RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Stare felietony GG’

Pożegnanie, a właściwie powitanie

12 gru

Całe dorosłe życie przywykłem do ciężkiej pracy. Choć początek tego nie zapowiadał. Jako świeżo upieczona DUPA (po studiach: dyplomowany urzędnik państwowej administracji) zaciągnąłem się w roku 1984 do Urzędu Miasta i Gminy w Goleniowie na Inspektora Obrony Cywilnej. Pierwsza pensja starczyłaby mi na zakup 12 kg pomidorów, a i tak się wstydziłem aż tyle brać. Bo moja praca polegała na… nic nie robieniu. Czynności służbowe zajmowały mi może 30 minut dziennie, później próbowałem jakoś zabić nudę. Wiecie, co było najgorsze? Po powrocie do domu padałem na nos ze zmęczenia, jakbym harował jak wół. Szczęśliwie po pół roku poszedłem do wojska, a tam pracy już miałem do woli.

Później mój wrodzony pracoholizm miał tylko raj. Kolejne zawody pozwalały mi pławić się w robocie. No i dobrze, widocznie ten typ tak ma. Pewnie to lubiłem, bo inaczej wróciłbym do OC. W latach 1985 – 2010 zasuwałem aż miło. Na samym początku roku 2011 zrobił mi się jednak nadmiar czasu wolnego. Nowy szef ulżył mi, w jego zdaniem, zbyt ciężkich obowiązkach, i znów czynności służbowe zajmowały mi 30 minut dziennie. Przez pół roku zasypiałem w pracy z nudów, a później przez 3 miesiące zniknęło nawet to pół godziny. Nie zasypiałem już w pracy, ale w nocy za to też nie. Zabierzcie pracoholikowi robotę, a wykończy się szybko sam. Rozumiał to stary dobry Bułat  Okudżawa, pisząc w „Modlitwie”:

Panie, ofiaruj każdemu z nas,
czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
tchórzowi dać konia chciej.
Sypnij grosza szczęściarzom
i mnie w opiece swej miej.

W tym złym, nadającym się do zapomnienia roku 2011, zdarzyły mi się tylko dwa dobre momenty: podjęcie pracy nauczyciela i rozpoczęcie pisania felietonów w „Gazecie Goleniowskiej”. Pierwsza pomocna ręka dała mi pracę, druga pozwoliła odzyskać godność. Ktoś uwierzył, że się jeszcze do czegoś mogę przydać, że jakaś wartość się w takim kadłubku jeszcze tli. Mam nadzieję, że w obu sytuacjach odwdzięczyłem się właściwie, dając ile mogłem najlepszego. Propozycja redaktora Ozimka była dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo skąd miałem wiedzieć, czy się do tego w ogóle nadam. Jeszcze raz dziękuję, Panie Leszku.

Szanowni Czytelnicy! Przez 41 miesięcy napisałem dla Was w „Gazecie Goleniowskiej” 30 felietonów. Zawsze starałem się pisać, jakbym zwracał się do kogoś konkretnego, realnego. Wiedziałem, że mój Czytelnik jest wrażliwy, inteligentny, moralny i poszukujący prawdy. Jest mi osobą bliską, która będzie chciała wysłuchać „Mojego zdania”, przebrnąć przez zawiłości z mozołem kleconych zdań i wyłuskać z nich jakąś godną uwagi myśl. Często miałem odzew, że skłoniłem Was do zastanowienia, spojrzenia na problemy z innej strony i nawet zmiany Waszego zdania. Za to szczególnie dziękuję, bo zrealizowaliście moje marzenie bycia komuś potrzebnym. Myślę, że właśnie moje pisanie przekonało aż tylu wyborców, żeby powierzyć mi zaszczytny mandat radnego Rady Miejskiej. Dziękuję Wam!

Żegnam zatem łamy „GG” na co najmniej 4 lata. W ten sposób unikniemy zarzutu, że poprzez felietony w „GG” chcę wpływać na Państwa opinię. Inni radni przecież tej szansy nie mają, a szanse powinny być równe. Postanowiłem zatem, a przecież każdemu wolno to zrobić, założyć własnego bloga i tam kontynuować kontakty z moimi Czytelnikami. Jeżeli mielibyście zatem Państwo ochotę na dalsze rozmowy ze mną, zapraszam na adres ireneusz-zygmanski.piszecomysle.pl, gdzie mnie znajdziecie już dziś. Do porozmawiania!

12.12.2014

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Kończ Waść, wstydu oszczędź

03 gru

Przez najbliższe dwa miesiące najważniejszym gorącym tematem będą pewnie listopadowe wybory samorządowe. Zakończenie kolejnych 4-letnich rządów żąda podsumowania i oceny, bo każda władza powinna się rozliczyć. Tak było zawsze, nie tylko w Goleniowie. Obecnie rządzący jednak się do tego publicznie nie palą, prezentując zamiast pełnych podsumowań wyrywane z kontekstu pojedyncze fakty i sukcesy, przemilczając porażki. Przykładowo ludzie Burmistrza pokazali podsumowanie inwestycji 4-lecia na portalu Gminy, lecz to zaledwie jedna strona medalu. Gdzie reszta działalności? Czyżby nic więcej się nie działo i nie ma się czym pochwalić? Stąd może różne próby natychmiastowego wciągania innych kandydatów w środek wojny wyborczej, dla uniknięcia niekoniecznie świetnie wypadających rozliczeń. Ej, tak się nie godzi! Zatem naturalnym celem dzisiejszego felietonu będzie próba podsumowania kończącej się kadencji 2010-2014. Oczywiście subiektywnego, z konieczności ogólnego, lecz opartego na opiniach wielu innych osób.

