RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Występy gościnne’

Cieszcie się, goleniowscy miłośnicy piw niezwykłych

20 mar
Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać Zdjęcie: joemonster.org

Prawdziwy miłośnik piwa ma je pod ręką nawet gdy idzie spać
Zdjęcie: joemonster.org

Szanowny Rodziciel odzyskał moc, werwę twórczą i przypomniał sobie, że jakiś czas temu założył bloga… Cieszę się niezmiernie z powyższego :) Znaczyłoby to tyle, że mogę się znów poświęcić komentowaniu opisywanych przez niego spraw, co pokazałoby pełnię mojej złośliwości. A jednak trafia mi się temat, który muszę poruszyć w osobnym wpisie. A nawet dwa tematy warte opisania. Oczywiście dotyczą one piwa, bo czegóż by innego…

Po pierwsze i najważniejsze!!! Po kilku latach przerwy w naszym małym mieście ponownie mamy możliwość dokonania zakupu rzemieślniczego piwa. Jakieś 10 dni temu w pasażu handlowym nad Strugą Goleniowską, niedaleko placu zabaw przy ulicy Kościuszki, otworzył się skromny sklepik pod szyldem „Chmiel do odkrycia”. Parę lat temu podobna inicjatywa miała miejsce niedaleko ronda koło dworca, jednak po kilku miesiącach działalności się zwinęła. Tym razem chyba wszystko potoczy się inaczej. Skąd mój optymizm??? Minęły dwa lata, piwna rewolucja trafiła w tym czasie pod strzechy, a dostępność dobrego piwa jest znacznie większa. Klientela też się rozrosła. Co więcej, sklep jest mały, ale według mnie rozsądnie przemyślany. Dwie ściany, z lewej czeska i niemiecka klasyka, a z prawej polski kraft. Właściciele są entuzjastami dobrego piwa i posiadają całkiem dobre rozpoznanie na tym trudnym rynku. Co więcej, na bieżąco starają się sprowadzać nowości, premiery i piwa warte uwagi. A przy tym można u nich znaleźć piwne ikony, które ukształtowały polski rynek piw rzemieślniczych. Mowa tu o takich piwach jak: King of Hops i Crazy Mike z Alebrowaru, Pacyfik Ale z Artezana, Red AIPA z Birbanta i cała gama piw z Browaru Pinta… To wszystko są piwa świetne i uznane za ikony polskiej rewolucji piwnej. Ponadto znajdziecie tu wiele wartościowych piw i pełen przekrój stylów piwnych. Od amerykańskiego pilsa i niemieckiego pszeniczniaka, przez wszelkiego rodzaju APY, IPY, Stouty, aż do Imperial Stouta! Uważam się za bardzo wymagającego klienta, a mimo to podczas każdej wizyty w tym przybytku, znajduję coś, co mnie zainteresuje. No i jest jeszcze jedna ważna sprawa. Wchodząc do sklepu trafiamy na uśmiechniętą twarz Izy lub Piotrka. To młode małżeństwo po prostu cieszy się z tego, co robi. Chętnie rozmawiają o piwie i widać, że to ich kręci. Cieszy mnie niezmiernie, że za każdym razem, kiedy ich odwiedzałem, w sklepie znajdowali się też inni miłośnicy piwa. Ktoś to kupuje i jest rynek, zapewniający zbyt. Radość mnie rozpiera!!! Trzymajcie tak dalej, a będziecie zadowoleni z interesu! Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam Wszystkich, do odwiedzin w sklepie i dokonania zakupu! Dodam, że nikt mi za reklamę nie płaci, a kieruję się jedynie zbożną intencją rozpowszechniania piwnej rewolucji tak szeroko, jak to tylko możliwe.

Druga sprawa: Dziś, czyli 20 marca 2016 roku odbywa się V Szczeciński Konkurs Piw Domowych organizowany przez Zachodniopomorski Oddział Terenowy Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Wystawiłem do tego konkursu dwa piwa. Imperial Stout, uwarzony w październiku, a także piwo-wynalazek Hopeless IPA, czyli takie amerykańskie India Pale Ale, tyle że praktycznie bez chmielu. Ten użyty jest tylko na goryczkę, a cały smak i aromat, za który normalnie odpowiadają amerykańskie odmiany chmielu, powstaje w wyniku dodania tego, co fantazja do głowy przyniesie. Skrótowo mówiąc, piwo ma wręcz buchać cytrusami i żywicą, a przy tym imitować klasyczną amerykańską IPA. I właśnie z tym drugim piwem wiążę pewne nadzieje. Bardzo się starałem w trakcie warzenia, a wstępne oceny znajomych są bardzo pozytywne. Ciekawskim powiem, że w mojej interpretacji wskazane wyżej aromaty tworzą dodane na różnych etapach produkcji: skórki pomarańczy, cytryny, limetki, mandarynki i grejpfruta, a także jagody jałowca i ziarna pieprzu czarnego, zielonego i cayenne. A nóż, widelec, uda mi się zająć jakieś eksponowane miejsce :) O postępach na froncie, poinformuję na bieżąco!!!

Ostatni tydzień przyniósł mi wiele radości, jeśli chodzi o piwo i piwowarstwo. Mam nadzieję, że Wy także nie narzekacie! Pozdrawiam i zapraszam Was do odwiedzin w „Chmielu do Odkrycia”!

Adam Zygmański

Pewnie piją Adamowe beznadziejne Zdjęcie: www.sfora.pl

Pewnie piją Adamowe beznadziejne
Zdjęcie: www.sfora.pl

A teraz ja, właściciel bloga, bo już wytrzymać nie mogę! Nie tylko, że moje dziecko zabrało się za reklamę zaprzyjaźnionej placówki handlowej, nie dość, że się tego bezczelnie wypiera w żywe oczy i zaprzecza, że mu za to płacą (musi za skrzynkę piwa, nie za kesz), to jeszcze autoreklamę sobie darmową u ojca załatwił, jaki to on piwowar kreatywny. Fakt, widziałem go kiedyś zaraz po Nowym Roku, jak po śmietnikach łaził i czemuś suche skórki po cytrusach wygrzebywał, ale nie skojarzyłem, że on z tego zrobi piwo! Jak widać, jeszcze zabezpieczył się przed pretensjami co do prawie pewnej marnej jakości tego „specjału”, wymyślając sprytnie nazwę „Hopeless IPA – czyli po angielsku „beznadziejne IPA”. Obiecał wtedy, że mi jakiegoś wpisa gościnnie wyśle, żebym tylko nikomu o tych śmietnikach nie powiedział, ale skąd miałem wiedzieć, że wpis będzie darmowym reklamowaniem piwnego nałogu?! Obiecałem, więc odmówić publikacji nie mogłem, jeszcze by mi jakiś mandat przywalił w zemście. Ale daję mu żółtą kartkę i ostrzegam, że więcej się już nie dam nabrać. Nigdy więcej takich publikacji!!! No, chyba żeby mi jakąś małą skrzyneczkę tego cytrusowego beznadziejnego IPA odpalił w formie rekompensaty za straty moralne, to się może zastanowię…

 

Ireneusz Zygmański, oburzony gospodarz bloga

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Piwna bitwa, czyli dygresyjny świat ludzi pozytywnie zakręconych

09 sty
American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego  Fot.: Adam Zygmański

American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego
Fot.: Adam Zygmański

To ja, Wasz Adam, Zygmański junior! Przez ostatnie dni zastanawiałem się intensywnie, jaki temat podjąć w obiecanym Wam felietonie. Nawet napisałem wstępną jego wersję. Pisałem późną, nocną porą (jak zwykle u Zygmańskich zresztą). A rano przeczytałem swoje wypociny i skasowałem je bez większego żalu. Chyba w czasie pisania miałem jakiś gorszy nastrój i tekst wyszedł mi ponury, smutny, złowrogi. Tematy jakieś ciężkie, trudne i przykre, a na koniec wysnułem mało pozytywne wnioski. O czym dokładnie przyszło mi pisać? Ano o ogólnej kondycji naszej cywilizacji, konfliktach międzykulturowych i politycznych. Czyli nic, na czym się znam. Żadnej Ameryki nie odkrywałem, a czytało się to wszystko ciężko. Nawet nie mrugnąłem okiem, gdy rano kasowałem plik z komputera. Dałem sobie kilka następnych dni na odkrycie nowej weny i oczyszczenie umysłu. No i w końcu… Dziś zadzwonił do mnie kolega, który podobnie jak ja para się domowym piwowarstwem. Dryndnął podczas swojej wizyty w Szczecinie, mieście co prawda wojewódzkim, które jednak nie ma opinii jakiejś wielkiej metropolii. Ot, takie tam miasto studenckie, o którym większość Polaków myśli, że leży nad morzem. Ponieważ rozmowa nasza dotyczyła, a jakże, piwa, wiadomości dostarczone mi przez kolegę Jarka zainteresowały mnie żywo i dały sporo do myślenia.

