopytać się więcej. 

Co do potrzeby remontu oraz „poprawek” w starej substancji osobiście wątpliwości raczej nie miałem. Byłem i jestem często w tej szkole z różnych powodów, znam stan jej korytarzy, stołówki, świetlicy, szatni, starej sali gimnastycznej, wiem o różnych problemach w użytkowaniu obiektu. Nikt mnie nie musi specjalnie przekonywać, że jest w tej szkole wiele do zrobienia. Poprzedni duży remont odbył się w SP2 przy okazji budowy hali sportowej obok szkoły. Przypomnijmy, że było to w latach 2008-2009 (zakończenie w październiku). Poza budową hali zajęto się wtedy głównie zewnętrzem szkoły, na przebudowy wewnątrz środków nie starczyło. Już wtedy okazało się, że budując halę popełniono pewien błąd, dotyczący ogrzewania szkoły. Mówiąc w dużym uproszczeniu, szkoła i hala przyłączone są do tego samego węzła cieplnego centralnego ogrzewania „szeregowo”. Hala jest „na końcu rury”, a by utrzymywać w niej odpowiednią temperaturę, budynek szkolny, do którego ciepło dostarcza się najpierw, mocno się przegrzewa. Stare żeliwne grzejniki nie mogą być regulowane, a obniżanie temperatury przez otwieranie okien to nie jest właściwe rozwiązanie. Bo po co najpierw budynek uszczelniać, wymieniając okna na plastikowe, skoro nie można zaoszczędzić na kosztach ogrzewania, wywiewając nadmiar ciepła? Z pewnością nie służy to dobrze ani uczniom, ani pracownikom. Wiem o przypadkach omdleń, o przeciągach powodujących przeziębienia. Pamiętam, że ten błąd miał być naprawiony przez podłączenie hali sportowej do oddzielnego węzła cieplnego. Tak się jednak aż do dziś nie stało. W szkole nadal jest w sezonie grzewczym bardzo gorąco.

Zaś co do szatni… Skrzydło, w którym się one mieszczą, dobudowano do głównego budynku w roku 1971 na bardzo podmokłym gruncie, co z pewnością nie wyszło mu na dobre. Wcześniej szatni nie było, bo na korytarzach od początku stały szafki, w których uczniowie mieli trzymać swoje rzeczy. Jak pamiętam (a chodziłem do SP2 w latach 1967-1975), nigdy tych szafek nie używaliśmy. Oddane wtedy do użytku szatnie od razu były za małe i jeden boks musiało dzielić kilka klas. Szkoła miała łącznie około 1000 uczniów (na dwie zmiany), ale standardy też były inne. Dziś świat się zmienił i takiego „systemu” utrzymywać się już nie da. Coś z tym fantem na pewno trzeba było zrobić.

Tyle co do potrzeby remontowania, przebudowy szatni czy wymiany instalacji. Nie bardzo było jednak wiadomo, z czego wynika potrzeba rozbudowy szkoły. O żadnych gwałtownych zmianach demograficznych nie byliśmy dotąd informowani. Ba, odwrotnie. Powszechnie zapowiadano nam, że liczba dzieci w szkołach może ulec drastycznemu obniżeniu. Wydział Edukacji, Kultury i Sportu UGiM prowadzi bieżące analizy prognozy demograficznej, które przedstawiane są corocznie radnym. A te w roku 2014 żadnych dużych zmian nie wieszczyły. Domyślałem się, że forsowane wcześniej przez rząd PO obniżenie wieku szkolnego i wysyłanie dzieci 6-letnich do szkół może być przyczyną trudności i spiętrzeń w szkołach podstawowych. Z drugiej zaś strony realnie zapowiadała się zmiana rządu i w związku z tym możliwość całkowitego odejścia od pomysłów poprzedników. Po co teraz podejmować decyzje o poważnej rozbudowie, skutkujące milionowymi wydatkami inwestycyjnymi? Czy nie poczekać lepiej z planami rozbudowy do momentu wyklarowania pomysłów ministerialnych, ograniczając się do wykonania niezbędnych remontów i modernizacji?

Po wakacjach 2015 r. Rada Miejska przystąpiła do pracy nad budżetem kolejnego roku. To zawsze gorący czas, dużo roboty i wiele wątków pod dyskusję. Pierwsze przymiarki zapowiadały, że projekt budżetu szykowany przez burmistrza Krupowicza przeznaczy pod cele inwestycyjne około 40 mln zł. Tym bardziej kwota 6 mln zł wydawała mi się w tym kontekście duża. Na wiele różnych pilnych potrzeb nie starczy, tyle wniosków mieszkańców przepadnie… Pierwszy z brzegu przykład: brak w naszej gminie budownictwa mieszkalnego na potrzeby socjalne. Przecież długaśna kolejka oczekujących od lat nie posuwa się prawie o krok. 

W trakcie roku 2015 miała być sporządzana dokumentacji „remontu” SP2. Budżet zawierał na to 60.000 zł.. Wydawało mi się, że dość szybko, jeszcze przed zaistnieniem projektu nowego budżetu, będę mógł rozwiać wszystkie wątpliwości co do zakresu prac w szkole. Tymczasem praca nad tą dokumentacją przedłużała się i trudno było się czegoś bliższego dowiedzieć. Stało się też to, co wcześniej dało się przewidzieć bez czarodziejskiej kuli – zmiana rządu w wyniku wyborów parlamentarnych 25 października 2015 r. Stąd bardzo byłem zaskoczony, kiedy przed XIV sesją RM, która miała się odbyć 25 listopada, w trakcie prac komisji pojawił się pewien dokument. Na posiedzeniu wspólnym wszystkich komisji stałych przedstawiono „Informację o stanie realizacji gminnych inwestycji przyjętych do budżetu Gminy Goleniów na 2015 rok”. A tam jak byk stało, że zadanie o nazwie „Modernizacja szatni w Szkole Podstawowej nr 2” realizowane ma być za… 600 000,00 zł. Nie sześć milionów, lecz sześćset tysięcy! Coś pan przegapił, panie radny! – pomyślałem.  Weź się pan dopytaj, czy zmieniono dotychczasowe plany, jak tylko będzie okazja. I co w końcu będzie w SP2 robione?

Pytać chciałem u źródła, więc nie na posiedzeniu komisji. Burmistrz Krupowicz na posiedzenia komisji nie uczęszcza (nigdy, naprawdę), okazja była więc dopiero na sesji. Temat referował w 7. punkcie porządku dziennego dyrektor Jerzy Wysocki, który przedstawił drobiazgową prezentację poszczególnych inwestycji. Lecz jedna została pominięta – o „remoncie” SP2 nie powiedział ani słowa. Zatem w dyskusji nad informacją zadałem bezpośrednio Burmistrzowi Krupowiczowi takie pytanie (cytuję, z drobnym skrótem, z protokołu):

„Mam pytanie do Pana Burmistrza. W trakcie posiedzenia wspólnych komisji, kiedy rozmawialiśmy na temat inwestycji rocznych i na temat stanu realizacji inwestycji, pojawił się wtedy temat, nie bardzo rozwinięty dzisiaj. A mianowicie chodzi o Szkołę Podstawową Nr 2 i inwestycje, które mają być wykonane, a które już w tegorocznym budżecie zostały zasygnalizowane. (…) Chciałbym prosić o komentarz Pana Burmistrza i pokazanie skali tej  inwestycji.”

Oto, co usłyszałem od burmistrza Krupowicza w odpowiedzi (także z protokołu sesji; wyróżnienia tłustym drukiem pochodzą ode mnie; nieco poprawiłem interpunkcję, żeby tekst dało się zrozumieć):

„Na temat zakresu remontu SP Nr 2 dosyć obszernie rozmawialiśmy na posiedzeniu ubiegłej sesji RM i wskazywałem na kilka elementów, które budują skale ryzyk związane z podejmowaniem tejże decyzji. Krótko po wyborach parlamentarnych i wstępnych zapowiedziach, wówczas kandydatki na premiera RP, o cofnięciu po pierwsze reformy tak zwanej „sześciolatków”, czyli pozostawieniu rodzicom możliwości decyzji o pozostawieniu dzieci w przedszkolu w zerówce – albo po uzyskaniu potrzebnych orzeczeń o możliwości – skierowania do szkoły. Mówiliśmy wówczas także o wstępnych zapowiedziach, polegających na przywróceniu modelu ośmioklasowej szkoły podstawowej, a więc omawialiśmy wstępne założenia nowej polityki oświatowej rządu, która będzie miała bezsprzecznie wpływ na kształt, strukturę organizacyjną szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego. Bo przecież rozpoczęła się również dyskusja na temat stopniowego wygaszania gimnazjum w poszczególnych samorządach. Koncepcję rozbudowy SP Nr 2 o dodatkowe skrzydło, czy też moduł zapewniający dodatkowe oddziały, dla dzieci które w tym momencie jako w jedynej szkole muszą korzystać z dwuzmianowej edukacji. Rozważaliśmy w tamtym porządku prawnym, który nakładał na gminę sukcesywne przygotowanie dobrych warunków do przyjmowania sześciolatków do szkół podstawowych. Rzeczywiście taka koncepcja została opracowana. Oprócz tejże koncepcji, czyli dobudowy w ciągu ulicy Szarych Szeregów modułu SP Nr 2, omawialiśmy koncepcję remontu, co jest bezsprzecznie potrzebne w tym momencie. Remontu szatni w tejże szkole, bo szafki dla dzieciaków poustawiane są na wszystkich piętrach. Dochodzi do takich sytuacji, które znajdują odzwierciedlenie w interpelacjach Państwa Radnych, a więc mamy do czynienia z brakiem komfortu i w subiektywnym odczuciu braku odpowiedniego bezpieczeństwa zagwarantowanego dla dzieciaków.

Sytuacja polityczna się zmienia i okazuje się, że według ocen obecnej Pani Minister Edukacji w przedszkolach jest około 100.000 wolnych miejsc. Pozostawiamy sześciolatki w przedszkolach, tam budując klasy zerowe. Jak słyszę tylko w niewielkich szkołach wiejskich dopuszczalna będzie możliwość organizacji klas zerowych, więc nie ma potrzeby w tym momencie budowania nowego modułu SP Nr 2, bo chyba będziemy musieli dobudowywać nowe moduły do przedszkoli, jeżeli nie zbilansujemy się w żaden sposób. W swoim zakresie inwestycyjnym pozostajemy w tym momencie tylko i wyłącznie przy remoncie szatni w SP Nr 2. Będzie to wymagało dosyć głębokiej ingerencji i w teren i w budynek, ponieważ musimy dobudować skrzydło na dobrą sprawę, w którym umieścimy szatnie. Dodatkowo wyremontujemy, czy też pozmieniamy wszystkie instalacje techniczne, przede wszystkim ogrzewanie. Cały zakres tego remontu jest przewidziany w projekcie budżetu jaki Państwu przedstawiliśmy i nad którym obecnie rada dyskutuje.”

Swoją drogą, to podobno ja jestem rozwlekłym gadułą… Zatem rzeczywiście była koncepcja inwestycji za 6 mln, którą burmistrz odrzucił. Czemu więc wysyłano w świat te przedwczesne informacje (a może plotki), skoro to nie była jeszcze końcowa decyzja? Co tam, nareszcie wiem, co ma być robione: szatnia i ogrzewanie, cokolwiek miałoby to znaczyć. Postanowiłem więc podziękować za „jasność w temacie”:

„Dziękuję za tę informację. Jest bezcenna dla mnie, gdyż od ostatniej sesji do dzisiejszej wszystko się zmieniło. Przy poprzedniej dyskusji była mowa o sześciu milionach inwestycji poważnej, wynikającej z konieczności, jak to określono. Dziś okazało się że w wyniku politycznych zmian i różnych koncepcji, które nad nami fruwają, to co było konieczne okazało się niekonieczne. Jesteśmy tak jakby to można było powiedzieć na krze lodu, która płynie po rzece, a wszystko dookoła trzeszczy i się zmienia. To co bardziej konieczne wydawało się przed chwileczką, teraz już nie jest. Dyskretnie zwrócę uwagę na to, że za chwilę okaże się, czy będą gimnazja, czy będą szkoły podstawowe ośmioletnie? Być może zajdzie konieczność rozbudowy szkół podstawowych, bo się nie zmieszczą nam dwa roczniki. Wszystkie koncepcje i tak zależą od tego jakie decyzje zapadną gdzieś wyżej. W związku z tym nasuwa się refleksja, że całe zamieszanie było kompletnie niepotrzebne.”

Czy ja to mówiłem złośliwie? – kwestia gustu. W skrócie powiedziałem to, co wyżej: że z decyzjami w takiej sytuacji lepiej się nie śpieszyć. Chyba jednak niepotrzebnie w ogóle się odezwałem, bo tak oto pan Krupowicz mnie zgasił:

„Nie bardzo rozumiem naturę Pana sarkazmu. Jeżeli ma Pan formułować tego typu opinie, to zapraszam na Wiejską – Warszawa i większość parlamentarna będzie dobrym odbiorcą Pańskich uwag. Powiem tak: jesteśmy elastyczni i w sposób elastyczny podchodzimy do problemów, które życie niesie, i człowiek czasami nie jest w stanie przewidzieć, że one pojawią się tuż za rogiem. Może się zaraz okazać, że będziemy musieli, likwidując gimnazja rozbudowywać, tak jak powiedziałem, przedszkola i łączyć szkoły podstawowe z gimnazjami, aby dopełnić obowiązku zorganizowania ośmioklasowej szkoły podstawowej. Nie przyjmuje tego zarzutu do siebie, bo nie rozumiem jego natury. W określonym porządku prawnym rozwiązujemy problemy naszych mieszkańców. Porządek prawny się zmienia, a my będziemy rozwiązywać inne problemy.”

Swoją drogą, to podobno ja jestem złośliwym starym pierdołą… A tu maestria: nie tylko pan Burmistrz powiedział dokładnie to, co ja, ale jeszcze zdołał mi dorobić brodę sarkastycznego miłośnika (tfu!) debat parlamentarnych, zapewne też (tfu!) zdeklarowanego PiSiora. Tak przekierował moją pretensję o przedwczesność decyzji, jakbym jako jego winę poczytywał ministerialne zamieszania. Ponadto dostało mi się za nierozumienie języka polskiego. Jeżeli poprzednio Burmistrz uważał coś za „niezbędne i konieczne”, to oczywiste, że znaczyło to: „jesteśmy elastyczni i w sposób elastyczny podchodzimy do problemów”. Zresztą, co to za różnica? 6 milionów, czy 600 tysięcy – jeden pies… I nie ma też się co burzyć, że nie wyjaśnił poprzednio zarówno koncepcji pierwszej (za 6 mln), ani drugiej (za 600 tysięcy) – toż właśnie teraz Burmistrz mi wszystko wyklarował. Przecież nasz organ wykonawczy pracuje przy podniesionej kurtynie, w sposób transparentny i w pełnej współpracy z gminnym ciałem uchwałodawczym. Nawet (tfu!) z taką opozycyjną zakałą, sypiącą tylko piach w tryby. Nic to, psy szczekają, a my „w określonym porządku prawnym rozwiązujemy problemy naszych mieszkańców”

Dojaśnię jeszcze jedną kwestię, która może umknąć uwadze Czytelników. Otóż w swej tyradzie Burmistrz Krupowicz wspomniał: „Na temat zakresu remontu SP Nr 2 dosyć obszernie rozmawialiśmy na posiedzeniu ubiegłej sesji RM”. Miał na myśli XIII sesję, odbytą 28 października. Absolutnie nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. W 4. punkcie sesji została przedstawiona „Informacja o stanie realizacji zadań oświatowych w Gminie Goleniów za rok szkolny 2014-2015 i stopnia realizacji zadań strategicznych”. Wynikałoby z tego, że wtedy już wszystko wyjaśniono, a ja niepotrzebnie zawracam radnym głowę. Faktycznie, referująca w imieniu burmistrza Janina Mucek, Dyrektor Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu UGiM, przedstawiła prezentację odnośnie stanu realizacji zadań oświatowych w Gminie Goleniów za rok szkolny 2014-15 oraz raportu z monitoringu Strategii Rozwoju Systemu Edukacji w Gminie Goleniów na lata 2009. Wspominała tam na temat koniecznych inwestycji i remontów. Oto wszystko, co zawiera w tej sprawie protokół z sesji:

„(…) Drastycznie zmieniła się liczba uczniów w szkołach podstawowych, która na przestrzeni lat rośnie. Widać, że reforma przedszkolna powoduje wzrost liczby dzieci w szkołach podstawowych. Jest to zadanie z który musimy się zmagać każdego roku. Początkowo wzrost ten był niewielki jednak w dwóch ostatnich latach, kiedy obligatoryjnie wszystkie dzieci szły po półtora rocznika to wzrost ten wynosi około 200 uczniów. Przekłada się to na nasze szkoły. Niekorzystnym przykładem jest SP nr 2. Została przeprowadzona analiza ilości pomieszczeń lekcyjnych, ilości uczniów i oddziałów. Przeważnie we wszystkich szkołach jest ilość izb lekcyjnych jest wystarczająca do ilości oddziałów. Plan można ułożyć w taki sposób aby nie wprowadzać „drugiej zmiany”. Liczba izb może być minimalnie mniejsza niż liczba oddziałów i jest to wystarczające. W przypadku, gdy liczba ta jest zdecydowanie większa, to istnieje konieczność organizowania pracy na „drugą zmianę”. Taka sytuacja zaistniała właśnie w SP nr 2, gdzie do dyspozycji jest 17 izb lekcyjnych, a oddziałów jest 29, w tym dwa zerowe. W pozostałych szkołach sytuacja jest do opanowania przez dyrekcję. Należy mieć jednak na uwadze, iż sytuacja może ulec zmianie po zbliżających się wyborach, nie wiemy jaka będzie koncepcja funkcjonowania oświaty. Dlatego podejmowanie dziś decyzji jest bardzo trudne. Zaproponowaliśmy konieczne zmiany do budżetu wynikające z zaleceń sanepidu i oczywiście jeżeli będzie potrzeba to i z ilości i klas, zawyżymy na pewno z SP nr 2 oddziały przedszkolne, że te dzieci już nie będą tam uczęszczać. Konieczne w tej placówce będą remonty, bo jak się okazuje sieć centralnego ogrzewania i wodno–kanalizacyjna jest cała do wymiany. Będzie również nasza prośba do Państwa o uwzględnienie poważnych prac remontowych w SP nr 2 w przyszłorocznym budżecie, jak również priorytety do budżetu mogą ulec zmianie gdyż zależne jest to od postanowień nowego rządu.”

Czy widzicie tu, Szanowni Czytelnicy, jakąś zapowiedź remontu szatni, wymianę grzejników, modernizację systemu ogrzewania, czy jakiekolwiek inne wyjaśnienia moich wcześniej opisanych wątpliwości? Jest natomiast ogólnie sformułowana potrzeba zrobienia czegoś z brakiem sal lekcyjnych w SP2. Z brakiem zrodzonym wcześniej obowiązującą koncepcją poprzedniego rządu odnośnie wprowadzenia 6-latków do szkół podstawowych. Już wtedy można było przymierzać się do wyrzucenia tej koncepcji do kosza z powodu zmiany rządu – przecież wynik wyborów był już w tamtym momencie znany. Zatem sugerowana diagnoza rozbudowy SP2, przedstawiona na XIII sesji, powinna być w tym momencie co najmniej wstrzymana do czasu skrystalizowania się zamiarów nowej władzy. I tak się w rzeczywistości stało, skoro już w listopadzie zniknęła inwestycja na 6 mln, a pozostał „remont szatni” za 600 tys. zł. Po co zatem burmistrz odsyła uwagę radnych do poprzedniej sesji?  

W październiku 2015 miałem prawo niepokoić się, czy nasza władza wykonawcza wie, co chce zrobić w SP2. Przypominam – w tym czasie jeszcze nie było dokumentacji, którą dopiero projektanci mieli tworzyć. Bo chyba jeszcze nie zaczęli, skoro nie było wiadomo, co ma się stać: rozbudowa szkoły o dodatkowe skrzydło, czy „remont szatni”? To nie tylko różnica kwotowa – to po pierwsze całkiem inne dokumentacje! Budżetowe 60 tys. sobie leżało, projektanci mieli coraz mniej czasu na zadanie. Do tego wątku jeszcze wrócimy, kiedy dotrę do szczegółów tegorocznego spotkania 14 lipca.

Dodam jeszcze, że materiał przedstawiony przez Dyrektor Mucek nie był omawiany na posiedzeniach merytorycznych komisji Rady. Pretensję o to wyraził radny Krzysztof Zajko:

„Panie Przewodniczący [to do przewodniczącego RM Łukasza Mituły], proszę słuchać jak radni się wypowiadają, bo to co chcę na początku powiedzieć dotyczy Pana. Nie wiem dlaczego ten materiał, ważny, który został w mojej ocenie bardzo dobrze przygotowany przez Wydział Edukacji, pod nadzorem Pani Dyrektor, nie trafił do komisji merytorycznej, do Komisji Spraw Społecznych, która powinna tym tematem się zająć. Sprawa edukacji, wychowania, to jest rzecz priorytetowa, w mojej ocenie, tej gminy, a do tego dochodzą kwestie finansowe, gdzie ponad połowa budżetu jest na te zadania przekazywana. Trudno się pokusić o jakąś rzeczową analizę w sposób telegraficzny. Nie wyobrażam sobie, żeby Komisja Rewizyjna na wspólnym posiedzeniu wszystkich komisji zajmowała się merytorycznie tematem skarg. Po to powołaliśmy komisje, żeby to one (…) poświęciły odpowiednią ilość czasu i przeanalizowały te materiały, które w istocie są bardzo ważne. Stąd też bym prosił, żeby takie materiały ”branżowe” trafiły najpierw do odpowiednich komisji. I aby one się zapoznały z materiałem i przedstawiły swoje wnioski, by pozostali radni się z nimi zapoznawali.”

Zgadzam się w stu procentach. Jeśli ważne materiały nie są analizowane na komisjach, a zaistnieją tylko chwilę na sesji, nawet przy pełnej koncentracji, zaangażowaniu i dobrej woli radnych nie da się ich odpowiednio wykorzystać. Tym bardziej nie fair jest odsyłanie do dyskusji z poprzedniej sesji, jeżeli nie był jeszcze gotowy jej protokół (a nie był). W ten sposób nie można być pewnym stanu własnej wiedzy. Mówienie, że „rozmawialiśmy o tym szczegółowo poprzednim razem” utrąca właściwą dyskusję. Sugeruje radnym, że sprawa już była rozstrzygnięta, a jeśli tego nie pamiętają, to raczej źle z ich pamięcią.

To wszystko, co dotąd przedstawiam, jest jakby historycznym tłem, genezą tegorocznego stanu sprawy. Reasumując rok 2015 przedstawiało się to tak: wybrano (gdzieś między końcem października a końcem listopada 2015) koncepcję remontu, a nie rozbudowy SP2; zabezpieczono w budżecie na rok 2016 kwotę 600 tys. zł na wykonawstwo; trwała (czy raczej rozpoczęła się) praca nad dokumentacją, określającą dokładny zakres prac. Wydawało się, że wykonawstwo remontu w trakcie wakacji będzie całkiem realne. Fajnie. Takie wnioski zadowalały mnie w pewnym stopniu, lecz nie całkowicie. Bo co z prawdziwymi argumentami co do niezbędnej potrzeby rozbudowy szkoły dla poprawienia warunków jej pracy? Sam remont niekorzystnej sytuacji lokalowej wybitnie nie polepszy. Czy ktoś nad tym pracuje, czy po prostu zamiatamy sprawę pod dywan?

Nie tylko mi chyba takie wątpliwości snuły się po głowie. Dużo mocniej odczuwali rozczarowanie ci, którym na poprawie warunków lokalowych zależy na pewno najbardziej – rodzice uczniów. Niebawem, wiosną roku 2016, pojawiły się pierwsze objawy ich niezadowolenia. Bo jak inaczej traktować korespondencję, którą radni otrzymali do wiadomości 23 marca w całym pakiecie innych pism, skierowanych zbiorczo przed XVIII sesją? Oto pismo Rady Rodziców przy SP2, kierowane do burmistrza:

Pismo Rady Rodziców

Jak jasno wynika z powyższego, rodzice chcą daleko idącej rozbudowy szkoły. Oczywiście zaplanowany remont też uważają za potrzebny, jednak oczekują wyraźnie znacznej poprawy warunków lokalowych, likwidacji obecnej dwuzmianowości. Zwracają uwagę na stołówkę i świetlicę, zatłoczone korytarze. Oczywiste, że tego obecna koncepcja nie przewiduje. Lecz problemów też nie rozwiązuje, gdyż remont tylko nieco ulży we wskazywanych trudnościach. Jak zatem wygląda przyszłość, ponuro czy różowo?

Odpowiedź Burmistrza Gminy

Streszczając: na razie robimy „modernizację szatni”. Burmistrz punktuje harmonogram działań w roku 2015 (nieco historycznie) i 2016 (na bieżąco). Jednak jest też wyraźna zapowiedź rozbudowy szkoły. Przecież w piśmie wspomina się o „zabezpieczeniu środków” finansowych w budżecie na rok 2017. Rozumiem, że na wspomniane później „wykonanie koncepcji i projektu rozbudowy szkoły”. Interesującego Radę Rodziców finału, czyli przeprowadzenie rozbudowy, harmonogram już nie obejmuje. Wyrażona na końcu nadzieja pozyskania na nią środków zewnętrznych niczego nie wnosi, bo sprawa i tak przekracza obecną kadencję władz samorządowych.

Jestże to następna zmiana poglądów na temat konieczności rozbudowy szkoły za duże pieniądze, czy tylko wyraz przyjęcie taktyki „na przeczekanie” i chęci pozostawienia rozstrzygnięć do następnej kadencji goleniowskiego samorządu? Trzeba problemy lokalowe szkoły rozwiązać długofalowo, czy nie trzeba? Tym razem nie da się mówić o czynnikach zewnętrznych, jak polityczne zawieruchy w Warszawie. To nie one sprawiają, że SP2 jest za mała. Wszystko w tej sprawie było już znane wcześniej, jak przedstawiła dyrektor Mucek. Przecież nawet po ewentualnym wyprowadzeniu 2 oddziałów zerowych z SP2, budynek jest i tak zbyt mały dla uczenia 27 oddziałów klasowych w 17 salach lekcyjnych. A co, gdyby miała być to szkoła 8-klasowa? Wtedy dopiero to się nie bilansuje!

Burmistrz na przestrzeni niecałego roku, od wakacji 2015 do marca 2016, przedstawił już trzecią wersję postępowania wobec problemów SP2. To nie wytyk z mojej strony, to stwierdzenie faktu. Przy czym znowu podjął własną decyzję, bez rozmowy z Radą Miejską, bez dyskusji, wymiany poglądów. Domyślam się, że nie lubi, kiedy mu ktoś zagląda przez ramię, ale może co więcej głów, to nie jedna? Zresztą, może burmistrz konsultował swoje działania z radnymi klubu „Porozumienie”, przecież tego nie wiem. Radni spoza „Porozumienia” nie mają pojęcia, o czym rozmawia się na spotkaniach klubowych – ustaleń oficjalnie się nie komunikuje, protokołów z jego zebrań się nie prowadzi. Jeśli nawet tak było, to nie to samo, co praca całej Rady Miejskiej w komisjach i na sesjach. Bo może poza rozwiązaniem trzecim jest możliwe jakieś czwarte, piąte, a nawet i szóste. Im ich więcej, tym lepszego wyboru można dokonać, sprowadzając myślenie do odrzucenia gorszych alternatyw.

Skazany na domysły, znów postanowiłem dowiedzieć się u źródła. W trakcie XVIII sesji 30 marca złożyłem do burmistrza następujące zapytanie:

„Chciałbym usłyszeć jakie Pan Burmistrz ma stanowisko wobec dość długo sygnalizowanych potrzeb przebudowy budynku Szkoły Podstawowej Nr 2 w Goleniowie. Przypomnę, że w zeszłym roku Burmistrz zgłaszał pod kątem wieloletnich inwestycji, właściwie już budżetu tegorocznego, że jest potrzeba znacznej przebudowy, sięgającej kwoty 6 000 000 zł. Przed uchwalaniem budżetu Burmistrz się właściwie wycofał i w budżecie gminy na przebudowę szatni zostało 600 000 zł. Natomiast od niedawna zmienia się to o tyle, że [jak wynika] z informacji, jakie zostały radnym przekazane, wpłynęło pismo od Rady Rodziców Szkoły Podstawowej Nr 2 sygnalizujące to samo zagadnienie. I Burmistrz w odpowiedzi określił mniej więcej podobny plan, jaki był pierwotnie przewidziany. Czyli wykonanie dalszej rozbudowy. Nie pada kwota 6 milionów, tylko iluś milionów, jednak nie jednoznacznie. Podana została informacja o harmonogramie postępowania, który obejmuje lata 2015-2017, a na rok 2017 pada zapowiedź ujęcia w budżecie konkretnych kwot. Prosiłbym  o jednoznaczną odpowiedź co do dalszych planów rozbudowy czy remontu tej szkoły. Jest to dla mnie istotne w kontekście tego, co słyszymy odnośnie spraw dziejących się w oświacie. Mamy sytuację, że w niektórych szkołach grozi nam, że w klasach pierwszych w ogóle nie będzie dzieci. Czy rozbudowywanie jednej szkoły jest sensowne, jeśli w innych akurat pojawi się w najbliższym czasie pustka? Nie twierdzę, że na ten temat mam genialne rozwiązania, tylko widzę, że są koncepcje, które same ze sobą walczą. I ta sama osoba raz mówi tak, a raz tak. Prosiłbym o jednoznaczne sprecyzowanie stanowiska Burmistrza w tej sprawie.”

Odpowiedź burmistrza była takiej treści:

Z dość dyplomatycznego żargonu odczytuję, że pismo wyraża intencję określoną przeze mnie jako „III wersja”: wykonać remont w niezbędnym zakresie, oczekując jednocześnie na dopracowanie przez ministerstwo finalnego modelu organizacyjnego (rozwiązującego obecne wątpliwości co do oddziałów zerowych, ośmioklasowej szkoły podstawowej i dalszych losów gimnazjów). Z tego modelu mają także wyniknąć dalsze wskazówki odnośnie ewentualnej rozbudowy szkoły. Sądzę, że to rozsądne zachowanie, odsuwające jednak na czas dalszy, pewnie niedaleki, ale konkretnie nieznany, chęci natychmiastowego reagowania na postulaty radykalnej poprawy warunków, w jakich obecnie działa SP2. Inaczej mówiąc: nie naciskajcie, bo to jeszcze nie pora na podjęcie długofalowych decyzji, wiążących się z poważnymi skutkami finansowymi.

Jak może się Państwo z treści tego wpisu domyślacie, popieram takie zdroworozsądkowe stanowisko burmistrza z „wariantu trzeciego”. Wprawdzie najwyraźniej nadal odczytuje on moje dociekania co do poprzednich pomysłów działania w sprawie SP2 jako złośliwości i uszczypliwe zaczepki. Nic na to nie poradzę, burmistrz często opacznie interpretuje moje intencje. Przyznam mu 17,38 % racji, bo raz na jakiś czas jego zachowanie doprowadza mnie do rozpaczy, a wtedy bywam złośliwy. Prowokuje mnie do tego udawanie mocarza silnego jak dąb, skrywające ogrom gnębiących go rozterek i wątpliwości. Nic bardziej naturalnego, że na trudne problemy nie ma mocnych, nie ma więc po co prężyć muskułów. W tej sprawie też sam sobie zawinił. Nie musiał przecież najpierw uznawać za „konieczny” wybór każdego z poprzednich dwóch wariantów: 1) dużej rozbudowy natychmiast; 2) ograniczenia się tylko do remontu, z porzuceniem zamysłu rozbudowy. Mógł, najlepiej przy szerokim udziale rodziców i współpracy z Radą Miejską, wypracować to samo rozsądne rozwiązanie. W sposób demokratyczny, dający szanse na uzyskanie dla niego szerokiego poparcia, przy pełnym zrozumieniu i porozumieniu. Tu jednak westchnę sobie z żalem: – To niestety nie byłoby w stylu naszego burmistrza…

Pora na skończenie długiej sekwencji dotyczącej genezy problemów SP2. Gdyby nie dalsze zamieszania, zapewne tyle wyłącznie chciałbym napisać. Kiedy jednak zaczyna nam się wydawać, że wszystko jest pod najlepszą kontrolą i sprawy dobrze się toczą, życie daje natychmiast po nosie. I taką okrężną drogą dojedziemy do spotkania, które streściłem na początku w kilku punktach. O tym jednak przeczytacie w zapowiedzianej drugiej części tego artykułu, która się „jeszcze pisze”. Ale to za parę dni. Wtedy też wyjaśnię tajemniczy tytuł i dokończę kilka zapowiedzianych wątków.

 

Smrodliwy temat – goleniowska oczyszczalnia ścieków

28 cze
W Goleniowie znów śmierdzi... Zdjęcie: radiostargard.fm

W Goleniowie znów śmierdzi…
Zdjęcie: radiostargard.fm

Już od kilku ładnych tygodni łapią mnie znajomi i mniej znajomi za rękę żądając, żebym coś im wyjaśniał. Konkretne pytają tak: – Co się dzieje z naszą oczyszczalnią ścieków, bo zaczęło z niej niemożebnie śmierdzieć!? Niektórzy kulturalnie najpierw sondują, czy o sprawie wiem, inni bezpardonowo od razu zaczynają od połajanki. Gdybym miał zacytować treść kilku otrzymanych esemesów, to po opuszczeniu brzydkich słów zostałoby mniej więcej tyle: „W mieście śmierdzi jak z szamba, a wy, barany, nic nie robicie, żeby przestało. Wyjaśnijcie, o co chodzi i sprawę załatwcie raz a dobrze. Przecież już nigdy smrodu być nie miało!”

Próbowałem pytającym zrazu cierpliwie odpowiadać, że to pewnie sprawa przejściowa, efekt chwilowych splotów okoliczności, sytuacja sporadyczna. Niczego groźnego nam przecież nikt odpowiedzialny nie sygnalizował, żadnych trudności nie zgłaszał. Ani ze strony organu władzy wykonawczej, czyli burmistrza, ani ze strony zarządzającej oczyszczalnią gminnej spółki Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja. Taką mniej więcej miałem na ten temat świadomość aż do połowy maja tego roku. I odpowiadałem na pytania zdenerwowanych goleniowian wprawdzie szczerze, lecz głupio i całkiem niepotrzebnie, bo jak się okazuje, jest zupełnie inaczej. Po uważniejszym zbadaniu przyczyn bulwersującego mieszkańców fetoru, szybko przeszła mi pewność, a zastąpiła ją dezorientacja. Dotąd nie wiem, jak sprawy się naprawdę mają, choć pilnie próbowałem pozbierać wszelkie fakty (tfu, nomen omen!) do kupy. I o tym dziś Państwu opowiem.