Najpierw wesprę się robotą Naczelnego „Gazety Goleniowskiej”, tj. rozliczeniem za pół kadencji zawartym w obszernym wywiadzie z Robertem Krupowiczem sprzed około 2 lat. Przy okazji: gratulacje, Panie Leszku! Świetny wywiad, celny i merytoryczny, z odważnymi wnioskami. Streszczę tylko, mam nadzieję, że wiernie, główną myśl. Otóż Leszek Ozimek okazał rozczarowanie działaniem swojego rozmówcy. Wprawdzie Burmistrz zarządzał Gminą jak sprawny manager firmą, jednak do tego tylko się ograniczał. Burmistrz nie był wizjonerem, śmiało programującym przyszłość, lecz zaledwie administratorem. Nie był przywódcą, słuchającym ogółu mieszkańców i prowadzącym ich pewną ręką w znanym wszystkim kierunku, a człowiekiem sfrustrowanym i zniechęconym pracą, którą sobie inaczej wyobrażał. A nie tak miało być! Niestety, wywiad podsumował połowę kadencji i nie zapowiada się na dalszy ciąg. Jedynie pewne jest to, że od tamtego czasu Pan Burmistrz już bardzo polubił swoją pracę, a nawet postanowił ją, oczywiście dla naszego dobra, kontynuować.

Podpisuję się obiema rękoma pod tezami Pana Leszka. Krupowicz zawiódł nie tylko jego. Jest przeciętnym Burmistrzem, chimerycznym, egoistycznym. Sukcesy, których nie da się mu odmówić, mógł odnieść każdy inny na jego miejscu, bo polegały na sprawnym wydawaniu naszych pieniędzy. Krótko mówiąc: nie tak miało być!  No tak, lecz jak miało być? Z czego Burmistrza rozliczyć, skoro przed wyborami w 2010 r. nie przedstawił żadnego konkretnego programu? Zastąpiło go kila ogólnych haseł typu: kontynuacja, ale nie do końca; „nie” dla prywatyzacji sfery edukacyjnej; jestem silny siłą wspierających mnie ludzi; przerobię Goleniów w ogród; jestem niezależny. Wygrał wybory tajemniczy atrakcyjny nieznajomy, którego sam uścisk ręki wystarczał za program wyborczy. Inni opowiadali, co zrobią, Robert Krupowicz pięknie się uśmiechał. Każde z haseł czy obietnic zostało w realnym działaniu skarykaturowane. Podaję kilka spośród wielu przykładów. Przeciwnik prywatyzowania szkół i przedszkoli szybko rozdał, co było pod ręką;  wspierającym przyjaciołom powiedziało się „Good-bye” już dzień po wyborach; ogrodnik wycinał drzewa na potęgę, betonując centrum miasta; niezależny Wolny Strzelec w praktyce „zapisał się” do najlepszej partii. A ona, z wdzięczności, wystawi go jako kandydata w wyborach, oczywiście całkowicie niezależnego.

Inni pewnie wypomną RK więcej konkretów, ja miałem tylko ogólnie podsumować. By coś podsumować, trzeba jednak znać założone cele, a realizację porównać z zamiarami. Inaczej rozliczenie jest parodią: jeśli nie wiadomo co i ile było do zrobienia, dowolna realizacja daje 100% planu. Trzeba tylko po fakcie powiedzieć, że taki właśnie miał być efekt. Po drodze wykonanie dowolnego zadania należy oczywiście opatrzyć mianem sukcesu, poprzeć fotkami z przecinania wstęg, a wielu może się nabrać. Przykro mi zatem, ale podsumowania nie będzie. Nie da się go zrobić. Lepiej wybierzmy sobie teraz innego Burmistrza, którego da się uczciwie rozliczyć za kolejne 4 lata. Niech dobry wygra z przeciętnym.

03.10.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Kibice z pękiem granatów

03 gru

W jednej z piosenek Wojciecha Młynarskiego pobrzmiewał refren, który okazuje się nadal aktualny: „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?”. Fatum jakieś nas prześladuje, bo sukces, korki szampana strzelają, a tu „panowie spieprzyli” i zamiast radości – czarna rozpacz, darcie szat, kac moralny. Tą uwerturą zaczynam swoje przemyślenia na temat prawdziwych sportowych dokonań piłkarzy warszawskiej Legii i też prawdziwych pozasportowych „osiągnięć” działaczy klubu, a takoż dalszego ciągu tego wielkiego blamażu.

Faktów żaden dżentelmen nie podważa. Legia nasyciła nasze zdumione oczy niecodziennym obrazem, łojąc przyzwoitą europejską drużynę jak się patrzy, dwa razy pod rząd! A gdy rozłożeni na łopatki Szkoci już żebrali u sędziego „Kończ Waść, wstydu oszczędź!”, zadziałał syndrom „co by tu spieprzyć”: na boisku chwilkę pobył człowiek, którego tam być nie powinno. Działacze zaniedbali, czyli wykazali brak profesjonalizmu, znajomości przepisów, swojej roboty. Ich wina, ich wielka wina. I tyle, koniec, wracamy do domu oglądać naszą ligę kopaną, gdzie nam na europejskie salony się pchać w gumiakach… Może i byłby to koniec, gdyby nie nasz polski stosunek do prawa. Rozgrzeszające każde frajerstwo „nic się nie stało”.

Tu streszczam „pobitewne” komentarze olbrzymiej większości rozżalonych kibiców, wyrażone w telewizyjnych programach, internetowych postach, w prywatnych rozmowach. A brzmiały, po opuszczeniu brzydkich słów, mniej więcej tak: Skandal! Krzywda! Spisek! Za jakiś błąd w papierkach? Za regulaminowe duperele tak drakońska kara! Wysiudali nas z Ligi Mistrzów przy „zielonym stoliku”, kiedy na boisku się nie dało, no i 36 milionów z haczykiem w piach! Jakby szło o Real czy Bayern, to nikt by słowem nie pisnął, a naszych to się gnoi! A gdzie fair play, duch gry, gdzie sprawiedliwość? Przecież Celtic mógł odpuścić, a UEFA łaskawie odwrócić głowę. OK, przepis jakiś tam jest, ktoś tam coś nie dopatrzył, ale żeby tak z grubej rury? I było tego jeszcze dużo więcej w tym stylu…