Jednak zanim opowiem o tym, czego dowiedziałem się od Jarka, słowo wstępu. Kiedy w zeszłym roku pisałem pierwszy raz o piwie i piwowarstwie domowym, w Goleniowie oprócz mnie zajmował się tym tematem jedynie mój wzmiankowany wyżej kolega, a dochodziły mnie słuchy o zainteresowaniu ze strony kolejnych kilku osób. Dzisiaj domowych piwowarów w Goleniowie jest co najmniej 5, a zainteresowanie jest znacznie większe. Może wydawać się, że to dalej niewielkie grono, ale przyrost jest ponad stuprocentowy,. Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że jeślibyśmy postanowili się zrzeszyć, okazało by się, że w naszym mieście liczebnie wcale wiele nie odbiegamy od liczby aktywnych członków rządzącej obecnie w kraju partii. :) Ale nie jestem złośliwy, a jakiekolwiek partie nie leżą w strefie moich zainteresowań.

American Wheat, co je Jarek zrobił Fot.: Jarosław Przytuła

American Wheat, co je Jarek zrobił
Fot.: Adam Zygmański

Wracając do piwa… Jak pisałem ostatnio, tylko od września 2015 nawarzyłem prawie 300 litrów piwa, w 7 różnych stylach. Jarek pewnie trochę mniej, jeśli chodzi o ilość, za to bardziej różnorodnie, jeśli chodzi o style piwne. Jego warki są prawie o połowę mniejsze, więc zajmują mniej fermentorów, co pozwala mu warzyć częściej. Nie pytałem go dokładnie, ale wydaje mi się, że od września 2015 warzył już kilkanaście razy. A przecież obaj warzyliśmy również przed wakacjami, kiedy to mieliśmy letnią przerwę i też nie próżnowaliśmy. Każdy z nas częstuje swoim piwem rodzinę i znajomych. Czasem nasze piwa trafiają do całkiem przypadkowych osób, wywołując pytania, wzbudzając zainteresowanie. Nigdy nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek wrogością, czy też lekceważeniem ze strony osób, którym wspominaliśmy o naszym hobby. Wręcz przeciwnie! Dużej ilości pytań zawsze towarzyszyła życzliwość, czasem nawet entuzjastyczne przyjęcie.

Zauważyć muszę jedną ważną rzecz: nasze piwa leżą na przeciwnym biegunie sensorycznych doznań w stosunku do najpopularniejszego w Polsce stylu piwnego, czyli Międzynarodowego Jasnego Lagera. Byłem przekonany, że przynajmniej u połowy poczęstowanych wzbudzi to grymas na twarzach, a piwo po prostu nie będzie im smakować, gdyż zbyt daleko odbiega od przeciętnego wyobrażenia o tym napoju w Polsce, utrwalonego przez piwne koncerny. Rozmiar mojej pomyłki był wielki. Często słyszałem bardzo pochlebne opinie na temat moich piw, które według mnie były zbyt goryczkowe dla osób pierwszy raz próbujących czegoś innego, niż asortyment dostępny w każdym spożywczaku w Goleniowie.

Imperial Stout prosto z Chicago Fot.: Adam Zygmański

Imperial Stout prosto z Chicago
Fot.: Adam Zygmański

Okazuje się, że marketingowcy wielkich koncernów są w błędzie. Mało komu odpowiada piwo o smaku wody, wyglądające jak siki i posiadające aromat rozgotowanej kukurydzy (i to jeśli już się jakiegoś aromatu doszukamy). Okazuje się, że znajomi Polacy lubią wyraziste smaki i są otwarci na nowości, nie bojąc się próbować czegoś nowego. Żeby nie popadać w hura-optymizm, po naszym Internecie krąży filmik, na którym znany w kraju koneser alkoholi, Pan Wiesław Wszywka, degustuje w pięknych okolicznościach przyrody piwa „regionalne”. Jedyna z testowanych próbek, którą uznaję za dobrej jakości komercyjny przykład rzemieślniczego piwa, wywołała w Panu Wiesławie reakcję wręcz alergiczną, a z jego ust padły słowa: „(…) jebuckonachmielone i czuć goryczom… Bardziej twarz wykręca, niżbym się napił spirytusu… He he he… Niektórzy lubiom gorycz, ja raczyj lubiem smak spirytusu.” Tak się trafiło, że Pan Wiesław łyknął sobie piwa w stylu Double American IPA, które rzeczywiście jest mocno chmielone amerykańskimi odmianami chmielu. Mimo wszystko nie spodziewałem się takiej reakcji po zawodniku kalibru Pana Wiesława. No, ale każdemu według gustu :) Zatem na pewno trafią się osoby, którym moje, Jarkowe, czy też naszych bardziej początkujących kolegów piwa, nie będą smakowały. I dobrze, bo każdemu według gustu!

To cudo zwało się Atari Zdjęcie: olx.pl

To cudo zwało się Atari
Zdjęcie: olx.pl

Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, którego już kiedyś doznałem. Zaraz je opiszę, poprzedzając trochę historyczną dygresją. Było to dawno, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pojawiły się w naszym pięknym kraju komputery personalne. Wiem, były już wcześniej! Tyle że dopiero w latach 90. ubiegłego wieku stały się dostępne dla przeciętnego Polaka. Nagle pośród młodych ludzi zapanowało szaleństwo przegrywania gier na kasety, biegania do „salonów”, regulowania głowic w magnetofonach i nerwowego oczekiwania w bezruchu na wgranie się programu do podręcznej pamięci naszych Timexów, ZX Spectrum, Atari, i najpopularniejszych chyba „komodorków”. A że gwałtownie nadrabialiśmy zaległości do cywilizowanych krajów, to zaraz potem pokazały się Amigi: 500, 600, 1200; potem pierwsze pecety, aż pewnego dnia obudziliśmy się w dobie Internetu, w społeczeństwie cyfrowym. Dwudziestoletni polski student, zapytany o walkmana, wzrusza ramionami w geście niewiedzy. A jak się znajdzie jakiś mądraliński, który słyszał o takim sprzęcie i zaczyna zgrywać cwaniaka, to wystarczy dać mu do ręki kasetę magnetofonową w pudełku i poprosić o włożenie jej do rzeczonego walkmana. Cwana mina szybko znika… Wspominam tą prehistorię, by zobrazować skalę przemian, którym zostaliśmy poddani w bardzo krótkim czasie. To była prawdziwa rewolucja, której byliśmy częścią.

... a tak wyglądała Amiga Zdjęcie: eab.abime.net

… a tak wyglądała Amiga
Zdjęcie: eab.abime.net

Już wracam do tego mojego wrażenia. W dobie opisanej komputerowej rewolucji codziennie odkrywałem coś nowego. Każdy dzień był dla mnie wyprawą do nieznanej krainy bitów, bajtów, dyskietek, dżojstików. Dzisiaj czuję się bardzo podobnie, choć z innej przyczyny. Znów mam to niezwykłe poczucie rozpalającej mnie ciekawości i dreszczyk oczekiwania na to, co wydarzy się jutro. Tym razem zżera mnie ciekawość dotycząca piwa i piwowarstwa. Tego domowego, ale też tego na większą skalę. Wiele bym dał, by móc spróbować swoich sił w warzeniu piwa w prawdziwym browarze. Jakże bym chciał, by piwo sygnowane moim nazwiskiem wylądowało na sklepowych półkach. Ciągnie mnie do zgłębiania tajników skomplikowanej sztuki piwowarskiej. A przede wszystkim, chciałbym ciągle odkrywać nowe piwa, ich smaki i aromaty.