Najpierw wyjaśnię, skąd brało się moje niedoinformowanie. Przede wszystkim z wiary, że ten temat rzeczywiście został już u nas skutecznie załatwiony. Przecież całkiem niedawno, z pomocą specjalnie do tego powstałego GWiK-u, sięgnęliśmy do przepastnej kieszeni bogatych podatników unijnych i przy udziale wyciągniętych z niej grubych milionów (hej, nie zapomnij o mniej zasobnych kieszeniach goleniowskich użytkowników wody i wytwarzaczy ścieków – oni się też szczodrze dołożyli płacąc za usługi GWiKu, Panie Zygmański!) zbudowaliśmy oczyszczalnię cud-marzenie. Przypomnę, co na ten temat publikował oficjalny gminny portal www.goleniow.pl 10 września 2009 r., słowo w słowo na podstawie informacji przygotowanych przez GWiK:

„Miliony na zakończenie śmierdzącej sprawy i na czystą wodę”

Przyznanie dofinansowania dla projektu: „Zapewnienie prawidłowej gospodarki wodno-ściekowej na terenie miasta i gminy Goleniów” jest już pewne ! Obsługująca mieszkańców gminy Goleniów spółka Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja Sp. z o.o. jest kolejnym beneficjentem w naszym regionie, który otrzymał dofinansowanie z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko w ramach I osi priorytetowej – Gospodarka wodno-ściekowa. Całkowita wartość projektu wyniesie 68,8 mln zł, w tym kwota dofinansowania z Unii Europejskiej 32,1 mln zł. To ogromne pieniądze jak na naszą goleniowską skalę.

Celem projektu jest m.in. zmniejszenie uciążliwości oczyszczalni ścieków w Goleniowie, modernizacja sieci kanalizacyjnej, a także zapewnienie odpowiedniej jakości wody pitnej. Będzie to w konsekwencji miało ogromny wpływ na  jakość życia i zdrowia  mieszkańców gminy. Choćby „zapachy” z naszej oczyszczalni – wszyscy ich doświadczamy, a żadne prowizoryczne rozwiązania tego problemu się nie sprawdziły.

Prezes Dawidziak (drugi z prawej) tuż przed podpisaniem umowy z Marszałkiem Województwa 14 września 2009 r. Zdjęcie: Adam Łaskowski

Prezes Dawidziak (drugi z prawej) tuż przed podpisaniem umowy z Marszałkiem Województwa 14 września 2009 r. Zdjęcie: Adam Łaskowski

Uroczystość podpisania umowy o przyznaniu dofinansowania oraz konferencja prasowa odbędą się 14 września 2009 roku o godzinie 10:00 na terenie oczyszczalni ścieków w Goleniowie. Wezmą w niej między innymi udział: Stanisław Gawłowski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska, Olgierd Geblewicz – Przewodniczący Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego, Władysław Husejko – Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Marcin Zydorowicz – Wojewoda Zachodniopomorski, Andrzej Wojciechowski – Burmistrz Gminy Goleniów oraz przedstawiciel NFOSIGW.

Zaledwie po dwóch miesiącach, 5 listopada 2009 można było na portalu gminy przeczytać o podpisaniu pierwszego z pięciu kontraktów tego wielkiego projektu – na realizację nowej oczyszczalni. Treść notatki oczywiście toczka w toczkę na podstawie informacji GWiK:

W piątek 30 października została podpisana umowa na kontrakt  „Rozbudowa i przebudowa oczyszczalni ścieków w Goleniowie”. Kontrakt ten wchodzi w skład projektu współfinansowanego z UE „Zapewnienie prawidłowej gospodarki wodno- ściekowej na terenie miasta i gminy Goleniów’. Wykonawcą będzie Przedsiębiorstwo Inżynierii Ochrony Środowiska Ekoklar Spółka z o.o. z Piły. Podpisy pod umową złożyli Prezes Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji Janusz Dawidziak oraz Prezes Zarządu Firmy Ekoklar Waldemar Lechnik i członek zarządu spółki Ekoklar Jerzy Kiner. (…) Wartość kontraktu wynosi 25.132.799,43 PLN brutto.

Później były kolejne informacje o podpisaniu i realizacji następnych kontraktów. A już w maju 2012 r. cały ogromny projekt został zakończony. Sądzę, że tempo było iście ekspresowe. Nie tylko ja tak uważam, bo inwestycji w tej dziedzinie powszechnie nam zazdroszczono. Doceniano przede wszystkim całościowe traktowanie kompleksu spraw kanalizacji gminy, poczynając od serca systemu – oczyszczalni ścieków. Przykładowo na portalu www.radioszczecin.pl zamieszczono 28 maja relację redaktora Pawła Palicy na ten temat:

Dyrektor Dariusz Kozak pokazuje świeżo otwartą oczyszczalnię zaproszonym gościom Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Dyrektor Dariusz Kozak pokazuje świeżo otwartą oczyszczalnię zaproszonym gościom
Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

„Koniec olbrzymiego projektu wodno-kanalizacyjnego w Goleniowie.”

W mieście wybudowano prawie 30 km nowej sieci kanalizacyjnej i 5 km wodociągowej. Zmodernizowano oczyszczalnię ścieków i kupiono nowoczesny pojazd do czyszczenia kanalizacji. Projekt kosztował ponad 55 mln zł. Prawie połowę dołożyła Unia.

Jak mówi prezes Goleniowskich Wodociągów Janusz Dawidziak, dzięki temu znacznie poprawi się jakość życia tysięcy jej mieszkańców. -Tak, jak w cywilizowanym świecie, ścieki będą trafiały do kanalizacji sanitarnej, natomiast oczyszczalnia została zmodernizowana tak, że uciążliwość zapachowa nie będzie się powtarzała, jak to było przy starej oczyszczalni – zapewnia Dawidziak.

28 maja 2012 r. nastał wielki dzień – otwarcie całkowicie zmodernizowanej oczyszczalni ścieków. Prezes GWiK Janusz Dawidziak powiedział wtedy m.in.:

Prezes GWiK przemawia na nowej oczyszczalni ścieków w dniu jej otwarcia.  Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Prezes GWiK przemawia na nowej oczyszczalni ścieków w dniu jej otwarcia.
Zdjęcie: www.zfw.szczecin.pl

Celem projektu było przede wszystkim zmniejszenie uciążliwości oczyszczalni ścieków w Goleniowie – stara, sprzed dwudziestu lat została całkowicie zmodernizowana – była przestarzałą technologicznie i miała zbyt małą wydajność jak na potrzeby gminy i Goleniowskiego Parku Przemysłowego. Znacznie zwiększyły się też możliwości przerobowe oczyszczalni, która może teraz przerobić 8 tys. m. sześć. ścieków (przerabia maksymalnie 5 tys.). Inwestycja zapewni odpowiedniej jakości wodę pitną, co ma ogromny wpływ na jakość życia i zdrowia mieszkańców gminy.

Podobnych wypowiedzi, wcale nie tylko Prezesa Dawidziaka, przytoczyć mógłbym na pęczki. Wszystkie one podkreślały, że to już koniec problemu zapachu z oczyszczalni w Goleniowie. Nota bene nie takiej przecież starej, bo oddanej do użytku w roku 1994. Była to chyba najbardziej sztandarowa inwestycja I kadencji goleniowskiego samorządu, obok ukończonego już w 1996 roku ujęcia wody. Jej pechem była zastosowana (wtedy dość powszechnie w Polsce występująca) technologia oczyszczania typu biooxyblok, która nie rozwiązywała problemu osadów pozostających po zakończonym procesie. Składowano je na tzw. lagunach, na których sobie spokojnie leżały, schły, fermentowały… i śmierdziały. Szczególnie, gdy zabierano się za opróżnianie przeładowanych lagun. Chwaliliśmy się tym nowiutkim obiektem przed wszystkimi przyjeżdżającymi do gminy zagranicznymi i krajowymi gośćmi, ci zaś zatykali nosy i podziwiali na głos. Po cichu zaś mówili, że u nich oczyszczalnie ścieków tego typu właśnie całkowicie wychodzą z użytku, bo są przestarzałe.

Stara oczyszczalnia. Z książki "Goleniów - wczoraj, dziś, jutro" autorstwa Ewy Aberbuch Skan: Ireneusz Zygmański

Stara oczyszczalnia. Z książki „Goleniów – wczoraj, dziś, jutro” autorstwa Ewy Aberbuch
Skan: Ireneusz Zygmański

Ponad dwadzieścia lat później szeroki dostęp do wielkich środków unijnych pozwolił lokalnym władzom zmontować plan wielkiej modernizacji tego od początku przestarzałego obiektu. Jądrem projektu było utworzenie GWiK, nowej spółki gminnej, powołanej do specjalistycznej obsługi gminy w dziedzinie dostarczania wody, odprowadzania i oczyszczania ścieków, a przede wszystkim obsługiwania sieci i prowadzenia inwestycji w tej dziedzinie. To był dobry plan, skoro powstały w 2006 r. GWiK tak sprawnie poradził sobie z wyżej opisanymi inwestycjami.

Czyż nie miałem więc prawa traktować sprawy jako załatwioną na wieki? Od chwili uruchomienia zmodernizowanej oczyszczalni od nikogo nie słyszałem słowa skargi, że czuć z niej coś niemiłego. Oczywiście żaden ze mnie ekspert od kanalizacji i ścieków, lecz to jest naprawdę mocny, choć pośredni dowód, że wszystko było pod kontrolą. W końcu czego jak czego, ale czujności na niedogodności życia mieszkańcom Goleniowa odmówić się nie da. Podkreślę dobitnie: przez cztery lata działania nowej oczyszczalni ANI RAZU nie doszły do mnie sygnały o złym funkcjonowaniu tej instalacji.

Mam na myśli obszar miasta, a nie teren samej oczyszczalni. Tam, jak twierdzą szczególnie osoby nią kierujące, zapach nie był szczególnie miły. Wręcz przyznają, że pośmierdywało cały czas. Dobrze, pewnie tak było, lecz najważniejsza jest skala zjawiska. Goleniowianie nie mieszkają przecież na oczyszczalni, a wredny zapach do ich nosów nie docierał. Co do smrodu na miejscu – też bym nie był taki pewien, że coś wybitnie złego się działo. Radni zapewne wspomną wyjazdowe wspólne posiedzenie komisji wiosną zeszłego roku, kiedy oglądaliśmy oczyszczalnię od środka. Nikomu z nas nic nadmiernie wstrętnego nosów wtedy nie zaatakowało, wręcz byliśmy zbudowani, że stoimy pośród setek tysięcy ton fekaliów, a smrodu ani ani…

Stąd przyjąłem ze szczerym zdziwieniem niedawne informacje prasowe oraz interpelacje kolegów radnych w sprawie odorów z oczyszczalni. Mieszkam w oddalonej części miasta, więc sam nie miałem okazji niczego poczuć. Szczególne zainteresowanie wzbudziła lektura odpowiedzi na interpelacje złożone na XIX sesji Rady Miejskiej 27 kwietnia 2016 r. Udzielił ich zbiorczo, w imieniu pytanego Burmistrza Roberta Krupowicza, Perezes GWiK Janusz Dawidziak. Zapytania radnych Marzeny Pach i Czesława Majdaka niżej przytaczam.

Radna Marzena Pach:

W związku z informacjami, które pozyskuję od ludzi mieszkających zarówno na osiedlu Matejki, jak i od ludzi, którzy uprawiają swoje ogródki działkowe przy oczyszczalni: czy jest jakaś możliwość, żeby sprawdzić, czy zrobić coś, aby ten odór, który unosi się z oczyszczalni był jakoś troszkę niwelowany? To naprawdę jest strasznie uciążliwe. Ludzie narzekają, że nie mogą okien otwierać, wietrzyć, bo to jest naprawdę bardzo przykry zapach.

Radny Czesław Majdak:

Kiedyś „Gazeta Goleniowska” opisywała, że jak na bezdechu trzeba było przechodzić przez poczekalnię dworcową, to rzeczywiście w sobotę będąc na spacerze na bezdechu musiałem przejść od ronda przy Wojska Polskiego, aż tam za cmentarz. Aż się trochę róża wiatrów zmieniła, to tam mogłem zaczynać głębiej oddychać. (…) Pamiętacie Państwo: inwestycja była na oczyszczalni ścieków i miała spowodować to, że nie będzie śmierdziało – proste. Wtedy w Goleniowie powstała baza perfum, czyli te zraszacze, co Pan Prezes rozpylał. No będzie inwestycja, nie będzie śmierdziało. Została zrobiona inwestycja, mówię – ta pierwsza inwestycja, no dalej śmierdzi. Pamiętacie Państwo, przy omawianiu Wieloletniego Programu Rozwoju Wodociągów i Kanalizacji, gdy wskazywałem,  jakie środki idą na ponowne załatwienie sprawy tego smrodu. Więc pytanie jest: czy ta inwestycja została zrealizowana na oczyszczalni ścieków? Ile to nas kosztowało? Mówię o tej drugiej inwestycji, nie o tej pierwszej, tylko o drugiej, i ile nas to kosztowało… I pytanie: co takiego się zdarzyło, że dalej tu śmierdzi?

Ponieważ w tym samym piśmie Prezes odpowiadał na interpelację radnego Mariusza Żebiełowicza na inny temat, przytoczę jej treść, żeby końcówka prezesowego pisma nie zawisła w próżni:

Radny Mariusz Żebiełowicz:

Mieszkańcy naszej gminy dopytują się z jakiego powodu faktury za wodę z GWiK-u wystawione zostały za okres miesięczny, gdyż zazwyczaj były wystawiane w okresie dwumiesięcznym. Chodzi o miesiąc marzec.

Odpowiedż Prezesa Dawidziaka na interpelacje radnych, przysłana 16 maja w tej sprawie:

Przyznam, zgłupiałem nieco. Wychodzi na to, że:

1) kompostownia daje smród planowo (choć miała być na ten smród remedium);

2) kompostownia jest chyba zbyt mała i nie mieszczą się na niej w całości osady przeznaczone do przerobu (który to proces i tak daje smród);

3) na poletkach osadowych leży i śmierdzi część osadów czekając na kompostowanie (bo kompostownia jest za mała?), a część na wywiezienie z oczyszczalni (bo jest za mała kompostownia?); czyli z założenia nie miano kompostować wszystkiego(?);

4) zakończona w roku 2012 nowiutka oczyszczalnia nie była wykonana docelowo, skoro finalnym sposobem likwidacji odorów ma być dopiero „hermetyzacja procesu kompostowania pod specjalnymi przykryciami membranowymi w wydzielonych boksach”;

5) przeróbka kompostowni przewidziana jest Wieloletnim Planem Modernizacji i Rozwoju Urządzeń Wodociągowych i Urządzeń Kanalizacyjnych Miasta i Gminy Goleniów na lata 2015-2020 (kurczę, głosowałem nad tym w zeszłym roku i wcale nie wiem, na czym ma polegać modernizacja i czemu jest potrzebna! ale o tym będzie dalej);

6) sprawa pilna chyba nie jest, skoro modernizacja rozłożona jest na lata (czyli ten cały smród to chyba niespecjalnie ważna sprawa?);

7) żeby było śmieszniej, Prezes obiecuje radnej Pach przeróbkę kompostowni w roku 2019, to samo zaś radnemu Majdakowi wieszczy w roku 2020 (pewnie ją lubi bardziej?);

8) osady wcale nie muszą gnić na poletkach, bo w ciągu 3 tygodni się je wywiezie, a poza tym da się to robić później na bieżąco (to czemu w ogóle je tam złożono? nie przewidzieli, że zapachną? tym bardziej, że każda operacja wywozu osadów z poletek równa się ruszeniu ogromnej kupy kupy, która zaśmierdzieć musi potężnie);

9) zaś skutecznym rozwiązaniem obecnym ma być likwidowanie gównianego zapachu poprzez sadzenie lilaków, tawuł, ligustru i jaśminowca wonnego w ilościach hurtowych (ciekawe za ile, bo nikt się nie pochwalił?). Jak powszechnie wiadomo, krzaki są nieprzepuszczalne dla odorów, które po przejściu przez ich kordon nabiorą aromatów godnych filmu „Pachnidło”. To ja jeszcze podsunę natryskiwanie słynnymi perfumami produkcji radzieckiej marki „Duchi Lenina”, będzie jeszcze wonniej.

Bardzo mi te odpowiedzi podejrzanie pachniały (tfu, znowu nomen omen). Jeszcze większa stała się moja niewiedza, kiedy kilka dni później przeczytałem na portalu www.goleniów.pl oświadczenie Burmistrza Roberta Krupowicza z dnia 9 czerwca na ten sam temat. Wynikły dla mnie z tego tekstu następujące wnioski, a właściwie zdziwienia:

1)  Czemu to Burmistrz Gminy wydaje oświadczenie w dziedzinie, na której zna się jak kura na pieprzu, a w której pełne kompetencje ma samodzielna fachowa spółka zarządzająca oczyszczalnią? Przecież tam odesłał interpelacje radnych do udzielenia odpowiedzi…. Czyżby wiedział coś więcej, niż może powiedzieć Prezes Janusz Dawidziak? Czy może chce zaoszczędzić Prezesowi zaszczytu tłumaczenia się przed mieszkańcami? Czy raczej po prostu chce pokazać, że trzyma rękę na pulsie, samodzielnie znalazł rozwiązanie problemu i leje oliwę na wzburzone fale opinii publicznej?  

2) Po co Burmistrz podkreśla, że oczyszczanie nie jest źródłem odoru i że zlikwidowano najbardziej poprzednio śmierdzące laguny, skoro obecnie śmierdzi dalej, tylko coś innego – otwarte poletka do składowania osadów? Czyżby sugerował, że oczyszczalnia jest świetna, a zastosowana w niej technologia bardzo dobra, zaś winne są krasnoludki, bo wywołują zachodni wiatr?

3) Czyżby Pan Krupowicz nie zauważył, że oddając w roku 2012 oczyszczalnię do użytku oficjalnie jednym z głównych celów była likwidacja powstających tam odorów? Wyjaśnianie, że na otwartych poletkach osady fermentują, a wiatr roznosi zgniłe smrody po mieście, jest po prostu przyznaniem się do programowego ominięcia tego sztandarowego celu budowy oczyszczalni. Ona ma taką technologię, więc śmierdzieć po prostu musi. Zatem albo wybrano tę technologię błędnie, albo niepotrzebnie głoszono mieszkańcom, że już nic na oczyszczalni śmierdzieć nie będzie.

4) Z jakiego powodu Burmistrz mówi, że „problem zostanie wkrótce rozwiązany” (patrz decyzja o natychmiastowym wywozie osadów bez składowania na poletkach), skoro w następnym akapicie oznajmia, że pozostaje drugie źródło smrodu – otwarte kompostowanie? Z którego dodatkowo nie można zrezygnować wcale, bo oczyszczalnia musi produkować kompost (grozi zwrot otrzymanych środków unijnych). To przecież nie Unia kazała nam go wytwarzać, tylko projektant oczyszczalni uznał kompostowanie jako docelowe rozwiązanie. Nie wywóz osadów w siną dal, tylko przerobienie ich na pożyteczny surowiec. Dlaczego zatem, skoro kompost musiał i musi być produkowany, nie zaprojektowano od razu tego procesu jako hermetyczny, podobnie jak samo oczyszczanie ścieków?

5) Skoro Burmistrz wie, że modernizację kompostowni przewiduje się na rok 2019 (zapewne ma na myśli przyjęty w zeszłym roku przez Radę Miejską Wieloletni Plan Modernizacji i Rozwoju Urządzeń Wodociągowych i Urządzeń Kanalizacyjnych Miasta i Gminy Goleniów na lata 2015-2020), to czemu znając nastroje mieszkańców nie dąży do przyspieszenia tej modernizacji? Coś było już na rzeczy wiosną ubiegłego roku, skoro temat wprowadzono (cichaczkiem) do Planu Modernizacji przygotowanego przez GWiK. Dlaczego znając docelowe rozwiązanie, Burmistrz dziś nie dąży do wprowadzenia go już obecnie?

Na to ostatnie pytanie spróbowałem sobie odpowiedzieć sam. Zajrzałem do „Głównych założeń” WPMiRUWiUKMiGG (piękna nazwa, nie?), które w zeszłym roku otrzymali radni przed przyjęciem tego programu. Było to na VIII sesji RM w końcu kwietnia 2015 r., którą przedstawiłem dość dokładnie na swoim blogu. W szczególności 13 punkt porządku dziennego, czyli właśnie przyjęcie WPMiR…itd., opiewającego na łączną kwotę 39 milionów złotych Ponieważ nigdzie tych materiałów Państwo raczej nie znajdziecie (na przykład na stronie internetowej GWiK nadal widnieje poprzedni WPMiR…itd., obowiązujący wprawdzie do roku 2017, ale zmieniony tym nowym WPMiR…itd. na lata 2015-2020), niniejszym publikuję ten materiał dla ciekawskich.

Główne założenia programu GWiK na lata 2015-2020

I tam w dziale „G. Oczyszczalnie ścieków”, w punkcie 1 siedzi jak byk: „Modernizacja kompostowni osadowych ścieków na OŚ w Goleniowie” o wartości netto 4.500.000 zł (cztery i pół miliona), co ma nastąpić w dziwnym terminie: „2015,2020”. Nie z myślnikiem: 2015-2020, lecz z przecinkiem, jak napisałem. Co u Burmistrza robi data 2019? Przecież WPMiR…itd. Rada od zeszłego roku nie zmieniała, a takiego terminu tam brak?

- No i to jest chyba odpowiedź na moje pytanie – pomyślałem. Skoro WPMiR…itd. mówi, że 4 i pół melona, to przyspieszyć się tego nie da. Przecież ta kasa na kupce nie leży i nie czeka, a miała pochodzić z różnych środków zewnętrznych, do których GWiK o nią dopiero aplikuje albo będzie aplikował. Te „2015,2020” to zapewne jakaś omyłka pisarska. Co ja się zresztą będę zastanawiał? Koniec języka za przewodnika, zapytaj więc Panie Radny przy najbliższej okazji.

Okazja nadarzyła się 14 czerwca, a właściwie pół okazji. Tego dnia odbywało się posiedzenie Komisję Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu, która przecież niewiele z oczyszczalnią ma wspólnego. Jednak korzystając z obecności Zastępcy Burmistrza Henryka Zajko, zgłosiłem temat w wolnych wnioskach, a reszta członków Komisji go podchwyciła. Poprosiłem Henryka Zajko o przygotowanie na dzień następny, 15 czerwca, kiedy odbyć miało się posiedzenie Komisji Gospodarki, Inwestycji i Ochrony Środowiska (więc jak najbardziej merytorycznie „po linii i na bazie”), dokładnej informacji o harmonogramie czasowym i finansowym wydatków objętych tym wyżej wspomnianym tajemniczym „punktem G” z WPMiR…itd. Burmistrz Zajko obiecał to dokładnie przedstawić. Jednocześnie zrugał mnie, że przecież na VIII sesji ta tematyka już była szczegółowo radnym przedstawiana.

Otóż nie, Panie Burmistrzu, nie była. Przeczytałem protokół z sesji od deski do deski (choć i tak go pamiętałem; przecież na blogu opisałem sesję punkt po punkcie, a nieszczęsny punkt 13 wyjątkowo dokładnie). Na sesji wspomniano o modernizacji kompostowni tylko raz. Otóż było to wtedy, gdy radny Czesław Majdak mówił o inwestycjach wynikających z WPMiR…itd. i chciał wyjaśnień na taki temat: „Proszę Państwa, są tutaj pozycje np. tego rodzaju: „Opracowanie dokumentacji projektowo-technicznej dla zadania pn. „Przebudowa kompostowni osadu na czyszczalni ścieków w Goleniowie”. W tym roku [2015] jest to 470.000 zł, a całość zadania 4.500.000 zł. Z tego, co wiem, Panie Burmistrzu, to oczyszczalnia ścieków była realizowana i modernizowana. Pamiętamy te dezodoranty mieszane, a później, że po modernizacji oczyszczalni ścieków wszystko będzie OK.(…)”. Co ja będę zresztą cytował, przeczytajcie sobie sami, Szanowni Czytelnicy, co zawiera protokół z sesji w punkcie 13. Znajdziecie go w BIP-ie Gminy Goleniów na stronie www.goleniow.pl.

Dodam, że ani Czesław Majdak, ani inni radni na sesji nie usłyszeli w tej kwestii żadnych wyjaśnień, dlaczego WPMiR….itd. zakłada modernizowanie za niebagatelne 4,5 mln zł kompostowni w oczyszczalni, która została oddana zaledwie 3 lata wcześniej. Być może Burmistrzowi Zajko zapomniało się zatem, komu i gdzie wyjaśniano te sprawy znacznie dokładniej? Bo mi i radnemu Majdakowi na pewno nie.

Zatem na posiedzeniu KGIiOŚ 15 czerwca miał mi Burmistrz Zajko wszystko nareszcie wyjaśnić. Wprowadziłem ten temat do porządku dziennego w wolnych wnioskach, a reszta członków Komisji z dużym zainteresowaniem wysłuchała złożonych wyjaśnień. Też widocznie byli niedoinformowani. Aha, nie Henryk Zajko informował, lecz przyprowadzony przez niego dyrektor ds. technicznych GWiK Pan Dariusz Kozak. Mówił kompetentnie i na temat, ale przyznam, że jednak liczyłem na jakąś informację pisemną. Zdążyłem sobie trochę zanotować, ale przy moich półsłyszących uszach dotarło do mnie piąte przez dziesiąte. Jeszcze mnie koledzy radni zbesztali, że coś wolno kapuję i ciągle się dopytuję. Reszta członków komisji zrozumiała chyba więcej ode mnie, bo nastąpiła dość burzliwa dyskusja. Po niej zaś radny Andrzej Wojciechowski złożył wniosek, który jednogłośnie został przyjęty. Dotyczył on zobowiązania Burmistrza Gminy do podjęcia działań maksymalnie przyspieszających modernizację kompostowni, bez czekania na rok 2020. Bo na taką datę uściślił Dyrektor Kozak finał wykonania przebudowy.

Nie chciałem jednak pozostać tylko częściowo poinformowany. Po posiedzeniu komisji zwróciłem się z prośbą do Dyrektora Dariusza Kozaka, by odpowiedział pisemnie na moje szczegółowe pytania. W zasadzie obejmowały one tematykę przedstawioną przez niego na posiedzeniu Komisji, choc część dołożyłem od siebie. Niżej zamieszczam zarówno moje pytania, jak i treść uzyskanej odpowiedzi.

Oto o co zapytałem:

1. Czy technologia oczyszczania ścieków komunalnych stosowana w oddanej w roku 2012 oczyszczalni ścieków w Goleniowie zakładała efekt w postaci braku uciążliwości odorów dla mieszkańców miasta?

2. Jaki procent osadów ściekowych jest obecnie poddany przeróbce na kompost, a jaki procent składuje się na poletkach osadowych?

3. Ile (procentowo) ze składowanych na poletkach osadów podlega dalszej przeróbce na kompost, a ile (procentowo) wywozi się poza teren miasta?

4. Czy stosowana obecnie technologia oczyszczania zakładała docelowe kompostowanie 100% osadów, a jeśli nie, to jaki %?

5. Czy GWiK ma dziś certyfikat dopuszczający wytwarzany kompost do sprzedaży, w szczególności jako nawóz rolniczy lub ogrodniczy? Jeżeli nie, to czy ma go zamiar uzyskać?

6. Jaki % produkcji kompostu jest sprzedawany (lub inaczej utylizowany), a jaki pozostaje na terenie kompostowni?

7. Jakie działania modernizacyjne zakłada program zadań inwestycyjnych GWiK na lata 2015-2020 w dziale „G. Oczyszczalnia ścieków” w punkcie 1? Jaki ma być ich końcowy efekt i czy przewidziany jest czasowy harmonogram realizacji (wraz z wydatkami w poszczególnych latach)?

8. Czy kompostowanie osadów po dokonaniu modernizacji odbywać się będzie w cyklu hermetycznym, bez dostrzegalnej dla mieszkańców uciążliwości zapachowej?

9. Czy wykonanie planowanych przedsięwzięć modernizacyjnych docelowo zlikwiduje problem uciążliwości odorów dla miasta?

10. Czy poza kompostowaniem lub wywożeniem osadów istnieje jakaś alternatywa rozwiązania problemu powstawania odoru na oczyszczalni i czy jest ona rozważana do zastosowania?

11. Czy wniosek złożony w trakcie posiedzenia Komisji Gospodarki, Inwestycji i Ochrony Środowiska w dniu 15 czerwca o przyspieszenie wykonania zadań modernizacyjnych na oczyszczalni wymaga dokonania zmian w uchwalonym programie na lata 2015-2020 i czy jego realizacja idzie w parze z zamierzeniami Spółki?

12. Czy jakieś pominięte przeze mnie w pytaniach zagadnienia nie wymagają dodatkowych wyjaśnień z Pańskiej strony? Jeśli tak, proszę o rozszerzenie.

A taką dostałem odpowiedź, którą w całości przytaczam:

Dyrektor do spraw technicznych GWiK mgr inż. Dariusz Kozak Zdjęcie: www.teraz-srodowisko.pl

Dyrektor do spraw technicznych GWiK mgr inż. Dariusz Kozak
Zdjęcie: www.teraz-srodowisko.pl

Goleniów, 23 czerwca 2016 r.

Od zakończenia budowy oczyszczalni ścieków w roku 1994 gospodarka osadowa polegała na odprowadzaniu nadmiernych osadów ściekowych do trzech lagun osadowych, ich mechanicznym odwadnianiu za pomocą przewoźnej stacji odwadniania, magazynowaniu na poletkach osadowych (co wiązało się z dużymi uciążliwościami odorowymi) a następnie ich utylizacji najczęściej rolniczo, przyrodniczo lub do rekultywacji składowisk odpadów, jak np. składowisko odpadów komunalnych w Podańsku, składowisko popioło-żużla w Zespole Elektrowni Dolna Odra.

Projekt modernizacji oczyszczalni ścieków został opracowany na zlecenie Gminy Goleniów i uzyskał pozwolenie na budowę w roku 2006. Poddany został ocenie merytorycznej profesora Brochmana. Projekt w kształcie z roku 2006 był podstawą do aplikacji o środki pomocowe z UE w perspektywie 2007-2013. Celem modernizacji było zwiększenie jej wydajności oraz dostosowanie jakości oczyszczania ścieków do obowiązujących przepisów. Projekt swoim zakresem obejmował między innymi rozwiązanie problemu braku jakiejkolwiek przeróbki osadów na oczyszczalni, w tym braku odwadniania osadów i ich stabilizacji i związane z tym problemy odorowe. Autor projektu założył odwadnianie mechaniczne osadów wraz z higienizacją wapnem oraz docelową przeróbką osadów ściekowych za pomocą procesu kompostowania, mającego zapewnić stabilizację osadów. W wyniku realizacji projektu zlikwidowano jeden z największych problemów oczyszczalni, a mianowicie zlikwidowano główne źródło odorów jakim były laguny osadowe. Ograniczono, choć nie w 100%, kolejne źródło, jakim były poletka osadowe. Gromadzono tam przed docelową utylizacją nieustabilizowane i nie zhigienizowane osady ściekowe po odwodnieniu mechanicznym za pomocą przewoźnej stacji odwadniania. Niestety autor projektu nie przewidział, że likwidując problemy odorowe związane z lagunami osadowymi, oczyszczalnia będzie generować odory na kompostowni. Co prawda o innym charakterze zapachowym i w mniejszej skali, ale jednak…

W ramach projektu zaprojektowano nowy węzeł mechanicznego odwadniania osadów wraz z urządzenia do higienizacji wapnem oraz płytę kompostową, która zgodnie z projektem technologicznym miała pozwolić na przeróbkę wszystkich wytwarzanych na oczyszczalni osadów ściekowych. Jak jednak pokazały doświadczenia eksploatacyjne, założenia projektowe nie sprawdziły się. Powierzchnia płyty kompostowej jest wystarczająca dla ilości wytwarzanych osadów, ale tylko czysto teoretycznie i to jedynie przy pełnym jej wykorzystaniu wyłącznie na lokalizację pryzm kompostowych oraz założeniu całorocznego prowadzenia procesu kompostowania. W tym zakładania pryzm w okresie zimowym, co jest niemożliwe. Projekt niestety nie przewidział też konieczności wydzielenia z ogólnej powierzchni płyty kompostowej niezbędnych powierzchni dla:

a) magazynowania komponentów,

b) magazynowania osadów ściekowych przed formowaniem pryzm,

c) garażowania sprzętu wykorzystywanego do kompostowania.

Powierzchnie te, jak pokazały doświadczenia eksploatacyjne, okazały się niezbędne dla prawidłowego prowadzeniu procesu kompostowania, a zwłaszcza produkcji kompostu mającego status produktu, a nie odpadu. Z tego powodu na dziś tylko część produkcji osadów (30-40%) jest poddawana procesowi kompostowania, w wyniku którego otrzymujemy kompost. Dla kompostu GWiK uzyskał  certyfikat  potwierdzający przetworzenie „odpadu”, jakim jest osad ściekowy, na „produkt”, posiadający właściwości nawozowe (tzw. polepszacz gleby).

Pozostałą część osadów, poddaną jednak już stabilizacji tlenowej i higienizacji wapnem, zmuszeni byliśmy magazynować na poletkach osadowych przed docelową ewakuacją osadów poza oczyszczalnię na miejsce utylizacji. W chwili obecnej zgodnie z naszymi deklaracjami zaprzestaliśmy magazynowania na poletkach osadów ściekowych nie przewidzianych do kompostowania. Osady od kilku dni są wywożone na bieżąco poza oczyszczalnię.

Stosowanie nieprzetworzonych osadów ściekowych w rolnictwie, choć ciągle jeszcze formalnie dozwolone (nie wiadomo jednak jak długo jeszcze przepisy unijne będą na to pozwalały), jest ograniczone tylko do upraw roślin nieprzeznaczonych do spożycia przez ludzi, stąd trudności z pozyskaniem tego rodzaju gruntów. Oznacza też całkowitą odpowiedzialność wytwórcy osadów (czyli GWiK) za sposób, dawki i skutki nieprawidłowego zastosowania osadów ściekowych przez rolnika na jego gruntach rolnych. Z kolei utylizacja osadów przez ich wykorzystanie do rekultywacji składowisk odpadów komunalnych czy też innych tego rodzaju miejsc, jak np. kwatery popioło-żużla w Zespole Elektrowni Dolna Odra, jest incydentalna i nie może stanowić docelowego, podstawowego sposobu zagospodarowania osadów ściekowych.

Jako alternatywną, docelową metodę utylizacji osadów wytwarzanych na oczyszczalniach eksploatowanych przez GWiK (głównie Goleniów i Komarowo), rozważaliśmy również ich oddawanie do spalarni osadów ściekowych w Szczecinie. Jednak jak wykazała analiza ekonomiczna, ta opcja jest rozwiązaniem droższym na tą chwilę oraz obarczona jest ryzykiem wzrostu kosztów w przyszłości. Spalarnia będzie miała silniejszą pozycję negocjacyjną niż GWiK, który będzie musiał poddać się on dyktatowi cenowemu z uwagi na brak alternatywnych sposobów zagospodarowania osadów ściekowych.