Nie leży w naszej mentalności „Dura lex, sed lex”, twarde prawo, ale prawo. Powszechna polska tradycja prawo lekceważy. Bo trudne, nudne i narzuca nam tak wiele ograniczeń. A Polak wolnym jest i basta! Przestrzeganie prawa wymaga przewidywania skutków czynów przed ich popełnieniem. My wyżej cenimy sprawiedliwość. Kłopot w tym, że sprawiedliwość to pojęcie względne, a szukamy jej najczęściej już po fakcie. W naszym przypadku głos ludu mówi: co z tego, że Legia złamała przepis, skoro kara jest niesprawiedliwa? Zatem troszkę z historii: w roku 1987 w eliminacjach do Olimpiady w Seulu Duńczycy zbili nas w Szczecinie 2:0. Dziennikarz Roman Hurkowski (nie działacze PZPN!) dopatrzył się, że zagrał u nich nieuprawniony zawodnik. UEFA przyznała nam za ten mecz walkower i nie pamiętam, żeby ktoś w Polsce zaprotestował, że Duńczycy byli na boisku lepsi. Wtedy bez hipokryzji mówiliśmy: takie jest prawo, sprawiedliwość po naszej stronie. Stare dzieje – ktoś powie… No to przykład z ostatnich dni: na Mistrzostwach Europy wygrywający Francuz ściąga koszulkę i lekceważąc przepisy (a przede wszystkim rywali) finiszuje półnago. Hiszpanie składają protest, zwycięzca spada z podium, Krystian Zalewski zostaje srebrnym medalistą, zaś chór polskich kibiców… zgodnie milczy. Tym razem drakoński przepis był jednak słuszny. Ja też tak uważam, lecz tak samo myślałem o Legii. Dura lex… Zaś naszym ludziom z Goleniowa, Krystianowi i jego trenerowi Jackowi Kostrzebie, serdecznie gratuluję wielkiego sukcesu. Głupi gest Francuza nie umniejsza go ani o jotę. Brąz ceniłbym tak samo.

W „Samych swoich” gdy Pawlak wsiadał na furmankę jadąc do sądu na proces przeciwko Kargulowi (o kota), matka dała mu ostatnie granaty mówiąc: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie!”. Czy naprawdę wszyscy pamiętamy, że to jednak tylko komedia?

22.08.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Znowu drzewa przeszkadzają

03 gru

Nawet w sprawach, które mnie mocno ruszają, nie lubię „na ostro” polemizować z kimś, kogo dobrze znam. Bo jak to tak, dowalać kumplowi? Udowadniać mylne poglądy, wskazywać mielizny myślenia, może nawet twierdzić, że łże jak pies – a później spokojnie zaproponować kieliszek naleweczki… Obrazi się, mur beton, i znowu o jednego przyjaznego mniej. Lepiej poróżnić się z kimś obcym, takiego obtańcować nie żal. A okazja właśnie sama lezie w ręce, bo mnie jeden nieznajomy wkurzył. Otóż w poprzednim numerze „Gazety Goleniowskiej” niejaki „cm” chlapnął notkę o czymś, co mnie już dwa lata temu sprowokowało do wykrzyczenia własnego zdania. Idzie o największego wroga pewnej części ludzkości – topole mianowicie. Takie drzewa.

Ten jakiś „cm” (motyla noga, co to za nazwisko jest dziwne? W życiu nie znałem nikogo, który by się nazywał na małą literę!) doniósł z zachwytem o kolejnym sukcesie naszej władzy lokalnej, której udało się nareszcie wyrżnąć wszystkie topole rosnące przy Gimnazjum nr 2 przy ul. Norwida. Ich liczne wady „cm” wyłuszczył skrupulatnie, bo bez tej wyliczanki nikt by nie zgadł przecież, czemu władza chwyciła za piłę. Wredne były strasznie, bo: 1) były stare, posadzone w latach sześćdziesiątych, a więc kruche; 2) zaśmiecały otoczenie liśćmi, kwiatami i łamiącymi się gałęziami; 3) pyliły, a ten pyłek to wręcz trucizna dla alergików. Tyle on, teraz ja. Wyjdę jak nic na zwariowanego zielonego ekologa i szurniętego miłośnika topól, bo skoro cały chór powtarza tę samą pieśń, pewnie tak to zabrzmi. Przy wtórze tejże pieśni masowej z refrenem „przecież to chwast”, ostatnio w Polsce topole padają totalnie eksterminowane tylko dlatego, że są topolami. A wszyscy rżnący plotą beztrosko te same bezpodstawne i ogłupiające argumenty, jak mój nieznajomy „cm”. Jaka zaś jest prawda?

1) Topole rekordowo dożywają 300 lat; mało, gdzie im do dębów. Te przy gimnazjum miały około 50 lat. Gwoli przypomnienia: okazy wycięte dwa lata temu przy „Orliku” na ul. Szkolnej, o których hekatombie już kiedyś pisałem, były ponad 100-letnie, a nigdy nie uległy żadnym istotnym uszkodzeniom. Więc „staruszki” przy Norwida mogły jeszcze żyć długo.

2) Topole są kruche, lecz wcale nie aż tak, jak twierdzą ich wrogowie. Wichura, która przeszła przez Kraków w sierpniu 2007 r., dostarczyła ciekawych danych. Ten największy kataklizm na przestrzeni wielu lat zniszczył liczne drzewa. Wśród 23 miejscowych gatunków topole, powszechnie posądzane o kruchość i łamliwość, znalazły się w grupie średniego ryzyka. Najłatwiej łamały się klony, brzozy, lipy i robinie, niebezpieczne okazały się świerki i bożodrzewy. Dendrolodzy mówią o topolach, że jeśli wcześniej dba się o pielęgnację, właściwe prowadzenie, ostre przycinanie gałęzi – minimalizuje to zagrożenie. Przycięte drzewa stawiają mniejszy opór wiatrowi, a młode gałązki odrostów są elastyczne i się nie łamią. Jeśli zaś o drzewa w mieście się nie będzie dbało, z każdego coś kiedyś spadnie. Liście spaść po prostu muszą. Drzew bez liści jeszcze nie wynaleziono – na szczęście.

3) Pylenie… Ludzie mylą niewidoczne dla oka pylenie topól z ich pierzeniem. Topole pylą pod koniec kwietnia, a puch pojawia się przynajmniej miesiąc później. Alergenem (bardzo słabym!) są tylko pyłki topoli. Ich obecność odczuwa jedynie 1 % wszystkich alergików! Pierzenie topól przypada na ich nieszczęście na okres pylenia traw i zbóż. By pomóc alergikom najpierw należałoby usunąć ze środowiska wszystkie trawy i zboża – głównych sprawców alergii, a potem drzewa. Owoc topoli – roznoszony przez wiatr biały puch – nie ma wcale właściwości uczulających. Bardziej chyba drażni niektórych fakt, że zaśmieca okolicę. Jednak nawet po psach musimy codziennie sprzątać; po drzewach – tylko czasami.