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy Fot.: Adam Zygmański

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy
Fot.: Adam Zygmański

Popadłem więc w stan charakterystyczny dla członków familii Zygmańskich: dostałem jobla. Szczęśliwym trafem u mnie padło na piwo, bo przecież mogłem skończyć tak marnie, jak mój Szanowny Rodziciel, i zostać (tfu!) filatelistą! Pozostaje tylko cieszyć się i dziękować ślepemu losowi za popchnięcie mnie akurat w stronę napoju bogów. Mówię tak, gdyż zdaję sobie sprawę, że kochana małżonka jest sobie w stanie wytłumaczyć moje odchylenie od normy skłonnością do delikatnego pijaństwa :) Gdyby los rzucił mnie na mielizny filatelistyki, to rozwód miałbym gwarantowany. Jest tylko jedna kobieta na świecie, która może zachować względną normalność zamieszkując z facetem jarającym się, jak Rzym za Nerona, widokiem ostemplowanego znaczka pocztowego – Moja Szanowna Rodzicielka. A tak, mam spokój. Jeśli jakaś koleżanka mojej żony zapyta ją, co w wolnym czasie porabia mąż, po prostu powie, że żłopie piwo. Odpowiedź taka koleżance w zupełności wystarczy, pokiwa głową ze zrozumieniem i nie będzie drążyć tematu. Żłopanie piwa to najpopularniejsze męskie hobby na świecie. A gdyby musiała wyjaśniać, że oglądam znaczki pocztowe, to koleżanka postawiłaby oczy w słup, sama zostałaby tematem plotek i ploteczek, zaś z czasem jej życie towarzyskie uległo by trwałemu rozpadowi, czemu zapewne winny byłbym ja…

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni Fot.: Adam Zygmański

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni
Fot.: Adam Zygmański

Zostawmy już moją biedną małżonkę, jak i tą nieszczęsną filatelistykę wraz z jej ofiarami. Mam cichą nadzieję, że jak w przypadku rewolucji komputerowej, tak w przypadku tej piwnej podążymy w tym samym kierunku, co państwa zachodniej Europy lub Ameryki Północnej. Chciałbym, żeby w każdym polskim mieście i miasteczku był lokalny browar. I żeby w każdym takim przybytku można było spróbować unikalnego w smaku i aromacie piwa, za którym stałby znany z imienia i nazwiska piwowar, dumny ze swojej ciężkiej, a tak społecznie niezbędnej pracy. Czy moje marzenia mają szansę się spełnić? Mam przekonanie graniczące z pewnością, że tak, w ciągu najbliższych 20 lat.

Na tym polega piwna bitwa Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Na tym polega piwna bitwa
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Czas powrócić do mojej z Jarkiem, rozmowy telefonicznej! Otóż, Jarosław zadzwonił do mnie z lokalu. Z lokalu w Szczecinie, w którym właśnie odbywała się bitwa piwna. I nie chodzi tu o potyczkę na pięści, nogi i sztachety dwóch zdopingowanych piwem, wrogo nastawionych do siebie grup mężczyzn. Taka bitwa piwna polega na starciu dwóch piwowarów domowych, którzy w życzliwym lokalu pojawiają się w tym samym czasie, przynosząc swoje piwo, uwarzone w ustalonym wcześniej stylu. Przynoszą tego piwa dużo, częstując nim gości lokalu, ci zaś wybierają poprzez głosowanie, który piwowar uwarzył lepsze piwo. Częstują, czyli nie trzeba za piwo płacić. :) Zwycięzca głosowania zyskuje chwałę i dumnie pręży pierś. Coś pięknego! A co jest jeszcze piękniejsze? Kiedy Jarek do mnie dzwonił, to słyszałem, że lokal tętni wręcz życiem. Było głośno, wesoło i sympatycznie. W czasach, kiedy coraz częściej unikamy spotkań „w realu”, przenosząc swoje życie towarzyskie w wirtualne odmęty Internetu, należy doceniać wszystko, co przyciąga ludzi do siebie, co pozwala im wymieniać poglądy i nawiązywać rzeczywiste znajomości. Nawet, jeśli tym elementem przyciągającym jest darmowe piwo. :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się, Drodzy Czytelnicy, życząc wszystkiego co najlepsze, a zwłaszcza najlepszego piwa!!! Wasz Adam Zygmański

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Niemoc twórcza

23 gru
Niemoc twórcza to nie wymysł Zdjęcie: belgiumresearch.be

Niemoc twórcza to nie wymysł
Zdjęcie: belgiumresearch.be

Szanowni Czytelnicy!

Jak zwykle jest godzina późna, gdy piszę te słowa. Zawsze piszę nocą, więc jest właśnie 4.13. Sam jeszcze przechodzę (kończący się!) kryzys pisarski, stąd dziś zamieszczam gościnnie wpis mojego Szanownego Syna, Imć Adama Zygmańskiego. W ostatnią niedzielę spotkał mnie na tak zwanej „siatkówce” i zaczął wypytywać o moją ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś mu tam przebąkiwałem w odpowiedzi, na co pokiwał głową bez zbytniego zrozumienia. Ostrzegł mnie, że jak ja słabuję, to on coś gościnnie napisze. Jak zapowiedział, tak zrobił. A ja to z ulgą publikuję. Z ulgą, bo to teraz ja będę mógł mu na końcu coś dopisać, a nie wymyślać cały wpis.

Zatem rezerwuję sobie troszeczkę miejsca z tyłu, po synalkowym pisaniu, a teraz poczytajcie to, co mu wyskoczyło z klawiatury:

Szanowni Czytelnicy!

Jest godzina bardzo późna, gdy piszę te słowa… Nie wiem dokładnie, która to już, ale na pewno dobrze po północy. Kilka przyczyn powoduje, że o tej właśnie porze mam ochotę sklecić dla Was te parę słów.

Cytując klasyka, po pierwsze Primo…

Dzisiaj spotkałem na tak zwanej „siatkówce”, mojego Szanownego Rodziciela, imć Ireneusza Zygmańskiego. W trakcie dysputy zapytałem wyżej wymienionego, co spowodowało jego ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś tam przebąkiwał o braku czasu, nawale obowiązków, braku możliwości i takie tam, cytując kolejnego klasyka, pierdu… pierdu… Postanowiłem zatem uratować godność tegoż bloga, pisząc parę ożywczych słów, które może przywrócą odrobinę zainteresowania tą skromną stroną.

Po drugie primo…

Ale nawarzył piwa... Zdjęcie: www.tvr24.pl

Ale nawarzył piwa…
Zdjęcie: www.tvr24.pl

We wrześniu tego roku rozpoczął się kolejny sezon warzelniczy. Licząc szybko, do dnia dzisiejszego zdołałem od tego czasu uwarzyć 268 litrów piwa, czyli 536 butelek 0,5 l… Dodam tylko, że w tej ilości zawarłem 7 różnych stylów piwnych, od dosyć mocno chmielonego American Pale Ale zaczynając, przez przekraczający wszelkie granice Imperial Stout i łagodny Fruit Beer, a na świątecznym Spice Beer i klasycznym Belgian Dubbel kończąc. W planach jeszcze przed końcem roku jest „klon” Guinness Draught. Mam zamiar osiągnąć jak największe podobieństwo smaku i aromatu, do tego wzorca dry stouta, co wcale nie jest łatwe. Co więcej, w 2016 roku planuję wystawić co najmniej 3 piwa w V Szczecińskim Konkursie Piw Domowych, który jest zaliczany do klasyfikacji Grand Prix Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Mam bardzo ambitne plany i zamierzam je wypełnić, co najmniej w 100 procentach…