W związku z powyższym w roku 2014 rozpoczęliśmy poszukiwania metod zwiększenia wydajności kompostowni, w tym skrócenia czasu kompostowania, całkowitego wyeliminowania uciążliwości odorowej oraz skutecznego przetwarzania osadów ściekowych w procesie kompostowania na „produkt” posiadający właściwości nawozowe, a nawet status nawozu organicznego. Ten w sposób legalny i bezpieczny będzie mógł być wprowadzany do środowiska oraz będzie mógł być wprowadzony do sprzedaży, dzięki czemu zostaną obniżone koszty kompostowania. W wyniku rozpoznania rynku ustaliliśmy, że w chwili obecnej istnieją dostępne technologie na rynku polskim (niedostępne w roku 2006, kiedy był opracowywany  projekt modernizacji oczyszczalni), których zastosowanie pozwala osiągnąć zwiększenie wydajności kompostowni, wyeliminowanie uciążliwości odorowej oraz skuteczne przetwarzanie osadów ściekowych w procesie kompostowania na „produkt” posiadający właściwości nawozowe.

Jedną z takich technologii, którą zamierzamy zastosować w ramach planowanej modernizacji kompostowni, jest tzw. technologia membranowa. Proces kompostowania prowadzony jest niej w specjalnych betonowych boksach przykrytych półprzepuszczalnymi membranami, w których wsad jest napowietrzany za pomocą wentylatorów, a redukcja odorów odbywa się w czasie samego procesu kompostowania, dzięki wykorzystaniu półprzepuszczalnych membran, bez konieczności dodatkowego oczyszczania powietrza w urządzeniach typu biofiltr.

W związku z pojawieniem się możliwości uzyskania dofinansowania ze środków pomocowych UE z perspektywy finansowej na lata 2014-2020, podjęta została decyzja o wprowadzeniu tego zadania do Wieloletniego Planu Modernizacji i Rozwoju odpowiednio na lata 2015 – dokumentacja i 2020 – realizacja, na co uzyskaliśmy zgodę Rady Miejskiej.

Moim zdaniem realne możliwości przyśpieszenia modernizacji kompostowni zależą od uzyskania dofinansowania ze środków pomocowych. Oczywiście zmiana terminu modernizacji kompostowni wymagać będzie zgody Rady Miejskiej w postaci zatwierdzenia zmian w WPMiR.

Niezależnie od docelowego rozwiązania w postaci modernizacji kompostowni w roku 2020 lub szybciej, o ile się da (choć z uwagi na sam proces uzyskania dofinansowania, a później  inwestycyjny, realnie możemy moim zdaniem mówić najwcześniej o zakończeniu modernizacji w roku 2018), na dziś usilnie poszukujemy rozwiązań dla prowadzenia procesu kompostowania w taki sposób, aby zminimalizować powstawanie odorów. Niestety jak pokazują doświadczenia z innych oczyszczalni, zapachy złowonne są związane z tym procesem. Jedyną skuteczną obecnie w 100% alternatywą jest zaprzestanie kompostowania i wywóz osadów poza oczyszczalnię. Oczywiście to nie oznacza, że oczyszczalnia nie będzie odczuwalna przez mieszkańców z powodu swej lokalizacji w ogóle.

W załączeniu nasz certyfikat dla wytwarzanego na kompostowni „środka poprawiającego właściwości gleby” ( w skrócie „polepszacza gleby”).

Certyfikat dla kompostu

Myślę, że nareszcie wiele z wątków poruszonych przeze mnie w zadanych pytaniach zostało poważnie potraktowanych. Spróbuję podsumować, co zrozumiałem z udzielonych odpowiedzi na poszczególne kwestie. Może ktoś coś do moich wniosków zechce dodać?

Ad. 1) Nie, technologia zastosowana w Goleniowie dla oczyszczalni wcale nie zakładała efektu w postaci likwidacji odorów. Kto tak mówił, ściemniał albo wcale się na tym nie znał.

Ad. 2) Kompostuje się ok. 30-40% osadów. Reszta spoczywa na poletkach, a później jest wywożona w jakieś inne miejsca.

Ad. 3) Wszystko z poletek wyjeżdża z Goleniowa, a nic nie podlega kompostowaniu. Zatem 60-70% osadów nie podlega faktycznej docelowej utylizacji. Jest to dalej odpad, choć częściowi przerobiony.

Ad. 4) Tak, projektant zakładał 100%. Jednocześnie jego założenia w praktyce się nie sprawdziły, i to bardzo mocno – o 60-70%.

Ad. 5) Certyfikat jest, ale na polepszacz gleby, nie na nawóz. Nie wiadomo, czy GWiK będzie dalej się starał o pozyskanie certyfikatu na pełnowartościowy nawóz rolniczy lub ogrodniczy. Nie jest też jasne, co było ku temu przeszkodą. Dzisiejszy produkt (polepszacz gleby) jest dla GWiK niewygodny i woleliby go nie wytwarzać wcale.

Ad. 6) Brak jasnej odpowiedzi, ale chyba raczej znikomy. „Gazeta Goleniowska” z 20 maja informowała o podjęciu sprzedaży od tego roku, lecz żadnych konkretnych danych nie podała. Produkt ten ma niejasną przyszłość i nie wiadomo, czy wkrótce nie stanie się bezużyteczny. Co innego nawóz, ale tego w Goleniowie na razie nie ma.

Przykład urządzenia kompostowni w technologii membranowej  Grafika: equipo.com.pl

Przykład urządzenia kompostowni w technologii membranowej
Grafika: equipo.com.pl

Ad. 7) Technologia membranowa ma uszczelnić proces kompostowania. Ale dotyczy ona tylko 30-40% osadów, bo reszta się na kompostowni i tak nie mieści. A gdyby dotyczyła 100%, to być może całkiem niepotrzebnie – przecież nie wiemy, czy będą klienci na kompost. Ile kosztować ma ta technologia? Odpowiedzi brak; przecież w kwocie 4,5 mln zł siedzi też powiększenie i przebudowa samej płyty kompostowej. Wszelkie szczegóły są na razie nieznane, skoro GWiK dopiero poszukuje źródeł dofinansowania zewnętrznego. A gdzie aplikowanie, projektowanie, realizacja, wdrażanie…?

Ad. 8) Gdyby stało się skutecznie wszystko, co zakłada pkt. 7) – to chyba tak. Przynajmniej tak sugeruje odpowiedź Dyrektora Kozaka. Ale ja głowy bym nie zaryzykował.

Ad. 9) Nie, śmierdzieć będzie dalej. To na końcu Dyrektor zapowiada. Musieliby zaprzestać kompostowania, które zawsze daje odór. Nie mogą, o czym mówił Burmistrz Krupowicz – bo ryzykują utratę dofinansowania unijnego. A nawet i to nie musiałoby zakończyć definitywnie smrodu z oczyszczalni.

Ad. 10) Alternatywa jest – spalanie osadów w spalarni. Ale to też dość niewygodny dla GWiK sposób, przy czym grozi kumulowaniem kosztów. To nie nam będą płacić za kompost, a my będziemy płacić za spalanie!

Ad. 11) Pewnie ten wniosek nic nie zmieni, skoro wszystko zależy od znalezienia odpowiednich źródeł dofinansowania. Gdyby były dotąd dostępne, przecież by je już znaleziono! Czyli sprawa polega na czekaniu, którego okres w małym stopniu zależy od naszej woli. To, że w WPMiR…itd. zapisano 4,5 mln zł, to tylko chciejstwo. Jak te pieniądze się pojawią, dopiero będzie można konkretnie działać. Czekajcie zatem mieszkańcy i trzymajcie kciuki. Oby nam się do tego czasu Unia nie rozpadła…

Co do pytania nr 12, życie samo coś dołożyło. Otóż w ostatnim numerze „Gazety Goleniowskiej” z dnia 24 czerwca ukazał się wywiad z Prezesem Januszem Dawidziakiem. Potwierdził on prawie w całości informacje, które przekazał mi Dyrektor Dariusz Kozak. Niektóre wątki zostały rozwinięte. W szczególności kwestia pochodzenia środków zewnętrznych. Prezes wspomina o współpracy z Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym w zakresie pozyskania docelowej technologii kompostowania, mówi też o przygotowywanym wniosku GWiK „w ramach większego projektu” (bez szczegółów, konkretów czasowych i finansowych). Już nie ma optymistycznych zapowiedzi likwidacji odorów z goleniowskiej oczyszczalni – jest ostrożność i unikanie konkretów. Nie dziwię się Prezesowi, pewnie mu poprzednie szumne zapowiedzi niejeden ostatnio wypominał.

Jednego wątku jednak całkiem nie rozumiem. Otóż Prezes Dawidziak mówiąc o współpracy z naukowcami podał między innymi takie informacje: „Przystąpiliśmy do międzynarodowego projektu Interreg Południowy Bałtyk, z którego chcemy uzyskać dofinansowanie do zhermetyzowania tego obiektu [kompostowni], który mamy w tej chwili oraz odsysanie i unieszkodliwianie odorów przy wykorzystaniu – zamiast biofiltrów – metody opracowanej przez naukowców z ZUT z wykorzystaniem jonizatorów powietrza. To będzie kosztowało ok. 100 tys. zł.” Jak się to ma do kwoty 4,5 mln zł, zapisanej w WPMiR…itd.? Przecież gdyby dziś zamontować na obecnej kompostowni te jonizatory za groszowe 100 tys. zł, to na co ma iść reszta środków? Na przebudowę płyty kompostowej? Po co, skoro GWiK wcale nie jest na rękę produkcja tak uciążliwego produktu jak obecny kompost? To lepiej nie szukać wcale 4,4 mln zł w unijnych funduszach, nie zmarnować ich na niepotrzebne przebudowy niepotrzebnej kompostowni, a 100 tys. na jonizatory pożyczyć w banku, jak normalny inwestor szukający drobnych na pilną potrzebę…

W ostateczności zawsze przecież można zwrócić się o pożyczkę do Burmistrza Krupowicza. Dysponuje on po zmianach budżetu kwotą grubo ponad 600.000 zł przeznaczonych na pożyczki dla organizacji pozarządowych. Chyba wybaczyliby mu radni, gdyby pożyczył stówę na tak zbożny cel dla GWiK? Pewnie znacznie chętniej, niż pożyczkę 40.000 zł dla motocyklistów na koncert „Behemotha”!

I co, Panie Burmistrzu Henryku Zajko? Naprawdę już o tym kiedyś rozmawialiśmy? Dobrotliwa władza dbająca o komfort życia zaopiekowanych przez nią mieszkańców naprawdę im to wszystko jasno powiedziała? Moim największym zawodem i kolejną gorzką życiową nauczką jest, że jak dotąd już dwukrotnie dałem się nabrać na obietnice zlikwidowania smrodu z oczyszczalni. Miało najpierw nie śmierdzieć od roku 1994, później od roku 2012. Cóż, w dobrym towarzystwie dałem się oszukać, bo wierzyli w to zarówno goleniowianie, jak i kolejne władze, za każdym razem załatwiające sprawę „docelowo” i „na wieki wieków”, amen.

Mam jeszcze na koniec całkowicie darmową radę dla Prezesa Dawidziaka co do tego kompostu, czyli polepszacza gleby. Prezesie, nie szukaj Pan klientów na jego zakup. Rozdaj go Pan za darmo każdemu, kto przyjedzie na oczyszczalnię własnym środkiem transportu, choćby z taczką i z własną szufelką, żeby wpakować własnoręcznie do swoich prywatnych worków. Zaoszczędzi Pan na kosztach składowania, pakowania, marketingu, handlowych i wszelkich innych. A na zwolnionej ze składowania zbędnego na dziś niechodliwego produktu płycie kompostowej posadźcie tawuły, ligustry i lilaki. Zasłonią skutecznie brak kompostu, gdyby przyjechali kiedyś unijni kontrolerzy sprawdzać, czy w oczyszczalni się go wytwarza. Mieliśmy go produkować przecież przez pomyłkę projektanta oczyszczalni, który jak się okazuje nie przewidział różnych związanych z tym uciążliwości. Umowę z odbiorcą osadów podpisano w ostatnich dniach (tak mówi Prezes w wywiadzie) – czyli to już nie będzie nasz problem.

 

Belfer pouczony, czyli czemu warto robić błędy ortograficzne

02 maj
Belfer w akcji Rysunek: www.wmfp.pl

Belfer w akcji
Rysunek: www.wmfp.pl

W środę 27 kwietnia, w trakcie XIX sesji Rady Miejskiej, jakoś tak całkiem mimochodem, Wasz sprawozdawca nauczył się czegoś. Jak zwykle w sposób najpowszechniej w przyrodzie występujący, na błędach. Wyrywam tę anegdotkę spośród wielu interesujących kwestii, które na tej sesji były poruszane, gdyż ma ona lżejszy kaliber niż te inne sprawy. O nich napiszę  następnym razem, za kilka dni. Cóż zatem się stało, jakie to błędy popełniłem i czego się na nich nauczyłem? Było tak…

Najpierw Wasz sprawozdawca zabrał głos w punkcie 3 porządku dziennego, czyli „Przyjęcie protokołu z posiedzenia XVIII sesji Rady Miejskiej odbytej w dniu 30 marca 2016 r.” Stwierdziłem, że poza jedną uwagą ortograficzną, które robią się już, niestety, nieco tradycyjne, nic do poprzedniego protokołu istotnego nie mam: – Instruktaż” pisze się przez „ż” – dokładnie tyle powiedziałem. Następnie od razu spytałem Przewodniczącego Rady, Łukasza Mitułę, czy w tym punkcie porządku mogę zgłosić uwagę odnośnie poprzedniego protokołu, z sesji XVII, który zatwierdzono 30 marca. Pozwolił mi, więc wyjaśniłem, o co mi chodzi.

Otóż na poprzedniej sesji w tym punkcie odbyła się polemika między Przewodniczącym Mitułą a radnym Czesławem Majdakiem, który nie zgadzał się z treścią protokołu z sesji XVII z 24 lutego. Jego zastrzeżenia nie dotyczyły słów, które można byłoby sprostować prostym zapisem, lecz opisu działań, jakie nastąpiły w punktach odnośnie przyjęcia taryf za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków. Po zawiłej dyskusji ze współudziałem radcy prawnego radny Majdak stwierdził wtedy, że złoży do protokołu zdanie odrębne. Po sesji pismo kolegi Czesława rzeczywiście wpłynęło, możecie je sobie sami przeczytać.

Zdanie odrębne radnego Czesława Majdaka do protokołu z XVII sesji RM

Zostało radnym przekazane w pakiecie kilkudziesięciu pism skierowanych do Rady między sesjami. Ja natomiast zauważyłem, że w treści protokołu z XVII sesji wciąż nie widnieje na ten temat żadna wzmianka. Jak więc ktoś może wiedzieć o tym zdaniu odrębnym, jeżeli protokół go nie zawiera?

Tu dodam poza nawiasem, że tak zwane „zdania odrębne” nie są w protokołach z obrad ciał kolegialnych żadną nowością czy dziwnym wymysłem. Pozwalają w cywilizowany sposób uwidocznić, że ktoś się z jakimiś stwierdzeniami nie zgadza, a mimo to może podpisać (czy zagłosować) cały protokół, którego innych części nie kwestionuje. Zdania odrębne powinny mieć odzwierciedlenie w treści protokołów, choć praktykowane są różne sposoby zapisywania takich zdarzeń. Niektóre protokoły zawierają zdania odrębne po punktach, przy których nastąpiła kontrowersja, inne mają o tym uwagi na końcu, inne traktują je jako załączniki (wtedy wspomniane w treści protokołu i wymienione na liście załączników). Dziś często, z uwagi na publikację protokołów poprzez Internet, obserwuje się praktykę zamieszczania zdania odrębnego w tym samym folderze, w którym znalazł się protokół, z wyraźnym zaznaczeniem w tytule pliku, że chodzi o zdanie odrębne do konkretnego protokołu. Żadnej z tych praktyk jednak w tym przypadku nie zastosowano.

Dość dziwnie zachował się Pan Przewodniczący po tym moim głosie. Zapytał o coś po cichu siedzącego obok kierownika Biura Rady Miejskiej, a kiedy ten pokiwał głową potakująco, do mikrofonu powiedział coś takiego: „To jest ujęte w protokole”. Nie chciałem ciągnąć tematu w nieskończoność, więc dałem sobie spokój. – A może w naszej Radzie znaleziono jeszcze inny sposób włączenia zdania odrębnego do protokołu? – pomyślałem z podziwem. – Gapowaty jesteś Zygmański, to nie znalazłeś – dodałem sobie w myślach.

Jeśli jesteście Państwo bardziej spostrzegawczy ode mnie, pomóżcie, błagam. Bo ja jednak (mimo kilku prób prowadzonych do chwili obecnej włącznie) tego zdania odrębnego kolegi Czesława w protokole z XVII sesji Rady Miejskiej z dnia 24 lutego nie odszukałem. Dla znalazcy funduję nagrodę rzeczową.

Nie pouczaj mistrza Zdjęcie: www.memy.pl

Nie pouczaj mistrza
Zdjęcie: www.memy.pl

I co, tyle anegdoty? A gdzie obiecana nauka na błędach? Już, momencik. Otóż w przedostatnim punkcie sesji, czyli „Informacje o działalności między sesjami Przewodniczącego Rady”, pan Mituła zwrócił się bezpośrednio do mnie z dość długą przemową, którą niniejszym streszczam. Otóż miał do mnie pretensje, że zgłaszam swoje ortograficzne uwagi pod adresem protokołów z sesji. Brzmi to jego zdaniem jak popisy, które w żaden sposób nie są konstruktywne, a popularności u wyborców raczej radnemu nie przysparzają. Przecież pisanie protokołów proste nie jest, samo ich odsłuchanie bywa skomplikowane. Zapisanie wszystkiego wymaga dużo czasu i uwagi. A radny Zygmański, jakby tego nie zauważając, krytykuje publicznie pracę pań z Biura Rady Miejskiej prowadzących protokół, co jest dla nich przede wszystkim nieprzyjemne. Ponadto w tym konkretnym przypadku radny Zygmański pozwolił sobie na złośliwe krytykowanie nie mając racji. Otóż jak przy współudziale Pana Przewodniczącego sprawdzono, wyraz „instruktaż” można zapisać zgodnie z regułami języka polskiego na dwa sposoby, czyli także jako „instruktarz”. Wtedy ma on znaczenie „regulamin”, a radny Zygmański w takim właśnie sensie mówił na sesji. I jeszcze pan Przewodniczący zaapelował do radnego Zygmańskiego, żeby po pierwsze przed przystąpieniem do krytykowania skorzystał ze słownika języka polskiego, a ponadto jeśli już coś tam znajdzie, niech takie uwagi zgłasza dyskretniej, poza sesją, najlepiej wprost do osoby prowadzącej protokół.

Pan Przewodniczący mówił głosem spokojnym, opanowanym, z miną pewną, tonem spokojnym i bez agresji. Nie używał słów napastliwych, raczej zwracał się jak cierpliwy rodzic do rozgrymaszonego dziecka, któremu trzeba objaśnić sprawy oczywiste. Dziecka bić nie wolno, trzeba je wychowywać. Tak też zadziałał pan Mituła.

Dobrze, że mówił tak długo, bo w ten sposób miałem więcej czasu na zastanowienie się i powstrzymanie nerwów. Wiecie sami, jak nas niesie do bitki, kiedy poddamy się emocjom. Najpierw ręka sama podskoczyła mi w stronę przycisku „ad vocem”, żeby złożyć wyjaśnienia i dać odpór niecnej napaści. Jednak z tokiem słów kolegi Przewodniczącego wróciła mi zdolność myślenia i przyszła prosta refleksja: – Odpuść radny Zygmański, gość ma rację.

Przede wszystkim nie chciałeś się panie radny czepiać trudnej roboty pań w BRM, a tak mogłoby to zostać odebrane przez obecnych na sesji. Dowód masz, tak to przecież zrozumiał pan Przewodniczący. A to nie tak, że nasze protokoły roją się od błędów ortograficznych. Jak na zazwyczaj długie teksty zdarzają się one wyjątkowo, sporadycznie. Wyraźnie widać, że panie protokolantki starają się bardzo sprostać krasomówstwu radnych. To po co się, belfrze jeden, czepiasz? Prawda, poprawki ortograficzne mogłem zgłosić poza sesją, wprost do autorek protokołu. Zapewne wtedy można było spokojnie uzgodnić, co mówiący miał na myśli. Pewnie dałoby się też wtedy zerknąć do słownika i przeanalizować jego wyjaśnienia. I w ten prosty sposób uniknąłbym wrodzonego obrzydzenia dla głosowania nad protokołem posiadającym jakiekolwiek usterki ortograficzne. Czyli rację ma pan Przewodniczący, zabieraj łapę z „ad vocem” i nie zawracaj głowy zmęczonym na końcu sesji kolegom.

Zdusiłem w sobie uwagi, że mi może jest też nieprzyjemnie wysłuchiwać publicznej reprymendy pana Mituły, na co dzień stosującego wobec mnie stałą zasadę zimnego wychowu i zachowującego się niezbyt elegancko. Przecież nie popieram stosowania takich metod. Jasne, mógłby skorzystać z własnej rady i powiedzieć mi to wszystko poza sesją. Bo przyganiał kocioł garnkowi… Jednak osoby z tak twardą tylną częścią ciała, jak moja, dużo silniejsze kuksańce do płaczu nie zmuszą. Nawet kąśliwe uwagi o działaniu jakoby „pod publikę”, dla poklasku wśród wyborców, puszczam mimo uszu jako zupełnie nielogiczne. Od kiedy to bowiem upierdliwiec, czepiający się błędów ortograficznych, mógłby liczyć na wzrost popularności wśród rodaków? Wolne żarty… Nie pierwszy to raz pan Przewodniczący raczy przypisywać mi jakieś intencje, zamiast twardo trzymać się faktów.

Tak piszą w słownik u o instruktażu Skan: Ireneusz Zygmański

Tak piszą w słownik u o instruktażu
Skan: Ireneusz Zygmański

Nie ma także znaczenia, że nadal twierdzę, iż z tym „instruktażem” mam jednak rację. Jak mogło powstać u Przewodniczącego wrażenie, że „radny nie sprawdził w słowniku”, nie wiem. Po prostu automatycznie wszystkie wątpliwości ortograficzne ZAWSZE sprawdzam w słowniku. Tym razem skorzystałem z „Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny” PWN z roku 2011, który słowo „instruktarz” wymienia w znaczeniu podanym przez pana Mitułę z wyraźną uwagą „przestarz.”. Tym skrótem (od słowa „przestarzałe”) oznacza się tam słowa dziś już nie używane, zabytki języka, wyrazy archaiczne. Czyli tak można było napisać w XIX wieku, a nie obecnie, w wieku XXI. Po sesji sprawdziłem jeszcze kilka innych słowników – rezultat ten sam. Znów sam sobie jestem winien. Trzeba było powiedzieć „regulamin” albo „instrukcja”, i wszystko byłoby jasne. Jak w klasycznym skeczu „Sęk” – staropolszczyzny mi się zachciało!

Ucz się, radny Zygmański, choćby od diabła. Dziękuję zatem, panie Łukaszu, za udzielony instruktaż, skorzystałem niezwłocznie. Przede wszystkim kupiłem kwiatki i poszedłem do Biura Rady. Grzecznie przeprosiłem autorkę protokołu za spowodowanie zupełnie niezamierzonych nieprzyjemności, usprawiedliwiłem swoje zachowanie belferskimi przyzwyczajeniami związanymi z wykonywanym na co dzień zawodem nauczyciela, obiecałem poprawę i bezproblemowe zachowanie w przyszłości. Myślę, że moje przeprosiny zostały przyjęte, na dowód czego objęliśmy się na koniec i wycałowaliśmy serdecznie.

Przyznaję, ta historyjka jest dla mnie ważna. O swojej ortograficznej nadwrażliwości wiem od dawna, chciałbym więc tą drogą pokazać jej skutki. Jest to cecha mojego charakteru przysparzająca kłopotów co niemiara, choć z drugiej strony także czasem przydatna. Wiem, jak trudny jest nasz język ojczysty, jak niełatwo się nim posługiwać, lecz ciężko mi się powstrzymać z wyjęciem czerwonego długopisu, gdy widzę rażący błąd. Skądinąd nigdy nie miałem osobiście pretensji do nikogo, gdy mnie kiedykolwiek poprawił. Bo parę razy zdarzyło mi się nieźle ortograficznie nabruździć. W formie gratisu podam Czytelnikom kilka prawdziwych przykładów i co z nich wyniknęło.

Rok 1975. Jako uczeń 8 klasy SP 2 w Goleniowie i świeżo upieczony laureat 3. miejsca w powiatowej olimpiadzie języka polskiego mam zaszczyt uczestniczyć w drużynie reprezentującej Goleniów w finale wojewódzkim. W pierwszej części pisało się wypracowanie na zadany temat, a uzyskujący powyżej 30 punktów przechodzili do części ustnej. Ja dostałem 29,5 punktu i nie wszedłem do tego etapu. Zrobiłem błąd w wyrazie „sierpień” (napisałem „śerpień”, co poprzedził kilkuminutowy namysł i wahanie, bo coś mi się tak zapisany wyraz od razu nie podobał, wygrało jednak przekonanie, że „przecież tak się mówi”), co kosztowało 3 punkty i zaważyło o moim odpadnięciu. Podobno komisja nawet długo dyskutowała, czy mi tego 0,5 pkt. gdzieś nie doliczyć, lecz słusznie trzymano się regulaminu. Skutek: wystarczyło tego błędu nie zrobić, a nasza drużyna wygrałaby finał wojewódzki. Do części ustnej weszło po jednym zawodniku z każdego powiatu; gdyby z Goleniowa obok koleżanki Brygidy (pozdrowienia dla pani doktor!) asystowała moja skromna obecność, mielibyśmy jako drużyna w sposób automatyczny największą ilość punktów. Kurczę, uciekło nam miejsce w historii! Pani Grzywacka, opiekunka zespołu, jeszcze wiele lat pytała mnie na ulicy, czy pamiętam jak pisze się „sierpień”? Oj, pamiętam i zawsze będę pamiętał. O olimpiadzie z 1975 roku już nikt nie pamięta, a „sierpień” pozostał.

Trochę później, już w „ogólniaku”, założyłem się z koleżanką (Dorotka, pozdrawiam i nie bądź już na mnie zła) o lody. Nie ukrywam, że ważniejszy był prestiż, bo tej rywalizacji parę osób kibicowało. Stawiać lody miał ten, kto pierwszy popełni 10 błędów, tym razem w mówieniu, więc raczej gramatycznych. Walczyliśmy coś już tydzień i wynik był 8:4 na moją korzyść. Już byłem w ogródku, już prawie lizałem te lody, kiedy jednego popołudnia… bum, w pół godziny 6 razy z rzędu powiedziałem „poszłem”. Oj, wiedziałem, że ma być „poszedłem”, ale wokół panoszył się ten nieznośny błąd, więc mimowolnie nasiąknąłem niepoprawnością. Skutek: przegrane lody (i to z babą!), zawalony autorytet u kolegów (co, ty z klasy „b” ośmieliłeś się przegrać – i to z babą! – z klasy „a”?). Od tego czasu już nigdy nie powiedziałem, że gdzieś „poszłem”. Jak przydałaby się podobna porażka wszystkim, którzy nadal nie wiedzą, że „poszedłem”…

Też w ogólniaku, na lekcji polskiego. Nasz nauczyciel (Tadeusz, pozdrowionka) miał zwyczaj szczegółowo omawiać poczynione przez nas na klasówkach błędy. Przy jednym dostałem ataku niepowstrzymanego śmiechu. Otóż koleżanka Gośka (Gosia, spoko, nie rozpoznają – mieliśmy przecież w klasie dwie Gośki) napisała kiedyś „zagatka”. Musiałem sobie chyba wyobrazić te „gatki”, za którymi coś tam miało być. Skutek: kiedy po wielu latach spotkaliśmy się, ja oczywiście „zagatki” już nie pamiętałem. Gosia pamiętała, co gorsza, nie mogła mi tego śmiechu nadal wybaczyć. Ale już nigdy tego błędu (jak przyznała) nie zrobiła.

Rok 1999. Pracuję jako Sekretarz Gminy, odpowiadam za różne rzeczy. Właśnie oddano do użytku nowy budynek Urzędu Gminy i Miasta. Burmistrz powierza mi zorganizowanie i skoordynowanie przeprowadzki. W jeden grudniowy weekend, praktycznie bezkosztowo i bez widocznych dolegliwości dla klientów, przy wielkim zaangażowaniu wszystkich urzędników (Mirek, pamiętasz swojego „żuka”, którym obróciliśmy w sobotę i niedzielę parę kursów?) przenieśliśmy całe wyposażenie, dokumenty i zainstalowaliśmy na nowym miejscu. Udało się zrobić wszystko, łącznie z wyprzedażą niepotrzebnych sprzętów w starym budynku na ul. Dworcowej, zmontowaniem równocześnie dostarczonych nowych mebli, skręceniem na śruby wszystkich nowych regałów w archiwum (to było w niedzielę w nocy, pamiętacie chłopaki ze Straży Miejskiej?), założeniem wszystkich do dziś służących tablic informacyjnych. No, ogrom przygotowań i wielka akcja logistyczna. Na pierwszej sesji Rady Miejskiej w nowej pięknej sali konferencyjnej (Jurek, pamiętasz jak z powodu awarii elektryczności najpierw włączyły się światła awaryjne, a za parę minut zapadły egipskie ciemności?) w charakterze pochwały posłużyła interpelacja jednego z radnych (ówczesnego upierdliwca, w którego roli ja obecnie występuję) na temat tablicy informacyjnej w holu. Jak byk widniało na niej „województwo zachodnio-pomorskie”, zaś powinno być oczywiście „zachodniopomorskie”. Oj najadłem się wstydu, i słusznie. Ktoś przecież powinien tego dopilnować. Skutek: tego samego dnia z tablicy osobiście zdjąłem kreseczkę. Błąd zniknął, mieszkańcy znają prawidłową nazwę swojego województwa, bo czysta kultura ortograficzna płynie do interesantów naszego Urzędu z tablicy informacyjnej. Tak powinno być.

Rok 2013. Piszę regularnie felietony w „Moim zdaniem” w „Gazecie Goleniowskiej”. Pewnego razu kończę nie jak zwykle w środę o 6.00 rano, co dawało jeszcze zawsze możliwość dokonania korekty przez obowiązkowo pierwszego czytelnika, czyli moją własną żonę, lecz później. Oczy zapuchnięte, nie mam już siły patrzeć w ekran. Muszę tekst wysłać na gwałt do redakcji, bo już poganiają, bez korekty. Wysyłam, idę na dwie godziny spać. Wieczorem siadam i czytam jeszcze raz chłodnym i wypoczętym okiem, a tam nazwa naszego kraju napisana tak: „polska”. Małą literą! Tekst w drukarni, na zmianę za późno, klęska. Przecież nigdy sobie tego nie wybaczę! W piątek kupuję gazetę, otwieram jak skazaniec, a tam… „Polska”! Kochana „Gazeta”, ktoś moje wypociny przed drukiem przeczytał i litościwie poprawił babola. Czy to pani, pani Tereso? Na wszelki wypadek z wdzięczności całuję po rękach. Skutek: już nigdy więcej nie puszczam niczego do druku bez akceptacji żony.

Takich anegdotek mógłbym jeszcze przytoczyć tuziny. O dystynkcjach „wyhawtowanych” na mundurach z regulaminu Straży Miejskiej, o pułapkach zastawianych notorycznie przez kolegów Józka czy Leszka. Co ja się im wszystkim namarudziłem, oj! Po pewnym czasie (oczywiście po przeminięciu pierwszego gniewu i ostudzeniu główek) zwykle mi dziękowano. Kończyło się zaś na tym, że musiałem robić korekty dziesiątek tekstów, które nic z moją pracą nie miały wspólnego. Znosili je ludzie z całego Urzędu, bo podobno za sprawdzanie tekstów odpowiadał… Sekretarz. Co czyniłem z wrodzoną belferską zawziętością, zaspokajając swoją ortograficzno-gramatyczną manię.

Moja wstrętna przypadłość zaczęła się chyba od kolegi, z którym siedziałem przez kilka lat w jednej ławce w podstawówce. Miał do ortografii stosunek zupełnie odwrotny niż ja – nienawidził jej szczerze. Dziś pewnie ktoś mądry by go zbadał i stwierdził wrodzoną dysleksję, dysortografię czy inne dysy, ale w barbarzyńskich czasach naszych wczesnych podstawówkowych lat mówiono po prostu, że jest śmierdzącym leniem i że nie chce mu się uczyć. Mój kolega zatem kosił całe pęki pał z języka polskiego. Piotrek (bo mu Piotr jest; pozdrawiam cię Piotruś serdecznie) nie tylko nie stosował żadnych pracowicie zapominanych reguł ortografii, ale w lekkim poważaniu miał też interpunkcję, gramatykę i wszystkie podobne głupoty. Za to nie lubił złych stopni, więc wpadł na prosty pomysł. Otóż ja, od początku lepiej z chińszczyzną-polszczyzną obeznany, miałem obowiązek z jego problemami walczyć. Więc na każdym jego wypracowaniu musiałem robić korektę, zasmarowując wszystkie bohomazy i poprawiając błędy. To samo było z klasówkami; najpierw musiałem szybko skończyć swoją, po czym zamienialiśmy się kartkami i długopisami, a ja zabierałem się za poprawę jego byków. Bywało, że nie zdążyłem wszystkiego zrobić, a wtedy pani od polskiego pytała Piotrka ze zdziwieniem: – Jak to z tobą jest? Na pierwszej stronie wypracowania nie zrobiłeś żadnego błędu, a na drugiej masz ponad 40 bykoli? Piotruś się czerwienił i coś tam bąkał pod nosem, a kończyło się ponownie pałą. Skutek: wina była oczywiście moja, bo poprawiałem zbyt wolno, na co Piotrek się nieraz z żalem skarżył

Dziś słyszę od niektórych uczniów, których uczę przecież angielskiego, że więcej dowiadują się na tych lekcjach o własnym języku niż o języku Szekspira. No, nie przesadzajcie. Po prostu wszystkie języki europejskie (za wyjątkiem fińskiego i węgierskiego) mają wspólne korzenie. Trochę polskiego na angielskim na pewno się przyda. Dodam, że jako belfer poprawiam wszystkich uczniów, kiedy jest na to pora, niemal odruchowo i bezmyślnie. Nigdy się na to nie obrażają, ale to przecież lekcje i uczniowie. Poza lekcjami pewnie by mi to tak gładko nie przeszło.

Wybaczcie mi jeszcze raz wszyscy, których pouczam i nauczam, poprawiam i naprawiam, koryguję i wyprowadzam z błędu. Pozwólcie mi to czasem robić, skoro taka moja natura. Nigdy nie czynię tego dla ośmieszenia czyjejś niewiedzy, a tylko tak, jak moja nauczycielska mania mi każe. Z wiarą, że lepiej błąd pokazać, bo na błędach też można się uczyć, skoro aż tak bardzo na nas bolą. I to by było na tyle. Bogusia, możesz mi sprawdzić nowy felieton?