W ostatnich 3 latach w Goleniowie wycięto więcej drzew, niż przez cały okres powojenny. Ja rozumiem, taki władza ma gust. Betonowe placyki sprzątają się łatwo, zaś z drzewami same problemy. Do posadzenia 90 nowych drzew na „Orliku” nic ich nie zmusi, nawet decyzja Powiatu, nieskuteczna już od ponad dwóch lat. Ot, wyższa kultura, kultura betonu…

18.07.2014

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Bohater naszych czasów

03 gru

Samochód spalinowy Karl Benz opatentował w roku 1886, a pierwsza kolizja dwóch pojazdów zdarzyła się na Wielkiej Brytanii już w roku 1896, gdy na całych Wyspach było samochodów raptem kilka. Wtedy podróżowano z szybkością, którą dziś starsze panie spokojnie osiągają rowerem. Każdy współczesny samochód bez problemu jedzie 150 km/h, a i 200 to betka. Jasne, że nawet najlepsi kierowcy nie są w stanie kontrolować takich szybkości w warunkach normalnego ruchu drogowego. Stąd całe roje przepisów ograniczających prędkość, zaś ulubionym hobby kierowców jest ich łamanie. To bezsens: maszyna z silnikiem zdolnym spokojnie ciągnąć cały pociąg towarowy, jaką dziś dysponuje przeciętny kierowca, sterowana naszymi zawodnymi cherlawymi zmysłami musi powodować kolizje. W zeszłym roku na polskich drogach doszło do ok. 35,4 tys. wypadków (zginęło prawie 3,3 tys. osób, niemal 43,5 tys. zostało rannych). To i tak coraz mniej: w 2012 r. było 37 tys wypadków drogowych, w 2011 – 40 tys, a w 1991 ponad 54 tys (zginęło wtedy prawie 8 tys osób). Statystyki wyraźnie wskazują, że dominuje jedna przyczyna wypadków – nadmierna prędkość. Samochód sam nie jedzie; to kierowca świadomie decyduje o prędkości, z którą podąża. Czy samochód jest dziś zatem najpopularniejszym środkiem transportu, czy raczej narzędziem zbrodni?

A może jeszcze inaczej? Zamieszczone w sieci nagrania niebezpiecznego „rajdu po Warszawie” obejrzeli już chyba wszyscy Polacy. Bardzo wielu, szczególnie młodych, z podziwem, zazdrością i zachwytem. O tym świadczą liczne wpisy na forach internetowych. Na naszych oczach rodzi się legenda na użytek współczesnych młodych kontestatorów, szukających coraz bardziej ekstremalnych podniet, ukształtowanych przez komercję naszych dziwnych czasów, w których rządzi kasa, reklama i szpan, żyje się szybko, kolorowo i krótko. Dla nich pojazd przeznaczony pierwotnie do przemieszczania jest zabawką, realnym przedłużeniem wirtualnych zabaw uprawianych w komputerze czy playstation, receptą na trawiącą ich nudę. Ale też i symbolem wolności, protestu przeciw frajerom toczącym się wieśniackimi fiatami i oplami, jak bezimienne mrówki w wielkim mrowisku. „Złote Dzieci Kapitalizmu” chcą być od nich odrębne, czują się lepsze od szarego tłumu, który jest jak nierealne tło w ich toczącej się kolorowej grze. To jak zabawy bogów, którym nic złego stać się nie może, bo są nieśmiertelni. Robert N. („Frog”), bohater medialny ostatniego tygodnia, zapewne jako mały chłopak z wypiekami na twarzy wielokrotnie obejrzał film „Szybcy i wściekli” z 2001 roku. Naśladowanie pokazanych tam wyczynów wymaga posiadania takiego gadżetu, jakim jest jego białe BMW M3 E92. To niezbędny element jego boskości: wyróżnianie się i szpanowanie forsą, ucieleśnioną w tej maszynie.

Kilkudniowa nagonka mediów na „Froga” pokazuje, jak bardzo „pod publiczkę” działają rządzący. Przytoczone na wstępie statystyki wypadków tylko nudziły. Styczniowy wypadek z Kamienia Pomorskiego, powodujący dyskusję o walce z pijanymi kierowcami, już prawie zapomniano (prowincja!), a rząd nie reagował zmieniając anachroniczne i powszechnie krytykowane przepisy prawa. Zaś „Frog”, grając policjantom na nosie na oczach całej Polski, naprawdę wkurzył Pana Premiera. Ekspresowo rząd ogłasza projekt ustawy z całym pakietem proponowanych zmian w sprawie pijanych kierowców i piratów drogowych. Pewnie Sejm go ciupasem uchwali. Podziękujcie Frogowi, Panowie Policjanci, gdyż dzięki temu będziecie mieli podstawy prawne, by go łapać, a Pan Prokurator nie będzie mógł go już tak łatwo wypuścić. Może będzie więc bezpieczniej? Osobiście proponowałbym jednak nowy Red Flag Act. Była to ustawa z 1896 roku, przyjęta w Anglii zaraz po tym pierwszym wypadku, który wspomniałem na wstępie. Nakazywała, żeby przed każdym samochodem szedł piechur z czerwona flagą w ręku, by ostrzegać innych użytkowników drogi o zbliżającym się niebezpieczeństwie. To naprawdę skuteczne wymuszało ograniczenie prędkości.

13.06.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Paprykarze są wszędzie

03 gru

Zaczyna się prawie jak: „Przychodzi baba do lekarza…”. Jednak ta historyjka to nie kawał, chyba że kawał prawdziwego życia. Tym razem: „Przychodzi Paprykarz do Prezesa…”. Już wiecie Państwo, o czym dziś tu będzie? Jasne, przecież aluzja to dla Polaków chleb powszedni. Dla nieuważnych, a tacy się i u nas zdarzają, nastąpi jednak krótkie streszczenie zdarzeń, od początku. Otóż wiosną zeszłego roku po zniszczeniach spowodowanych marcowym huraganem na Mazowszu, Premier Tusk, wiedziony niezawodnym politycznym instynktem, błyskawicznie pojawił się na miejscu zdarzeń. W miejscowości Sady Kolonia spotkał się z poszkodowanymi, pochylając z gospodarską troską i ludzkim współczuciem głowę nad nieszczęściem tychże. I tam po raz pierwszy publicznie zabłysnął wielki talent Paprykarza, zadającego Premierowi słynne pytanie: „Jak żyć, panie Premierze?”