A wreszcie, po trzecie Primo Ultimo…

Mamy nowe dziecko!  Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Mamy nowe dziecko!
Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Dokładnie 11 grudnia 2015, o godzinie 09.20, narodziła się moja druga córka. Dziewczę ważyło 3170 gram i miało, według kilkukrotnych pomiarów jakieś 54 centymetry wzrostu. Poza tym wystarczy powiedzieć, że jest piękna, wspaniała i idealna :) Jakieś ładne mi te córki wychodzą… Na uwagę zasługuje fakt, iż Lea, bo tak jej na imię, urodziła się dokładnie 32 lata po swoim tatusiu. Tak!!! Mamy urodziny tego samego dnia! Nieskromnie mówiąc, wycelowałem dosyć precyzyjnie :) Dodam tylko, że mimo małej wagi i rozmiarów (pierwsza córa miała 57 centymetrów i prawie 4000 gram), dziewczę jest żarłoczne i rośnie z każdym dniem. No i muszę to powtórzyć: jest piękna!!! Jedyne co mogę zrobić, to podziękować mojej żonie, za ten niebywały prezent urodzinowy. Nie mogłem się spodziewać niczego lepszego i jestem Ci Kochanie niesamowicie i niewysłowienie wdzięczny…

O tym wszystkim chcę Wam opowiedzieć w najbliższym czasie. Ponieważ, jak wspomniałem na początku tego tekstu, mam zamiar ożywić tą podupadającą już stronę, oficjalnie zapowiadam, że w przeciągu tygodnia napiszę kolejny, znacznie obszerniejszy tekst, który, mam nadzieję, spodoba się Czytelnikom na tyle, że dadzą memu Rodzicielowi szansę na odkupienie grzechu zaniechania i jeszcze nie raz zajrzą tutaj, w poszukiwaniu ciekawych treści.

Pozdrawiam serdecznie,

Adam Zygmański

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego Zdjęcie: thepolandtimes.com

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego
Zdjęcie: thepolandtimes.com

P. S. Nie jestem zbytnio religijny, ale życzę Wam wszystkim spokoju i co najmniej tyle szczęścia, ile ja otrzymałem w ostatnich dniach. Wesołych, spokojnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia!!!

Tyle syn mój. Cieszę się, że on się cieszy, bo ma z czego. Popieram jego sukcesy, przecież troszkę się do nich przyczyniłem. Nie byłby szczęśliwym ojcem, gdybym to ja nim najpierw kiedyś nie został. Zatem dzięki właściwemu podejściu do obowiązków rodzinnych ponownie możemy kontemplować swoje role ojca i dziadka. Piwo też powstaje w pewnej części dlatego, że ja i inni poczęstowani pochwalili szczerze produkcję mego syna. Ostrożnie chciałbym jednak zauważyć, że coś ci synu jakby mięsień piwny nieco ostatnio urósł…

Oczywiście cieszę się też, że mam tak dobre, uczynne i chętne do pomocy dziecko. Już samo to, że wykazujesz synu tyle optymizmu i wiary w siebie, daje mi pozytywnego kopa do dalszego pisania. Czyż nie cieplej na sercu się robi, że komuś jest dobrze? Zaś niemoc twórcza… To sprawa nieco bardziej skomplikowana. Problem w tym, że wszystkie podane Adamowi, a tak lekceważąco przez niego potraktowane powody braku nowych wpisów są prawdziwe, lecz tylko częściowo coś tłumaczą. Nie chcę mnożyć nieszczęść, lecz szczerze mówiąc dołuje mnie ta końcówka roku okrutnie. Jednak główną przyczyną mojego milczenia było coś innego – niechęć do myślenia o tym, o czym chciałbym naprawdę napisać. Biorąca się z poczucia rzucania grochem o ścianę. Z obawy, czy to kogokolwiek zainteresuje. Bo te moje myśli są raczej pesymistyczne i do czarnowidztwa nastrajają, nie zaś do pogodnego spoglądania w przyszłość.

Ponieważ jednak nie tylko moja latorośl namawia mnie do dalszego drążenia na blogu dotychczasowych tematów (usłyszałem podobny tekst od co najmniej kilkunastu osób), pora przełamać zwątpienie w sens zmiany świata na lepszy i poczuć ponownie przymus pisania. Zapowiadam zatem w najbliższym czasie kilka aktualności z nieco zarośniętego chwastami poletka goleniowskiego samorządu. Obiecuję, że nudno nie będzie.

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę! Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę!
Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

Przyłączam się oczywiście do synowskich życzeń świątecznych dla wszystkich Szanownych Czytających. Spędźcie Święta z rodzinami, odwiedźcie tych, których dawno nie widzieliście, uśmiechajcie się do siebie i mówcie sobie dobre rzeczy. A do tych, których nie możecie spotkać, wyślijcie kartki świąteczne. Prawdziwe, na papierze, pocztą! Czy to nie milsze, niż oklepany SMS, zapychający razem z 500 innymi pamięć naszych telefonów?  

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Dzień Flagi, czy Dzień Piwa?

03 maj

Nasza majowa flaga Zdjęcie: www.kciuk.pl

Nasza majowa flaga
Zdjęcie: www.kciuk.pl

Witajcie ponownie Drodzy Czytacze! To ja, Wasz Adam Z. Coś dawno nic tu nie napisałem. Pewnie z notorycznego braku czasu do grzebania w klawiaturze. Jednak w końcu mi się to udało, tym bardziej, że pretekst sam się pojawił. W naszym pięknym kraju trwa długi majowy weekend, potocznie zwany „majówką”. Złośliwcy nadają jeszcze inne określenia: Święto Grilla, Otwarcie Sezonu Grillowego – to tylko niektóre najpopularniejsze. W wielu miejscach można usłyszeć lub przeczytać opinie, że bardzo przyziemnym podejściem do trzech ważnych świątecznych dni pokazujemy, że jesteśmy jakimiś „kmiotkami”, ubliżamy powadze znaczących dat, itp. bla, bla, bla…

Nie ma co, Święto Konstytucji 3 Maja to rocznica wzniosła, patriotyczna i określająca jeden z historycznych przełomów, jakie Polska przebyła na swojej drodze. Rocznica, którą warto i należy uczcić, chociażby chwilą zadumy nad naszą przeszłością. A co z dwoma wcześniejszymi dniami majowego weekendu?

Wiadomo, 1 maja obchodzimy Międzynarodowe Święto Pracy. Ma ono każdemu pracującemu człekowi przypomnieć, że jego codzienny trud jest coś wart. Należy mu się szacunek z racji tego, że nie siedzi na kanapie i nie dłubie w nosie, wyznaczając einsteinowską prostą linię wszechświata. To po prostu święto każdego normalnego człowieka. Nie tak wzniosłe dla Polaków jak 3 Maja, ale również ważne. I to nie tylko dla nas, a także dla przedstawicieli innych narodowości. Lata komunistycznej propagandy wypaczyły w naszym kraju sens tego święta, ale wydaje mi się, że powoli wraca nam pozytywna opinia na jego temat.

Czy flagę można użyć w reklamie? Zdjęcie: www.plotek.pl

Czy flagę można użyć w reklamie?
Zdjęcie: www.plotek.pl

2 maja to Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, obchodzony od 2004 roku. Mało kto wie, że jest to też Dzień Polonii i Polaków za Granicą, ustanowiony w 2002 roku. Czyli kolejny dzień, kiedy powinniśmy okazywać naszą patriotyczną naturę i wszystkim demonstrować przywiązanie do flagi narodowej i biało-czerwonych barw. A co roku słychać narzekania, że nasi rodacy nie wykazują wystarczająco dużo zapału w czczeniu tego święta. Ponadto sam nasz stosunek do używania biało-czerwonej wydaje się czasem zbyt frywolny.

Zazwyczaj w felietonach telewizyjnych padają porównania do obywateli USA, którzy obnoszą się ze swoimi symbolami narodowymi wszędzie i kiedy się tylko da. Autor felietonu po takim porównaniu dla kontrastu pokazuje Polaka jako Janusza pędzącego z małym grillem na działkę w klapkach i białych skarpetkach. Za nim biegną jego dzieci, a za nimi ślubna tegoż Janusza, Halina. Wszyscy oni razem oddają się na działeczce zgubnemu nałogowi grillowania karkówki i taniej kiełbasy, a spożywane pokarmy Janusz popija sporą ilością piwa z „Biedronki”. Konkluzja felietonu jest taka, że cywilizowani Amerykanie kochają swój kraj i flagę, a my mamy jeszcze dużo do nadrobienia i lata miną, zanim zaczniemy przywiązywać odpowiednią wagę do świąt narodowych.