 

Głosuj na mnie, dam ci kubek

08 mar
Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach Fot.: www.1917.net.pl

Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach
Fot.: www.1917.net.pl

Najpierw odniosę się hurtem do komentarzy, jakie pojawiły się dotąd pod ostatnim artykułem. W większości były ciekawe i nieco wątków do artykułu dołożyły. Trochę merytorycznych, ale przede wszystkim…, no, trochę innych. Nareszcie, poza standardowo pozytywnymi, pojawiły się też i negatywne. Będzie jak zwykle u mnie – po kolei.

Najpierw jedyny komentarz „na temat”, odnoszący się do treści mojego artykułu. Kolega Czesław Majdak podał łączną ceny 1m³ wody oraz odprowadzanego 1m³ ścieków, jaką zapłacimy pod rządami nowych taryf. I dobrze, gdyż moja tabelka z artykułu rozbita jest na poszczególne składniki, przez co finalnej ceny można sobie nie uświadamiać. A to prawie 30 zł razem! Komentarz kolegi Czesława podkreśla też ewidentnie nieformalny tryb przyjęcia taryf. Otóż debatowane na sesji 24 lutego projekty uchwał odnośnie taryf nie przeszły wymaganej Statutem Gminy procedury. Wpłynęły dzień przed sesją, stąd nie zapoznała się z nimi żadna stała komisja Rady Miejskiej, tym bardziej nie były przez nie opiniowane. Radni „oglądnęli” wprawdzie nowe wnioski taryfowe na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, ale to nie to samo, co wymaga Statut. Bo Rada nie uchwala wniosków taryfowych, tylko uchwały. Pozwolę sobie zacytować odnośne przepisy Statutu Gminy Goleniów:

§ 33. 1. Projekt uchwały, po złożeniu go przez projektodawcę w Biurze Rady – Przewodniczący Rady przekazuje w ciągu 7 dni do zaopiniowania przez właściwą komisję Rady.

2. Niedostarczenie Przewodniczącemu Rady opinii o projekcie uchwały w terminie 14 dni od daty skierowania jej do komisji oznacza, iż komisja odstąpiła od opiniowania projektu.

3. Przewodniczący Rady kieruje projekt uchwały na sesję, nie później niż 60 dni od daty jego zarejestrowania w Biurze Rady.

§ 34. 1. Projekt uchwały spełniający wymogi formalne może być w nagłych wypadkach przedłożony przez projektodawcę na sesji z pominięciem trybu wymienionego w § 33.

2. Rada decyduje w głosowaniu bezwzględną większością ustawowego składu Rady o jego wprowadzeniu do porządku obrad.”

Komantarze Marka i Maxa przysporzyły mi oczywiście satysfakcji. Cieszę się, gdy Czytelnikom się podoba, dla nich przecież piszę. Jednak Max trochę przesadził, skoro aż dwa razy powiedział prawie to samo. Max, daruj, aż tak łasy na pochwały nie jestem.

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Bardzo się cieszę, że głos zabrał kolega Łukasz Dykowski. Przecież to do działań kolegów z klubu „Porozumienie” mój artykuł się przede wszystkim odnosił, a pan Łukasz klub sobą firmuje. Przy okazji otrzymałem jakiś namacalny dowód, że radni „Porozumienia” moje wpisy czytają. Nigdy od żadnego z nich wcześniej tego nie usłyszałem, nigdy nie odnosili się do ani jednej z licznych spraw przeze mnie poruszanych. Jakbym pisał sobie a muzom. I po prawdzie bałem się już, że tylko grono znajomych i przychylnych osób na tego bloga zaglądało.  Niestety, komentarz pana Dykowskiego w ogóle nie odniósł się do treści mojego wpisu. Wręcz odwrotnie, jakby chciał dyskusję przekierować na zupełnie inny tor. Moim zdaniem ślepy tor.

Odmawiam, panie Łukaszu. Dla mnie sprawy komitetu NGNG są już przeszłością, bardzo bolesną i gorzką życiową nauczką. Nie dam się wciągnąć w te wspomnienia. Niczego konstruktywnego do naszej pracy w Radzie Miejskiej nie wnoszą. Dociekania pełnej prawdy i jej opisanie zostawiłem sobie na okazję, gdybym miał kiedyś dużo zbędnego czasu. Materiał mam, chęci na razie nie. Choć może byłaby to dobra przestroga dla następców, jak nie dać się nabić w butelkę… O nie, uczcie się lepiej, następcy, na własnych błędach.

Co do Karty Goleniowskiej Rodziny, odwraca Pan kota ogonem. Przecież na sesji powiedziałem, że podobał mi się zeszłoroczny projekt. Przeszedł przez dyskusję na komisji merytorycznej, był pozytywnie zaopiniowany. Radni go na życzenie wnioskodawcy (!) zdjęli z porządku dziennego sesji i skierowali do burmistrza do poprawki (przez co uniknął publicznej dyskusji). A ten go już prawie rok cichaczkiem poprawia. Czy mam wyrażać inicjatywę uchwałodawczą wyciągnięcia gotowca z zakurzonej burmistrzowskiej szuflady? Przecież nawet Przewodniczący Mituła, inicjator Karty, burmistrza w tej sprawie nie popędza. To dopiero ja musiałem sprawę Karty przypomnieć na sesji, przez co narażam się u Pana na zarzut krytykanctwa.

Odnośnie krytykowania, podejmowania decyzji i pracowania… Nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Do podejmowania decyzji dostępu nie mam (proszę zapytać siebie i kolegów, czemu?), natomiast ciężko i aktywnie pracuję nad usprawnianiem pracy rzeczywiście podejmujących decyzje. Patrzę im na ręce, czytam i analizuję wszystkie projekty uchwał. Tak ma obowiązek robić każdy z nas, radnych. Chyba trudno robić zarzuty komuś, kto znajduje w projektach dużo błędów czy niedoróbek różnej maści? Uważa Pan, że lepiej pozwalać na ich robienie?

Ostatnia rzecz – nie mam żalu o to, „że nikt nie chce ze mną rozmawiać i dyskutować”. Myli się Pan: wielu ze mną i rozmawia, i dyskutuje. Ignorowanie i obstrukcja pojawiają się najwyżej w kontaktach z dawnymi członkami NGNG. Przypomnę, że w maju zeszłego roku płynąc parę godzin tym samym kajakiem, jakoś sobie o żadnych ważnych sprawach nie pogadaliśmy. Moja pretensja dotyczy natomiast takiego modelu działania, w którym do każdego równania z dowolną niewiadomą Wasze ugrupowanie pod daną „Rada Miejska” podstawia „klub „Porozumienie”. O tym piszę w swoim artykule, a Pan to omija szerokim łukiem. Nie wierzę, że Pan tego nie zrozumiał.

Komentator Adam Zygmański odpowiedział Łukaszowi Dykowskiemu z własnej inicjatywy, jak zwykle bez mojej inspiracji. Też ominął cały mój artykuł, widocznie woda i ścieki to nie jego hobby. Woli chwycić konkretne wypowiedzi i się z nimi rozprawić. Jest to polemista zawzięty i trudny do przebicia, bo wali prosto z mostu co mu w zwojach mózgowych krąży. Dosadniej niż ja, gdyż jako komentującemu więcej mu wolno. Ale co do jakości tłumaczenia wypowiedzi Łukasza Dykowskiego na uproszczony polski obiekcji nie mam. Nie dziwię mu się, że nie chciał czytać między wierszami komentarza pana Łukasza – ja też bym nie umiał.

Mea culpa, nadużyłem zaufania komentatorki „m”, która chciała pisać tylko do mojej prywatnej wiadomości. Miałem przeczytać i wpis skasować. Zdecydowałem się jednak ten komentarz ujawnić, bo jej cytat z wypowiedzi Przewodniczącego Mituły był godny przypomnienia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Na wszelki wypadek przepraszam „m” stokrotnie. Mam nadzieję, że mnie zrozumie i w swojej wielkoduszności nadużycie zaufania wybaczy, z wrodzonym sobie poczuciem humoru. „M”, całuję w stóp spód.

Na zaczepkę komentatora „obser” odpowiedział zarówno Adam Zygmański (potwierdzam, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mógłbym sobie u niego taki wpis obstalować; nigdy go o to nie prosiłem), jak i później komentator „po”. Dzięki serdeczne. Zwolniło mnie to z konieczności ponownego udowadniania, jak wielką wdzięczność czuję do pana Krupowicza z powodu rozstania się z funkcją sekretarza gminy. Ile to już razy musiałem tłumaczyć, że rozeszliśmy się w zgodzie, i to na moje własne życzenie. On nie miał dla mnie pracy, o czym całkowicie szczerze i po męsku mi powiedział, a ja nie miałem chęci siedzieć jak przykręcony do stołka, udając pracę. Czego by nie powiedzieć, pchnęło to moje życie na nowe tory, więc na pewno nie żałuję. Ani trochę, jak bonie dydy! Jeśli ktoś tego nie rozumie – jego sprawa… Wiem, że zawsze będą niedowierzający, ale cóż na to mogę? Ja naprawdę uważam, że dobra pensja to nie wszystko, żeby żyć szczęśliwie.

By było jasne, nie podobał mi się sposób rozpoczęcia rządów przez pana Krupowicza, deklarującego przecież przed wyborami kontynuację działań poprzedników. No tak, ale styl miał być inny, tak mówił. Widocznie dla tego stylu musiał „rozmontować” w dużym stopniu aparat kierowniczy Urzędu Gminy i Miasta, tworzony przez wiele lat przez poprzedników. Dodam, że ten „demontaż” nie był przeprowadzony w dobrym stylu, choć oczywiście skutecznie. Różne symptomy późniejszych gorszych praktyk widoczne były od samego początku.

Mój negatywny stosunek do Burmistrza Krupowicza, a taki przecież mam, bierze się z zupełnie innych źródeł, niż prywatna niechęć. Po prostu uważam go za niedobrego burmistrza, hamującego szybszy rozwój naszej gminy. Nie wszędzie i nie w każdej sprawie, jasne, ale w wielu istotnych dziedzinach. O tym nie wiedziałem z góry, a dopiero po przyjrzeniu się jego konkretnym działaniom. Nabrałem w pełni takiego przekonania po jakichś dwu latach sprawowania przez niego tej funkcji. Wcześniej życzyłem mu szczerze samych sukcesów, bo jego sukcesy byłyby jednocześnie sukcesami mieszkańców gminy. Nie znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi dyskredytujących obecnego burmistrza. Nie uwierzysz, Szanowny „obser”, ale uparcie i na przekór wciąż życzę burmistrzowi samych dobrych pomysłów i ich sprawnej realizacji. Stąd cały mój wysiłek, by zwalczać pomysły niedobre albo nieudolnie wprowadzane w życie.

I tu już kończę komentować komentatorów, a przejdę do donosu. Składam go na ręce pana Burmistrza Krupowicza, czym mam zamiar pomóc zwalczać jeden z jego głównych nieudanych pomysłów. Tym pomysłem jest zaś … Przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Mituła. Boć przecież to pana Burmistrza Krupowicza pomysłem było powierzenie funkcji w ręce tej osoby, prawdaż? Panie Burmistrzu, rób pan coś, bo was ten człowiek do reszty skompromituje.

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Wcale nie chodzi mi o już poprzednio opisane występy sesyjne Łukasza Mituły. Zupełnie przypadkiem doszedł mi do kolekcji następny kwiatek, zgrabnie pasujący do namalowanego wcześniej bukietu. I nie wpadłbym na niego bez pomocy Czytelniczki (chciała skromnie, by jej dane pozostały w ukryciu), korzystającej często z dobrodziejstw Facebooka – po naszemu fejsbuka. Ja sam jestem tak bardzo między dinozaurami, że konta na fejsie nie posiadam (zgroza!) i zaglądam w odmęty tego oceanu rzadko. Przez co mógłbym przeoczyć rewelację, którą zaraz przedstawię.

Wspomnana skromna Czytelniczka otworzyła mi oczy na konto „Łukasz Mituła – radny Rady Miejskiej w Goleniowie”. Pozostałem aż do tej chwili z tymi oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, choć przecierałem je parę razy. Jest to oczywiście prywatne konto bohatera mojego donosu. Nikt mu nie ma zamiaru zabronić je prowadzić i tam siebie reklamować jako znakomitego radnego; ja na pewno nie. Nikt też nie może mu zabraniać wymyślania przezabawnych konkursów, z nagrodami w postaci prywatnych fantów. Zupełnie jednak inaczej się to przedstawia, kiedy prywatne konto propaguje prywatnego radnego w prywatnym konkursie okraszonym… gminnymi fantami.

Zaryzykuję, zadam parę pytań panu Krupowiczowi. A może pan Burmistrz też czasami na mojego bloga zagląda? Albo jacyś życzliwi mu doniosą, że się Zygmański znów dopiernicza? Oto zatem moje pytania. Nie mogę pojąć, panie Burmistrzu, jak Pański pupil pozyskał koszulkę, dwa kubki, dwa scyzoryki i komplet długopisów z emblematami Gminy Goleniów i logiem „Jestem z Goleniowa”, stanowiącymi gadżety promocyjne naszej Gminy? Czy je dostał od kogoś w prezencie, czy je raczej kupił za własne pieniądze? Pomijając sposób wejścia w ich posiadanie, skąd mu mogło wpaść do głowy, że gadżety służące z założenia do promocji walorów tej Gminy, mogą przydać się jemu do prywatnych celów? Czy Pan uważa to za właściwy i stosowny sposób ich użycia? Czy to właśnie po to zostały wymyślone, zaprojektowane, wykonane i zakupione za pieniądze goleniowskich podatników, żeby służyć do reklamowania któregokolwiek radnego? Czy wykorzystanie gadżetów odbyło się za Pańską wiedzą i przyzwoleniem?

Mógłbym pytania mnożyć, ale aż zatyka mnie bezczelność tego pomysłu. Poraża mnie nowatorskie podejście pana Mituły do wspólnej własności wyrażone w idei „Gmina to Ja”. Uważam, że ten niechlubny kontynuator Ludwika XIV kompromituje na potęgę nie tylko siebie, ale także swojego protektora – burmistrza. Nie tylko kompletnie niezgodnym z przeznaczeniem użyciem gminnych gadżetów. Prostacki pomysł konkursu, skierowanego w zamiarze chyba do jakichś idiotów, na pewno nie przysparza chwały ani pomysłodawcy, ani jego politycznym kompanom. „Polub fanpage radnego Mituły, skalkuj post na swoim profilu – a wygrasz gminny gadżet” – łot e bjutifulaśny ajdej, fak! Miałem Pana, Panie Burmistrzu, za osobę inteligentną, o dobrym guście. Czy naprawdę Pan to prostactwo popiera?

 

Nabici w butelkę – czyli zderzenie z czołgiem

28 lut
Nie tylko wodę da się nabić w butelkę Rysunek: bejsment.com

Nie tylko wodę da się nabić w butelkę
Rysunek: bejsment.com

Siedzę przy klawiaturze, pisząc o XVII sesji Rady Miejskiej i już nawet nie płaczę. Początkowo szloch mną targał taki, że nie dawałem rady trafiać w dobre klawisze, a z łez zrobiła się niezła kałuża. A mówią, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze… Nie wierzcie, płacze bezproblemowo, szczególnie po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z innym prawdziwym mężczyzną, jak się okazuje rzeczywistym twardzielem. Ta twarda ściana tytanowych mięśni i umysłu jak siekiera ostrego, o którą się na sesji boleśnie potłukłem, to nasz Szanowny Przewodniczący Łukasz Mituła.

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji
Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Co, nie dowierzacie, że Wódz Wszystkich Radnych mógł mnie jakoś brutalnie potraktować?! Że niemożliwe, kłamię, że to przecież dobroduszny człowiek, który muchy by nawet nie skrzywdził, a co dopiero kolegę (bądź co bądź) radnego? Otóż mógł, bo o ile muchy pewnie szanuje, to z radnymi już inna bajka. Pan Mituła poważa tylko „swoich” radnych, kolegów z klubu „Porozumienie”, ścieląc się podnóżkiem u ich stóp, otaczając troskliwie opiekuńczym ramieniem, chroniąc przed najmniejszą troską. Stanowczo przeciwdziała najbardziej choćby nieśmiałym i niewinnym próbom wyrażania opinii dla swego klubu niepochlebnych, zresztą niepochlebnych tylko w jego mniemaniu. Nie ukrywajmy, Pan Przewodniczący jest „Porozumienia” tak dalece zaangażowanym stronnikiem, że radnych do niego nie należących traktuje standardowo jako „nieporozumienie”. Moja sesyjna przygoda, którą Szanownym Czytelnikom dziś opiszę, będzie -jak sądzę- wystarczająco obrazową ilustracją tych gorzkich słów.

A sam sobie jestem winien, przyznaję. Po pierwsze, bo nie zapisałem się do klubu radnych „Porozumienie”, od początku obecnej kadencji miłościwie nam panującego. Toż przecież zaraz po powstaniu klubu, na drugiej sesji Rady Miejskiej, Pan Przewodniczący łaskawie wszystkim błądzącym (czyli jeszcze w klubie niezrzeszonym) rękę podawał, zapraszając do niezwłocznego dopisania się – sam o tym pisałem. Po drugie, zamiast sobie siedzieć cicho i brać dietę, jak to konstruktywnej opozycji wypada, pyszczę na sesjach i posiedzeniach komisji, wiecznie jakieś pretensje zgłaszam, czepiam się przestrzegania jakichś (tfu!) zasad, ignoruję „ustalenia”, często zresztą mi nieznane, ciągle gdzieś węszę za błędami, wytykam pomyłki, krytykuję, pytam o liczby, fakty i przyczyny, ośmielam się targać godność burmistrzów, przewodniczącego rady, a nawet doradców burmistrza i, Bożeż ty mój, Dyrektora Łukaszewskiego! A najgorsze po trzecie, że jeszcze często mam rację…

Dobra, już kończę się użalać i śpieszę opisać, jak to mnie ten czołg na sesji potrącił. W zasadzie opowieść dotyczy tylko jednego punktu obrad, choć kilka innych było wręcz frapujących. Skoro jednak głos zabierałem przy kilku z nich, już wcześniej przyszło mi przyjąć ogień zaczepny naszego czołgu, dość mało celny zresztą. Na przykład przy punkcie „Projekt uchwały w sprawie zawarcia porozumienia partnerskiego z Województwem Zachodniopomorskim dotyczącego współdziałania w realizacji zadań pn. Zachodniopomorska Karta Rodziny i Zachodniopomorska Karta Seniora”, Przewodniczący udzielając mi głosu już wstępnie ocenił moje wystąpienie (zanim się odezwałem!). Okazało się jednak, że intuicja go zawiodła – mówiłem o czymś innym. W tym samym punkcie jako „wice czołg” wystąpił wiceburmistrz Henryk Zajko. Kiedy ubolewałem, że od prawie roku nic nie dzieje się z „Goleniowską Kartą Rodziny”, rekomendowaną w marcu 2015 r. przez Komisję Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu jako gotowy projekt do przyjęcia na sesji, zastępca burmistrza odpowiedział mi coś takiego: „Przypominam panu radnemu Zygmańskiemu, że przecież to sami radni zdjęli ten projekt z porządku dziennego sesji”. Ano zdjęli, a było to na VIII sesji w kwietniu zeszłego roku, na wniosek … Przewodniczącego Łukasza Mituły. Pamiętam, że motywacja była bardzo mętna, a ja osobiście byłem najbardziej zdziwiony. Przecież projekt ten został przez ludzi pana burmistrza przygotowany w marcu właśnie na wniosek … Przewodniczącego Mituły. I jak tu zrozumieć stosunki w tej rodzinie? Oni się o coś tam powadzili, a winien Zygmański…

Wracam do tego jednego punktu obrad, który mam Państwu opowiedzieć. Chodzi o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków w naszej gminie, co wnioskowała spółka Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja. Uściślając, w porządku sesji były to dwa oddzielne punkty, bo Rada miała osobno podjąć uchwałę o cenie wody, a osobno o cenie ścieków. Za te tematy zabrano się zgodnie z porządkiem w punktach 15 i 16, gdzieś około godziny 14, czyli już (jak się pozornie zdawało), pod koniec sesji. Jaki tam koniec: mimo „omówienia” tych zagadnień na wspólnym posiedzeniu stałych komisji w poprzednim tygodniu, dyskusja wraz z głosowaniami zajęła prawie godzinę. Na marginesie, już kilka wcześniejszych punktów przedłużyło się w czasie, za co osobiście winię sposób prowadzenia obrad przez Przewodniczącego Mitułę. Jego często zaczepne wypowiedzi prowokowały niektórych radnych do głosów „ad vocem” i do niepotrzebnego polemizowania. O nie, źle się domyślacie, Wasz sprawozdawca ani razu niczego nie „advocemował”. Apogeum nasilenia tego stylu nastąpiło właśnie przy tych wodno-ściekowych tematach.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w wodno-kanalizacyjnej bijatyce na sesji chodziło, trzeba się cofnąć i przedstawić chronologię poprzednich zdarzeń. Jak zwykle przy takiej okazji posłużę się wypunktowaniem istotnych momentów akcji.

Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji Zdjęcie: www.gs24.pl

Prezes Janusz Dawidziak w całej okazałości
Zdjęcie: www.gs24.pl

1. W kwietniu zeszłego roku, na VIII sesji RM, o czym pisałem w długachnym 13 punkcie relacji z tego posiedzenia, przyjęty został „Wieloletni plan rozwoju i modernizacji urządzeń wodociągowych i urządzeń kanalizacyjnych miasta i gminy Goleniów na lata 2015-2020 będących w posiadaniu Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Goleniowie”. Prezes GWiK Janusz Dawidziak przedstawił wtedy symulację, prognozującą wzrost cen wody i ścieków do łącznego poziomu 13,49 zł w roku 2020. Pokazywała ona przewidywany wzrost w poszczególnych latach, wynikający (jak twierdził wtedy) przede wszystkim ze skali ogromnych inwestycji. Głosujący za przyjęciem niniejszego planu radni siłą rzeczy zaakceptowali jednocześnie ten wzrost, uznając go za strawny dla płacących za wodę i ścieki mieszkańców. Siebie do tej grupy nie zaliczam, bo w głosowaniu się wstrzymałem. Moją motywację mogą Państwo znaleźć we wspomnianym wpisie na blogu.

2. 21 stycznia 2016 r. wpłynął do Burmistrza Gminy „Wniosek o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków” od spółki GWiK. Radnym został przez Burmistrza wysłany drogą elektroniczną 2 lutego. Wniosek nie był żadną niespodzianką, przecież wzrost cen zapowiedziano i poprzednią uchwałą automatycznie zaklepano w kwietniu zeszłego roku.

3. Burmistrz zdecydował, że dokona własnymi siłami weryfikacji danych zawartych we wniosku taryfowym GWiK. Chwali się, przecież gdzieś tam mogli się w wyliczeniach rąbnąć. Powierzył to sprawdzenie inspektorowi ds. kontroli UGiM w Goleniowie, pani Ewelinie Markowicz. Protokół z tej weryfikacji, sporządzony 8 lutego, radni otrzymali e-mailem 10 lutego. Podsumowując wyniki tego badania, nie stwierdza się w nim żadnych nieprawidłowości wniosku taryfowego GWiK. Na końcu stwierdza się: „(taryfy) opracowane zostały przez Spółkę zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i odprowadzaniu ścieków (…) oraz Rozporządzenia Ministra Budownictwa z dnia 28 czerwca 2006 r. w sprawie określenia taryf, wzoru wniosku o zatwierdzenie taryf oraz warunków rozliczeń za zbiorowe zaopatrzenie w wodę i zbiorowe odprowadzanie ścieków (…)”. Zatem wszystko w porządku, wniosek jest OK.

4. Tak przygotowany wniosek taryfowy, obudowany sporządzonym rękoma pracowników UGiM odpowiednim projektem uchwały Rady Miejskiej, miał trafić pod obrady wspólnego posiedzenia stałych komisji RM. Na takich posiedzeniach dyskutuje się i opiniuje zwykle te projekty, które mają stanąć pod obrady najbliższej sesji. Zawiadomienie o posiedzeniu komisji wraz z jego porządkiem radni otrzymali drogą elektroniczną 12 lutego. Określono w nim czas spotkania na 16 lutego na godzinę 15.30.

5. Wniosek GWiK miał trafić pod obrady połączonych stałych komisji, lecz nie trafił. Otóż w dniu posiedzenia, już 16 lutego, dokładnie o godz. 15.28, radni otrzymali e-maila z załącznikiem o nazwie „Aktualizacja wniosku o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków”. Ta „Aktualizacja” nosi datę sporządzenia w Spółce 16 lutego i taką samą datę wpływu ma w Biurze Rady Miejskiej. No, świeża bułeczka, po prostu. Przekazany radnym tekst nie miał żadnego pisma przewodniego. W szczególności nic nie wyjaśniało, czemu zaistniała potrzeba zrobienia „aktualizacji” poprzednio złożonego wniosku, skoro Rada jeszcze nie zabrała się za jego rozpatrywanie. Spółka po prostu się czemuś rozmyśliła. Wahliwi tacy.     

6. Na to ostatnie pytanie odpowiem sobie sam, już bez żadnych dokumentów i twardych dowodów, a czerpiąc wiedzę jedynie z ustnych informacji pochodzących od radnych należących do klubu „Porozumienie”. Otóż okazuje się, że Rada Miejska za rozpatrywanie wniosku już przed datą 16 lutego się jednak zabrała. Wynika z ich wypowiedzi, bez skrępowania wyrażanych także w trakcie obrad na sesji, że klub „Porozumienie” nie tylko sprawę wniosku taryfowego GWiK już omówił, ale nawet „nakazał” go poprawić zgodnie z ich intencją. Mianowicie radni klubu przed 16 lutego zebrali się dla przedyskutowania wniosku. Stwierdzili, że ceny wody i ścieków, proponowane we wniosku taryfowym, są ich zdaniem dla mieszkańców zbyt wysokie. Fajnie, że nareszcie do takiej konstatacji doszli, zgadzam się z nimi w zupełności! Nie mam żadnych dokładnych danych, co i komu w konsekwencji nakazali uczynić, by wniosek „poprawiono”, ale go przecież finalnie poprawiono! Wspomniana „Aktualizacja” była zatem dzieckiem klubowej dyskusji.

Tym samym koledzy z „Porozumienia” przeszli do porządku dziennego nad tym, że (jak wspomniałem wyżej w punkcie 1.) w kwietniu 2015 r. zaaprobowali nie tylko ambitny plan inwestycji GWiK na około 40 mln zł, ale też finansujący ten program stopniowy i wyraźnie zasygnalizowany wzrost cen wody i ścieków. Zatem klasyka – chcą zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Inwestycje – tak, każdemu się woda należy, ścieki w XXI wieku muszą iść do kanalizacji. Wzrost cen – nie, musimy chronić nasze ubogie społeczeństwo. Ja się z kolegów nie naśmiewam, sam czuję nieraz naiwną tęsknotę za tym, żeby zawsze być dobrym i wszystkim robić dobrze. Wiem jednak, jak bardzo taka dziecinna tęsknota mija się z rzeczywistością. Przykro mi, życie uczy, że wszystko kosztuje, więc musimy wybierać. A słowo się już w zeszłym roku rzekło, kobyłka u płota.

Co ja sobie o takiej praktyce działania kolegów z „Porozumienia” myślę, wyrażałem niejednokrotnie. Nie tylko na własnym blogu przy różnych okazjach, ale także w toku prac komisji i na sesjach Rady. Nie mam intencji nikogo obrażać, a tylko przedstawiam nagie fakty. Jeśli kogoś obrażają, tym gorzej dla faktów. Uważam ich zapędy rządzenia poprzez forum klubu „Porozumienie”, z pominięciem radnych do klubu nienależących, za sprzeczne z duchem demokracji, ale przede wszystkim jako działania osłabiające Radę Miejską merytorycznie. Sprzyjają one oczywiście cementowaniu rządzącej koalicji, wybitnie ułatwiając burmistrzowi Krupowiczowi bieżące rządzenie. O ile ostentacyjnie nie uczestniczy on w pracach komisji Rady, wysyłając do nich swoich zastępców, o tyle dla klubu „Porozumienie” ma czas osobiście. „Na klubie” ustala się sposób jednolitego głosowania, bez względu na wartość merytoryczną lub stronę formalną składanych przez burmistrza projektów. Utrzymywanie twardej dyscypliny klubowej, tej „maszyny do głosowania”, która daje pewność wygrania przez koalicjantów każdego głosowania na sesji, wyklucza jednocześnie z udziału w dyskusji i rządzeniu pozostałych radnych. Bagatelka, marginalizuje 1/3 składu Rady, radnych zdolnych wnieść do jej prac wiele dobrego. Próbują to zresztą stale czynić, bez wielkich nadziei na sukces. Oficjalnie ignorowani są przez członków „Porozumienia”, a w kuluarach częstowani przyjaznymi gestami i słowami w stylu „Przecież rozumiesz, muszę”.

Klub nie jest ciałem, którego obrady się protokołuje, a protokoły publikuje dla powszechnego dostępu. Na jego posiedzenia nie może wejść także publiczność, bo to w sumie spotkania prywatne. Nikt nie podaje na tablicy informacyjnej, kiedy klub się spotyka. Wszystko, czego dowiadujemy się o jego działaniu, pochodzi z „trzeciej ręki”. Nie da się odróżnić, czy są to informacje, czy dezinformacje. Zawsze łatwo się z nich wykręcić niepamięcią bądź powiedzieć, że to bezczelne kłamstwa. Członkowie klubu są informowani u źródła, wtajemnicza się ich w kulisy i tło projektów uchwał, dalekosiężnych planów, taktyki i strategii. Pozaklubowy plebs, wybrany w tych samych wyborach i teoretycznie mający takie same szanse reprezentowania swoich wyborców, może oczywiście o wszystko pytać, tylko najpierw musi wiedzieć, że jest się o co pytać. Jeśli poprzez tak działające ciało załatwia się wszystkie istotne lokalne sprawy, to jaka jest ta nasza lokalna demokracja?

Sami sobie winni ci separatyści – mogli się do klubu „Porozumienie” zapisać, prawda? A tak jako „wiecznie niedoinformowani” i „nie nasi” pchają się do pomocy, tylko zaburzając przyjęte wcześniej ustalenia klubowiczów. Co gorsza, często mącą im w głowach pokazując albo ewidentne błędy i niedoróbki projektów uchwał, albo rozwiązania po prostu lepsze, a przynajmniej alternatywne. I jeszcze motyw psychologiczny: co ma  niejeden członek „Porozumienia” zrobić ze swoim czystym sumieniem przy głosowaniu, kiedy rozum i serce mówią: „kurczę, mają rację!”, a zdrowy rozsądek pragmatycznie podsuwa: „nie pchaj palca między drzwi, głosuj jak ustaliliśmy „na klubie”, za rozbijactwo przecież cię nie pochwalą”?

Ale dość tym gorzkim żalom, wróćmy do mokrej roboty, czyli wydarzeń wodno-ściekowych.

7. Znów jesteśmy przed sesją, na wspólnym posiedzeniu stałych komisji RM 16 lutego. Tak się pechowo składa, że w rozpoczęciu tego spotkania nie uczestniczyłem z powodów zawodowych. Przyszedłem po około godzinie, czyli o 16.30, kiedy temat wniosku GWiK był już zakończony. Jak wiem z kilku relacji obecnych, załatwiono go bardzo sprawnie, choć po prawdzie nieco zaskakująco. Otóż od razu wręczono obecnym radnym wydruk przysłanej im teoretycznie dwie minuty wcześniej e-mailem „Aktualizacji wniosku GWiK” (patrz punkt 5) informując, że to treść właśnie tego wniosku będzie na posiedzeniu omawiana. Do nowego wniosku przygotowane też będą nowe projekty uchwał (w tej chwili jeszcze nie istniejące). A stary wniosek, pierwotny? Jakoś wyparował samoistnie, Rada go nie będzie rozpatrywać. Po co, skoro GWiK go „sam z siebie zaktualizował”? Moi informatorzy twierdzili, że nikogo z członków „Porozumienia” to nie zaskoczyło. Jak napisałem wcześniej, zaskoczyć nie mogło, przecież sami ten nowy wniosek zainicjowali. Pozostali radni, być może nawet co do tła wahliwości GWiK odnośnie taryf nieuświadomieni, dość biernie nie pytali o przyczyny pojawienia się nowego wniosku. Następnie prawie bezdyskusyjnie wniosek GWiK zaopiniowano pozytywnie w głosowaniu. 

Jak powiedziałem, przyszedłem na posiedzenie spóźniony. Zapytałem tylko kolegów, czy tą sprawę już zakończono. Trochę się zdziwiłem, że tak szybko. Nie miałem oczywiście świadomości, że przyjęto taryfy w wersji z „Aktualizacji”, bo o niej jeszcze nie wiedziałem. Do tego pewności nie mam, czy mi też wspomniany wydruk przekazano, gdyż zajęły mnie bieżące sprawy. Być może jako spóźnialski dostałem ten papier, czego sobie na 100% nie przypominam, ale pewnie i tak odłożyłbym go na bok, nawet nie spoglądając. Miałem przecież przy sobie własny, który wydrukowałem w domu. Jasne, że się myliłem, bo wydrukowałem oczywiście wniosek pierwotnie złożony, przesłany nam już 2 lutego. Mam te wątpliwości, bo w swoich przechowywanych skrzętnie papierach wydruków „Aktualizacji” nie posiadam. Ponieważ spraw innych było wiele, a posiedzenie jeszcze dość długo trwało, nie zaprzątałem sobie głowy wodą i ściekami. Dopiero wieczorem sprawdzając pocztę zauważyłem, że w ciągu dnia wpłynęła „Aktualizacja”. W ten sposób ominęła mnie okazja, żeby swoje rozterki rozplątać na posiedzeniu stałych komisji. Za gapowe się płaci… – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

8. W tygodniu przed sesją wyjaśniło mi się, że taryfy za wodę i ścieki będą obradowane w wersji „zaktualizowanej”, a nie pierwotnej. Zapoznałem się z nowym wnioskiem, a przede wszystkim z jego najważniejszym ustaleniem – stawkami taryf. Zastanawiałem się, skąd różne wysokości stawek wobec poprzedniego wniosku. Przecież burmistrz weryfikował poprzedni wniosek wnikliwie (patrz punkt 3)? Czyżby Prezes Dawidziak dokonał jakiejś samowoli, stawiając burmistrza w kłopotliwej sytuacji? Zdziwiłem się, że brak we wniosku jakiejkolwiek motywacji jego zgłoszenia. Dopiero wtedy uzyskałem informacje o dokładnym przebiegu tego punktu programu posiedzenia wspólnego stałych komisji. Wtedy też pierwszy raz doszły do mnie słuchy o klubowej robocie kolegów z „Porozumienia”. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

9. Obiecane na posiedzeniu 16 lutego projekty uchwał „przyszły” e-mailem dnia 23 lutego o godzinie 14.53. Porównałem je ze „starymi” (przygotowanymi do zatwierdzenia taryf figurujących w pierwszym wniosku GWiK) i znów nie mogłem czegoś zrozumieć. Poza oczywistymi różnicami w wysokości stawek rzucało się w oczy coś innego. Pierwotne projekty zawierały stawki netto (bez uwzględnienia 8% VAT), zaś w nowych ceny podano brutto (już z VAT-em). Bardzo trudno było więc zauważyć, czym się właściwie różnią te ceny: czy w porównaniu są wyższe w projektach pierwotnych, czy w „aktualizacyjnych”? I czy tak może ustalili klubowicze, czy też ludzie burmistrza samodzielnie zmienili formę określenia stawek w uchwałach? Ponieważ na analizę czasu do sesji dużo nie miałem, dość pobieżnie przejrzałem cały nowy kilkudziesięciostronicowy wniosek GWiK.