Pan Paprykarz ma oczywiście nazwisko, ale komu tam spamiętać, że mu tata Kowalczyk dał Stanisław na imię. Paprykarzem zostanie już na zawsze, gdyż mu tamta nawałnica zepsuła zasiewy papryki, a on z papryki właśnie żyje. Jego słynne pytanie to zapewne skrót myślowy, a faktycznie miało brzmieć: „Ile nam da rząd kasy za poniesione straty?” Być może Paprykarz jest za delikatnym człowiekiem, żeby do Premiera walić otwartym tekstem, stąd przypadkiem mu tak dramatycznie wyszło? Jednak nie samo pytanie przydało Paprykarzowi sławy, co raczej zbaraniała mina Premiera, bezradnie coś tam bąkającego pod nosem do dziennikarskich kamer. Dalszy ciąg oczywiście nastąpił szybko. Już po kilku tygodniach Paprykarz był gwiazdą w trakcie konferencji opozycyjnego PiS, poklepywany radośnie przez partyjnych przywódców. Taka radość: Premier potknął się i fiknął kozła samodzielnie, nawet nie trzeba mu było nogi podstawiać. Zaś Prezes Kaczyński na tej samej konferencji mógł zapewnić Paprykarza i cały naród, że on jako premier „będzie mówił o tym, co uda się zrobić – w przeciwieństwie do Tuska”. Zauważmy: dalej nic o pieniądzach, a tylko o innych, lepiej sformułowanych słowach.

Bo taka jest właśnie zdaniem politycznych liderów ich rola: ładniej coś powiedzieć niż ich oponenci. A my, naiwni Paprykarze, jakbyśmy oglądali występy iluzjonistów. Oni pokazują nam coś, my widzimy coś innego. Kaczyński powiedział: „mój rząd, jak mnie wybierzecie, da wam ładniejsze obietnice”, Paprykarz zrozumiał: „da pieniądze”. Jak ten pan z ulicy Kasprowicza w Goleniowie… No ten, co przed ostatnimi wyborami samorządowymi poszedł do kandydata na burmistrza Krupowicza i poprosił, by obiecał mieszkańcom, że nie będzie tam budować mostu. Ten obiecał, oni na niego zagłosowali i… jednak zbudował. Później ten pan żalił się gdzie mógł, że Krupowicz oszukał jego i sąsiadów. Bzdura, panie Paprykarzu! Pan Krupowicz spełnił dokładnie wyrażone życzenie, co do joty! Chciał pan, by coś obiecał? – to obiecał! I trzeba być strasznie naiwnym, żeby czepiać się polityka. Jakby mieć pretensje do wilka, że zjadł na kolację jagniątko, które przyszło mu życzyć dobrej nocy.

A co dalej z Paprykarzem? Już w tym roku chlipał, że go PiS oszukał, wyssał i porzucił. Nie okazali wdzięczności za chwilową przydatność wtedy, rok temu. Niedawno pokazano go znowu, jak próbował spotkać się z Prezesem, a sympatyczny młodzieniec, ochroniarz Wodza, spławił go rzucając z uśmiechem: „Kto ci za to płaci?”. Jasne, Murzyn zrobił swoje, Murzyn musi odejść, temu panu już dziękujemy. Dziwię się tylko niedyspozycji Premiera Tuska, który mógł karierze Paprykarza zapobiec w zarodku, zaraz przed kamerami odpowiadając na „Jak żyć, Premierze?”  Zrobię to więc za niego, bo odpowiedź przyda się wszystkim naiwnym Paprykarzom. To proste: żyj mądrze, godnie i sam załatwiaj swoje problemy. Jak dorosły człowiek, odpowiedzialny za własne czyny. Nie inwestuj wszystkiego w paprykę tam, gdzie bywają huragany, a za część kapitału postaw wiatrak. I nie chodź życzyć wilkom dobrej nocy.

10.05.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Kto okrada ZUS ?

03 gru

Kwiecień… czas rozliczeń z fiskusem, PIT-ów. Tym dzisiaj żyję, nie dyskusjami o jedynkach na listach do Europarlamentu, analizami wypowiedzi naszych mężów stanu, objeżdżających kolejne wiece. Bo moja „śmieciowa” firma, jednoosobowy fundament polskiego kapitalizmu, właśnie zabiera się do wyciągania konkretnych wniosków. W codziennym kieracie nie było na to czasu. Zatem: jaka jest jej kondycja finansowa? Przypomnę tylko szacunki, że w Polsce na umowach zlecenia lub o dzieło pracuje stale ok. 20% zatrudnionych, natomiast ok. 3 mln zatrudnia się we własnych firmach (najczęściej z przymusu). Przez wiele lat, jest to zatem systemowy element polskiego rynku pracy. Bardzo dziwnego, bo nie cały tak zszedł na psy, przepraszam, „na śmieci”. Są przecież nadal enklawy normalności, gdzie ludzie pracują na „zwykłej” umowie o pracę, czyli prosto mówiąc „na etacie”. Jak mają się do siebie te dwa światy, normalny i śmieciowy – o tym właśnie będzie dzisiaj.