Grillowanie czas zacząć! Zdjęcie: dobre-piwo-domowe.pl

Grillowanie czas zacząć!
Zdjęcie: dobre-piwo-domowe.pl

I znowu mówię: bla, bla, bla… Całe to narzekanie „Panów Dziennikarzów” jest mdłe i nudne jak kolejny odcinek „Klanu”. Co roku to samo. Nie zgodzę się nigdy z tezami tych felietonów. Mieszkam na blokowisku i co roku widzę w oknach i na balkonach sąsiednich budynków coraz więcej biało-czerwonych flag. Moi sąsiedzi wywieszają je coraz chętniej i świadomie obchodzą wspomniane majowe święta. Ktoś powie, że flagi ludzie wywieszają, a potem i tak lądują na działkach, przy grillu. No i świetnie! Świętowanie nie powinno polegać tylko na oddawaniu się zadumie, chodzeniu do kościoła i śpiewaniu patriotycznych pieśni. Człowiek powinien się po prostu cieszyć, a co może być przyjemniejszego, jak wyjście z domu na wiosenne powietrze i upichcenie czegoś smacznego. Wybaczcie, ale w naszym klimacie ciepłych i słonecznych dni jest tak niewiele, że byłoby grzechem nie skorzystać z okazji. Moje oczy, jako piwowara domowego, kłuje jedynie widok tych piw z „Biedronki”… Myślę, że przy okazji tak wzniosłej, spożywane piwo powinno być również na odpowiednim poziomie. I tutaj właśnie pojawi się pretekst do moich dzisiejszych wypocin.

Ponieważ wspomniałem już o naszych przyjaciołach z kontynentu zwanego Ameryką Północną, to nie mogę pominąć jednego faktu. Dnia 1 maja Amerykanie również świętują Międzynarodowe Święto Pracy, gdyż jest to właśnie ich wynalazek. Dzień ten ma dla nich spore znaczenie, jednak 2 maja obchodzą święto znacznie ważniejsze… Otóż 2 maja to w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej Narodowy Dzień Piwowarstwa Domowego! Nie ma żartów, gdyż jest to jedno z ważniejszych  świąt narodowych w tym kraju. Amerykański Kongres ustanowił je w 1988 roku, by przypomnieć swoim obywatelom, kto zbudował ich ojczyznę i na czym wyrosła ona na światową potęgę. A wyrosła na piwie. Tyle, że piwie warzonym dawniej w przydomowych ogródkach, a obecnie w garażach, kuchniach itp.

W Europie w średniowieczu wszyscy umieli warzyć piwo Zdjęcie: archeowiesci.pl

W Europie w średniowieczu wszyscy umieli warzyć piwo
Zdjęcie: archeowiesci.pl

Każdy amerykański nastolatek wie, że podstawową umiejętnością osadników przybyłych ze Starego Świata, pozwalającą przeżyć w dziczy nowo odkrytego i wcale nie przyjaznego kontynentu, była umiejętność warzenia piwa. Tylko piwo można było bezpiecznie pić, nie narażając siebie i swojej rodziny na zatrucie brudną wodą. Piwo było podstawowym składnikiem diety każdego osadnika. W Europie było podobnie, tylko u nas wiedza ta zanikła i traktujemy dzisiaj piwo jak produkt służący głównie do odurzania się. Po prostu zatraciliśmy łączność z naszymi korzeniami, w wyniku wojennych zawieruch, czystek, przesiedleń i innych tragicznych wydarzeń.

Amerykanie, którzy w swojej krótkiej historii mają mniej burzliwych okresów, łączność z korzeniami utrzymują pamiętając, jak powstało ich państwo. Wiedzą, że zarówno George Washington, jak i Thomas Jefferson, osoby uważane za twórców Stanów Zjednoczonych, byli zapalonymi piwowarami domowymi. Byli nimi także inni Ojcowie Założyciele, jak zwani są sygnatariusze Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych i ważne historyczne postaci Wojny Niepodległościowej. Benjamin Franklin, Samuel Adams, James Barbour, Patrick Henry, James Madison – to nazwiska w USA porównywalne do Tadeusza Kościuszki w Polsce. Wyobraźcie sobie Państwo, że piwo warzone przez Benjamina Franklina, przyprawiane dla goryczki sosnowymi gałązkami i igłami, zgodnie z rozkazem stanowiło codzienną rację żywnościową każdego żołnierza Gwardii Narodowej w ilości 1 litra na głowę. No i jak mogliby Amerykanie przegrać tą wojnę?

Obama z nami! Prezydent szanując amerykańską tradycję, też warzy piwo domowe Zdjęcie: www.tvp.info

Obama z nami! Prezydent szanując amerykańską tradycję, też warzy piwo domowe
Zdjęcie: www.tvp.info

W czasach prohibicji (1919-1933) piwowarstwo domowe osiągnęło szczyt swojej popularności. Biuro Prohibicji obliczało, że rocznie obywatele USA produkowali w domach mniej więcej 700 mln galonów piwa, czyli jakieś 3,15 mld litrów. Należy dodać, że warzenie piwa w domu było ściśle zakazane, a produkty niezbędne do jego produkcji kupowane były w sklepach oferujących artykuły piekarnicze. W 1978 roku amerykański Kongres zalegalizował piwowarstwo domowe i nastąpił renesans tego hobby w całych Stanach. AHA, czyli American Homebrewers Association oblicza, że obecnie w kraju jest 750 tysięcy piwowarów domowych. Dla porównania dodam, że Polskie Stowarzyszenie Piwowarów Domowych ma około 600–700 członków, co i tak jest jednym z lepszych wyników w Europie. Różnica w tym, że AHA istnieje od 1978 roku, a PSPD od 2010.

Fani dziękują Adamowi za felieton Zdjęcie: www.nto.pl

Fani dziękują Adamowi za felieton
Zdjęcie: www.nto.pl

Wracając do stylu naszego świętowania… Marzy mi się, żeby za parę lat na majowe grillowanie Polacy wybierali się obwieszeni flagami narodowymi i żeby humory mieli świetne, a myśli w głowach radosne. Żeby w koszykach, które będą nieśli, nie zabrakło dobrego jedzenia i kilku butelek domowego piwa. Wydaje mi się, że jest to całkiem prawdopodobna przyszłość, a jeśli się spełni, będę niezmiernie szczęśliwy.

Pozdrawiam serdecznie,

Wasz Piwpozytywnie Zakręcony Adam Zygmański

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Poezja interpelacji, czyli jak lać wodę artystycznie

23 mar
Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji Zdjęcie: www.gs24.pl

Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji
Zdjęcie: www.gs24.pl

Dzisiejszy występ gościnny będzie bardzo nietypowy. Autor nie pchał się wcale jako chętny do roli wspierającego w pisaniu mojego bloga. Jest zawodowo człowiekiem poważnym i nie zajmuje się takimi głupotami. A o tym, że drzemie w nim dusza poety, pisarza, propagatora wiedzy o monopolach naturalnych, filozofa nawet, dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Postanowiłem natychmiast podzielić się tym odkryciem z Szanownymi Czytelnikami. Będziecie mieli niepowtarzalną okazję uczestniczyć w jego literackim debiucie. Dodatkowo uprawia on bardzo rzadką formę literacką, gdyż jest to traktat filozoficzno-hydrauliczny. Wybaczcie zatem pewne niedoskonałości warsztatu, często spotykane u debiutantów. Zapewniam, nawet te drobne niedostatki nie ujmują wartości nowatorskim treściom w dziele zawartym. A zatem, przed Państwem wystąpi dziś pan Janusz Dawidziak, prezes spółki Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja.

Muzą pana prezesa, zsyłającą na niego niespodziewana wenę twórczą, stał się radny Czesław Majdak. W pełni nieświadom wywołania erupcji talentu prezesa Dawidziaka, złożył on po prostu na sesji Rady Miejskiej dnia 25 lutego kilka interpelacji. Dwie z nich dotyczyły działania spółki GWiK. Choć kierowane były do burmistrza gminy, ciekawość radnego Majdaka zaspokojono przesyłając mu pismo prezesa GWiK. Rozumie się samo za siebie, że burmistrz podzielając w pełni poglądy szefa spółki, dodatkowo zachwycił się formą tej urzędniczej perełki. Uznał zapewne, że sam lepiej napisać nie da rady, a przepisując i podpisując własnym nazwiskiem popełniłby plagiat – wysłał więc odpowiedź w oryginale. Radny Czesław też był zachwycony.  O mało mnie zresztą nie przyprawił o zawał, mówiąc: „Myślisz, że tam na blogu literaturę jakąś uprawiasz? To masz, poczytaj. To jest prawdziwa SZTUKA!”. Musiałem się jednak z nim zgodzić, choć zazdrość w gardle dławi, i dołączyć w zachwycie do Burmistrza i radnego Czesława.