10. Tu znów muszę nieco przynudzić, tym razem liczbami. Żeby dokonać jakichkolwiek porównań zrobiłem sobie zbiorczą tabelkę, którą niniejszym Państwu zademonstruję. Przedstawia ona obok siebie wszystkie trzy taryfy razem: „starą”, obowiązującą w roku 2015; następnie stawki z pierwszego wniosku GWiK; później stawki z drugiego wniosku (tzw. „aktualizacji”); najbardziej na prawo są jeszcze ostateczne (przyjęte na środowej sesji) powiększone o VAT stawki brutto, żebyście Państwo wiedzieli, ile naprawdę Was usługi GWiK będą kosztować.

Stawki za wodę netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 dostarczonej wody

3,23

3,39

+4,95

3,40

+5,26

3,67

Abonament – opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

2,82

2,96

+4,96

2,87

+1,77

3,10

Stawki za odbiór ścieków netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 odbieranych ścieków

6,94

7,24

+4,32

7,25

+4,47

7,83

Abonament -  opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

5,05

5,29

+4,75

5,55 (7,25)!

+9,90 (+43,56)!

5,55

 

11. Tworząc tabelkę korzystałem między innymi z obu złożonych przez GWiK wniosków taryfowych. Przy czym spisywałem dane nie z głównych tabel 4.1 „Wysokość cen i stawek opłat za dostarczana wodę” i 4.2 „Wysokość cen i stawek za odprowadzane ścieki” (zamieszczonych na odpowiednio 4 i 5 stronach obu wniosków), zawierających właściwe, przenoszone później do uchwał stawki. Skorzystałem z tabel o nazwie „Porównanie cen i stawek taryfy obowiązującej w dniu złożenia wniosku z cenami i stawkami opłat nowej taryfy dotyczącej: A – zaopatrzenia w wodę; B – odprowadzania ścieków”, zamieszczonych w „Uzasadnieniu wniosku taryfowego”. Teoretycznie jest to bez znaczenia, bo dane muszą w nich być identyczne. Uzasadnienie nie może dotyczyć przecież innych stawek, a tylko tych zawartych we wniosku.

Sprawdzając na końcu, czy się gdzieś nie chlapnąłem, porównywałem te dane z projektami obu uchwał. Z zaskoczeniem zauważyłem pewną różnicę. Otóż w mojej tabeli jedna ze stawek miała inną wysokość, niż finalna w ostatecznym projekcie uchwały. Dotyczyła wniosku „aktualizacyjnego” w odniesieniu do ścieków w części „Opłata abonamentowa za gotowość (ostatnia, najniższa rubryka tabeli). Sprawdziłem, o co idzie i aż dech mi zaparło z wrażenia. Otóż wniosek „aktualizacyjny” rzeczywiście MA RÓŻNE STAWKI w tej samej rubryce: 5,55 zł w głównej tabeli wniosku (ze strony 5) i 7,25 zł w tabeli w „Uzasadnieniu”. I o ile procent wzrostu +9,90 wyliczyłem sobie sam, bo główna tabela % nie podaje, to wzrost +43,56% w „Uzasadnieniu” figuruje jak byk!

Poprawiłem swoją tabelkę, pozostawiając w ostatniej rubryce te dwie różniące się wartości. Za chińskiego Boga nie jestem w stanie sobie wyjaśnić, skąd taka niespójność między wnioskiem a jego uzasadnieniem. Te wyliczenia po prostu MUSZĄ się zgadzać! Inaczej można podejrzewać, że ktoś coś tu manipulował, a całe uzasadnienie da się o kant dupy potłuc! Być może są to ślady nici, którymi szyto zamówioną przez radnych „Porozumienia” zmianę? Nie mam zresztą zamiaru snuć jakichkolwiek teorii w tej sprawie, niech wyjaśni to wnioskodawca. Przypominam, jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

12. To jednak było tylko przygotowanie do najważniejszej roboty. Proste zebranie i porównanie danych. Przede wszystkim interesował mnie jednak finalny wynik: różnica przychodów Spółki między sprzedażą wody i odbioru ścieków po stawkach pierwotnych a po stawkach „zaktualizowanych”. Krótko mówiąc chciałem ustalić, czy nowe stawki płacącym za usługi klientom GWiK coś zaoszczędzają, czy raczej wypompują więcej pieniędzy z naszych kieszeni. Słyszałem przecież, że radni „Porozumienia” chcieli obniżyć stawki z pierwotnego wniosku GWiK. Tu zrobiłem sobie kolejną tabelkę.

Skorzystałem znów z danych GWiK zawartych w obu wnioskach. W „Uzasadnieniu” obu znajduje się Tabela G o tytule: „Zestawienie przychodów według taryfowych grup odbiorców usług, z uwzględnieniem wielkości zużycia oraz cen i stawek opłat w roku obowiązywania nowych taryf w złotych”. Dane tam zawarte porównują, ile wszyscy odbiorcy zapłaciliby w ciągu 12 miesięcy, gdyby przy zużyciu identycznej ilości wody i odprowadzeniu takiej samej ilości ścieków musieli zapłacić wnioskowane przez GWiK stawki. Otóż co mi wyszło:

Podstawa przychodów GWiK

Przychód GWiK za wodę

Przychód GWiK za ścieki

Rok 2015 (dotychczasowe stawki)

3.639.456,77 zł

6.295.125,39 zł

Rok 2016 (stawki z I wniosku)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Rok 2016 (stawki z „Aktualizacji”)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Tak, wzrok Państwa nie myli… Mimo zupełnie różnych taryf kwoty, które ma zamiar uzyskać Spółka z kieszeni mieszkańca za swoje usługi są IDENTYCZNE CO DO GROSZA!

13. Żebyśmy się dobrze rozumieli: te dane zawarła spółka GWiK w dokumentach jawnych, przekazanych radnym do rąk własnych przed sesją, uwiarygodnionych podpisem Prezesa Zarządu mgr. inż. Janusza Dawidziaka na każdej stronie. Niczego nie zmieniałem, nie pomyliłem, sprawdzałem wszystko po kilka razy. Mimo interwencji radnych, dążących ponoć do obniżenia ciężaru wydatków gminnego podatnika za wodę i ścieki, mimo spełnienia wymogu zmiany poszczególnych stawek taryfowych – GWiK i tak zgarnie od nas takie same pieniądze. Na nic zdały się nerwowe próby manipulowania wnioskiem Spółki. Tak czy tak – górą Dawidziak. Miała Spółka chęć dostać o 542.842,32 zł więcej z naszej kieszeni i tyle dostanie, ani grosza mniej! Przypominam jednak, że jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. Jakby tak kolegom z „Porozumienia” zwrócić uwagę, to może się zdenerwują i „Aktualizacji” nie przyjmą? – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

Niech się koń martwi Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

Niech się koń martwi
Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

14. Gwoli ścisłości dodam, że pewności co do powyższego wniosku jednak nie miałem. Skoro mógł się Prezes chlapnąć i umieścić w „Aktualizacji” błąd opisany w punkcie 11, to może i dane w tabelach z „Uzasadnień” obu wniosków przepisano bez zmian omyłkowo? Może po wprowadzeniu stawek zawartych w „Aktualizacji” rzeczywiste przychody Spółki mają jednak się różnić W końcu czasu na sporządzenie „Aktualizacji” radni wiele dla GWiK nie pozostawili… Tego wniosku przecież żaden kontroler UGiM nie weryfikował jak pierwotnie złożonego, może jest w nich jeszcze więcej błędów? – A co tam (pomyślałem), koń ma duży łeb, niech się martwi. Na sesji się dopytam.

15. Doczekaliście się Państwo, jestem już na XVII sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, w środę 24 lutego. Jest około 14.00. Rozpoczął się właśnie 15. punkt programu sesji, zajmujemy się więc wodą. Mój zbiór kwestii do wyjaśnienia jest dość pokaźny, a przecież radny w dyskusji ma tylko 5 minut. Jak dochodzą słuchy z prac Komisji Statutowej i tak ulegnie to skróceniu do 3 minut w zmienianym statucie, nad którym to szacowne ciało biedzi się już rok. Podobnież sam Przewodniczący Mituła te 3 minuty zażyczył, bo mu organizacja sesji kuleje z powodu gadulstwa radnych. Szczerze mówiąc, ja na miejscu pana Przewodniczącego Mituły ograniczyłbym wystąpienia w dyskusji do 30 sekund, a za przekroczenie czasu wprowadziłbym karne rażenie prądem. Ględzą z reguły tylko niezrzeszeni w „Porozumieniu”, a skoro klub i tak już wszystko ustalił, to na co to? Przecież ustalenia już są, teraz jeszcze tylko szybkie głosowanko i po herbacie. Strata czasu i tyle.

Do dyskusji o wodzie zapisało się niespodziewanie wielu radnych, co przyjmuję z ulgą. Może uda mi się coś z gęstniejących pytań rozjaśnić, nie będę więc musiał pytać o aż tak dużo. Postanawiam poczekać, aż lista zgłoszeń się uspokoi (bo nadal rosła) i ustawić się w kolejce na końcu. Ostatecznie figurowałem tam jako drugi od końca, zaraz za koleżanką Lucyną Skałecką-Włodarczyk, a zaraz przed ostatnim kolegą Czesławem Majdakiem. Siedzę zatem spokojnie słuchając i próbując wyłowić jakieś wyjaśniające się kwestie. Nawet zaplanowałem taktycznie (się jest taktykiem!), jak podzielić moje wątpliwości na 5 minut przy punkcie z wodą, a później drugie 5 minut na punkcie ze ściekami. Przecież ten następny punkt programu jest pokrewny, wynika z tego samego wniosku GWiK. Spoko, dam radę, aż 10 minut to wręcz zbędny nadmiar luksusu.

Czekałem tak ponad pół godziny. Niestety, nic mi się nie wyjaśniało, bo wypowiedzi raczej omijały moje pytania. Poza kolejką radnych głos dostawał często Prezes Dawidziak dla udzielania wyjaśnień. I nawet burmistrz Krupowicz oderwał się na chwilę od telefonu, na którym bez przerwy od początku sesji pisał jakąś powieść, żeby dyskusję skierować na właściwy jego zdaniem tor. Na to Przewodniczący Mituła udzielił mu extra głosu „ad vocem”. Bo niektórzy dyskutanci nieco zbaczali z tematu taryf na wątki inwestycyjne chociażby. Na przykład radna Dorota Chodyko bardzo chciała usłyszeć, czy nie opóźnia się budowa wodociągu dla Niewiadowa. Roiło się od „ad vocem”, czyli „w nawiązaniu do głosu przedmówcy”, które powodowały następne „ad vocem”. Przewodniczący Mituła próbując nad tym zapanować z coraz większą rozpaczą klonował następne „ad vocem”, bo wyczuwalne w jego głosie zniecierpliwienie i mentorski ton niektórych do tego prowokowały. Tylko kolega Czesław Majdak zahaczył w dyskusji o wyjaśnienie stawianych przeze mnie pytań, nikt jednak do jego wypowiedzi nie nawiązywał, nadal niczego mi nie tłumaczył. Lecz kolejka czekających jednak się posuwała, o już tylko Lucyna, i będę się mógł pytać do woli.

16. Niewiele pamiętam z wypowiedzi koleżanki Lucyny, choć zawsze lubię jej słuchać.  Mówi zwykle sensownie, choć niekoniecznie myśli jak ja. Wiem to od urodzenia, bo tyle się przecież znamy, wychowani na jednym podwórku: ja już 56 lat, a ona coś połowę z tego – nikt by jej przecież więcej niż 25 lat nie dał. Tym razem jednak układałem sobie w głowie moje zbliżające się 5 minut. Widzę, że jej czas już się kończy, przysuwam sobie bliżej mikrofon i nagle słyszę z jej ust: – Stawiam formalny wniosek o zakończenie dyskusji. Jak obuchem w łeb, bo wiem, co będzie dalej. Pan Przewodniczący radośnie podskakuje i błyskawicznie rzuca: – Czy jest wniosek przeciwny? Pokazuję mu bezradnie ręką, że zostało już tylko dwóch dyskutantów (widzi), ale właściwego guzika już nie zdążyłem nacisnąć. Pan Mituła z uśmiechem zarządził głosowanie wniosku. Co by dało, gdybym zdążył złożyć wniosek przeciwny? Ano nic. Jak można uzyskać odwrotny wynik, skoro najpierw zgłoszony wniosek formalny uzyskuje poparcie 10:6?

Dojaśnię, że wniosek formalny zgodnie ze statutem gminy musi być głosowany natychmiast, a nie na końcu, po skończonej dyskusji. Pozytywnie przegłosowany kończy dyskusję od razu, nawet gdyby nie wiem jak ważne były uwagi chcących jeszcze zabrać głos. Znając Przewodniczącego, gdyby nie chciał dyskusji zakończyć, sam by zgłosił wniosek przeciwny. Przetrenował to już kilkakrotnie, zresztą wyłącznie na wnioskach formalnych zgłaszanych kiedyś przeze mnie. Tym razem pan Mituła nie miał zamiaru interweniować. Oczywiście widział, że już tylko dwie osoby zostały, lecz uznał, że czemuś lepiej ich do dyskusji nie dopuszczać.

Dodam jeszcze, że już po sesji koleżanka Lucyna z własnej inicjatywy mnie za tę sytuację przeprosiła. Tłumaczyła, że po prostu nie zauważyła, że jeszcze ktoś w dyskusji pozostał – siedzi przecież przy stole prezydialnym (jako Wiceprzewodnicząca Rady), tyłem do ekranu wyświetlającego listę zgłoszeń. Ja te przeprosiny przyjąłem i nie mam zamiaru się na nią obrażać. Nie obrażam się także na Przewodniczącego Mitułę, który przecież mógł skorygować błąd koleżanki Lucyny i zapytać ją, czy podtrzymuje swój wniosek jeśli pozostały już tylko dwa zgłoszenia. Jest konsekwentny w rzucaniu kłód pod nogi „nie swoim”, czemu nagle miałoby być inaczej?

17. Oczywiście za kilka chwil nastąpiło głosowanie odnośnie przyjęcia taryf za wodę, co przyjęto bezproblemowo: chlup i już mamy nowe ceny. Mój głos przeciwny w tej sprawie zabrzmiał jak plusk przy grzmiącym wodospadzie poparcia. Czemu przeciwny? Ile może być w końcu tajemnic i błędów, istotnie zaciemniających wysokość stawek z „Aktualizacji”? Jak w zgodzie z własnym sumieniem podnosić rękę za? Proszę zauważyć, że gdybyśmy głosowali pierwszy wniosek GWiK, z pewnością byłbym za nim, bo nie pałętało się koło niego tyle niejasności. Wszystko było zapowiedziane, zgodne z wieloletnim planem strategicznym, poparte niepodważalnymi (jak mi się zdawało) i zweryfikowanymi wyliczeniami. Musiałbym być super upartym matołem, żeby głosować przeciw.

18. Ochłonąłem nieco i pomyślałem: dobra, zaraz będziesz miał szansę przy ściekach. Kolejka dyskutantów była dużo krótsza, niektórzy wypstrykali się przy wodzie. No i już, pan Przewodniczący udziela mi głosu. Jest godzina 14.45.

Zacząłem po kolei, jak w tym wpisie, od przypomnienia zeszłorocznego przyjęcia programu inwestycji GWiK i skutkującego z tego planowanego wzrostu cen wody i ścieków. Szybciutko nawiązuję do pierwszego wniosku taryfowego GWiK, który w zasadzie niczego nowego nie wnosił wobec wcześniejszych zapowiedzi. Został on poddany weryfikacji przez burmistrza i okazał się spójny z przepisami normującymi tą sferę. Pytam, skąd zatem pojawił się ten następny wniosek, nazwany „Aktualizacją”. I czemu nikt nie wyraża żadnego zaskoczenia jego pojawieniem się? Przecież i radni, i Prezes byli świadomi, jak rysuje się prognozowany wzrost cen aż do roku 2020. Przypominam, że to właśnie z wpływów z usług ambitny program inwestycyjny ma być sfinansowany. A tu Pan Prezes Dawidziak, jakoby idąc w innym kierunku, składa nowy wniosek, podobno obniżając żądania Spółki z pierwotnego wniosku. Czyżby chciał zarżnąć swoją własną firmę? Jak w trakcie sesji słyszę, to radni „Porozumienia” dbając o kieszeń mieszkańców w bieżącym roku naciskają na Spółkę, korygując własny uprzedni plan.

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem Fot.: wiadomosci.wp.pl

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem
Fot.: wiadomosci.wp.pl

19. Tyle zdążyłem powiedzieć, a zajęło mi to około 2 minuty. Właśnie miałem przejść do zadania wielu pytań, które w tym wpisie zasygnalizowałem, ale od stołu prezydialnego grzmotnął jak wystrzał z tytułowego czołgu mniej więcej taki tekst: „O nie, panie radny, tak pan nie będzie mówił. Odbieram panu głos”. Jeszcze nie przestała mi w głowie grzmieć ta czołgowa eksplozja, gdy w ślad za tym mój mikrofon ucichł.

20. Nie pozbierałem nawet myśli, kiedy pan Mituła zdążył ogłosić zakończenie dyskusji. Byłem w niej ostatni, więc natychmiast przystąpił do prowadzenia głosowania w tym punkcie. Wybaczcie, nie pamiętam, czy w nim uczestniczyłem. Poczułem po prostu, że muszę już wyjść, a moja dalsza obecność może się źle zakończyć dla mojego zdrowia. Zdałem sobie sprawę, że nie dam rady niczego konstruktywnego wnieść do trwającej przecież nadal sesji. Chciałem zabierać jeszcze głos w kilku punktach, szczególnie odnośnie zmian w bieżącym budżecie, ale to już chyba byłoby samobójstwo, dokończenie mokrej roboty wykonanej przez Przewodniczącego. Spakowałem więc torbę i opuściłem salę, żegnając zbiorczo wszystkich obecnych.

Nie dajmy się zakneblować Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

Nie dajmy się zakneblować
Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

21. Jak myślicie, Drodzy Czytelnicy, dlaczego Przewodniczący Mituła zabrał mi głos? Nie powiedziałem żadnego nieparlamentarnego słowa, nie obrażałem nikogo, mówiłem tylko o rzeczach powszechnie znanych. Nie krzyczałem, starałem się mówić tak spokojnie, jak tylko można, by sprostać trudnemu zadaniu streszczenia wszystkiego w czasie krótkich 5 minut. Do ich upływu brakowało ponad połowy tego czasu. Jeśli zdradziłem jakąś tajemnicę, to tylko nieświadomie. Żadna ze spraw, które zdążyłem wspomnieć, oznaczona gryfem tajności nie była. A przecież Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Z tym że jak wiadomo, Konstytucja ostatnio nie ma wysokich notowań w rankingu ważności aktów prawnych. Bardziej ceni się rozporządzenia ministrów.

No to może Przewodniczący wziął pod uwagę jakieś swoje uprawnienia, nadane mu Statutem Gminy. Sprawdźmy, zacytuję poniżej wszystko, o czym mówi w tej dziedzinie Statut:

§ 27. 1. Prowadzący obrady czuwa nad sprawnym przebiegiem i zachowaniem porządku obrad.

2. Radny lub osoba spoza składu Rady nie może zabrać głosu bez zgody prowadzącego obrady.

3. Gdy mówca odbiega od tematu, prowadzący obrady powinien go upomnieć.

4. Jeżeli mówca swoim wystąpieniem lub zachowaniem w sposób oczywisty zakłóca porządek obrad bądź uchybia powadze sesji, prowadzący obrady przywołuje go „do porządku” a gdy to nie przynosi skutku, może odebrać głos, nakazując odnotowanie tego faktu w protokole.

5. W razie rażącego zakłócania przebiegu obrad przez osobę przebywającą w sali, prowadzący może zwrócić się do właściwych organów o jej usunięcie z sali i przywrócenie porządku.”

Jak widać, moje wykroczenie nie należało do gatunku najcięższych, określonych w § 27. 5. , skoro pan Mituła nie wezwał Policji, która wyprowadziłaby mnie z sali w kajdankach. Tryb określony w § 27. 3. też nie został zastosowany, bo nikt mnie nie upomniał. Ani nie było to postępowanie zgodne z § 27. 4. – Przewodniczący nie przywoływał mnie do porządku. Zastosował nowy, nieokreślony w Statucie tryb. Po prostu zabrał mi głos. Ciach i już. Być może ćwiczy sobie już to, co się znajdzie w tej kwestii w statucie zmienionym, ale nawet laik w prawie wie, że tak nie wolno robić.

22. Powoli zbliżam się z mozołem do końca. Co zatem się stało, poza oczywistym nokautem, który zastosował wobec mnie Przewodniczący Łukasz Mituła? Otóż poprzez jego działanie Rada Miejska przyjęła nowe stawki taryf za wodę i ścieki, obarczone moim zdaniem wielu różnej rangi wątpliwościami. Radnemu, który miał zamiar o tym kolegom powiedzieć, ostrzegając przed wdepnięciem w taki błąd, Przewodniczący Rady w trybie niezgodnym ze swoimi uprawnieniami zamknął usta. Bez żadnego widocznego powodu, w kompletnie irracjonalny sposób.

Pole do domysłów mam otwarte, skoro wyjaśnień odebrania mi głosu nie widać. Zwrócę się o nie oczywiście do Pana Przewodniczącego na piśmie, ale domyślać mogę się sam. Tym bardziej, że na własnym blogu nikt mi głosu nie odbierze. A tylko jedno możliwe wyjaśnienie ciśnie mi się do głowy. Otóż prawdopodobnie kierunek mojej sesyjnej wypowiedzi jasno dał Przewodniczącemu do zrozumienia, że niewygodne pytania za kilka sekund na sesji zabrzmią. Że za chwilę trudno będzie zamieść pod dywan jakieś sprawki, które powinny jego zdaniem pozostać w ukryciu. Wydaje się, że byłem zbyt niebezpiecznie blisko prawdy, i tylko dlatego trzeba było za wszelką cenę zamknąć mi usta.

Podsumujmy, o ile się w ogóle da… Czy naprawdę tego chcieliście, koledzy radni z „Porozumienia”, żeby doprowadzając do całego zamieszania ze zmianą wniosku przez GWiK nie zmienić niczego w wysokości stawek? Przecież informacja, że chronicie mieszkańców przed podwyżkami już poszła w lud. Czy nie czujecie się nabici w butelkę i czy nie wkurza was to? A jeśli tak, to przez kogo? A może to Prezes Dawidziak powinien czuć się nabity w butelkę, skoro od kwietnia zeszłego roku liczył skrzętnie pieniądze na przeprowadzenie zaplanowanych inwestycji? A tu taka wolta, radni niczego nie pamiętają, tylko uprawiają ekonomiczne chciejstwo uważając, że stawki pewnie i tak są zawyżone, można je więc dowolnie ściąć? A może to burmistrz Krupowicz jest tym nabitym w butelkę? On lojalnie Prezesa od początku popiera, broni przed skolegowanymi radnymi tworząc dowody, że wniosek (pierwszy) GWiK jest cacy. A kiedy radni tego nie chcą słuchać, prąc do obniżenia stawek, co dostaje od Prezesa? Jakąś fałszywkę, która niby coś zmieniając, suszy kieszeń podatników identycznie, jak tego radni nie chcieli? Co będzie, kiedy się tego dowiedzą? Rany, jeszcze zbuntują się i co wtedy?

A co ja ich będę żałował, siebie mi szkoda. Za zetknięcie z sesyjnym czołgiem już sporo zapłaciłem. Cukier mi skoczył w górę na parę dni, ciśnienie łeb rozsadza, papierochów z nerwów smolę więcej niż zwykle. Pewnie niepotrzebnie grzebiąc się w wodzie i ściekach, skracam sobie właśnie życie o bezcenne tygodnie czy miesiące, których nikt mi nie odda. A oni? Sami sobie winni. Po pierwsze, drugie i trzecie, po co tworzyli mechanizm, w którym wyautowani głosu nie mając, nie mają możliwości ustrzec ich przed nabiciem w butelkę? Patentu na rację nie ma nikt, a przecież co 21 głów, to nie jedna. Może kiedyś to zrozumieją…

 

Władza słucha ludu

05 lut
Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko
Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Ten wpis jest jakby suplementem do poprzedniego. W tamtym opisałem sposób, w jaki przyjęty został budżet gminy Goleniów na rok bieżący, 2016. Napisałem między innymi o wnioskach inwestycyjnych, składanych przez mieszkańców gminy. Jak ubolewałem, żadna ich lista w projekcie budżetu przedstawionym Radzie Miejskiej przez Burmistrza nie została zaprezentowana, nie przedstawiono sposobu ich obróbki przed sporządzeniem tego projektu, nie wiadomo nawet, czy jakiekolwiek z nich został rzeczywiście poważnie przedyskutowany. Przykładami takich źle potraktowanych postulatów nie sypałem zbyt rzęsiście, mogłoby wiec powstać wrażenie, że zjawisko jest marginalne. Czyli że po prostu przesadzam. Zatem dziś pokażę konkretny przykład, który powinien dobrze wyjaśnić kulisy tej (moim zdaniem niewłaściwej) praktyki. Zatem odwiedźmy… Krępsko.

Przed każdą sesją Rady Miejskiej radni otrzymują listę pism, które wpłynęły do rozpatrzenia lub zapoznania się. Te kierowane „do wiadomości” z reguły nie są obradowane, a jeśli radni żadnych z wątków w nich poruszonych nie podejmą, przykrywa je kurz niepamięci. Chciałbym jedno z takich pism Państwu przybliżyć, bo może przyczyni się do zmiany wyżej wspomnianej praktyki budżetowej. Wpłynęło ono do Biura Rady Miejskiej 18 grudnia, tuż przed grudniową sesją budżetową. Skierowane jest do burmistrza Roberta Krupowicza, a do Rady tylko do wiadomości. Zatem milczeniem Rada je przyjęła, bo jak miała zareagować? Co nadawcy odpowiedział burmistrz – nie mam bladego pojęcia; nie przedstawiono nam takiej odpowiedzi, choćby do widomości. Przeczytajcie więc sami, Drodzy Czytelnicy, o czym pani Bożena Olszewska, sołtys Krępska (wraz z całą Radą Sołecką), do burmistrza pisze.

Pismo Sołtys Krępska część 1

Pismo Sołtys Krępska część 2

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Może troszkę chaotycznie, ale w miarę jasne, prawda? Chcą mieć na ulicy Kościelnej normalną drogę, chodnik i parking przy kościele. Są rozgoryczeni, bo choć im to już nie raz obiecywano (jak pani sołtys twierdzi, na piśmie też), po raz kolejny ich wnioski w tej sprawie olano. Widocznie próbowali sobie o tym z burmistrzem Robertem Krupowiczem nieco więcej porozmawiać, ale ten pośpieszył do nich z wieścią, że „nie czuje potrzeby tłumaczenia się ze swojego postępowania”. Oczywiście nie jest to żadna „arogancja władzy”, skąd… On po prostu nie czuje takiej potrzeby. Napisał im w piśmie z 4 grudnia, że takich inwestycji nie ma w projekcie budżetu, ani także w „wieloletniej prognozie finansowej” (chyba w wieloletnim planie inwestycyjnym gminy?), czyli kiszka! Oni go molestują, a przecież burmistrz zrobił, co mógł. Zajrzał do (własnego zresztą) projektu budżetu na 2016, a nawet do „wieloletniej prognozy finansowej” (cokolwiek miałoby to znaczyć, ale jednak też sterowanej burmistrza działaniami) – a tam NIC o Krępsku nie ma! To co miał zrobić?! No i jeszcze im przypomniał, że przecież gmina już im dała w tym Krępsku tak wiele: szkoła (zbudowana w końcowych latach 90. XX wieku), i sala gimnastyczna przy niej, a nawet piękny wóz strażacki dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Krępsku. A oni tacy niewdzięcznicy, następnego miliona się domagają…

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie Zdjęcie: fotopolska.eu

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie
Zdjęcie: fotopolska.eu

Jak objaśnia sołtys Olszewska, burmistrz Krupowicz własną ręką raczył w stronę Krępska skierować 50 tys. zł z gminnych środków, odkąd pełni swoją burmistrzowską posługę. Na kościół. Pani sołtys nazywa to wprost dotacją, choć gmina oczywiście działania Kościoła nie dotuje. Może wspierać remonty zabytków, co zresztą czyni. A że wiele spośród zabytków to kościoły, stąd wspiera ich remonty. Ale cóż, współpraca burmistrza z tą instytucją układa się dotąd wzorowo, nie ma się czemu dziwić. Mało, ale dał. Za to w blasku prezentu od Państwowej Straży Pożarnej za 690 tys. zł, czyli pięknego czerwoniastego wozu strażackiego, chętnie grzał się i Marszałek Olgierd Geblewicz, i wiceburmistrz Henryk Zajko na przednie siedzenie się załapał, i było bardzo efektowne wręczenie. Burmistrz Krupowicz też był obecny, choć zapędy do prowadzenia wozu strażackiego uznał chyba za zbyt dziecinne. Każda władza lubi to ciepełko i leci do takich okazji jak do miodu. Natomiast marudzenia niewdzięcznych włościan władza nie lubi, choćby nawet dotyczyły podstawowego zakresu działania tej władzy – czyli codziennych potrzeb bytowych swojej trzódki.

Stąd burmistrz marudzenie krępszczan odpinpongował w liście z 4 grudnia do Rady Miejskiej. To „rada nie przyjęła inwestycji”, nie on. I tyle, cóż on sam mógł przeciwko 21 niechętnym radnym? Pani sołtys ani Rada Sołecka kmiotkami nie są, pytają zatem burmistrza: „Kiedy taki projekt Pan złożył do Rady? I czy w ogóle Pan go złożył?”

Co ja mogę, biedny żuczek? Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

Co ja mogę, biedny żuczek?
Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

I tu cały problem, o którym wspominałem we wstępie. Brak jakichkolwiek dowodów, że burmistrz tworząc projekt budżetu rozważał potrzeby mieszkańców Krępska, którzy niejednokrotnie go o nich informowali. Brak wiedzy, skąd wzięła się wymieniona przez burmistrza kwota 1 mln zł, którą reprezentanci sołectwa zresztą kwestionują. Brak znamion, że to wredni radni Rady Miejskiej zablokowali burmistrzowi drogę do spełnienia próśb płynących z Krępska. Ale brak też jednoznacznego potwierdzenia zarzucanej burmistrzowi w piśmie „wyjątkowo złej woli” – pokażcie mieszkańcy (najlepiej na piśmie!), że to burmistrz wasze wnioski blokuje. Co, nie możecie? Czyli skończcie te wredne i całkowicie nieuzasadnione insynuacje, bo jeszcze was ktoś przed sąd poprowadzi!

Tak się to robi w Nysie Zdjęcie: www.nysa.eu

Tak się to robi w Nysie
Zdjęcie: www.nysa.eu

A teraz poważnie, bo czasem tu sobie żartujemy. Problem jest znacznie szerszy, niż się zdaje, przecież nie tylko Krępska dotyczy. Sprawa polega raczej na niezbyt transparentnym działaniu naszego samorządu, na braku pełnej jasności co do kolejności załatwiania gminnych potrzeb. I to nie tylko aktualny problem burmistrza Krupowicza, a historia ze znacznie dłuższą brodą. Niektórzy twierdzą, że przecież nasza praktyka jest powszechnie stosowana, że wszystkie samorządy tak robią. Inaczej się nie da. Otóż nie, w niektórych gminach do wniosków mieszkańców podchodzi się wręcz z pietyzmem, dbając o ich pełną jawność. Popatrzcie proszę na zdjęcie z Nysy, gdzie budżetowe wnioski mieszkańców wywiesza się na rynku dla powszechnej wiadomości. Co, staromodnie, średniowieczem zalatuje? Odwrotnie, toż to dziś nowatorstwo. Piękna, symbolicznie jawnie i publicznie prowadzona debata budżetowa, w której nikt niczego nie schowa ani nie zamiecie pod dywan. Spór na racje i pieniądze, a nie na dworskie układy.

Mam w tej dziedzinie pewne przemyślenia, z którymi wkrótce się z Państwem podzielę. Lecz przede wszystkim mam zamiar podzielić się nimi z koleżankami i kolegami radnymi. Sądzę, że dyskusja w Radzie Miejskiej ma sens. Inaczej, niż napisał w komentarzu do poprzedniego wpisu niejaki Adam Zygmański. Otóż uważam, iż wyrażona przez niego sugestia zaorania Rady Miejskiej świadczy jedynie, że i memu synowi także chwile słabości umysłowej się zdarzają. Normalnie myśli on dość rozsądnie, lecz widocznie coś mu ostatnio rozsądek nieco zaburzyło. Nie wiedzieć, nowe obowiązki ojcowskie czy to piwo namiętnie produkowane, a potem być może w nadmiarze spożywane? Co tam, nie moja broszka, duży jest, niech sam się tłumaczy…

 

Budżet burmistrza Krupowicza z Radą Miejską w tle

24 sty
Uchwalamy budżet na rok 2016 Zdjęcie: www.goleniow.pl

Uchwalamy budżet na rok 2016
Zdjęcie: www.goleniow.pl

Podobno chcecie sobie trochę poczytać o ważnych goleniowskich sprawach… Podobno nie ma gdzie się o nich dowiedzieć, tak mi mówicie. Więc już się biorę do roboty, bo kto inny Wam o tym napisze? Jeszcze tylko sobie wspomnę coś miłego, skoro nic przyjemniejszego dziś w planie  nie mam. Miłe były bożonarodzeniowe święta. Fajnie było posiedzieć z najbliższymi przy wspólnym stole, podzielić się opłatkiem i życzeniami, porozmawiać o tym, o czym zwykle nie mamy czasu mówić, dać sobie nawzajem prezenty,. Fajnie było poczuć, że dzieje się wiele nowego, wiele dobrego. Fajnie było doświadczyć satysfakcji z rodzinnych sukcesów i dokonań, ucieszyć się szczęściem innych.

Trochę mniej fajnie było zjeść wszystko ze stołu. Do tego przymusza mnie wyniesione z domu i nadmiernie rozwinięte poczucie obowiązku. Wprawdzie co roku obiecujemy sobie z żoną nie przesadzać, jednak zawsze jedzenie jest za dobre i go za dużo. Cóż, tradycja każe… Choć tym razem udało mi się z nią troszkę powalczyć, bo po raz pierwszy od 55 lat na świątecznym stole Zygmańskich nie było karpia po grecku. Cóż, poza mną nikt z rodzinki go nie lubi, stąd musiałem go zjadać sam, co zawsze dzielnie czyniłem. Z zyskiem dla smaku i kilogramów nadwagi, a ze szkodą dla poświątecznego poziomu cukru we krwi.  