Jako laik w ekonomii ominę wywody teoretyczne. Lepiej pokażę przykład, najbliższy mi, bo własny. Otóż jestem nauczycielem i uczę angielskiego. W sektorze „śmieciowym”, czyli w szkole prywatnej, ale kiedyś pracowałem w zwykłych szkołach, a pracę nauczyciela w obu miejscach znam dobrze. Pomijając nieistotne szczegóły, jest ona niemal taka sama. W obu szkołach nauczyciel ma przekazać pewną wiedzę uczniom. Metody różnią się niewiele, zakładam takie same chęci i zaangażowanie. Dla porównania sprowadziłem czas pracy w obu miejscach do wspólnego mianownika – do „gołego etatu”. Wydawałoby się oczywistym, że zarobki za taką samą pracę są podobne. Otóż nie… Pominę skomplikowane wyliczenia (służę nimi w każdej chwili pragnącym je sprawdzić), a przedstawię sam wynik. Pracując w szkole „zwykłej”, gdzie pensję daje państwo, dostałbym jako najniżej płatny nauczyciel stażysta 2717,59 zł miesięcznie, zaś jako najwyżej płatny nauczyciel dyplomowany 5000,37 zł. Oczywiście brutto, realny nauczyciel nigdy przy wypłacie tego nie zobaczy. Jego szkoła odciągnie mu co najmniej 1026,98 zł na ZUS (sumuję składkę społeczną, zdrowotną i Fundusz Pracy) oraz zaliczki na poczet podatku dochodowego, z grubsza 18% pensji (wiem, upraszczam – po koniecznych odliczeniach). Taka pensja nauczyciela dyplomowanego wpłynęła dziś na przykład na konto mojej żony – do ręki ok. 2700 zł. Za „goły etat” – 40 godzin pracy (w tym 18 lekcji) na tydzień, średnio 172 godziny (w tym 77,4 lekcje dydaktyczne) w miesiącu. Przez 13 miesięcy w roku (bo trzynastka to kolejne 5 tys.). Pracując faktycznie 10 miesięcy (ma wakacje!). Mechanicznie licząc, jej „stawka” za jedną lekcję wynosi brutto 83,98 zł. Jako stażystka miałaby 45,64 zł. Ja, prywatna firma, za jedną lekcję dostaję średnio 26,51 zł. Trzy razy mniej, niż gdybym pracował jako nauczyciel dyplomowany w szkole mojej żony. A byłbym nim już zapewne, gdybym „podpadał pod Kartę Nauczyciela”. Średnio w miesiącu zarobiłem brutto 2051,90 zł, pracując tak intensywnie, jak moja żona. Hola,  mam jeszcze zapłacić taki sam ZUS i podatek. A pracuję 12 miesięcy w roku (mam nadzieję, bo w wakacje mi za postojowe nie płacą) i bez trzynastki.

Moje wnioski? O nie, nie wciągajcie mnie  na listę gardłujących, że te darmozjady za dużo zarabiają i są niedociążeni. Pracuję tak samo i wiem, ile to wysiłku. Odwrotnie, to moja żona pracuje i zarabia w normalnych warunkach, korzystając ze wszystkich zdobyczy kapitalizmu, dostępnych nauczycielom europejskim: godnej pensji, płatnego urlopu zdrowotnego, dodatku motywacyjnego. Dodam, że przed wojną zarabiałaby ok. 8 razy więcej. Wnioski powinni wyciągnąć rządzący krajem zadając sobie takie pytanie: czy rozsądny polski śmieciowy kapitalista nie zrobi wszystkiego, żeby zwiększyć sobie dwukrotnie dochody, czyli po prostu przestać płacić składki na ZUS i podatki? Musiałby być głupkiem, gdyby nie próbował, bo z czego tu żyć? Ja niestety chyba do tej kategorii się zaliczam, skrzętnie opłacając wszystkie należne haracze. Państwo zaś tylko konstatuje, że ma dziurę w kieszeni. I ostrzega mnie lojalnie, że gdy przyjdzie moja kolej, to emerytury mi raczej nie wypłaci. Sorry, taki klimat…

02.04.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Moje pół wieku z Ukrainą

03 gru

Rok 1964. Na moim goleniowskim podwórku wśród tłumu dzieciaków, potomków rodaków ze wszystkich stron przedwojennej Polski, najgorszą obelgą jest „Ty Ukraińcu”. Mam 4 lata i nie rozumiem, co to znaczy, nie znam nawet żadnego Ukraińca. Ani ja, ani żaden mój kolega nigdy o tym ze swoimi rodzinami nie rozmawialiśmy.

Rok 1968. Sąsiad zakupił cud polskiej motoryzacji marki syrena. W ramach docierania swej nówki wprost z fabryki, zabrał z podwórka garść dziecięcego drobiazgu i powiózł nas do Lubczyny i z powrotem. Jadąc przez Rurzycę powiedział coś takiego: „Tu mieszkają pół na pół Polacy i Ukraińcy.” Nie wiem, czemu to właśnie zapamiętałem. O akcji „Wisła” dowiedziałem się dopiero z podręcznika do historii w ogólniaku, a był to chyba jeden akapit.

Rok 1979. By zarobić na wyjazd wakacyjny, pracuję jako pomocnik innego sąsiada, geodety. Robimy między innymi rozgraniczenie sąsiedzkiego podwórka w Rurzycy. Wbijamy spokojnie paliki po pomiarach, gdy z jednego z domów wypada dwóch ludzi z siekierami w rękach. Coś krzyczą z gniewem, szczegóły trudno rozróżnić, bo ich język tylko trochę przypomina polski. Zrozumiałem, że mamy wyciągać paliki i wiać. Mój szef mruknął: „Ukraińcy …”. Kiedy wracamy nazajutrz, paliki oczywiście zniknęły.

Rok 1988. Pracuję w PZU, zajmując się między innymi szacowaniem wartości budynków. Kiedyś mierzę w Goleniowie dom na ulicy Wojska Polskiego. Jego stary mieszkaniec ponad godzinę opowiada mi, jak przeżył okupację radziecką i niemiecką na terenie swej rodzinnej Ukrainy. Pierwszy raz w życiu słyszę o strasznych masowych mordach na polskiej ludności, o okrutnych torturach, o pogromach. Powiedział: „Myśmy tam mieszkali razem przez wieki. Żeniliśmy się ze sobą, żyliśmy jak bracia. To okupanci napuszczali ich, siejąc nienawiść. Obiecali im własne państwo, a oni myśleli, że w ten sposób o nie walczą.” Aż bałem się mu wierzyć, ale gdzie było wtedy szukać potwierdzenia tych opowieści ?