Treść interpelacji była następująca:

„Otwierając ostatnią „Gazetę Goleniowską” na stronach 1,2,3 i 4 widzę reklamę naszej firmy wodociągowej, Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji. Zastanawiam się, dlaczego ta firma ma się reklamować jeżeli wiadomo, że jest monopolistą odnośnie sprzedaży wody i zaspakajania potrzeb mieszkańców, robiąc sobie dodatkowe koszty. Więc chciałbym poznać jakie koszty GWiK poniósł na tą reklamę w „Gazecie Goleniowskiej”.

Drugie pytanie także związane jest z tą samą firmą. Chodzi o „Mecenasy Sportu”. Wiemy, że Mecenasem Sportu 2014 r. na spotkaniu noworocznym została spółka GWiK. Bardzo proszę Pana Burmistrza o odpowiedź na pytanie, jaką kwotę na zakupy czy reklamy wydała nasza spółka, czyli jakie są wszystkie koszty, które w tej firmie zostały poniesione na sport. Moim zdaniem ta firma robi naprawdę bardzo dobre rzeczy, ale za to nasi mieszkańcy płacą z własnej kieszeni duże kwoty za wodę i kanalizację. Powinna zatem w miarę oszczędniej wydawać swoje pieniądze. Jak wiemy w budżecie Gminy Goleniów na sport, nie uwzględniając inwestycji sportowych, mamy zapisane 800 000 zł.”

A teraz właściwy występ, czyli odpowiedź Prezesa Dawidziaka, w pełnej krasie i blasku:

Odpowiedzi prezesa GWiK na interpelacje

Co ja tu jeszcze mogę dodać? Jeśli dwa proste pytania, na które przeciętny zjadacz chleba odpowiedziałby w kilku linijkach podając suche liczby, spowodowały taki wybuch talentu prezesa, to co byłoby w przypadku bardziej skomplikowanym? Gdyby nie chodziło o wytłumaczenie się z wydania głupich 10 tysięcy (+VAT), lecz na przykład całościowe zanalizowanie dorocznego bilansu spółki? Znając miłość kolegi Czesława do literatury myślę, że często w interpelacjach poruszać będzie sprawy związane ze spółką GWiK. Oczywiście w nadziei na dalsze dzieła talentu prezesa Janusza Dawidziaka.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Świat to za mało, czyli dlaczego warto wąchać kwiatki

21 sty

To znowu ja, Adam Z.! Piszę, gdyż mam Weltschmerz… Po polsku mówiąc: świat mnie boli! Może słownikowa definicja „bólu świata” nie jest do końca adekwatna w moim przypadku? W końcu daleko mi do romantycznego bohatera Goethego… A jednak ból występuje w stopniu znacznym. No i skąd ten ból?

Weltschmerz

Ból egzystencji… Ja tego gościa nawet rozumiem.

Według mojej niefachowej i uproszczonej analizy wzmiankowany wyżej ból wziął się z nadmiaru bodźców docierających do mego mózgu. Jest on zewsząd atakowany lawinami nieprzydatnych do życia informacji, wiadomości błahych i niedotyczących mojej egzystencji, historii życia obcych mi ludzi, itp. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny Polak zatracił cechy, które wyróżniały go z tłumu Europejczyków, pędząc za postępem, zyskiem, dobrobytem. Zagubiliśmy gdzieś podczas wyścigu szczurów, w którym większość z nas ochoczo bierze udział, kreatywność, fantazję, ambicję, optymizm… Określenia, które definiowały przeciętnego Polaka w sposób, który był dla nas powodem do dumy, za który podziwiano nas na całym świecie. Nawet jeśli ten podziw był bardzo dyskretny i nie rzucał się nam w oczy.

Krótko mówiąc, poprzez nadmierne spłycenie naszej egzystencji i sprowadzenie jej wyłącznie do wymiaru zarobkowego, a w niektórych przypadkach wegetacyjnego, tracimy coś, co powodowało, że byliśmy „fajniejsi” niż inne nacje. Z telewizora ciągle słyszę, że gonimy „Zachód”, że w porównaniu do kraju X jesteśmy lepsi/gorsi, etc. Tylko czy dla codziennego życia ma to jakiekolwiek znaczenie? Wątpię. Pamiętam, jak dawno temu w roczniku statystycznym z końca lat 80. poprzedniego wieku znalazłem informację, że Polska jest największym na świecie producentem ziemniaków! Moja duma z bycia obywatelem tak wspaniałego narodu znacznie wzrosła po tym odkryciu i przez dobry tydzień chwaliłem się tym rodzinie i kolegom z przedszkola. Po czym zapomniałem o tym, gdyż nijak się to miało do moich ówczesnych ważnych spraw. Mam wrażenie, że ludzie nie mogący oderwać głów od kanałów informacyjnych i biznesowych, są na podobnym etapie jak ja, gdy rosła moja duma z polskiej kartoflowej potęgi. Tyle, że jeszcze sobie nie uświadomili, iż serwowana w nadmiarze papka informacyjna niczego im nie daje. Praca zajmuje im tyle czasu, że nie mają kiedy tego zauważyć.

Oczywiście, nie mam nic przeciwko uczciwej pracy. Pracowitość to cnota, tyle że niezbalansowana inną aktywnością przestaje nią być. Skądinąd uważam, że przez ostatnie lata namnożyło się nam w kraju mnóstwo leniwych pasożytów, a system prawny i socjalny tylko zachęca do bycia nierobem. W końcu państwo zawsze takiemu pomoże. Wystarczy, żeby spełnił „kryterium”, a mamona napłynie szerokim strumieniem. Z racji wykonywanego zawodu codziennie spotykam ludzi, którzy z chodzenia po różnych instytucjach pomocy społecznej uczynili prawdziwą sztukę, doprowadzając ją do perfekcji i osiągając dochody często przekraczające średnią krajową.

Znamienne jest, że większość ludzi parających się taką działalnością to osoby sprawne fizycznie, w sile wieku, zdolne do podjęcia prawie każdej pracy. Chorzy i emeryci po pomoc udają się rzadko, bo ciężko im przebrnąć przez sito „kryterium”. Mają przecież stały dochód z renty lub emerytury. Jeszcze bardziej znamienny jest fakt, że osoby korzystające z pomocy najwięcej narzekają. Życie ich pokrzywdziło i nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł! Smędzą, że okrada ich własne państwo, a wszyscy dookoła to krętacze i złodzieje! O dziwo, takie osoby nie mają raczej problemów z otrzymaniem kredytu ratalnego, choć ściągalność kredytów w tej grupie społecznej sięga poziomu 30%. Obserwuję to na podstawie pism z sądów i od komorników, lądujących na moim biurku.