Dziękuję wszystkim hurtem za bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia. Cieszą one i miło, że ktoś o nas pamięta, lecz jako człowiek starej daty lubię sobie nawet na ten temat ponarzekać. Dzisiejsza łatwość wywiązania się ze świątecznego obowiązku aż razi. Żeby własną ręką choć słowo – a tu nie, po sieci krąży kilka skalkowanych szablonów autorstwa anonimowego, ale ani nie Miłosza, ani Szymborskiej na pewno. Sporo czasu zabrało mi czyszczenie telefonu z kilkudziesięciu wierszyków treści podobnej, a lotów nie zawsze wysokich. Podejrzewam, że niektórzy mają w smartfonach aplikację „Wyślij życzenia wszystkim na świecie”, działającą oczywiście automatycznie, bez przyciskania choć jednego guzika, przez co wcale nie zauważyli, komu wysłali te poezje. Ubolewam, że ginie zwyczaj wysyłania kartek świątecznych. W porównaniu z esemesami są one znacznie droższe, bardziej czasochłonne i kłopotliwe, ale życzeniobiorca przynajmniej czuje, że życzeniodawca naprawdę o nim pomyślał. Przyznajemy, że esemes czy email to inna jakość, ale  w praktyce wygrywa wygoda. Kraje się moje serce filatelisty-sadysty, który zawsze prosił wszystkich w okolicy o podarowanie świątecznych kartek (lub kopert od nich) z powodu znaczka ze stemplem pocztowym. Prawie każdy mi odpowiada: – Stary, nic nie dam, już od 10 lat nikt mi kartki nie przysłał. Trzeba się będzie przerzucić na zbieranie esemesów, tylko jak je w klasery powsadzać?

Życzenia burmistrza Krupowicza Z profilu na Facebook'u

Życzenia burmistrza Krupowicza
Z profilu na Facebook’u

W dziedzinie składania życzeń odnotowuję zjawisko nowe, nawet jak na dzisiejsze oszczędne, wygodnickie i leniwe czasy. Otóż niektórzy, oczywiście za pośrednictwem wszechrozpanoszonego Facebooka, nie tylko już hurtem składają życzenia wszystkim adresatom, ale od razu załatwiają jeszcze kilka spraw, całkiem jakby mimochodem. Przykład mam jeden, ale za to z samej góry, bo to świąteczne życzenia Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza. Ich złośliwej, ale wnikliwej analizy dokonał portal www.goleniow.net.pl, do którego ciekawskich odsyłam. Na wstępie anonimowy autor egzegezy postawił pytanie: „Czy to są życzenia, kazanie, czy pretensje kierowane do wszystkich?”

Mi nasuwa się taka odpowiedź na powyższe pytanie: – Przede wszystkim są to życzenia burmistrza dla samego siebie. Życzy sobie, żeby wszyscy inni myśleli jak on. Myślący inaczej zasługują na ojcowski wytyk. Powinni zrozumieć swoje winy i okazać skruchę, dostosowując się do Wzorca Idealnego Obywatela, pochwalanego i propagowanego na co dzień przez RK. Nie sądzę też, że burmistrz swoje słowa kieruje do tych obywateli kraju, którym nie podobają się posunięcia naszych nowych władz. Ogół Polaków nie miałby szans się z nimi zapoznać, a co dopiero mówić o posłuchaniu połajanki. Pan burmistrz dobrze wie, że jego napomnienia byłyby jak kubełek oliwy lany ze skraju plaży na wzburzone fale morza, brzmiałyby więc żałośnie. Bycia śmiesznym RK bardzo nie lubi. Jest dla niego czymś zwykłym, że na swoim poletku wolno mu wszystko, choćby zawierzyć swoją trzódkę Jezusowi Chrystusowi, lecz ten inteligentny patriarcha wie też, że nic tak megalomanii nie obnaża, jak śmieszność. Stąd wnoszę, że nie do wszystkich kieruje te słowa, a raczej do nielicznych. Do tych, do których słowa burmistrza na pewno dotrą – mianowicie mieszkańców gminy Goleniów. A wśród nich szczególnie do zbłąkanych owieczek (niewielu, na całe szczęście), które wciąż jeszcze miłością bezwzględną, bezkrytyczną i bezgraniczną Roberta Krupowicza nie pokochały. To są właśnie życzenia w nowatorskim stylu, które za zasłoną słodkopierdzącego żargonu za jednym zamachem mają dokopać w nery tych kilku złych ludzi. To oni mają poczuć wyrzuty sumienia, że przez ich brak klanowej jedności, ich złe słowa i brak miłości Pan Robert tak musi cierpieć.

„Przegiąłeś, gościu! Chyba masz jakąś krupowiczofobię. Co ty mu tak w jaźni grzebiesz? Niech sobie będzie, jaki chce, co cię to obchodzi?” Nie zdziwiłbym się za bardzo, gdyby ktoś przysłał taki właśnie komentarz po niniejszym wpisie. Ogólnie racja, każdy ma swoje wady i zalety, zależy z jakiego punktu widzenia patrzeć. Chwalę się ponadto, że jestem tolerancyjny, czasami nawet za bardzo, więc czemu tak się RK czepiam? Krótko i zwięźle: bo jest Burmistrzem Gminy Goleniów. A jest to funkcja tak istotna w naszej samorządności, w tak ważne kompetencje i praktyczne możliwości wyposażona, że nie da się przejść obojętnie obok jego osobowości. Po rocznym obserwowaniu działania Burmistrza Krupowicza z pozycji radnego oceniam, że niestety niektóre cechy personalne przeszkadzają mu w pełnieniu tej funkcji na właściwym, czyli najwyższym poziomie. I że to nie jest jego prywatny problem, tylko coraz bardziej zmartwienie publiczne.

Może nie dla wszystkich jest wyraźnie oczywiste, że osoba pełniąca funkcję burmistrza ma aż tak wielką rolę dla swojej gminy. Że jego styl rządzenia, wręcz poszczególne cechy charakteru i pojedyncze zachowania, preferencje osobowe i animozje, wdrażane w życie priorytety (często inne, niż określone w gminnych strategiach) decydują o powodzeniu lub braku sukcesów lokalnego samorządu. To nie żadna przesada. Burmistrz w praktyce dominuje nad radą gminy. Jeśli chce z tego skorzystać, nic nie zastopuje jego zapędów. Ma odpowiednie instrumenty, zapewniające przychylność zarówno radnych, jak też i w praktyce odpowiednie poparcie głosujących. Nie będę dziś tego zagadnienia rozwijał, gdyż zasługuje ono na znacznie poważne potraktowanie. Uważam ten stan za przejaw jednej z chorób polskiego samorządu, utrudniającej jego sprawniejsze działanie. Bo jeśli tak wiele zależy od jednej osoby, to co zrobić, gdy trafi się łobuz?

Sądzę, że znakomicie widać dominację burmistrza w sferze tworzenia budżetu. Ten dokument jest najważniejszym corocznym przejawem działania samorządu, dającym wszystkim istotnym sprawom początek, kontynuację, zakończenie, ale także zastopowanie ich realizacji. Niedawno, na sesji 21 grudnia, Rada Miejska przyjęła w Goleniowie budżet na rok 2016. Jego inicjatorem był burmistrz, bo ma zgodnie z prawem obowiązek przedłożyć radzie projekt budżetu. Ale teoretycznie od momentu przekazania tego projektu Radzie, to ona staje się jego „gospodarzem” i może w nim dokonać wielu zmian. Tak zresztą z reguły, jak pamiętam, u nas właśnie bywało. Tymczasem projekt budżetu na 2016 rok został potraktowany jak święte objawienie, w którym ani cyferki radni nie powinni zmienić.

Redaktor Paweł Palica stwierdził już 20 listopada w „Gazecie Goleniowskiej”, pisząc o inwestycjach w opublikowanym właśnie na stronie www gminy projekcie budżetu, że: „Przedstawionymi przez burmistrza Roberta Krupowicza propozycjami przez najbliższy miesiąc zajmować się będą radni w poszczególnych komisjach i nie jest wykluczone, że lista inwestycji ulegnie niewielkim zmianom.” Czemu sądził, że „niewielkim”? Bo zna realia naszej Rady? Niewiele się pomylił – zmian nie dokonano żadnych.   

W toku prac komisji przed sesją budżetową radni „koalicyjni” do przedstawionego przez burmistrza projektu nie zgłosili jakichkolwiek zastrzeżeń. Tak podobno (o czym ćwierkają koalicyjne wróbelki) chciał sam burmistrz, bardzo ambicjonalnie i nerwowo podchodzący do wszelkich usiłowań w tej sprawie. Proponowane zmiany zgłaszane przez radnych spoza koalicji padały jak muchy, odbijające się od koalicyjnego muru. Obojętnie, czy dotyczyło to wniosków do budżetu składanych przez nich i mieszkańców w normalnej procedurze (czyli do 15 września), czy w trakcie posiedzeń komisji. Gładko udało się koalicjantom spacyfikować także wnioski zgłaszane na posiedzeniach bezpośrednio przez grupy mieszkańców, jak na przykład odnośnie budowy sali sportowej przy szkole w Białuniu.

Właściwie jakakolwiek rozmowa w trakcie komisji (być może poza Komisją Budżetu) nie dotyczyła budżetu całościowo, lecz obejmowała tylko wyrywkowe aspekty, związane z poszczególnymi wnioskami co do inwestycji. Na podsumowania i charakterystykę całości budżetu przyszedł czas dopiero na sesji 21 grudnia, w dyskusji przed głosowaniem uchwały. Sygnał dał sam Burmistrz Krupowicz, który wygłosił zwięzłą charakterystykę proponowanego projektu. Była to raczej niedługa apologia przekonująca słuchaczy, że złożony radnym projekt jest świetny. Burmistrz prosił radnych o zagłosowanie „za”. Jego zdaniem filozofia budżetu roku 2016 (jak ja kocham filozofię budżetu…) jest kontynuacją budżetu roku poprzedniego, a o jego znakomitości powinna radnych przekonać „rekordowa relacja wskaźnika konsumpcji do akumulacji w wysokości 70:30” i duża ilość inwestycji łącznie.

Prawdę powiedziawszy udało mi się zapamiętać jeszcze tylko kilka innych burmistrzowskich argumentów. Miały przekonać ostatecznie takich niedowiarków, jak ja. Twierdził on, że ten budżet dąży w kierunku większej integracji z metropolią szczecińską (o czym miała świadczyć budowa „węzła przesiadkowego” w Załomiu i chyba jeszcze przebudowa dworca w Goleniowie). Zaś w perspektywie 5 lat gmina ma zwiększyć swoją „mobilność transportową”, czego dowodzi zamiar kontynuacji budowy ścieżek rowerowych. Było jeszcze coś o współudziale gminy w realizowaniu bazy transportowej dla PGK (czy dla kogoś innego, pewności nie mam).

Być może tak mało zapamiętałem, bo uporczywie próbowałem sobie w tym czasie przypomnieć, co przypomina mi „wskaźnik konsumpcji do akumulacji”, użyty jako koronny argument dla wyjaśnienia dobroci proponowanego budżetu. Kiedy wreszcie sobie przypomniałem, że był to ulubiony wskaźnik burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego, za co zresztą niektórzy robili sobie z niego przez lata setne podśmiechujki, pan Krupowicz właśnie skończył chwalić przygotowany przez siebie projekt. Dał tym samym dowód nowoczesnego podejścia do wspomnianego wskaźnika, bo burmistrz Wojciechowski po przedstawieniu go zaraz na początku, miał jednak zwyczaj analizować budżet przez co najmniej godzinę, żeby wysokość akumulacji do konsumpcji poprzeć jakimiś konkretami. Zapewne burmistrz Krupowicz chciał w ten sposób dać przyjaznym sobie radnym otwarte pole do wskazania uzupełniających przykładów, z czego zresztą skrzętnie skorzystali.  

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było Zdjęcie: www.plotek.pl

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było
Zdjęcie: www.plotek.pl

Tak myślę, bo potem nastąpiła cała seria wystąpień dziękujących panu Krupowiczowi za przygotowanie projektu budżetu i za ujęcie w nim tego i owego. Z sympatii do wszystkich koleżanek i kolegów radnych litościwie spuszczę na ich nazwiska zasłonę milczenia. Tą część sesji jeden ze znajomych sołtysów porównał z niesmakiem do obrazków serwowanych przez telewizję z posiedzeń Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei Północnej, w trakcie których obowiązkowym zachowaniem są zbiorowe wiwaty dla któregoś z kolejnych przywódców dynastii Kimów: pierwszego wodza Kim Ir Sena, jego syna Kim Dzong Ila, czy też obecnie miłościwie panującego Kim Dzong Una. Ja oczywiście nie wyklepię, który to z sołtysów (a może sołtysek?), bo co tu robić znajomej osobie kłopot; nie wierzę, że wolność słowa jest przez wszystkich w Goleniowie tak wysoko szanowana, jak to Państwu się wydaje..

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy Zdjęcie: retro.pewex.pl

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy
Zdjęcie: retro.pewex.pl

Mi osobiście ta metafora z Koreą nie do końca pasuje. Przecież porównać tamtej grozy do naszego spokojnego Goleniowa się nie da, tu wrogów politycznych nikt nie morduje. Taka tu u nas dyktatura, jacy dyktatorzy. Scenki z dziękczynnych wystąpień koleżanek i kolegów skojarzyły mi się natomiast z groteskową solówką z „Misia” Stanisława Barei, kiedy to poczciwy trener Jarząbek Wacław, drugiej klasy zresztą, nagrywał do ukrytego w szafie magnetofonu pieśń sławiącą prezesa klubu: „Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się dla naszego klubu przemęcza, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat! To jeszcze ja – Jarząbek Wacław, bo w zeszłym tygodniu nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek.”

Stanisław Tym, autor scenariusza „Misia”, zapewne nie u nas czerpał natchnienie do stworzenia zacytowanego wyżej hymnu wazeliniarzy. Ich funkcjonowanie jest reakcją dostosowawczą do wymogów środowiska. To nie oni byli pierwsi – najpierw musieli istnieć tacy, którzy łakną dotyku śliskiego pochlebstwa, potrzebują go jak pokarmu, żyć bez niego nie mogą. Lizusów stworzyli ci, którzy pochlebstwa uwielbiają. Nie wiem, jak pochlebca rozpoznaje spragnionego pochlebstw, lecz jakoś zawsze swój swego odnajdzie. A skoro tak wyraźnie ten motyw na naszej sesji zaistniał, widoczne jakaś przyczyna być musi.

Tak właśnie wyglądają płyty jombo Zdjęcie: olx.pl

Tak właśnie wyglądają płyty jombo
Zdjęcie: olx.pl

Co do konkretów, specyficznie dziękowano burmistrzowi za zamiary budowy dróg na terenie wiejskim, wykonanych w technologii płyt YOMB (inaczej JOMB, popularnie zwanych jombo lub jumbo). Te żelbetowe płyty wykorzystuje się normalnie do budowy prowizorycznych dróg dojazdowych na budowach, do budowy nawierzchni na placach składowych, można je stosować do budowy dróg lokalnych, tymczasowych dróg objazdowych przy budowie dróg publicznych, także jako nawierzchnię dróg leśnych. U nas mają z nich powstać nawierzchnie dróg, które choć dziś gruntowe, są jednak raczej dość intensywnie obciążone ruchem pojazdów, czasem też wielotonowych ciężarówek. Dla sprawiedliwości, to niektórzy radni wnioskowali do burmistrza o taką właśnie technologię. Kiedy tłumaczono im, że to prowizorka, słyszało się wtedy: – Wiem, ale zawsze to lepsze, niż zwykła żużlówka lub gruntówka, po każdym deszczu prawie nieprzejezdna. Na prawdziwą drogę nie możemy doczekać się od wojny. Lepszy rydz, niż nic.

Tak argumentują ludzie doświadczeni, nie oczekujący obietnic, idealnych rozwiązań docelowych, lecz pragnący realnej poprawy długotrwałego zaniedbania. Trochę się z nimi zgodzę, trochę nie. Bo jak wam zbudują te jombo-prowizorki, to się naprawdę już nigdy prawdziwych dróg nie doczekacie. Gdybyście mocno naciskali na kładzenie asfaltu, to pewnie by się ktoś w te głosy musiał wsłuchać. W końcu nie płyty jombo władza w ostatnich latach w mieście na ulice położyła. Żeby temat zakończyć zgrabną klamrą, przytoczę jedną z interpelacji z samego końca sesji. Któraś z radnych (przepraszam, nie zapisałem nazwiska autorki) zauważyła, że jedna z dróg pokrytych niedawno płytami YOMB zaczęła się nieco miejscami rozpadać. Prosiła burmistrza o interwencję. Cóż, chyba za bardzo uwierzyła w porzekadło, że prowizorka najlepiej się trzyma, prawda?

Jeszcze jeden pochwalny temat zapamiętałem. Jeden z kolegów zwrócił uwagę na znakomitą współpracę gminy Goleniów z władzami naszego powiatu, której zazdroszczą nam w całym województwie. Wspólnie inicjujemy różne ciekawe zadania, obecne w wymiarze finansowym w każdorocznym budżecie. Oczywiście głównie budżecie gminy, nie powiatu, bo on biedny. Zgadzam się, potwierdzam obserwację, wspomniałem o tym w swoim późniejszym wystąpieniu. Otóż faktycznie doją nas setnie. Koledze radnemu powiedziałem, żeby dał zazdroszczącym prostą radę, jak osiągnąć podobnie modelowej współpracę ze swoimi powiatami. Wystarczy oddać starostwom do dyspozycji połowę swoich gminnych budżetów, pod hasłem „Mieszkaniec naszej gminy jest też mieszkańcem powiatu, nie dzieli swoich problemów na gminne i powiatowe”. Tak, lecz przepisy wyraźnie rozgraniczają zadania własne gmin od zadań powiatów, nie nakazują też zastępować gminie powiatu w problemach, w których jest niewydolny. Realizując za gminne pieniądze (czytaj: wyciągnięte z kieszeni mieszkańca) zadania przypisane powiatowi, ograniczamy możliwości zaspokojenia potrzeb innych, nakazanych tylko gminie. To zarzuciłem „filozofii naszego budżetu” – stawianie spraw obcych wyżej, niż własne, obowiązkowe dla samorządu gminnego. Dokładnie o tym samym mówił też radny Czesław Majdak.

Jak widać skończyłem już pisać o zachwytach nad nowym budżetem. Były przecież także głosy krytyczne. Pierwszą taką wypowiedzią było wystąpienie koleżanki Ireny Henkelman. Mówiła w imieniu Klubu Radnych Niezależnych, czyli też radnej Doroty Chodyko i radnego Marcina Gręblickiego. Wskazała bardzo niepokojące zjawisko. Tak jak kilka ostatnich budżetów, obecny także uchwalamy jako deficytowy, czyli dochody są mniejsze od wydatków. Jednakże w praktyce każdy rok kończył się nadwyżką budżetową. Jej przyczyną w lwiej części było niewykonanie zaplanowanych wydatków, czyli niepełna realizacja zadań postawionych przed władzą wykonawczą. Krótko mówiąc, zamierzony na początku roku plan wydatków nie miał wiele wspólnego z osiągniętym w końcu roku wykonaniem. Prawdę powiedziawszy po stronie osiąganych dochodów także są przykłady niewykonania planu. Radna zwróciła też uwagę na „nadpłatę”, jaką mają wobec gminy mieszkańcy w opłacie śmieciowej, czyli sięgające ok. pól miliona złotych dodatnie saldo ich wpłat w porównaniu do kosztów prowadzenia tej działalności przez spółkę PGK. 

Następnie kolega Czesław Majdak (oprócz już wspomnianego nadmiernego zapatrzenia w zadania powiatowe) wskazał na niedoskonałości planowania inwestycji objętych budżetem, które jego zdaniem potwierdza też załączona do projektu budżetu opinia Regionalnej Izby Obrachunkowej. Inwestycje w budżecie określone są w cyklu jednorocznym. Stąd często widnieją tytuły takich zadań, a same zera przy ich realizacji. Jeżeli inwestycja trwa kilka lat (a tak jest często), powinna być zapisana w budżecie jako kilkuletnia. Inaczej środki przeznaczone na inwestycję w danym roku „przepadają” i trzeba je na końcu roku przesuwać na kolejne lata. Zwiększa to pozornie wskaźnik akumulacji wobec konsumpcji w danym roku, co nie odpowiada rzeczywistości, a ma tylko efekt medialny. Radny stwierdził, że jego sposób myślenia nie jest tylko alternatywą wobec praktykowanego przez burmistrza Krupowicza (ten uważa, że „można tak, można i inaczej”), lecz jedyną zalecana drogą. Radny zarzucił też, że niewłaściwe jest „magazynowanie” środków budżetowych w postaci nadwyżki, dzielonej następnie na początku kolejnego roku, gdyż w dużej części pochodzi ona z zadań niezrealizowanych w roku poprzednim.

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki? Zdjęcie: biznes.interia.pl

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki?
Zdjęcie: biznes.interia.pl

Spośród krytycznych wystąpień ostatni głos zabrał Wasz sprawozdawca. Starałem się nie powtarzać już zasygnalizowanych zarzutów, jednak chciałem niektóre rozwinąć. I tak odnośnie omówionej przez radnego Majdaka nadwyżki budżetowej zauważyłem, że środki magazynowane przez gminę na kontach bankowych w tym momencie wynoszą ok. 22 mln złotych. To dużo, bardzo dużo w porównaniu do uchwalanego około 150. milionowego budżetu. Moim zdaniem w sytuacji stałego nadmiaru różnych potrzeb mieszkańców, nasze pieniądze nie powinny pracować na bankowych kontach. Ich prawdziwe i najważniejsze przeznaczenie jest tam, gdzie najlepiej spełnią swoją rolę. Czyli tam, gdzie chcą mieszkańcy, postulujący wykonanie konkretnych zadań.

Dowód na nieistnienie Boga Rysunek: facebog.deon.pl

Dowód na nieistnienie Boga
Rysunek: facebog.deon.pl

Tu miałem kolejny zarzut. Otóż trudno wykazać w jakim stopniu budżet na rok 2016 odpowiada na wnioski mieszkańców. On ich wcale nie uwidacznia, jakby żadne wnioski do projektu budżetu nie zostały skierowane. W toku prac komisji zastępca burmistrza Tomasz Banach wyjaśniał, że przygotowując projekt mocno się nad nimi pochylano. Jednak dowodów na takie podejście brak. Ani nie jest znana kompletna lista takich wniosków, bo nigdzie się jej nie publikuje, ani nie wskazuje się, które z wniosków zostały w projekcie budżetu uwzględnione. Czy w ogóle cokolwiek zostało przez burmistrza przyjęte, pozostaje jego słodką tajemnicą. W dobie pełnej dostępności informacji i dążenia do całkowitej transparentności działania władz, taka „dyskrecja” nie wydaje się godna pochwalenia. Dziś jeśli czegoś nie ma w Internecie, to znaczy, że tego nie ma wcale.

Odnosząc się do ogłoszonego przez burmistrza Roberta Krupowicza rekordowego wskaźnika akumulacji do konsumpcji poradziłem, by cieszył się z rekordu dopiero wtedy, gdy budżet zrealizuje. Zwróciłem uwagę, że na dwóch poprzednich sesjach na wniosek burmistrza Rada „zdjęła” z wydatków budżetowych grubo ponad 11 mln zł. Zatem faktyczna realizacja zadań roku 2015 (zarówno finansowo, jak i ilościowo) była znacznie niższa, niż pierwotnie na ten rok zaplanowano. Przyjrzałem się dokładnie zdjętym wydatkom (dziękuję za pomoc skarbnikowi Mirosławowi Guzikiewiczowi, który cierpliwie poświęcił mi sporo czasu) i uważam, że pewna ich część była po prostu zaplanowana w budżecie z nadmiernym zapasem. Zrobiono to pewnie dlatego, by zapewnić bezpieczne i „komfortowe” wykonawstwo. Nie zmienia to faktu, że w ten sposób „zamrożono” wiele środków, które mogłyby od razu zostać rozdysponowane na inne zadania, na które jakoby środków nie było. Burmistrzowski rekord uznałem zatem za raczej piarowską przesadę, a sam wskaźnik nazwałem „wskaźnikiem wirtualnej akumulacji”.

Jako główną cechę projektu budżetu wskazałem jego małą ambicję, zarówno w planowaniu wydatków, jak też i dochodów. Burmistrz sam wskazuje w nim zadania, które chce wykonać, zaś radni nie stawiają mu wysoko poprzeczki, żądając twardo zwiększenia pracy ponad ten zamiar. No bo jak tu swojego lidera przypierać do ściany, żądając większego wysiłku? Co do dochodów, nie miałem żadnych zapędów ku zwiększaniu obciążeń podatkowych mieszkańców. Za ciągle duże źródło dochodów uważam możliwe wpływy z gospodarowania majątkiem gminy, w szczególności dochody ze sprzedaży terenów dla nowych inwestorów, nie tylko w GPP. Natomiast zaplanowany w budżecie na 2016 rok poziom dochodów własnych jest niższy, niż wykonanie roku 2015. Przecież już nie można się tłumaczyć, że mamy kryzys i inwestorzy się nie pojawiają. Mając „rząd dusz” w Radzie, burmistrzowi jest jednak dość łatwo osiągnąć wspomniane bezpieczeństwo wykonania zadań. Z tego punktu widzenia nazwałem ten budżet „budżetem leniwym, budżetem spokoju i komfortu dla burmistrza”. I zgodzę się z panem Krupowiczem, że „filozofia budżetu” roku 2015 była taka sama (choć co do treści tej identyczności pewnie się nie zgodzimy) – nie przemęczyć burmistrza, dać mu więcej środków, niż potrzebuje, zaś na początku kolejnego roku cieszyć się z osiągnięcia nadwyżki budżetowej. Którą będzie bardzo przyjemnie w tym następnym roku podzielić.

Wspomniałem, że nie podoba mi się szumne mówienie o „realizacji” kolejnych etapów różnych zadań, które faktycznie wcale się nie posuwają. W niektórych sprawach planowanie i projektowanie trwa długo, może zbyt długo. W ten sposób zdaje się, że inwestycja burzliwie się rozwija, choć de facto tkwi w miejscu. Jako przykład wskazałem kolejny etap projektu „Otwarte bramy”.

Miałem też burmistrzowi za złe, że nie zwrócił uwagi na przedwczesność medialnych enuncjacji o „niewielkich zmianach”, jakie w toku obróbki projekty budżetu przez radnych mogłyby w nim zajść. Była to moim zdaniem próba stworzenia pewnej presji na radnych, żeby faktycznie takich zmian nie zgłaszali. Jeśli rzeczywiście pan Krupowicz myśli, że radni odnośnie budżetu niczego nie mają zmieniać, to tak myśleć mu nie wypada. Powstrzymał się jednak od jakichkolwiek uwag na ten temat, zachowując się jak sądzę zbyt powściągliwie.

Innych istotnych uwag do projektu budżetu na rok 2016 nie zgłoszono. Jeżeli coś opuściłem, przepraszam, bazuję tylko na swojej pamięci i notatkach z sesji. Po zrelacjonowanych wypowiedziach w dyskusji Przewodniczący RM Łukasz Mituła zarządził głosowanie nad przyjęciem budżetu. Formalność została dopełniona niezwłocznie. Przy dwóch głosach wstrzymujących się i jednym przeciwnym (że też ja zawsze muszę mieć inne zdanie, niż normalni ludzie!) budżet uchwalono.

Uchwalono, ale problem zbłąkanych owieczek, niechętnie garnących się do reszty stada, jednak pozostał. Jak pisałem na początku, burmistrz Krupowicz dał im (może ostatnią?) szansę powrotu do grona prawomyślnej większości, składając trzy dni po sesji swoje świąteczne życzenia. Widocznie mu posesyjne zniesmaczenie tymi wilkami w owczej skórze („To nie ludzie – to wilki!” – patrz Jarząbek Wacław) wtedy jeszcze nie przeszło, skoro więcej miejsca zajęły w życzeniach czarne owce, niż zdrowa część trzódki. Jako dobry pasterz burmistrz po prostu musiał błądzącym po ojcowsku przyganić.

Podsumuję… Pozycja organu wykonawczego jest w Goleniowie tak mocna, że właściwie to on sam ustala sobie zadania, zarówno co do dochodów, jak i wydatków. Jego autorski projekt staje się bez zbytnich ceregieli obowiązującym budżetem, w czym wspiera go usłużnie większość Rady. Projekt przedstawiony Radzie przez burmistrza jest tak bardzo autorski, że wręcz obrazuje jego cechy charakteru. Zabawę w psychoanalizę pozostawiam jednak Szanownym Czytelnikom jako zajęcie na długie zimowe wieczory.  Myślę, że materiału do takich przemyśleń znajdziecie Państwo w moim wpisie aż nadto.

I jeszcze jedna sprawa: dlaczego o uchwalonym w grudniu budżecie piszę dopiero po miesiącu? Chyba da się to wyjaśnić tytułem niniejszego bloga, czyli „Piszę, co myślę”. Opisana sesja Rady Miejskiej wywołała we mnie raczej pewne osłupienie, smutek i długotrwały myślowy zastój, niż chęć do przemyśleń. Coś taki nadmiernie wrażliwy jestem. Musiałem nieco ochłonąć, odłożyć chęć analizowania na później. A jak nie ma myślenia, to i nie ma pisania. Logiczne, prawda?

 

Czarna dziura przed dworcem i Pan X szalejący na swym groźnym rowerze

30 wrz
Czarna dziura w centrum Goleniowa przed dworcem - to już niedługo Zdjęcie: ananasowymisiek.pinget.pl

Czarna dziura w centrum Goleniowa przed dworcem – to już niedługo
Zdjęcie: ananasowymisiek.pinget.pl

Wrócę jeszcze na chwilę do XI sesji Rady Miejskiej odbytej 9 września. Przecież nie tylko statutem OPS zajmowano się tamtego dnia. Zwrócę uwagę Szanownych Czytelników na dwa zagadnienia: jedno z początku, drugie zaś z końca posiedzenia. Więcej miejsca chcę poświęcić konkretnej sprawie obradowanej na początku sesji, zaś jej koniec pozostawiam na razie tajemniczo na deser, do ogólnego podsumowania pewnej niepokojącej tendencji.

I tak pierwszym merytorycznym punktem programu sesji była informacja o koncepcji budowy Centrum Komunikacyjnego wraz z Centrum Kultury w Goleniowie. Przedstawiona została przez Wiceburmistrza Tomasza Banacha, który genezą projektu zajmował się niewiele. Skoncentrował się na dzisiejszym stanie tematu i jego przyszłości, choć ta akurat jest raczej mglista. Spróbuję pójść tokiem jego prezentacji, a następnie przedstawić swoje zdanie, które wyraziłem też w trakcie dyskusji na sesji.

Burmistrz wspomniał pokrótce, że projekt zainicjowano w poprzedniej kadencji Rady, decydując się na realizację dużego zadania, całkowicie zmieniającego wygląd tej części miasta. Wtedy Rada postanowiła o wykonaniu dwóch sprzężonych ze sobą inwestycji: po pierwsze przebudowie goleniowskiego dworca kolejowego, autobusowego i ich bezpośredniego otoczenia, po drugie stworzeniu przed nowym budynkiem dworca tzw. Centrum Kultury. Pan Banach przedstawił też działania podjęte już w tej kadencji, zmierzające do przeprowadzenia pod egidą szczecińskiego SARP konkursu na koncepcję architektoniczną nowych obiektów. Skoncentrował się na wyniku konkursu, w którym wnioski o udział złożyło 49 podmiotów, a ostatecznie wpłynęło 16 prac. Zamówienie wygrała austriacka pracownia Riegler Riewe Architekten z Grazu. Jako główne trofeum (oczywiście poza nagrodą pieniężną w konkursie) zwycięska firma otrzymuje zlecenie na wykonanie projektu realizacyjnego tego zadania.

Wizualizacja nowego goleniowskiego dworca Z materiałów Riegler Riewe Architekten

Wizualizacja nowego goleniowskiego dworca
Z materiałów Riegler Riewe Architekten

Co do „części dworcowej”, koncepcja firmy Riegler Riewe Architekten proponuje wyburzenie wszystkich istniejących budynków (za wyjątkiem starej wieży ciśnień oraz rampy, czyli magazynu kolejowego). Budynek dworca zostanie wybudowany na nowo jako podłużny, przeszklony pawilon z zadaszeniem wysuniętym nad przystankami autobusowymi, umieszczonymi po obu jego stronach. Wewnątrz w holu przewidziano schody prowadzące do przejścia podziemnego pod torami, wiodącego do peronów. Wokół schodów będą kasy i  poczekalnia, na przeciwległych końcach toalety, sklep spożywczy i snack bar. Jak stwierdza jury konkursu: „Zaproponowane przez austriacką pracownię rozwiązania są spójne pod względem architektury, która jest oparta na prostych, lapidarnych i współczesnych formach”. Jury doceniło też „zdecydowane przeprowadzenie syntetycznej i klarownej koncepcji przestrzenno-funkcjonalnej zespołu, dobrze wpisującego się w urbanistykę miejsca”.

Projekt bardziej eksponuje Centrum Kultury, posiadające znacznie większą od dworca kubaturę. Obiekt ma duże przejście, z którego wszyscy musieliby korzystać idąc na dworzec. Wewnątrz umieszcza się salę widowiskowo-koncertową na prawie 500 widzów z balkonem, z zapleczem, kawiarnią i przestrzenią wystawową. Przewidziano pomieszczenia dla teatru, orkiestry dętej i innych pracowni Goleniowskiego Domu Kultury. W odnowionych (jak to się dziś modnie określa „zrewitalizowanych”) budynkach wieży ciśnień i rampy rozładunkowej  proponuje się umieszczenie organizacji pozarządowych oraz harcówki.

Zdaniem Burmistrza Banacha najistotniejsze jest, że wygrywająca koncepcja stwarza możliwości etapowania prac: oddzielnie dworzec, następnie Centrum Kultury, po trzecie zaś wieża ciśnień i rampa. Ważne jest to przede wszystkim dla finansowania realizacji całości prac. A to stąd, że o ile na pierwszą inwestycję środki do wykonawstwa są raczej zapewnione, to na drugą i trzecią Gmina nie ma ani grosza. Co gorsza, nie widać żadnych źródeł zewnętrznych, które ewentualnie dofinansowałyby jej plany.

Tyle mniej więcej powiedział o sprawie Burmistrz Banach. Uważam, że osobom mało zorientowanym należy się nieco szersze przedstawienie tła całego projektu. Inaczej ciężko będzie zrozumieć, czemu goleniowscy radni podejmują się budowy nowego dworca, skoro przecież mamy dworzec (ponadto zadania z dziedziny transportu kolejowego i pozamiejskiej komunikacji autobusowej nie mieszczą się w katalogu zadań własnych gmin, więc gminy dworców nie stawiają), oraz budowy Centrum Kultury, skoro istnieje przecież w Goleniowie całkiem udatny obiekt mieszczący Dom Kultury.