Lata 90te. Do Polski przyjeżdżają całe tłumy Ukraińców. Nie na handel, jak Rosjanie, do pracy. Po nadzieję i szansę na lepsze życie. Cisi, spokojni. Znajomy rolnik mówi: „Szukałem u nas ludzi do pracy w popegeerowskich wsiach. Myślałem, że jak nie mają roboty, będzie mnóstwo chętnych. Płaciłem przyzwoicie, ale im się nie opłacało. Ukraińcy pracują za takie pieniądze, i to jak dobrze. Mówią, że u siebie nigdy by tyle nie dostali. A jacy to uczciwi ludzie…”. Dobra znajoma wychodzi za Ukraińca. Świetna para, żyją ze sobą już wiele lat.

Rok 2009. W maju przez tydzień jestem na Ukrainie, hen za Kijowem. Kraj olbrzymi, piękny, a jaki biedny! Za trzy lata razem robimy EURO, a drogi tylko na mapach, jedna „warszawka” do czegoś się nada. We wsiach nie ma prądu, wodociągu, kanalizacji. Jest gaz, ale tylko do gotowania. W jednej z większych wsi dumnie pokazują najnowszą i jedyną tu zdobycz cywilizacji – baraczek mieszczący porodówkę. Nie, lekarza nie ma, tylko położna. Pracy nie ma prawie nikt, żyją z nieregularnie płaconego zasiłku „za Czarnobyl”, bo to zaledwie 60 km. Wszystko trzeba załatwiać w mieście, ten zasiłek też trzeba wychodzić osobiście. Samochód tu rarytas. Miasto o 1300-letniej historii, najstarsze na Ukrainie, prawie 70 tys. ludzi. Mer z dumą zapewnia, że zorganizowali publiczny transport do wszystkich ponad 100 okolicznych „dieriewni”. Po zastanowieniu dodaje: „Do niektórych nawet kilka razy w tygodniu”. Kiedy ZSRR się rozpadł i zostali u siebie, w środku miasta znaleźli niespodziankę: system wykutych w skale bunkrów zbudowanych w latach 30. XX w., przewidzianych jako kwatera Stalina w razie wojny. Z Polską. We wrześniu ich delegacja odwiedza Goleniów. Najbardziej podobały się trawniki przy blokach i … cmentarz. Podziwiali, jak dbamy o groby swoich bliskich.

Dziś. Wiem o naszych sąsiadach trochę więcej. Jak większość Polaków z wypiekami na twarzy siedzę przed telewizorem i wgapiam się w ekran z niedowierzeniem. Nikt inny pewnie nie wpadłby na pomysł robienia rewolucji w środku zimy. Tak jak inni trzymam zaciśnięte kciuki. Życzę, żeby im się udało. Mają szansę. Mimo ofiar i wszystkich trudnych spraw. Ukraińcy, nie spieprzcie tego. Polacy też, nie spieprzcie tego. Mamy coś razem do zrobienia.

26.02.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Przepraszam za prawdę

03 gru

No i mamy zimę… Większość rodaków, okutanych w co tam mają ciepłego i ze smętną miną liczących złocisze na ogrzanie domu, zima raczej mrozi. Z czego się tu cieszyć, może z corocznej styczniowej podwyżki cen gazu? Powody do zachwytu mają jak zwykle tylko dwie grupy Polaków. Jedna to dzieci, które perspektywa zjechania z górki na sankach może nawet ruszyć sprzed komputera i skłonić do wyjścia z domu. Okazują swą radość śmiechem, wesołym szczebiotaniem i tarzaniem się w białym puchu, jak to dzieci. Druga grupa to wszelkiej maści i wszystkich szczebli opozycyjni politycy. Przyczyny ich radości są zupełnie inne: zapewne opóźnią się pociągi, drogi będą nieodśnieżone, będą przerwy w dostawach prądu, może nawet, o słodka chwilo, zawali się jakiś budynek, którego dach nie wytrzyma zbyt grubej warstwy śniegu… No i nareszcie, pociągi stoją. Jak na komendę ukazują się szeregi opozycjonistów z grobowymi minami przed kamerami, mikrofonami czy długopisami dostępnych dla siebie przekaziorów, zatrwożonymi głosami deklamując: tu klęska, a premier w Dolomitach, niedopilnowany minister nie wie, co robić, wojewodowie bezradnie czekają na rozkazy, burmistrzowie i wójtowie bawią się na balach karnawałowych. Panika, popłoch, bałagan i klub go-go. A przecież gdybyśmy to my rządzili…

Dokończmy za nich: gdybyście wy rządzili, byłoby dokładnie tak samo. Przecież wszyscy już rządziliście, a wtedy obecni rządzący stali tam, gdzie wy dziś i mówili dokładnie to samo. Dla kogo zatem ten teatr? No, dla nas przecież, potencjalnych wyborców. Z nadzieją, że mamy krótką pamięć. Że wierzymy w polityczno-szamańskie zaklinanie deszczu, a raczej zimy. Że damy się omamić iluzji, jakoby siły natury były poddane mocy ludzkich rozkazów. Że ufamy w konieczną obecności ich, polityków, by świat toczył się zwykłym torem. Że wystarczy kilka kolejnych kłamstewek, a my już z karteczką do urny. Zatem tak nas nisko nasza polityczna elita ceni, traktując jak bezrozumną publiczność swego teatrum mundi. Kupującą gładko wszystkie obietnice, sterowalną sznureczkami, za które oni pociągają.  

Przyznajmy, że dajemy im powody do takiego traktowania. Po kilku nieudanych eksperymentach z mówieniem prawdy politycy uznali, że jest ona wysoce szkodliwa dla kariery. Bo Polacy gotowi są raczej obrazić się na mówiącego szczerze, co myśli, niż na kłamiącego z pewna miną w żywe oczy. Coś by tu mógł wyjaśnić przypadek premiera Cimoszewicza, tracącego posadę z powodu prawdziwego, czyli ewidentnie obraźliwego dla rodaków zdania o potrzebie ubezpieczania się od nieszczęśliwych wypadków. A jak inaczej rozumieć  kajanie się premiera Tuska za nadspodziewanie odważną i prawdziwą wypowiedź minister Bieńkowskiej o obecnej zimie? Powiedziała, nie do wiary, że nie będzie zeskrobywała lodu z trakcji kolejowej, bo to nie rola rządu… Po prostu jawna prowokacja wobec śmiertelnie zasromanych ponuraków, tylko czyhających na takie naiwne i prostackie wyznania. Wnet pojawiły się komentarze, że wicepremier Bieńkowska okazała się nielojalną wobec swojego szefa: zanim on coś powiedział, bez pytania wyraziła swe zdanie. Ot. wychyliła się przed starszego rangą. A nie po to premier ma ministrów, żeby sami decydowali, co zrobią i powiedzą. Też tak sądzę, zawiniła. Przede wszystkim jednak zapomnieniem o przymilnej gładkości i koniunkturalizmie swego bossa. Po drugie zaś niezrozumieniem, że w Polsce wyraz „lojalność” ma tylko jeden kierunek: lojalnym musi być podwładny. Szefa lojalność wobec podwładnych nie dotyczy. Świeżymi przykładami nie tylko z rządowego, ale i z lokalnego podwórka, służę w każdej chwili.