Chcecie przykładu? W jednej z gmin naszego powiatu (ok. 5500 mieszkańców) największy pracodawca prywatny zatrudnia około 600 osób. Przyznacie, że w skali gminy to bardzo dużo, prawda? W tej samej gminie Ośrodek Pomocy Społecznej utrzymuje lub dofinansowuje ok. 350 osób, będąc drugim największym „pracodawcą”, a raczej „zapomogodawcą”. Problem w tym, że ludzie otrzymujący pieniądze od OPS-u nie muszą nic robić, żeby je dostać,  ponieważ nie ma żadnego obowiązku podjęcia pracy po otrzymaniu zapomogi. Ponadto praktycznie nie ma kontroli nad tym, jak wydają otrzymane fundusze. Wolna amerykanka! Polska to piękny kraj. 8-)

Paradoksalnie, wiele osób żyjących na państwowych zapomogach ma świetne samopoczucie! Może nie powinno mnie to dziwić, skoro „zapomogowana” kasa jest podobna do przeciętnego wynagrodzenia na terenie Goleniowskiego Parku Przemysłowego, a pracować nie trzeba…? Czyli bardziej się to opłaca, niż pędzenie do roboty na trzy zmiany. A jeszcze na lewo można z „prac dorywczych” sporo wyciągnąć.  8-) Życie jednak jest piękne! Taki potrzebujący pomocy jegomość ma mnóstwo czasu na rozwijanie zainteresowań. Na kontakt z naturą i życie towarzyskie. Te dwie aktywności warto połączyć, spotykając się ze znajomymi w plenerze na drinku, co da więcej czasu na sen i regenerację zmęczonego organizmu. A drink poprawi krążenie, pobudzi wyobraźnię, dzięki czemu wzrośnie kreatywność tej części społeczeństwa! Powstaną nowe idee i ruchy filozoficzne. Nic, tylko podbijać Świat, wąchając kwiatki. Tak społeczeństwo odzyskuje utracone podczas wyścigu szczurów pozytywne cechy!

Więc po co moje narzekania? Bzdurne są i bezpodstawne, a ponadto mogłyby spowodować dyskomfort tak ważnej dla Narodu grupy społecznej. Całe szczęście, że nikt z tej grupy nie uznaje już słowa pisanego, poza SMSami, za formę przekazu informacji. Jeszcze by przeczytali i się na mnie obrazili…

W ten oto prosty sposób poprawiłem sobie humor znacząco i z nową energią przystępuję do następnego dnia. Bo w końcu ktoś na tych kreatywnych i aktywnych towarzysko musi zarobić…

Adam Zygmański

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Podsumowanie roku 2014 z perspektywy małego żuczka

31 gru

Witajcie, Szanowni Czytacze! To znowu ja, Adam, junior Zygmański. Znów pogoniło mnie do napisania czegoś od siebie. Tak mi to potrzebne, jak podniesienie pokrywki garnka, żeby piana opadła nad gotującym się wywarem. Kończy się rok 2014, jakby nie patrzeć, trzydziesty pierwszy rok mego skromnego żywota. Końcówka roku skłania mnie zwykle do przemyśleń i zadumy, zatrzymania się i spojrzenia za siebie chłodnym okiem, rozważenia wszystkich „pros and cons”, jak mawiają Amerykanie (a Polacy do niedawna jeszcze mówili „za i przeciw”). U mnie koniec roku to nie tylko święta, ale też urodziny i imieniny, więc dni nadających się do zadumy mam przeciętnie więcej niż inni.  Pozwólcie zatem, bym zważył miniony rok publicznie. Zauważam dziwną prawidłowość: im bliżej własnej skóry, tym lepiej. Im dalej, tym coraz bardziej jeży się włos na głowie… Zachęcam czytających do śmiałego komentowania, wymiany spostrzeżeń i uwag. Ponadto proszę o wyrozumiałość, gdyż młody jeszcze jestem, więc moje postrzeganie rzeczywistości z definicji cechują ułomności i błędy.

Ślubowanie Szczecin 2011

Ślubowanie Szczecin 2011

Zawodowo rok był dla mnie bardzo udany. Pewnie nie wszyscy wiedzą: jestem policjantem. Mówię to z dumą i silnym przekonaniem, że dobrze wybrałem swoją „ścieżkę kariery”. W tym roku 8 listopada rozpocząłem stałą służbę, po trzyletnim okresie przygotowawczym. Do końca życia zapamiętam dzień 11 listopada 2011, gdy wypowiadałem z pełnym przekonaniem każde słowo roty ślubowania. Na dodatek było to w Dzień Niepodległości, na Wałach Chrobrego, przy obecności kilku tysięcy ludzi, w tym najbliższej rodziny. Co więcej, miałem zaszczyt przysięgania w imieniu 96 innych młodych policjantek i policjantów, a mój stremowany występ uświetnił przelot myśliwców i wojskowa defilada! Bardziej uroczyście już chyba nie można zacząć pełnienia służby Ojczyźnie 8-) . Trzy lata minęły w tym roku, a zakończyłem „okres próbny” w stopniu sierżanta. Przez ten czas dużo się nauczyłem. Wiem już, że mając kochającą rodzinę, pracę, którą chcę wykonywać i dobre zdrowie, należę do naprawdę wąskiego grona szczęśliwców. W tym czasie poznałem wiele ludzkich historii, zazwyczaj mniej szczęśliwych od mojej. Poznałem ludzi będących często w sytuacjach, z których nie ma dobrego i słusznego wyjścia. Taka już specyfika zawodu, że ze szczęśliwymi styczność mam bardzo rzadko. Nie ma co narzekać… Każdemu spotkanemu staram się pomóc,  jak umiem. Mam nadzieję, że  gdzieś po drodze nie zje mnie rutyna, na którą w tej służbie nie powinno być miejsca.

Życie prywatne uznaję za jeszcze bardziej udane. Żona nie ma zamiaru mnie zostawiać, co więcej, stara się unikać wobec mnie stosowania przemocy. 8-) Aż dziw, bo kumuluję w sobie wszystkie możliwe przywary rodzaju męskiego. Gdybym sam był w związku z osobą o moim charakterze, domagałbym się wcześniejszej emerytury, i to z górniczymi dodatkami za „szkodliwe”, bo ciężki w obyciu jestem… Zostaje tylko cieszyć się, że małżonka toleruje dziwactwa. Ona chyba naprawdę mnie kocha… Obraz szczęścia nie byłby pełen, gdyby małe, pełne życia stworzenie zwane Laurą, owoc naszego związku małżeńskiego, nie zapewniało nam każdego dnia więcej wrażeń niż cały sezon „Mody na sukces”. Brzdąc jeszcze nie ma trzech lat, a już boję się o przyszłość świata, który nie jest przygotowany na Nią…  Już dziś to tajfun energii, a kiedy przekroczy „metr sześćdziesiąt”, trzeba będzie poważnie zastanowić się nad wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Mówię to ja, duży facet z bronią u pasa. Poza tym w rodzinie wszyscy zdrowi… O pasji nie będę teraz wspominał, gdyż sprawy dotyczące piwa wymagają osobnego artykułu.

Dość o mnie! Mówiąc to, jakbym powiedział: stop o dobrym! Rok 2014 był znaczący dla całej goleniowskiej społeczności, znaczący dla Polski, Europy i dla świata. Zmiany w naszym kraju, wybory samorządowe, na zewnątrz krwawa rewolucja u naszych najbliższych sąsiadów, jeszcze bardziej krwawe i przerażające wydarzenia na Bliskim Wschodzie. O ile otwarcie mówię, że mam w sobie mnóstwo odwagi do podejmowania indywidualnych decyzji w życiu codziennym, to wydarzenia „zza miedzy” i z dalszych rejonów świata wywołują u mnie dreszcze i zimne poty…

Wojna w Syrii

Wojna w Syrii

Obrazy z Syrii i Iraku mrożą krew w żyłach. Okrucieństwo „Bojowników Państwa Islamskiego”, których nie nazwę inaczej jak rzeźnikami, przerasta wszystko, co człowiek urodzony po II wojnie światowej obejmuje swoim rozumieniem. Reakcja „świata zachodniego” jest jak zwykle spóźniona i nieadekwatna. Ekscytujemy się życiem celebrytów, podniecamy Facebookiem i głupiutkimi, miałkimi filmikami na Youtubie, a nie możemy pomóc ludziom, na których napadli bezlitośni mordercy i bandyci. Nie dostrzegamy ludzkich tragedii, śmierci i niesprawiedliwości, które mają miejsce kilka godzin lotu samolotem od nas. Świat jest tak mały. To, co dzisiaj dzieje się w Syrii, za kilka lat może się zdarzyć pod Szczecinem. Dla mnie, stróża prawa, jest to nie do przyjęcia.