Tak dworzec w Goleniowie wygląda dziś Zdjęcie: www.panoramio.com

Tak dworzec w Goleniowie wygląda dziś
Zdjęcie: www.panoramio.com

Prawdą jest, że budynek oddanego jako nowy w roku 1970 dworca kolejowego nie jest szczytem dokonań architektonicznych. Taki sobie klocek, który dziś okazuje się za duży na potrzeby kolei. Za wysoki, zbyt dużo kosztujący w eksploatacji, ze zbyt dużą, trudną do ogrzania kubaturą. Tym znacznie mniej licznym pasażerom, którzy dziś jeżdżą koleją, wystarczyłby pewnie skromny baraczek, spełniający rolę dworca przed rokiem 1970. Co starsi goleniowianie wspominają go z sentymentem, bo tam można było w piątek i świątek zaopatrzyć się w piwo, którego na mieście zazwyczaj brakowało.

Także otoczenie dworca pozostawia wiele do życzenia. Obszar przed nim jest ani to skwerem, ani dworcem autobusowym. Nie zapominajmy, że to właściwie centrum Goleniowa, a takie miejsca powinny mieć szczególne znaczenie dla każdego miasta. Położone po tej stronie torów tereny są słabo zagospodarowane i właściwie do niczego nie służą. Zaś miejsca po drugiej stronie torów są obecnie prawie niewykorzystywane przez kolej. Tory oddzielają tereny przemysłowe, do których i tak wielu ludzi tam pracujących musi dojść, od centrum miasta. Prowokuje to powstawanie wypadków, które niejednokrotnie miały tu miejsce. Dojście do peronów także pozostawia wiele do życzenia. Nie jest na pewno racjonalnym dzisiejszy stan, żeby pasażerowie szli z dworca do pociągu ok. 300-400 m. Niejeden z nich, co niecierpliwszy lub bardziej spieszący się na pociąg, próbuje skrócić drogę skokiem przez kilka torowisk, grając w kolejową ruletkę. Takie są fakty, a z nimi dżentelmeni nie powinni dyskutować.

Gmina już dawniej usiłowała „podejść do tematu”, lecz wszystko blokował stan własności całego obszaru. W większości należał on do spółek PKP. Pierwsze próby pozyskania gruntów od PKP podjęto za czasów Burmistrza Wojciechowskiego, jeszcze w kadencji 2006-2010.  Kontynuowano je w kadencji 2011-2014. Można nawet powiedzieć, że sprawa była swego rodzaju idee fixe Przewodniczącego Rady Czesława Majdaka, z zawodu przecież kolejarza. Dobrze zdawał on sobie sprawę z zagrożeń wynikających z dotychczasowej sytuacji, czego nie poprawiały żadne sygnalizacje czy tablice zawierające zakazy przechodzenia przez tory. Bardzo drastycznie potwierdziły to dwa śmiertelne wypadki, gdy w grudniu 2009 r. i w styczniu 2010 r. w identycznych warunkach zginęły dwie osoby, przechodzące przez tory wprost pod wjeżdżający na stację pociąg.

Dzięki staraniom i uporowi Czesława Majdaka, oczywiście wspieranego działaniem całej Rady i Burmistrza, duża część kolejowych gruntów trafiła we władanie Gminy w trakcie minionej kadencji, i to za darmo. Zainicjowane przez niego działania pozwalają obecnie chwycić byka za rogi, umożliwiając lepsze zagospodarowanie  terenów dworcowych, lecz także zrobić coś użytecznego dla całego miast na nowo pozyskanym gruncie przed dworcem. Osobiście uważam, że całość zadania przekracza zakres działania PKP, a Gmina sobie z nim może poradzić lepiej. Oczywiście przy wykorzystaniu możliwości zewnętrznego dofinansowania inwestycji.

Tyle co do genezy przejęcia terenów kolejowych przez Gminę. Druga funkcja, czyli Centrum Kultury, to jakby oddzielny temat. Pojawił się „na doczepkę” do przebudowy dworca, dając odpowiedź na pytanie: „A co zrobimy z uzyskanymi gruntami przed dworcem?” Z kilku stron słyszałem, że ideę wysunął osobiście Burmistrz Krupowicz. Jako jedyny pomysł, od razu najlepszy. Ponieważ nie było innych, przyjęto go „przez aklamację”, bez zbędnych dyskusji. Tym bardziej, że towarzyszyła mu szczytna argumentacja.

Przedstawiono ją radnym mniej więcej tak, jak poniżej. Otóż nasza znakomita instytucja, Goleniowski Dom Kultury, dusi się w swojej siedzibie na ul. Słowackiego. Za mało miejsca na pracownie, za mała sala widowiskowa, nienowoczesne zaplecze techniczne. Brak też miejsca na działanie organizacji pozarządowych, często aktywnych na polu kultury i korzystających z bazy GDK. Co prawda przy obiekcie, a właściwie za nim, miejsca jest jeszcze sporo, ale rozbudowa kosztuje. Nadarza się zatem okazja połączenia zamierzonej przebudowy dworca z przeniesieniem siedziby GDK na nowe tereny przed nim. Powstałoby tu specyficzne połączenie funkcji komunikacyjnej z kulturalną. Ludzie i tak muszą jeździć, czekając przy tym na pociągi i autobusy, kiedy muszą się przesiąść. W naszym „centrum przesiadkowym” dostaliby możność kulturalnego spędzenia tego „straconego” czasu, a nasza bogata kultura zyskałaby dodatkowego klienta. Poniosłoby to w świat imię Goleniowa jako miejsca kulturalnego, nowoczesnego, dynamicznego. Ponieważ takie połączenie funkcji jest niesamowicie nowatorskie, pewnie znajdą się na to zewnętrzne źródła dofinansowania. Poprzednio nowatorstwo było w cenie, czemu więc nie popłynąć na tej fali?

Nie wskazywano konkretnych funduszy, do których dałoby się w tej sprawie aplikować. I tak czekało nas „nowe rozdanie środków unijnych” na lata 2014-2020, wtedy jeszcze kompletnie mgliście się rysujące, jednak optymistycznie założono, że jakieś źródła posłużą do finansowania inwestycji kulturalnych, szczególnie tak innowacyjnych, jak nasza. Najpierw musiała pojawić się koncepcja architektoniczna, z której wyniknie potrzebna na inwestycje kwota. Stąd zamiar organizacji wspomnianego na początku konkursu. No i jeszcze argument koronny: na pewno pomoże „nasz” Marszałek Województwa. Przy jego życzliwej protekcji pomysł musi wypalić!

Na tym etapie zastanawianie się zakończono, bo nawet nie można było określić skali kosztowej tak zarysowanych planów. W 2014 r. odchodząca Rada pozostawiła konkretne działania następcom. Jak zawsze część nowych radnych, do których sam się zaliczam, niewiele wie o genezie projektów „przechodzących” z poprzedniej kadencji. Oczywiście słyszałem o wielkich zamiarach wokół naszego dworca, lecz chciałem poznać je dokładniej.   Niektóre plany dziwiły mnie, lecz bez wystarczającej wiedzy nie byłem w stanie analizować swoich wątpliwości. Niezbyt wiele konkretów udało mi się jednak usłyszeć od koleżanek i kolegów z dłuższym stażem, niechętnie dzielili się szczegółami. „Starzy” radni chyba bardziej identyfikują się z poprzednio podjętymi decyzjami. Myślę jednak, że właśnie teraz jest najwyższy czas, by ponowną dyskusję podjąć. I to właśnie zaproponowałem kolegom po wystąpieniu Burmistrza Tomasza Banacha w trakcie XI sesji Rady.

Stan sprzed roku to już historia. Nie można się trzymać niewolniczo wcześniejszych decyzji, jeżeli zmieniają się najważniejsze założenia przyjęte w momencie ich podejmowania. Dziś, po rozstrzygnięciu konkursu i po analizie dostępnych funduszy, jesteśmy wyposażeni w wystarczająco dokładne informacje, by wyciągnąć nowe wnioski. Oto garść uwag, które poddałem na sesji kolegom pod rozwagę:

1. Z informacji Burmistrza Banacha jasno wynika, że prawdopodobne jest uzyskanie finansowania na I etap zadania, czyli przebudowę dworca i układu komunikacyjnego służącego podróżnym. Środki dla tej ponad 20-milionowej inwestycji są w gestii Szczecińskiego Obszaru Metropolitalnego. Gdyby to się udało, warto zadanie przeprowadzić. Uzyskana poprawa warunków bezpieczeństwa i komfortu podróżnych godna jest wszelkich starań. Nowoczesny wygląd dworca też się liczy.

2. Jak wynika także z informacji przedstawionej przez Burmistrza, jest trudne a właściwie niemożliwe, by uzyskać środki zewnętrzne na inwestycje w kulturze. Na tworzenie Centrum Kultury trzeba by więc było wydawać jedynie własne budżetowe pieniądze. Wiemy już, bo o to pytał Burmistrza Krupowicza radny Czesław Majdak, że koszt budowy Centrum Kultury przy dworcu przekroczyłby astronomiczną sumę 30 milionów złotych. One są zaś potrzebne na 100 innych spraw.

3. Grozi zatem, że jeżeli Gmina nie wygeneruje w najbliższych latach „zbędnej” kwoty ponad 30 milionów złotych, a władze będą wiernie trzymać się koncepcji budowy Centrum Kultury, to z „drugiego etapu” długo nic nie będzie. Gdy zakończymy I etap i uzyskamy piękny dworzec, na pozyskanych od kolei gruntach przed nim straszyć będzie efektowna „czarna dziura”, wypełniona jedynie resztkami megalomańskich planów.

4. Jeśli jednak ktoś się strasznie uprze, by prace w II etapie mimo wszystko podjąć, inwestycja ta wyssie skutecznie pieniądze na jakiekolwiek inne zamiary goleniowskiego samorządu w kilku budżetach naszej Gminy. Gigantomania po prostu kosztuje. Przy czym powstaje pytanie, czy jest to naprawdę najpierwsza potrzeba, bez której mieszkaniec się nie może obyć?

5. Kontynuując poprzednią myśl stwierdziłem, że goleniowska kultura ma swoją siedzibę na ul. Słowackiego. Jest tam też zapas terenu, na którym można przeprowadzać dowolne przebudowy czy rozbudowy wynikające z rosnących potrzeb. Z pewnością są one godne poważnego potraktowania. Powinno się przyjąć sensowny program modernizacji tego obiektu. Lepiej poszukiwać środków na jego realizację, niż na budowanie nowego obiektu przy dworcu od podstaw, mając puste kieszenie. Jasne, fajnie byłoby mieć całkiem nową zabawkę, ale jak nazwalibyście średnio zamożnego ojca rodziny, który wydaje górę pieniędzy na Ferrari? Bo ja bym go nazwał beznadziejnym rozrzutnikiem, bęcwałem zasługującym na pogardę i potępienie.

6. Przypomniałem kolegom radnym, że funkcję kulturalną przyczepiono do przebudowy dworca w sposób sztuczny, bez merytorycznej argumentacji i prawdziwej dyskusji. Przykładowo założono, że centrum przesiadkowe przyciągnie dodatkowych odbiorców dla naszej kultury, czyli podróżnych. To niestety niebezpieczny mit, bez pokrycia w faktach. Goleniów po prostu nigdy nie był stacją przesiadkową, gdzie podróżni spędzają wiele czasu. Jednoznacznie potwierdza to niedawno sporządzone Studium Wykonalności „Szczecińska Kolej Metropolitalna”. Cóż zatem za różnica, gdzie w Goleniowie jest Dom Kultury? Zmiana siedziby nie przyczyni się do skokowego zwiększenia liczby klientów.

7. Stwierdziłem, że bardzo ważne jest pozyskanie przez Gminę gruntów po-kolejowych, bo są to w praktyce ostatnie w mieście grunty publiczne, na których można lokować potrzebne ogółowi mieszkańców funkcje. A takich możliwych funkcji jest na pewno więcej, niż tylko kultura. Wskazałem choćby potrzeby rekreacyjne czy rozrywkowe, o tyle atrakcyjne, że mogłyby zapewnić przynajmniej częściowy zwrot poczynionych nakładów. Z braku czasu dałem zaledwie jeden przykład – kręgielni. Ile to osób z Goleniowa jeździ do Szczecina właśnie po to, by spędzić tam trochę czasu przy tej grze…

(Tu uwaga na marginesie: w notce „Kulturalne 30 baniek” z „Gazety Goleniowskiej” z 18 września redaktor Paweł Palica napisał o tym moim pomyśle z kręgielnią tak, jakbym chciał zamienić „kulturę na kręgielnię”. Cytuję: „Co ciekawe, na ostatniej sesji Rady Miejskiej niezależny radny Ireneusz Zygmański zasugerował, że należy w ogóle zarzucić plany budowy nowego centrum kultury, a oszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć m. in. na bardzo jego zdaniem potrzebną kręgielnię. Był to jedyny tego typu głos i, wydaje się, nie znalazł większego zrozumienia.” Nie szło mi o oszczędzenie środków, bo tych Gmina ani nie wydała, ani nie ma, a raczej o ocalenie terenu dla innej niż Centrum Kultury funkcji. Bo ta ostatnia, jak myślę, w tym miejscu nie ma większego sensu. Uważam ponadto, że Gmina nie musi na tę inną funkcję wydawać swoich własnych środków. Zależnie od przyjętej formuły, mogłyby je zapewnić inne podmioty. Rolą Gminy byłoby natomiast takie funkcje sprecyzować, a następnie zaprosić partnerów do wspólnej realizacji. Możliwych scenariuszy jest naprawdę wiele. Jak wynika z ciągu myślowego, przedstawionego w niniejszej relacji z sesji, pomysł kręgielni w notce redaktora Palicy raczej wyrwano ze znacznie szerszego kontekstu.)

8. W końcu stwierdziłem, że teraz jest właściwa pora dla ponownego rozpatrzenia funkcji, którą należy ulokować na tych atrakcyjnych gruntach. Wzywałem radnych do podjęcia dyskusji w tej sprawie. Tym bardziej, że z wykonawstwem Centrum Kultury na tym miejscu może być, hm, dość długotrwały przestój.

Nie jest do końca prawdą, że mój głos przeszedł bez echa. Życzliwie wypowiedziało się w tej sprawie dwoje zabierających po mnie głos radnych, Czesław Majdak i Dorota Chodyko. W podobnym tonie napisał w „Gazecie Goleniowskiej” z 25 września Pan Stanisław Jawny w rubryce „Moim zdaniem…”. Sądzę, a nawet mam pewność, że tak myśli więcej mieszkańców naszej Gminy. Rozmawiałem o tym z wieloma osobami, które pomogły mi sprecyzować dokładniej swoje zdanie. Chciałbym doprowadzić do przedyskutowania wyżej sformułowanych wniosków na forum komisji Rady Miejskiej. Będę ze swej strony do tego dążył, co niniejszym zapowiadam.

Ostatnia uwaga odnośnie tego tematu dotyczy samej przebudowy dworca. Nie mam istotnych obiekcji co do jego przyszłego wyglądu, bo trudno je mieć. Zaprezentowane wizualizacje są dość symboliczne i nie pozwalają w rzeczywistości na wyobrażenie sobie i ocenę go jako dzieła sztuki architektonicznej. Oczywiście mówię o takim przeciętnym odbiorcy, jakim jestem sam. Rasowy architekt ma zapewne inną wrażliwość, bardziej wyrobioną, podpartą fachową wiedzą. Nie lekceważyłbym jednak gustu przeciętnego laika, bo to on jest finalnym odbiorcą i użytkownikiem obiektu architektonicznego. A jako przeciętny laik z podejrzliwością podchodzę do takiego skoku jakościowego, w którym z większego klocka otrzymujemy mniejszy klocek. Ale pewnie nie znam się na tym wcale…

Na początku zapowiedziałem, że jeszcze jedna sprawa z XI sesji zostanie tu poruszona. Zrobię to bardzo ogólnie i skrótowo, za pomocą danych ilościowych. Otóż w programie tej sesji było aż 12 projektów uchwał odnoszących się do rozpatrywania różnorodnych skarg na działanie Burmistrza Gminy (spośród łącznie 27 rozpatrywanych projektów uchwał, czyli 44,4%!). Nic by nie było w tym złego, każdy przecież może się skarżyć, gdyby nie drobne ale… Mianowicie 4 spośród tych skarg (33,3%!) zostały uznane przez Radę Miejską jako zasadne. Dwie spośród nich dotyczyły nieterminowego załatwiania spraw, jedna niewłaściwego trybu udzielania dostępu do informacji publicznych, jedna zaś wykonania prac w sposób niezgodny z przepisami. Powie ktoś, że nazbierało się tak dużo spraw w trakcie wakacji. Dobrze, w takim razie dodam, że na sesji X przed wakacjami takich spraw było 5 (na łącznie 24 projekty uchwał, czyli 20,8%), przy czym 2 uznano za zasadne (z powodu przekroczenia ustawowego terminu załatwienia spraw), a jedną odesłano do dalszego rozpatrzenia do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Osobiście uważam, że świadczy to niestety o pogorszeniu bieżącej pracy Burmistrza i jego ludzi. Jak to stary człowiek powiem, że drzewiej tak nie bywało. Przy czym należy stwierdzić jednoznacznie, że uznanie przez Radę skargi za zasadną rodzi wobec Burmistrza jedynie symboliczne konsekwencje. Polegają one na tym, że w konkluzji takiej uchwały, po stwierdzeniu na czym polegało naruszenie prawa, pojawia się następująca formułka: „Rada Miejska w Goleniowie (…) wnosi do Pana Burmistrza o przestrzeganie przepisów (…) i podjęcie działań mających na celu uniknięcie w przyszłości tego rodzaju przypadków.”

Paradne, nie? Rada prosi Burmistrza, żeby przestrzegał prawa! Po nim zaś spływa to jak po kaczce, gdyż ilość skarg uznanych za słuszne rośnie. Ani razu natomiast jeszcze się nie zdarzyło, by Burmistrz poinformował Radę o „działaniach podjętych w celu uniknięcia w przyszłości tego rodzaju przypadków”. I tak właśnie wyraża się funkcja kontrolna sprawowana przez ciało uchwałodawcze nad organem wykonawczym w goleniowskim wydaniu. Aha, osobiście nie widzę tu ani lekceważenia mieszkańców, którzy się skarżą, ani olewania Rady, która prosi o przestrzeganie prawa. Burmistrz jest po prostu człowiekiem roztargnionym, ma tyle spraw na głowie…

Wielki Brat cię widzi Zdjęcie: biznes.interia.pl

Wielki Brat cię widzi
Zdjęcie: biznes.interia.pl

I jeszcze z ostatniej chwili: osoba najczęściej skarżąca się na działanie Burmistrza doczekała się od niego swoistego podziękowania. Bardzo swoistego. Otóż na dniach, nazwijmy go Pan X, ukarany został wyrokiem sądu rejonowego w postępowaniu mandatowym za różne wykroczenia popełnione w trakcie jazdy rowerem po ulicach naszego miasta. Nic by nie było w tym bulwersującego, gdyby nie to, że jest to zapewne jedyny przykład zgłoszenia do sądu w takich sprawach popełnionego przez… Burmistrza Gminy Goleniów. Zapewne całkiem przypadkowo i bez związku z czymkolwiek innym, wykroczenia Pana X zostały zaobserwowane przez strażników miejskich na nagraniach z monitoringu. Strażnicy oczywiście musieli podjąć zwykłe, rutynowe w takich sprawach działania. Tak zresztą, jak zawsze wobec szalejących rowerzystów czynią. Ha, ha…

Swoją drogą, kiedy montowano u nas pierwsze kamery monitoringu, nikt nie podnosił argumentów przeciw, że mogłyby posłużyć do prywatnej vendetty wobec wybranych osób. Nikomu nie wydawało się to wtedy możliwe. Ale żarty się skończyły, władzy może podpaść każdy. Obywatelu, uważaj co robisz! Wielki Brat czuwa.

 

Wierny Soroka, srogi Luśnia i Kiemlicze bronią Częstochowy

16 wrz

Poprzedni wpis liznął zaledwie tematykę polityki personalnej Burmistrza Krupowicza, ale jednocześnie pokazał aktualny (na wtedy!) stan rozwoju autorskiego projektu zmian przeprowadzanych w goleniowskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że przynajmniej w sprawie statusu OPS Burmistrz  dostał od radnych fangę w nos. Wydawało się, że radni nie chcą przekroczyć masy krytycznej bzdur możliwych do popełnienia w tej sprawie. Cóż, popadł Krupowicz w tarapaty, a pomocy znikąd.

Dzielni Kiemlicze stają w gotowości do obrony swojego pułkownika Kadr z filmu "Potop"

Dzielni Kiemlicze stają w gotowości do obrony swojego pułkownika
Kadr z filmu „Potop”

Oj, to Wy naszego Burmistrza nie znacie. Toż nie sam on działa, a w kupie. Stare powiedzenie mówi, że w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy. Ma zastępy wiernych druhów, gotowych do nadstawienia za niego karku w każdej opresji. Tak, jak Pan Michał Wołodyjowski miał swojego srogiego Luśnię do poratowania w potrzebie, zaś Pan Kmicic wiernego wachmistrza Sorokę, że już o dzielnych Kiemliczach nie wspomnę, tak Pan Krupowicz ma ich wszystkich razem. I srogiego Luśnię, i wiernego Sorokę, że już o dzielnych Kiemliczach nie wspomnę.

Nie chwaląc się, trochę dalszy ciąg przewidziałem, w tym samym artykule wspominając: „na posiedzeniu wspólnym komisji projekt wprowadzenia statutu w proponowanym kształcie odrzucono znaczną większością głosów, przy 2 głosach przeciwnych i chyba 3 wstrzymujących się. W ogłoszonym porządku dziennym sesji projekt tej uchwały jednak figuruje. Nie dam głowy, że zostanie z niego wyprowadzony, a nawet, że nie zostanie następnie w takim właśnie kształcie przyjęty. Bo ludzie nie krowy, poglądy zmieniać im wolno.” Ciekaw jednak byłem, jak akcja zostanie przeprowadzona, bo na łatwą raczej nie wyglądała. Znam jednak talenty reżyserskie i aktorskie miłościwie nam przewodniczącego Łukasza Mituły i wierzyłem w niego. Nie zawiodłem się ani trochę. Stąd z miłą chęcią streszczę Państwu kolejne widowisko dramatyczne, wystawione na XI sesji Rady Miejskiej w Goleniowie. Tym razem „Obrona Częstochowy”, sztuka w 3 aktach. Premiera 9 września.

Geneza widowiska jest oczywista i prosta. Burmistrzowi bardzo była nie w smak prestiżowa porażka Dyrektora Łukaszewskiego (czyli przede wszystkim jego własna, burmistrzowska) w przedsesyjnych komisyjnych bojach. Jak bohaterski pułkownik Andrzej Kmicic postanowił jednak bitwę o statut wygrać, czyli Częstochowę obronić. I z tym udał się do swojego wiernego wachmistrza Soroki, którą to rolę na co dzień pełni wobec niego Przewodniczący Łukasz Mituła. „Wedle rozkazu! – ozwał się głos wachmistrza, kiedy tylko usłyszał życzenie swego pułkownika. I natychmiast przystąpił do dzieła.

Wierny wachmistrz Soroka opatruje rany pułkownika Kmicica Kadr z filmu "Potop"

Wierny wachmistrz Soroka opatruje rany pułkownika Kmicica
Kadr z filmu „Potop”

Zanim nastąpił pierwszy akt sztuki, który zaczął się przy ustalaniu porządku dziennego sesji, poczyniono wstępne przygotowania. Dnia 2 września radni otrzymali drogą mailową projekt porządku sesji i wszystkie projekty uchwał, w tym IDENTYCZNY z obradowanym na posiedzeniu komisji projekt uchwały odnośnie statutu OPS. Oczywiście dla uśpienia przeciwnika. W punkcie 12 porządku stało nadal jak byk: „Projekt uchwały w sprawie Statutu Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie”.

Przy ustalaniu porządku dziennego Przewodniczący Mituła nie poinformował radnych, że od 2 września wprowadzono do niego jakieś poprawki czy autopoprawki. Nasz wierny Soroka dopuścił nawet spokojnie do przeprowadzenia głosowania nad wnioskiem radnego Czesława Majdaka, by wyprowadzić projekt z porządku sesji. Argumentacja: z powodu stwierdzonej na posiedzeniu wspólnym komisji 1 września jego daleko posuniętej wadliwości i braku akceptacji radcy prawnego. Jako koronny argument wystarczyłoby samo negatywne zaopiniowanie przez WSZYSTKIE komisje. Jednak niespodziewanie radni dużą większością głosów wniosek odrzucili. Naiwny pomyślałby ze zdziwieniem, że zapewne chcieli ponowić dyskusję z 1 września, dokładając jakieś nowe argumenty. Naiwny nigdy by nie przypuszczał, że poprzedniego projektu… już po prostu nie ma. Zwyczajnie – wnioskodawca przerobił go na nowy. Naiwny powie, że właśnie wtedy, przy uchwalaniu porządku dziennego, była odpowiednia okazja do poinformowania, że wnioskodawca już „usprawnił” swoje dzieło. Wiernemu Soroce jakoś do głowy to nie wpadło.

Dopiero kiedy rozpoczął się drugi akt, czyli przystąpiono do obrad nad tym projektem uchwały, Przewodniczący poinformował o wprowadzeniu w nim autopoprawek „zgodnie z wnioskami wspólnych komisji”. Bzdura! Na posiedzeniu komisji 1 września nie głosowano żadnych wniosków co do poprawiania kalekiego projektu, przeprowadzono natomiast jego ogólną krytykę, wytykającą liczne wady. To nie znaczy, że wskazano jakiś katalog pożądanych zmian. Projekt po prostu odrzucono, bez wskazania która wada do tego w szczególności doprowadziła. Jedynym głosowaniem było finalnie, przeprowadzone po to, by projekt zaopiniować negatywnie i odesłać go do wnioskodawcy. Nawet nie do „poprawki przez wnioskodawcę”, tylko „do wnioskodawcy”, bez określania, co ma z nim zrobić. Dobrze wiem, bo sam taki wniosek złożyłem i właśnie on został przyjęty znaczną przewagą głosów. Dziś żałuję, że nie dopowiedziałem wtedy myśli, która mi się po głowie kołatała, bo może i to by przyjęto w głosowaniu: „zwrócić projekt do wnioskodawcy, niech go sobie zabiera do swojej piaskownicy i nie zawraca poważnym ludziom głowy”.

Następnie Przewodniczący powiedział, że radni otrzymali już ten „poprawiony projekt”. Okazało się, że rzeczywiście prawdę powiedział, sam to także w tej chwili odkryłem. Otóż przerobiony projekt wsadzony był w stosiku leżących przede mną papierów, które zastałem na stole siadając na początku sesji. Nawet nie powiedziano, że należy tam zerknąć. Ale cóż, kto gapa, tego wina. Dopiero w tym momencie mogłem sobie przeczytać, co Burmistrz raczył pozmieniać w kilkustronicowym tekście. Oczywiście wyszukując zmiany samemu, bo nikt nie pokusił się o zaznaczenie różnic. Kto gapa, tego wina. Argument, że to z innym projektem zapoznawali się radni, a tego jeszcze nie widzieli i nie opiniowali, spłynął po wiernym Soroce (to jest Przewodniczącym Mitule) jak miód po wąsach.

Bzdurą jest moim zdaniem nazwać „poprawkami” zakres ingerencji w treści zmienionego projektu. Poprawką można określić niewielką zmianę w tekście, niekoniecznie jednak bez znaczenia dla treści. Przypomnę tylko sławetne „i czasopism”, które wyrzuciło do lamusa historii SLDowski rząd premiera Millera. W naszym przypadku różnice w tekście były na tyle duże, że można mówić o całkowicie nowym projekcie uchwały. Doszła ponad strona tekstu! Czego dotyczyły dokonane „autopoprawkami” zmiany? Dwóch spraw:

a) przywrócono (jak w „starym” statucie) listę konkretnych przepisów prawa, normujących działanie OPS; wymieniono je nawet znacznie szczegółowiej, niż dotychczas;

b) przywrócono do łask tzw. „słowniczek”, precyzujący użyte w treści pojęcia (choć ten akurat skrócono o wyjaśnienie, kim jest „Zastępca Dyrektora Ośrodka” – patrz niżej).

Prawdopodobnie popełnienie tych dość kardynalnych poprawek umożliwiło w końcu radcy prawnemu złożenie na projekcie uchwały akceptacji, która się wreszcie pojawiła. Nie ruszono natomiast innych omówionych na wspólnym posiedzeniu komisji różnic wobec dotychczas obowiązującego statutu OPS, które miałem już okazję komentować na blogu. Nie miały one (przynajmniej w większości punktów) charakteru prawnego, lecz polityczny. Stąd radca prawny zapewne uznał, że to nie jego broszka, przystawiając swoją gumę. I tak:

a) poprzedni statut stwierdzał, że „Ośrodek jest jednostką organizacyjną Gminy”; nowy mówi: „Ośrodek jest samodzielną jednostką organizacyjną Gminy Goleniów, nieposiadającą osobowości prawnej. Formą organizacyjno-prawną funkcjonowania Ośrodka jest jednostka budżetowa.” Mój głos w tej sprawie, przytoczony w poprzednim wpisie na blogu, wierny Soroka skomentował: „To nie jest żaden błąd, tylko zdanie Pana Zygmańskiego”. Być może, żadnej analizy prawnej fachowiec nie przedłożył. Dlaczego więc „zdanie Pana Zygmańskiego” Burmistrz uszanował przy wspomnianych wyżej dwóch kwestiach, przyjmując je w „autopoprawkach”? Wszystkie uwagi zgłosiłem hurtem. Niektóre z nich jak widać się liczą, inne bez zbędnej deliberacji lecą do kosza. Jaki klucz wyboru Pan Burmistrz do nich stosuje? Czy mam może powiedzieć, że to „tylko zdanie wiernego Soroki”?

b) dotąd w statucie był zapis, że „Dyrektor Ośrodka i pracownicy zatrudnieni w Ośrodku powinni posiadać kwalifikacje niezbędne do zajmowanych stanowisk, zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami”. Obecna propozycja brzmi: „Pracownicy Ośrodka powinni posiadać kwalifikacje niezbędne do zajmowanych stanowisk, zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami”;

c) dotąd w statucie określone było stanowisko Zastępcy Dyrektora OPS; w nowym zapisie wyleciało;

d) w starym statucie stało: „Organizację wewnętrzną, szczegółowe zadania i zasady funkcjonowania Ośrodka określa regulamin organizacyjny nadany przez Burmistrza na wniosek Dyrektora Ośrodka”; w nowym zapisie: „Organizację wewnętrzną, szczegółowe zadania i zasady funkcjonowania Ośrodka określa regulamin organizacyjny nadany przez Dyrektora Ośrodka.”

Procedura przyjmowania uchwał przez Radę Miejską zawarta jest w Statucie Gminy Goleniów. Jasne, że przepisy nie przewidzą każdej sytuacji, lecz nie można ich traktować w sposób dowolny. Spróbuję poniżej wskazać, co (moim oczywiście zdaniem) Pan Przewodniczący potraktował przy procedowaniu tego projektu jednak zbyt dowolnie.

§ 35 Statutu stwierdza:W czasie rozpatrywania projektu uchwały na sesji prowadzący obrady udziela głosu w kolejności: projektodawcy uchwały lub jego przedstawicielowi, przedstawicielom komisji, które opiniowały projekt uchwały oraz Burmistrzowi Gminy (jeżeli nie on był projektodawcą uchwały) lub osobie przez niego upoważnionej. Następnie otwiera dyskusję nad projektem”.

Tak, Przewodniczący Mituła udzielił głosu projektodawcy uchwały, czyli od razu Dyrektorowi Łukaszewskiemu, nawet nie patrząc w stronę Burmistrza. Skąd wiedział, że to Dyrektor ma objaśniać burmistrzowską wolę – pewnie telepatycznie. Dyrektor nie bawił się w żadne motywowanie wprowadzonych autopoprawek czy tłumaczenie się ze swojej poprzedniej nieudolności, która całe zamieszanie zrodziła. Oświadczył tylko buńczucznie, jak jakiś srogi Luśnia, że albo radni ten statut teraz uchwalą, albo… Tu nastąpiło niedopowiedzenie, więc możliwości mogło być wiele. Do tej pory nie wiem, czy chciał nas rozstrzelać, czy palnąć sobie w łeb. Ad vocem odezwał się radny Krzysztof Rutkowski, który nie mógł już zdzierżyć dotychczasowego zachowania srogiego Luśni, tfu, Dyrektora Łukaszewskiego. Ten nie dość, że bardzo emocjonalnie i niemerytorycznie zabierał głos na posiedzeniu połączonych komisji, to teraz zamierza stawiać radnych pod ścianą straceń. Mimo wyrażenia swojego zniesmaczenia, radny Rutkowski stwierdził (z wyraźnym obrzydzeniem), że on jednak za nowym statutem zagłosuje.

Srogi Luśnia nadstawiłby własną pierś w potrzebie Kadr z filmu "Pan Wołodyjowski"

Srogi Luśnia nadstawiłby własną pierś w potrzebie
Kadr z filmu „Pan Wołodyjowski”

Ani wierny Soroka (Przewodniczący Mituła), ani sam pułkownik Kmicic (Burmistrz Krupowicz), srogiemu Luśni reprymendy nie udzielili. Ten pierwszy potraktował oryginalne wprowadzenie tematu jako odfajkowane i otworzył dyskusję. Brali w niej udział jedynie Szwedzi oblegający Częstochowę (w tych rolach obsadzeni przez aklamację radni Majdak i Zygmański). Wyraźnie otumanieni fortelem imć Pana Mituły (już mnie korciło napisać „Pana Zagłoby”) musieli powtarzać swoje wcześniejsze argumenty, strzelając z resztek zleżałej amunicji, zużytej w lwiej części na posiedzeniu wspólnym komisji.

Kule jednak do murów twierdzy nawet nie dolatywały. A gdy jakaś wpadała do wnętrza, radzili sobie z nimi dzielni burmistrzowscy Kiemlicze. Na przykład radny Krzysztof Czerwiński, ucinający biadolenia o braku Zastępcy Dyrektora. Jak stary Ojciec Kiemlicz ciął szablą na odlew, że przecież Dyrektor może na wypadek swej nieobecności wskazać dowolnego pracownika, mogącego go zastąpić. Nie wiedzieć jak tego dokona, jeśli nastąpiłby jakiś nagły wypadek? Pozwoliłem sobie zażartować, że dziwny jest postulat braku Zastępcy Dyrektora w ustach Burmistrza, który sam posiada aż dwóch zastępców. Uśmieszki się pojawiły, lecz nikt wątku nie pociągnął. Tak że nawet nie było potrzeby pytać „Łociec, prać?”

§ 36 Statutu Gminy określa sposób dokonywania zmian w projektach uchwał. Stwierdza miedzy innymi:

„3. W trakcie dyskusji radny, komisje i Burmistrz Gminy mogą zgłaszać wnioski dotyczące zmiany treści projektu uchwały prowadzącemu obrady.

6. Po zakończeniu dyskusji prowadzący może udzielić głosu projektodawcy uchwały lub jego przedstawicielowi, w celu ewentualnego zgłoszenia autopoprawek i zamyka dyskusję.