PS. A ta nielojalna Radwańska nie dała się jak zwykle obić Azarence. Skandal! Czary goryczy dopełnili piłkarze ręczni, tłukąc Szwedów. Jak my taką hańbę zniesiemy?

24.01.2014

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG

 

Zawierzenie – o Jezu …

03 gru

Budzę się rano, siadam do komputera i wysyłam do kolegi e-maila, że dziś na obiad zrobię wątróbkę i ciekaw jestem, co on o tym myśli. A on albo ma to gdzieś i nic nie myśli, więc nie odpisuje mi wcale, albo zajęło go to żywotnie – wtedy coś odstukuje. Taka zwykła, prywatna korespondencja znajomków. Kiedyś w sprawach nieco ważniejszych wysłałbym mu papierowy liścik. Oczywiście bez pieczątki nagłówkowej firmy, w której prywatnie pracuję, by nie posądzono mnie o kradzież służbowego papieru. Okazuje się, że rządzący obecnie Goleniowem nie tylko taką papierowa prywatną korespondencję na służbowym papierze prowadzą, ale jeszcze niedyskretnie upubliczniają jej treść. Bo albo niejaki Czesław Majdak otrzymawszy prywatne pismo (jak bozię kocham, prywatne! – tak twierdzi nadawca) zatargał je do lokalnej prasy oraz do wrogów politycznych kolegi, albo nadawca Robert Krupowicz uczynił to sam w znanym sobie celu. Wierzyć się nie chce, dotąd żadnego prywatnego listu do znajomych nie ogłaszał publicznie. Ba, obrzydliwej „Gazety Goleniowskiej”, jak mówi, nawet nie czytał.

Ta historia rozpoczęła się od suchej notki z trzeciej strony „Gazety Goleniowskiej” z 15 listopada: „W sobotę 23.11.2013 r. Robert Krupowicz, burmistrz Gminy Goleniów zawierzy Gminę Goleniów Jezusowi Chrystusowi Królowi Wszechświata.” Resztę notki stanowiła informacja gdzie to będzie, i że burmistrz wysłał w tej sprawie list do przewodniczącego Rady Miejskiej, w którym uzasadnia swój krok zakończeniem „Roku Wiary” w Kościele Katolickim. Potem w „GG” nastąpił dyskretny tydzień przerwy, bo o czym tu pisać… Ot, norma, u nas co drugi dzień ktoś zawierza jakąś gminę. Lecz wokół w mediach burza już się rozpętała. Trzeba przyznać rację Cymbałowi Brzmiącemu z zeszłotygodniowej „GG”, że tak intensywnej promocji Goleniów nie miał chyba nigdy. Wrzawa przewyższyła najbardziej medialne dotąd, z rozrzewnieniem wspominane czasy wyjazdu starosty Jabłońskiego wesołym autokarem do Brukseli, a nawet tegoroczne dokonanie pewnej goleniowianki, której 11 promili alkoholu we krwi wzbudziło w Polsce autentyczny podziw.

Kim jest bohater tej niebanalnej opowieści? Czy jak sam utrzymuje w wywiadzie z Leszkiem Ozimkiem z „GG” z 29.11.2013 r., człowiekiem „wezwanym do dania świadectwa”, olśnionym swoją misją, który poczuł, że musi dać upust ogromowi miłości do współbraci wylewającej się z jego serca? Romantycznym i szlachetnym rycerzem, o metafizycznym potencjale mickiewiczowskiego Konrada, któremu Stwórca kazał cierpieć samotnie „za miliony” na szczycie Mont Blanc? Facetem, jak podsuwa sam w wywiadzie, „któremu się nagle klepki poprzestawiały i zawierza gminę Królowi Wszechświata”? Nadętym bufonem i mega-megalomanem, stającym jak równy z równym przed Jezusem Chrystusem i dającym Mu coś, co jak katolicy twierdzą, Ten miał zawsze: rząd dusz nad ludźmi w naszej gminie? Takie dziwne motywacje przewinęły się przez otchłanie mediów i Internetu. Nie było tylko najprostszej, najbardziej oczywistej i najlepiej do Roberta Krupowicza moim zdaniem pasującej. Otóż ten naprawdę twardo stojący na ziemi polityk, wieloletni dziennikarz od podszewki znający zasady piaru, zimny gracz z sukcesami w swej bogatej karierze, człowiek inteligentny i światowy, właśnie ogłosił Państwu początek swej kampanii w przyszłorocznych wyborach burmistrza gminy. Jednym wtrąconym do odpowiednio nagłośnionej modlitwy zdaniem, która gdyby była szczera, odbyłaby się w domowym zaciszu, a Bóg też by ją usłyszał, stworzył sobie zastępy wrogów, naiwnie sprowokowanych i posłusznie atakujących pana K. (a właściwie Kościół Katolicki). Jak my kochamy napadanych… A poza tym znajdźcie dziś w gminie człowieka, który nie wie, jak się burmistrz nazywa! Bo jeszcze miesiąc temu, jak dowiedziałem się przypadkiem, nie wiedziała tego ponad połowa dorosłych, zdatnych do głosowania goleniowian. Pani w sklepie, w którym kupuję „GG”, opinię w tej sprawie wyraziła krótko, z pełnym podziwu westchnieniem: „O Jezu …”

13.12.2013

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Stare felietony GG