7. Po zamknięciu dyskusji prowadzący obrady rozpoczyna procedurę głosowania.”

W rzeczywistości w trakcie dyskusji ani radni, ani komisje, ani Burmistrz nie zgłosili wniosków dotyczących zmiany treści projektu uchwały. Nie uczynił tego nikt także i po zakończeniu dyskusji. Autopoprawki jednak pojawiły wcześniej, przed otwarciem dyskusji. Zatem w jakim trybie? Statut Gminy nigdzie nie mówi o innym sposobie wprowadzania zmian w projekcie uchwały. Wprawdzie § 40 ust. 1 wspomina: „Poprawek przyjętych przez projektodawcę na wniosek radnych lub komisji Rady nie głosuje się.” Lecz jak przypomnę – ani radni, ani komisje Rady nie zgłaszały żadnych wniosków odnośnie poprawek.

Ten sam § 40 stwierdza dalej:

„3. Po przegłosowaniu poprawek prowadzący obrady poddaje pod głosowanie całość projektu uchwały z przyjętymi poprawkami.” Jak się mogło zatem stać, że burmistrzowskich „autopoprawek” nie przyjmowano w tym trybie, oddzielnymi głosowaniami, a po prostu Przewodniczący Mituła kończąc dyskusję poddał pod głosowanie cały nowy projekt an block? Ano mogło, przecież z punktu widzenia wiernego Soroki zwycięstwo było już pewne, nie było już po co sprawy przedłużać. Wynik głosowania był przesądzony. Koniec przedstawienia.

Zaraz, zapytacie, a gdzie trzeci akt? Przecież miały być trzy! I skąd niby było wiadomo, że wynik głosowania był przesądzony? Odpowiedź jest prosta: źle ponumerowałem akty. Bo pierwszy akt naprawdę odbył się już przed przedstawieniem. To, co można było oglądać publicznie na sesji, to były akty drugi i trzeci. O tym publiczność miała nie wiedzieć, że już o godzinie 9.00, na dwie godziny przed oficjalną godziną rozpoczęcia sesji,  radni koalicji zebrali się pod wodzą wiernego Soroki, by ustalić sposób głosowania. Pokazano im przede wszystkim burmistrzowskie autopoprawki, stąd na sesji nie wzbudziły już u radnych koalicyjnych żadnego zainteresowania. Ustalono, co leży we wspólnym interesie drużyny, w jaki sposób głosować, jak podnieść rękę przy tej uchwale. Oczywiście, przy wszystkich innych też. Skąd o tym wiem? Nie należę przecież do śmietanki towarzyskiej i zaproszenia oczywiście nie otrzymałem. Ano, trudno o zachowanie całkowitej dyskrecji kilkunastu osób. Tym bardziej, że niektórym z nich coraz mniej podoba się rola dzielnych Kiemliczów, wspierających swojego pułkownika na każde zawołanie. Szczególnie, gdy przychodzi popierać coraz więcej ewidentnych gniotów

Instruowanie koalicyjnych radnych na nieoficjalnie prowadzonych posiedzeniach jest w tej drużynie normalnie stosowaną praktyką. Stosuje się je od samego początku obecnej kadencji. Gdy zapytałem kiedyś o to wiernego Sorokę (znaczy, Przewodniczącego Mitułę), ani myślał zaprzeczać. Powiedział po prostu, że dorośli ludzie mają prawo zbierać się kiedy chcą i rozmawiać o czym mają ochotę. Święta racja, tylko do czego ten cały teatr z odbywaniem sesji?

Tak oto Szanowni Wyborcy dba się w goleniowskiej Radzie Miejskiej o różnorodność poglądów, wspiera pluralizm, pielęgnuje tolerancję. Uzbrojona po zęby koalicja strzela do kilku zdziwionych swą ważnością i nie dopuszczonych do wspólnego stołu „opozycjonistów” na wszelki wypadek, bo najważniejsze jest zdeptanie każdej odmienności. W pierwszym roku obecnej kadencji ta maszyna do głosowania działa już bezbłędnie, oliwiona doraźnymi korzyściami i sterowana przez wyuczonych niezawodnej techniki aparatczyków. Dzielni Kiemlicze nie dostrzegają jeszcze, że całkiem niepotrzebnie dali się zapędzić do kieratu, w którym kazano im chodzić. Taka demokracja, jaką preferuje pułkownik Kmicic ze swym wiernym Soroką, to po prostu dzierżymordyzm. Obowiązuje stałe trzymanie armii pod bronią dla zachowania całkowitej jedności drużyny. W takiej demokracji uchwalona zostanie każda głupota, która jest „nasza”, a przepadnie każda mądrość, która jest „ich”. Gdzie zaś wspólny interes mieszkańców? Na razie sumienia uspakaja właśnie myśl, że przecież dla wspólnego interesu to wielkie poświęcenie.

Myślę, że ten drobny w końcu przykładzik uchwalenia statutu OPS jest odpowiednią ilustracją powyższych gorzkich stwierdzeń. Już to pisałem, lecz ponownie powtórzę: moim zdaniem nie było najmniejszej prawdziwej potrzeby uchwalania nowego statutu. Dyrektor OPS mógłby wprowadzać wszystkie planowane przez siebie nowości bez ruszania choćby jednej litery w dotychczasowym statucie. Po cóż zatem stoczono o niego tak zaciętą bitwę? Odpowiedź się narzuca sama: właśnie dla pilnowania jedności własnych szeregów. Na wszelki wypadek. Żeby nikt się z nich nie wyłamywał, znał swoje miejsce w szyku, żeby mu nie przyszło do głowy spiskować na boku. Ot, taki trening gotowości bojowej, gdyby kiedyś obecnej koalicji przyszło się rzeczywiście o coś bić.

Napisałem to wszystko nie mając zamiaru nikogo z koleżanek i kolegów radnych obrażać. Chciałem im po prostu powiedzieć, że nie podoba mi się rola stracha na wróble, jaką mi przydzielono od pierwszej sesji. Rozumiem Wasze postępowanie, co wcale nie znaczy, że je akceptuję. Lecz jeśli już musicie myśleć inaczej, to chociaż mówcie własnymi głosami, a nie dajcie się wyręczać wiernym Sorokom, srogim Luśniom, a nawet samemu pułkownikowi Andrzejowi Kmicicowi.

 

Zabierzcie małpie brzytwę

08 wrz

Do roboty! Dość „pobocznych” roślinnych tematów, bo anty-wegetarianie domagają się „pełno mięsnych dań”. Wakacje się już skończyły, oczywiście dla tych, którzy je mieli. Nie mam wyrzutów sumienia, lato spędziłem dość pracowicie, choć na pewno nie aż tak, jak niektórzy inni. Na przykład Pan Burmistrz Goleniowa Robert Krupowicz. Ten to chyba wcale nie wychodził z gabinetu, harując jak zwykle. Nad efektami jego ciężkiej wakacyjnej pracy zapewne jeszcze nie raz przyjdzie mi się na tym blogu pochylać, gdyż lwiej części jego dokonań po prostu nie rozumiem.

Nie dawajmy małpie brzytwy. Zdjęcie: ddluzniewska.wordpress.com

Nie dawajmy małpie brzytwy.
Zdjęcie: ddluzniewska.wordpress.com

(Dobra, wiem Panie Dariuszu, że też Pan zawsze musi być tak dokładny… Wiem, tytuł burmistrzowski podałem niezgodnie z oficjalnym brzmieniem: powinno być Burmistrz Gminy Goleniów. Użyłem go w tej formie, w jakiej Pan Burmistrz go woli – tak sobie przecież kazał pisać na wyborczych bilbordach. A jak Pan Burmistrz woli, tak robi. O tym będzie zresztą dzisiejszy felieton. I przy okazji – dzięki za miłe słowa).

Dzisiejszy temat dotyczy polityki personalnej prowadzonej przez Burmistrza. Trochę już o tym pisałem, charakteryzując burmistrzowskiego doradcę i asystentów. Można powiedzieć – Burmistrza sprawa, z kim chce współpracować. Można, lecz skoro prowadzi swą politykę kadrową jawnie, nie w swojej prywatnej firmie przecież, lecz w Gminie Goleniów, mieszkańcom wypada wiedzieć, jakie przesłanki nim kierują. Czy racjonalne, merytoryczne, uzasadnione wartością dobieranych pracowników, czy raczej jakieś osobiste, nieodgadnione. W końcu Burmistrz jest pracodawcą dla dużej grupy obywateli tej Gminy. Jeśli ktoś miałby decydować się na budowanie swojej kariery pod jego przewodem, z pewnością wolałby znać szefowskie preferencje. Przecież nie wybierzecie sobie świadomie za szefa nieobliczalnej małpy z brzytwą, prawda?

Mógłbym przytoczyć niejeden konkretny przejaw działań kadrowych Pana Krupowicza, bo od kilku lat się z tym zagadnieniem stykam na bieżąco, kolekcjonując z zapałem różne przypadki. Nie starczyłoby Państwu z pewnością cierpliwości, by się z nimi choćby pobieżnie zapoznać. Opiszę zatem świeży przykład, ponadto dość typowy. Mam na myśli zmiany personalne na kierowniczym stanowisku w Ośrodku Pomocy Społecznej w Goleniowie. Korzenie sprawy już kiedyś opisywałem, choć to całkiem nieodległa przeszłość.

Zbierzmy fakty, w dużej części udostępnione dla głodnej wiedzy publiczności na łamach „Gazety Goleniowskiej”. Właśnie głównie przez to medium Burmistrz porozumiewa się z mieszkańcami, w tym także z radnymi Rady Miejskiej. Gęsto wesprę się cytatami z „GG”, która piórem Pawła Palicy podawała kolejne akty serialu:

1. 02.06.2015, jeszcze jako Asystent Burmistrza, Zbigniew Łukaszewski organizuje spotkanie, w którym uczestniczy „kilkadziesiąt osób zawodowo zajmujących się w różnych formach pomocą społeczną”. Przedstawia im „wypracowaną przez kilka poprzednich miesięcy – w oparciu o doświadczenia podobnych instytucji między innymi z Krakowa – koncepcję zmian, jakie mają być dokonane. Dotyczyły one zarówno struktury organizacyjnej CIiA, jak i „filozofii” pracy. W największym skrócie chodzi o to, by pracownicy socjalni mniej czasu poświęcali na „papierologię”, a więcej na działania w terenie z ludźmi, którym w różny sposób trzeba pomóc.(…) Z. Łukaszewski zaznaczył przy tym wyraźnie, że metodyka działań i wewnętrzne przepisy w znacznym stopniu zależeć będą od samych pracowników CIiA”. ” I jeszcze: „Wydaje się, że proponowane zmiany przyjęte zostały przez obecnych na spotkaniu „socjalnych” z życzliwą uwagą. To ważne, bo nowa instytucja rozpocząć ma działalność najpóźniej 1 stycznia przyszłego roku. A już w sierpniu przedstawiony zostanie szczegółowy projekt zaplanowanych zmian.”

2. Pan Łukaszewski jak się okazuje wystąpił w tym spotkaniu w podwójnej roli. Bo także tego samego dnia na stronie www gminy w BIP-ie (nie wiedzieć czemu w rubryce „Praca w UGiM”, jakby chodziło o jakiś wydział Urzędu) Burmistrz poinformował o naborze na wolne stanowisko pracy Dyrektora Ośrodka Pomocy Społecznej. To samo ogłoszenie opublikowano w „GG” 05.06.2015. Zatem Pan Asystent już raczej wiedział, że jest również kandydatem na fotel dyrektora OPS. Myślę, że wiedzieli także o tym pracownicy OPS uczestniczący w spotkaniu, przyjmując jego wystąpienie „z życzliwą uwagą”. Jeszcze by spróbowali przyjąć z nieżyczliwą!

3. Dnia 02.07.2015 do konkursu stanęły dwie osoby, Pani Elżbieta Nowak, pracownica OPS, dotąd Zastępca Dyrektora tej instytucji, oraz Pan Zbigniew Łukaszewski, Asystent Burmistrza Krupowicza ds. organizacji Centrum Integracji i Aktywizacji. Nikt nie powinien mieć oczywiście wątpliwości, kto w tym tandemie zna się lepiej na opiece społecznej. Burmistrz ich nie miał, wiec w wyniku zakończenia procedury naboru na ww. stanowisko wybrana została oferta Pana Zbigniewa Łukaszewskiego. Uzasadnienie dokonanego wyboru:  „Komisja Rekrutacyjna w trakcie rozmów kwalifikacyjnych jako najkorzystniejszą wybrała ofertę Pana Zbigniewa Łukaszewskiego, która uzyskała największą ilość punktów. Kandydat spełnia wszystkie wymagania kwalifikacyjne i posiada wszechstronną wiedzę pozwalającą na piastowanie stanowiska dyrektora OPS w Goleniowie. Wyróżniał się dotychczasowymi osiągnięciami w dziedzinie pomocy społecznej oraz wykazał cechy pozwalające na skuteczne zarządzanie ośrodkiem. 13.07.15 Robert Krupowicz, Burmistrz Gminy Goleniów.” Moim zdaniem to stwierdzenie Burmistrza jest raczej dość naciągane.

4. W ogłoszeniu o konkursie przedstawiono miedzy innymi  wymagania niezbędne dla spełnienia warunków formalnych przystąpienia do niego:

1) obywatelstwo polskie;

2) pełna zdolność do czynności prawnych i korzystanie w pełni z praw publicznych;

3) brak skazania prawomocnym wyrokiem sądu za umyślne przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego lub umyślne przestępstwo skarbowe;

4) nieposzlakowana opinia;

5) wykształcenie wyższe;

6) specjalizacja z zakresu organizacji pomocy społecznej , o której mowa w art. 122 ustawy z dnia 12 marca 2004 r. o pomocy społecznej (Dz. U. z 2009 r. Nr 175, poz. 1362 z późn. zm.);

7) co najmniej 5 letni staż pracy, w tym co najmniej 3 letni staż pracy w pomocy społecznej lub wykonywanie przez co najmniej 3 lata działalności gospodarczej w zakresie wykonywania usług z obszaru pomocy społecznej, określonych w ustawie o pomocy społecznej.

Przy całym szacunku do osoby Zbigniewa Łukaszewskiego i jego dokonań dla goleniowskiej kultury, gminne wróble ćwierkają, że prawdopodobnie nie spełnia on wymogów formalnych zawartych w punktach 6) i 7). Oczywiście mogę się mylić, gdyż nie znam dokumentów, jakie w tej sprawie przedstawił Zbigniew Łukaszewski Komisji Rekrutacyjnej, ani jakie kryteria interpretacji tych dokumentów ona zastosowała. Odnośnie wymogów kwalifikacyjnych złożę zatem do Burmistrza Krupowicza szczegółowe zapytanie.

5. 17.07.2015 „GG” podaje, że: „Rozstrzygnięty został już oficjalnie konkurs na objęcie stanowiska dyrektora Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie. Wygrał go Zbigniew Łukaszewski, do niedawna, dyrektor GDK, a obecnie doradca (sic!) burmistrza Roberta Krupowicza ds. organizacji Centrum Integracji i Aktywizacji (CIA), które ma powstać właśnie na bazie OPS. Koncepcja funkcjonowania CIA jest już gotowa i przez najbliższe miesiące ma być wdrażana. Obiecano nam przy tym, że lada dzień zostanie udostępniona do wglądu. Zarys nowego modelu funkcjonowania pomocy społecznej w Goleniowie Z. Łukaszewski przedstawił jednak już w czerwcu, na spotkaniu z kadrą OPS (co też podpowiada, że rozstrzygnięcie konkursu było jedynie formalnością). (…) Z. Łukaszewski zastąpi na stanowisku dyrektora Gizelę Rybicką. Ta nadal ma pracować w instytucji, którą przez długie lata kierowała. Burmistrz Krupowicz powiedział nam, że na razie nie wiadomo, jaka funkcja zostanie jej powierzona. Oświadczył natomiast, że pensja nowego dyrektora będzie nieco niższa niż dotychczasowej szefowej OPS. Wynikać to będzie jednak tylko i wyłącznie z tak zwanej wysługi lat.”

6. Obiecana wyżej koncepcja, która miała być wynikiem pracy burmistrzowskiego asystenta, nie została w „GG” opublikowana do dziś. Radni nie otrzymali w tej sprawie żadnego dokumentu. Przedstawiono nam za to fragmentarycznie prezentację multimedialną, zapewne właśnie na ten temat, o której jeszcze wspomnę.

7. Dnia 07.08.2015 w „GG” ukazała się notka „Dyrektor się wgryza”: „1 sierpnia po długotrwałym okresie „rządów” Gizeli Rybickiej nastąpiła zmiana na dyrektorskim stanowisku w goleniowskim OPS. (…) Głównym zadaniem Z. Łukaszewskiego, powołanego przez burmistrza Roberta Krupowicza, będzie wprowadzenie istotnych zmian w sposobie funkcjonowania instytucji (…). Na razie, co oczywiste, nowy dyrektor OPS przede wszystkim musi zapoznać się z nowym otoczeniem. „Wgryzam się”, powiedział nam Z. Łukaszewski. „W pierwszej kolejności będę chciał zmienić system informatyczny na POMOST, z którego korzysta obecnie większość polskich instytucji zajmujących się pomocą społeczną. Już na wrześniowej sesji Rady Miejskiej przedstawię jednak radnym do akceptacji nowy statut OPS. To będzie początek zmian”. Gizela Rybicka, jak nas poinformował burmistrz Robert Krupowicz, zatrudniona zostanie w Urzędzie Miejskim (sic!). W październiku urzędniczka zajmująca się wydawaniem dowodów osobistych przechodzi na emeryturę i to właśnie ją zastąpić ma G. Rybicka. Obejmuje ją obecnie okres ochronny przed emeryturą, zachowa więc swoją dotychczasową wypłatę. W przyszłym roku będzie mogła odejść na emeryturę.” Tu też zamieszczono zdjęcie z podpisem: „Gizela Rybicka i Zbigniew Łukaszewski na zdjęciu sprzed kilku lat”.

Jak widać poprzednie stwierdzenie o dalszej pracy Pani Rybickiej w OPS uległo modyfikacji. Czy to w wyniku niemożności wspólnej pracy z nowym dyrektorem, czy to w wyniku zmiany koncepcji Pana Krupowicza, czy z jakichś innych istotnych powodów, będziemy mieli w ten sposób najdroższego urzędnika w Polsce, wydającego dowody osobiste. To nie do Pani Rybickiej przytyk, jej zdania pewnie raczej w tych roszadach nie brano pod uwagę. Całą jej gigantyczną wiedzę o pomocy społecznej wyrzuca się na śmietnik, całe doświadczenie i wszystkie sukcesy nie zasłużyły nawet na odrobinę szacunku. Ja wiem, że żadna praca nie hańbi, wydawanie dowodów osobistych jest potrzebne. Sądzę jednak, że nie na tym polega rozsądna polityka personalna, by zatrudniać wysoko kwalifikowanych specjalistów na dowolnej posadzie, tym bardziej takich kwalifikacji nie wymagającej.

Pani Gizela dyrektorowała w OPS-ie (jeśli się nie mylę) od roku 1994, jednocześnie spełniając wiele funkcji społecznych, że o byciu kilka kadencji radną powiatową i Przewodniczącą Rady Powiatu Goleniowskiego tylko wspomnę. Prowadzony przez nią OPS nigdy nie był oceniany negatywnie, a w szczególności nigdy tego nie zrobił Burmistrz Krupowicz. Nie będę sięgał do prehistorii. W bieżącym roku, a jakże, na wniosek Burmistrza,  29 kwietnia Rada Miejska przyjęła pozytywnie „Sprawozdanie z działalności Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie za rok 2014 wraz z wykazem potrzeb w zakresie pomocy społecznej”. Na kolejnej sesji 27 maja Rada przyjęła także kolejny dokument pod nazwą „Ocena zasobów pomocy społecznej Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie za rok 2014”, przedłożony również w imieniu Burmistrza. Ani razu nie towarzyszyła pracom radnych jakaś zapowiedź zmian personalnych ze strony Burmistrza. Żadnych negatywnych faktów, żadnych zdarzeń zapowiadających potrzebę zmian personalnych lub organizacyjnych.

Dodam, że stwierdzenia nowego dyrektora o „wgryzaniu się” w realia OPS stoją w rażącej sprzeczności z wcześniejszymi faktami. Miał możność jako Asystent Burmistrza obserwować tę instytucję dokładnie od wewnątrz przez 5 miesięcy, szykując na zlecenie Burmistrza „nową strukturę organizacyjną OPS w formie Centrum Integracji i Aktywizacji”. Niewiele więcej miał w tym czasie oficjalnie do roboty. Oczywiście nie szykował żadnej analizy dotychczasowego działania OPS, bo takiej mu Burmistrz nie zlecił. Obaj panowie jakby z góry zakładali, że było ono złe. Ciekawe, skąd czerpali swe przekonanie, jakimi instrumentami się przy tym posłużyli? Nie wiadomo też, skąd Burmistrz wpadł na oryginalny pomysł, by zamieniać OPS w CIiA, ale domyślać się wolno – o tym będzie dalej. Od początku marca tego roku, kiedy powołał swego asystenta, Burmistrz nie przedstawił radnym żadnych wyjaśnień w tej sprawie.

Wgryzanie się przyszłego Dyrektora. Zdjęcie: www.opsgoleniow.pl

Wgryzanie się przyszłego Dyrektora.
Zdjęcie: www.opsgoleniow.pl

Natomiast umieszczenie przy notce wspomnianego zdjęcia jest nietaktem do kwadratu. Widać na nim szczery uśmiech na twarzy Dyrektora Goleniowskiego Domu Kultury Zbigniewa Łukaszewskiego, składającego wyrazy najwyższego szacunku ówczesnej Dyrektor OPS Gizeli Rybickiej. „Gazeta” nie pisze, z jakiej okazji zrobiono to zdjęcie. Uzupełnię ten brak. Zrobiono je 7 grudnia 2010 r. w trakcie konferencji promocyjno-informacyjnej, poświęconej Priorytetowi VII, Promocja Integracji Społecznej Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, zorganizowanej przez Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego i Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Szczecinie. Otóż tego dnia Pani Gizela Rybicka otrzymała „Odznakę Honorową Gryfa Zachodniopomorskiego” za dotychczasową długoletnią pracę na rzecz społeczności lokalnej. Wtedy Pan Łukaszewski „wgryzał się” w Panią Gizelę, szczerze gratulując sukcesu i grzejąc się w jej blasku, żeby już za 5 lat zabrać się za jej „wygryzanie” z posady. Zapewne nie omieszkał sobie skrzętnie zaliczyć udziału w tym programie jako wymaganego stażu pracy w opiece społecznej. Nie martwcie się, podatnicy, o cenę wiąchy pokazanej na obrazku; to raczej nie wy za nią płaciliście, a kupiona była z pewnością ze środków pozyskanego grantu unijnego. Dyrektor Łukaszewski zawsze dbał o szczegóły finansowe, więc rachunek za kwiaty miał przy sobie, zapewne w kieszeni marynarki.

8. Ponieważ wszystko, co opisywała we wspomnianych notatkach „Gazeta Goleniowska” działo się w trakcie wakacji, bez żadnego udziału Rady Miejskiej, na pierwszym powakacyjnym posiedzeniu Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu 25 sierpnia zapytałem Wiceburmistrza Henryka Zajko o sens opisanych w prasie zmian w OPS. Chciałem się dowiedzieć, jak Burmistrz uzasadnia potrzebę zmian kadrowych i organizacyjnych. Wyjaśnienie było dość mętne, a przewijała się w nim „potrzeba dostosowania struktury OPS do zmian w przepisach prawa”. Zaś gdy zapytałem, dlaczego do tych zmian nie może OPS poprowadzić Pani Gizela Rybicka, Wiceburmistrz wzruszył tylko bezradnie ramionami.

(Gdyby kogoś zainteresowało, czemu nie pytałem wprost autora całego zamieszania Roberta Krupowicza, to się roześmieję ponuro. Główny Burmistrz na posiedzenia komisji programowo nie uczęszcza, do tego ma wicków. Choć przepraszam, raz go na wspólnym posiedzeniu komisji widziałem. Ba, lecz wtedy zapowiedziano na nim akcję protestacyjną około 30 mieszkańców Miękowa i Białunia w sprawie planu zagospodarowania przestrzennego. Burmistrz zagasił zarzewie rodzącego się konfliktu po mistrzowsku, zamiatając jednym zgrabnym ruchem pod dywan wszelkie poprzednie własne działania, które do tego konfliktu uprzednio doprowadziły. Ale to była akcja specjalna, zaś zwykle posiedzenie komisji to codzienna szarówka, co będzie sobie Pan Krupowicz talent dla pospólstwa marnował…)

9. Bądźmy poważni, Panie Wiceburmistrzu. Żadnych istotnych zmian w przepisach ostatnio nie było. Oczywiście, jestem świadom prowadzonej dyskusji między rządem, posłami i szerokim kręgiem instytucji współdziałających w opiece społecznej, w sprawie ewentualnych nowelizacji, szczególnie odnośnie dotychczasowych form pracy socjalnej prowadzonej przez ośrodki pomocy społecznej. Ale konia z rzędem temu, kto określi ich finalny kształt i termin uchwalenia. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło założenia do zmiany ustawy o pomocy społecznej już w kwietniu 2013 r. Prace sejmowe zmierzające do zmiany przepisów trwają nadal, choć ostatnio jakby zwolniły. Ostatnim „dużym” krokiem było przedłożenie kolejnego już wariantu założeń projektu ustawy o zmianie ustawy Stałemu Komitetowi Rady Ministrów 5 sierpnia 2014 r.

Do tego czasu kilkadziesiąt instytucji stale zajmujących się opieką społeczną złożyło setki wręcz uwag do projektowanych zmian. Olbrzymia część z nich podkreśla wady proponowanych rozwiązań. Na przykład uwagi Związku Zawodowego Pracowników Socjalnych ukazują niezbyt radosną perspektywę złożenia całości zadań projektowanych zmian na barki tej i tak słabo już opłacanej grupy osób, oczywiście bez jakiejkolwiek gratyfikacji finansowej. Merytoryczną, wielowątkową i bardzo szczegółową, a jednocześnie w wielu aspektach krytyczną analizę przeprowadziła Polska Federacja Związkowa Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej. Wiele innych instytucji zwracało uwagę na propozycje branżowo ich dotyczące, zmierzające choćby do dokonania zmian w nazewnictwie Ośrodków Pomocy Społecznej i bezcelowości tego zamiaru. Powszechnie wątpi się w celowość nagłego „przewrotu” w organizacji OPS-ów, wskazując raczej na potrzebę stopniowych działań, rozłożonych w dłuższym czasie. Należy też dodać, że w tych kierunkach zmierzają równolegle przedkładane propozycje Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Sejmu RP. Komisyjny projekt nowelizacji ustawy o pomocy społecznej, obradowany na posiedzeniu 22 kwietnia 2015 r., zakłada szereg istotnych zmian, lecz bez „rewolucji”.

Do czego my więc tak pędzimy, czemu chcemy wskakiwać do pociągu zmierzającego w nieznanym kierunku? Niektóre dobrze poinformowane wróble ćwierkają, że zależy na tym szczególnie pewnej parlamentarzystce, której nasz Burmistrz słucha podobno szczególnie uważnie, związanej z miłościwie nam rządzącą partią, lobbującej na rzecz pewnych konkretnych rozwiązań. Gdyby stały się one u nas faktem, zapewne ułatwiłoby jej to ich przeforsowanie. Krótko mówiąc, zaplątaliśmy się w odpryski wielkiej polityki.

Zbigniew Łukaszewski, już jako nowy Dyrektor. Zdjęcie: gazetagoleniowska.com

Zbigniew Łukaszewski, już jako nowy Dyrektor.
Zdjęcie: gazetagoleniowska.com

10. Sprawa jest zatem „rozwojowa”. Przecież Dyrektor Łukaszewski zapowiedział dalsze ruchy. Nie wiedzieć czemu, pierwszym ma być doprowadzenie do uchwalenia nowego statutu goleniowskiego OPS. Do porządku najbliższej sesji 9 września Burmistrz wniósł stosowny punkt. Radni zapoznali się z projektem tej uchwały na wspólnym posiedzeniu komisji dnia 1 września. Prezentował go Dyrektor Łukaszewski. A raczej nie prezentował projektu, tylko przedstawił za pomocą prezentacji audiowizualnej założenia przeorganizowania pracy socjalnej OPS. Jego wystąpienie można byłoby przyjąć jako drugi publiczny pokaz wykonanej na zamówienie Burmistrza „nowej struktury organizacyjną OPS w formie Centrum Integracji i Aktywizacji”. Pierwszy miał miejsce w trakcie opisanego wcześniej spotkania Asystenta Łukaszewskiego z pracownikami OPS. O dziwo jednak, nazwa CIiA nigdzie się w proponowanym statucie nie pojawia. Nie mam zamiaru się z planów Dyrektora naśmiewać, znaczna część propozycji godna jest uwagi i poważnego potraktowania. Tylko, że nie mają one nic wspólnego z potrzebą zmieniania statutu. A tym bardziej z potrzebą zmieniania osoby Dyrektora OPS.

Autor nowego statutu nigdzie się nie podpisał, ale do autorstwa przyznał się radnym sam Dyrektor Łukaszewski. W uzasadnieniu uchwały jako potrzebę przyjęcia nowego statutu wskazał: reorganizację Ośrodka Pomocy Społecznej w Goleniowie [kurczę, skąd się ona wzięła, nigdy wcześniej oficjalnie o niej nie mówiono] i konieczność dostosowania zapisów do aktualnego stanu [rozumie przez to wyrzucenie zapisów niejako „historycznych” typu „uchylony punkt w którymś paragrafie”, co się dzieje 5 razy w obecnym statucie]. Nowy statut jakoby „porządkuje rzeczywisty stan prawny” [cokolwiek miałoby to znaczyć].

Moim zdaniem Dyrektor mógłby wprowadzać wszystkie nowości bez zmieniania choćby jednej litery w dotychczasowym statucie. Statut jest po prostu dokumentem ramowym, zbyt ogólnym dla określania szczegółów pracy instytucji. Konkrety normujące jej zasady pracy, strukturę i zakres działania zawiera zwykle regulamin organizacyjny. Po cóż zatem Dyrektorowi i Burmistrzowi nowy statut? Do tego  należy przeanalizować różnice w obecnie obowiązującym statucie wobec przedstawionego pod obrady. Ale o nich uzasadnienie już nie wspomina.

11. Radni dokonali takiej analizy na posiedzeniu 1 września. Pokrótce mówiąc różnice są następujące:

a) Wyrzucono ze statutu wszelkie odniesienia do konkretnych przepisów prawa, pozostawiając stwierdzenia ogólnikowe. Cytuję nowy zapis:

„§ 4. Ośrodek działa na podstawie obowiązujących przepisów prawa. Zakres jego działania

określają:

1) ustawy i akty wykonawcze do ustaw,

2) uchwały Rady Miejskiej i zarządzenia Burmistrza Gminy Goleniów

Ciekawe, że pominięto Konstytucję RP, skwapliwie wpisując akty prawa lokalnego.

b) Wyrzucono tzw. „słowniczek”, precyzujący użyte w treści pojęcia.

c) „Poprzedni” statut stwierdzał, że „Ośrodek jest jednostką organizacyjną Gminy”; nowy mówi: „Ośrodek jest samodzielną jednostką organizacyjną Gminy Goleniów, nieposiadającą osobowości prawnej. Formą organizacyjno-prawną funkcjonowania Ośrodka jest jednostka budżetowa.” Tu wyrażam daleko posuniętą wątpliwość, czy takiej zmiany można dokonać samym tylko literalnym zapisem, bez rzeczywistego utworzenia nowej jednostki. Przecież dotąd gmina nie posiadała tej jednostki budżetowej. Zgodnie z prawem należałoby jej oddzielnie przekazać w zarząd mienie potrzebne do działania. Tworzenie czegoś zupełnie nowego na pewno nie było intencją tego zapisu.

d) Dotąd w statucie jest zapis, że „Dyrektor Ośrodka i pracownicy zatrudnieni w Ośrodku powinni posiadać kwalifikacje niezbędne do zajmowanych stanowisk, zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami”. Obecna propozycja brzmi: „Pracownicy Ośrodka powinni posiadać kwalifikacje niezbędne do zajmowanych stanowisk, zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami”. Ot, drobiażdżek, Dyrektor już nie musi mieć kwalifikacji.

e) Dotąd w statucie określone jest stanowisko Zastępcy Dyrektora OPS. W nowym zapisie wyleciało. Ot, drobiażdżek, przypadkowo pełni tę funkcję niedawna konkurentka Dyrektora Łukaszewskiego w konkursie, Pani Elżbieta Nowak.

f) Ostatnia istotna różnica; obecnie „Organizację wewnętrzną, szczegółowe zadania i zasady funkcjonowania Ośrodka określa regulamin organizacyjny nadany przez Burmistrza na wniosek Dyrektora Ośrodka”. W nowym zapisie: „Organizację wewnętrzną, szczegółowe zadania i zasady funkcjonowania Ośrodka określa regulamin organizacyjny nadany przez Dyrektora Ośrodka.”

To, że w ostatnim punkcie wyleciał tym razem Burmistrz, zapewne drobiażdżkiem nie jest. To po prostu przejaw rzeczywistej polityki kadrowej właśnie samego Burmistrza. Polityki całkowicie autorskiej. Po co ma sobie brudzić ręce szczegółami zmian organizacyjnych i kadrowych, które miałyby w OPS nastąpić. Jakby coś się komuś nie podobało, a nie podobać się pewnie może – przecież winien osobiście Łukaszewski. To on rządzi w OPS. Poza tym, co ja mogłem, tak brzmi statut, który uchwaliła Rada Miejska! Gdyby zaś coś się nie podobało Burmistrzowi, zawsze można posunąć Łukaszewskiego.

Radni skonstatowali ze zdziwieniem brak na przedstawionym im dokumencie akceptacji radcy prawnego (obowiązkowej dla wszystkich projektów uchwał). Temu się akurat nie dziwię. Który radca prawny chciałby narazić się na śmieszność? Radni też chyba na śmieszność narażać się nie chcieli, bo na posiedzeniu wspólnym komisji projekt wprowadzenia statutu w proponowanym kształcie odrzucono znaczną większością głosów, przy 2 głosach przeciwnych i chyba 3 wstrzymujących się. W ogłoszonym porządku dziennym sesji projekt tej uchwały jednak figuruje. Nie dam głowy, że zostanie z niego wyprowadzony, a nawet, że nie zostanie następnie w takim właśnie kształcie przyjęty. Bo ludzie nie krowy, poglądy zmieniać im wolno.

Opisałem przykład polityki kadrowej Burmistrza Krupowicza, który przez niektórych jest traktowany jako normalność. Ot, Burmistrz ma prawo dobierać sobie współpracowników, tłumaczyć z tego się nie musi. Każdy może być każdym, a zmiana funkcji z Dyrektora Domu Kultury na Dyrektora Ośrodka Pomocy Społecznej, albo z Dyrektora Ośrodka Pomocy Społecznej na pracownika wydającego dowody osobiste to zwyczajna rzecz – mówią tacy. Zastanawiam się, czy to samo by powiedzieli, gdyby jakaś ważna szycha w Polskim Związku Lekkiej Atletyki kazała Anicie Włodarczyk przekwalifikować się z rzucania młotem na bieg przez płotki?