Lesja Szulc

Lesja Szulc

Niestety, to tylko jeden z przykładów. Spójrzcie, drodzy goleniowianie, co dzieje się na Ukrainie. Zachwycamy się sukcesem naszej Lesji w „Must be the Music”. Mało kto zastanowił się choć przez chwilę, co Lesja czuje w sercu, śpiewając swoje piękne utwory. Czy wiemy, co Ukraińcy przeżywają na co dzień? Wyobraźcie sobie, że wojna toczy się na Lubelszczyźnie, Podlasiu, na Mazurach, w miejscach, gdzie mieszkają Nasi bliscy, dziadkowie, rodzeństwo… Polacy byli w takim położeniu w 1921. Uratował nas Cud nad Wisłą. Mam nadzieję, że bracia Ukraińcy będą mieli swój Cud.

Uff… , wracam do Goleniowa. Całe życie byłem dumny z bycia goleniowianinem, jestem nadal dumny i nie mam zamiaru przestać! W niedawnych wyborach samorządowych Burmistrzem naszego świetnego miasta został ponownie Robert Krupowicz. Ja, funkcjonariusz publiczny, nie przedstawię swojego zdania na jego temat. Życzę Panu Burmistrzowi, żeby miał baczenie na potrzeby każdego z mieszkańców naszej Gminy. Tutaj mieszkamy, pracujemy, spędzamy wolny czas. Szczecin jest blisko, a jednak tak daleko stąd. Akceptuję, że Robert Krupowicz jest od kilku lat goleniowianinem, a nie szczecinianinem.  Zauważył, jak sądzę, że zanim postanowił się sprowadzić, mieszkali tu już ludzie umiejący pisać i czytać 8-) . Chciałbym, żeby pamiętał o mnie i moich bliskich. Jestem przekonany, że tak będzie. Mam nadzieję, że Pan Krupowicz wyciągnie wnioski z błędów własnych i swoich poprzedników. Życzę mu w nowym roku samych sukcesów.

Dość tego… Teraz będę składał życzenia!!! Życzę Wam, jak i sobie, żebyśmy każdy dzień mogli docenić, przyjrzeć się mu. Żebyśmy nie musieli biec na oślep, gonieni „żądzą pieniądza”, żebyśmy nie byli szczurami w wyścigu. Chciałbym, żebyśmy czerpali siłę i tylko pozytywne myśli ze wsparcia Naszych rodzin i przyjaciół. Chciałbym, aby świat był lepszy…  Żebyśmy byli w stanie stawić czoła wszystkim wyzwaniom, które na Nas czekają.  Cieszmy się każdą chwilą, bo jak pokazują wydarzenia dookoła nas, życie jest kruche i nigdy nie wiadomo, kiedy się zakończy. Dużo zdrowia, smacznego jedzenia i świetnego piwa!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Niech żyje Piwna Rewolucja !!!

17 gru

Szanowni Czytacze, nie jestem Ireneuszem Zygmańskim. Słowa, które teraz czytacie, pochodzą wprost od progenitury imć Irka, a dokładniej rzecz biorąc, od starszej latorośli wyżej wymienionego, czyli pierworodnego syna Adama. Wyjaśnienie to ma rozwiać wszelkich wątpliwości co do autorstwa felietonu. Mam nadzieję, że mój ojciec zgodzi się na publikację tekstu, chociaż nijak się on ma do dotychczasowej treści tego bloga. Dotyczy spraw, które stanowią moje prywatne hobby i nie mają nic wspólnego z naszymi poglądami i sporami. Mam jednak nadzieję, że uda mi się zainteresować nimi, nawet pobieżnie, choć kilku czytelników, których uważam w ogóle za osoby światłe i ciekawe świata. W wyniku wczesnodziecięcej traumy związanej z posiadaniem matki – polonistki, moje wypowiedzi mogą się niektórym wydawać zbyt rozbudowane. I o ile mój ojciec twierdził we wpisie powitalnym, że jest grafomanem, to nie wiecie jeszcze, na co stać jego syna…

Do rzeczy! Będę pisał o Piwnej Rewolucji. Rewolucje bywają krwawe, kolorowe, kwiatowe, przemysłowe, łupkowe, a ta jest piwna. Swoją drogą, mam nadzieję, że czyta ten tekst Paweł Palica, którego uważam za znawcę niżej poruszanego tematu. Mam nadzieję, że dorzuci on swoje „trzy grosze” w komentarzach lub korespondencji prywatnej.

No ale… w czym rzecz? Rzecz w piwie – napoju, który Polacy traktują, jak coś co zawsze jest obok nas. Niezauważalny, ale bardzo istotny element naszej codziennej egzystencji. Wyobraźcie sobie Państwo, że jesteśmy na czwartym miejscu na  świecie pod względem spożycia piwa per capita w ciągu roku. Dokładniej rzecz ujmując, przekroczyliśmy wartość 104 litrów na jedną osobę, wypitych w przekroju ostatniego roku. Jedni powiedzą, że to dużo, inni nie będą zaskoczeni. Żeby lepiej wizualizować dane: 208 półlitrowych piw wypitych przez statystycznego Polaka w ciągu 365 dni roku. Biorąc pod uwagę, że około 200 dni to takie, kiedy pracujący przedstawiciel narodu napić się nie może z powodu obowiązków pracowniczych, okazuje się, że jest to wartość bardzo pokaźna. Piwo jest naszym „przyjacielem” praktycznie w każdy wolny od pracy dzień. Oczywiście część z Was, Drodzy Czytacze, powie, że nie pija piwa wcale. Wolicie inne alkohole lub jesteście całkowitymi abstynentami. Wszystko to tylko dodaje następne litry do spożycia  przeciętnego, polskiego piwosza. I tutaj pojawia się moja bolączka – monokultura. Patrząc na suche dane okazuje się, że 95% wypijanego w naszym pięknym kraju piwa to tak zwany „mocno odfermentowany jasny lager”. Pozostałe 5% stanowią style piwne takie jak (kolejność według mojego „widzimisię”): porter bałtycki, Bock/koźlak, mocny lager, pils, jasne pszeniczne. Osobną kategorię stanowią napoje „piwopodobne”, czyli wszelkiej maści radlery, coolery, piwa smakowe, itp. 5% to strasznie mało. Wychodzi na to, że wszyscy jemy tylko twarożek homogenizowany. Fajnie, ale o co chodzi z tym twarożkiem?

Wyobraźcie sobie Drodzy Czytacze, że na całym świecie jest tylko jeden gatunek sera. I jest to twarożek homogenizowany. Bez jakiegokolwiek smaku i aromatu. Jedynym jego zadaniem jest dostarczyć kalorie do organizmu. Nie musi pachnieć, nie musi smakować, wystarczy, że jest. Gouda, Edamski, Rochefort, Limburger, a nawet turkusowe Bluedino z Biedronki, udające gatunkowy ser pleśniowy, nie istnieją, ponieważ koncerny stwierdziły, że nie warto tych gatunków produkować, skoro popyt na nie jest „mały”. Coś niewyobrażalnego. Na rynku piw taka sytuacja ma miejsce od około 20 lat. Koncerny piwne na całym świecie traktują klientów jak bezmózgich opojów, których jedynym celem jest upić się szybko, a nie daj Boże, uzyskać w trakcie tego procesu doświadczenia smakowe. Lecz różnorodność pokarmów przez nas przyjmowanych jest jednym z najważniejszych wyznaczników poziomu życia. Jesteśmy przecież dumni z tego, że jemy, na co mamy ochotę. Koncerny piwowarskie od lat próbują wmówić nam, że różnorodność smakowa jest złem. Piwo dla Polaka ma mieć złocisty kolor, pianę na dwa palce i „lekką” goryczkę. A to przecież bzdura jest…

Piwo ma szczególne miejsce w historii ludzkości. Prawdopodobnie dzięki przypadkowemu odkryciu procesu fermentacji piwnej, powstały pierwsze większe społeczności ludzkie. Badacze są skłonni twierdzić, że to chęć wytworzenia piwa skusiła ludzi, do tej pory prowadzących wędrowniczy tryb życia, do osiadania tam, gdzie uprawa zbóż pozwalała na jego wytwarzanie. Tak powstały pierwsze miasta! Wypiek pieczywa był dopiero następnym stadium ludzkiej ewolucji.

Na świecie istnieje obecnie około 70 oficjalnie sklasyfikowanych styli piwa. Każdy styl ma szeroką gamę reprezentantów, a każdy z nich smakuje inaczej, inaczej wygląda i inaczej pachnie. Bogactwo aromatów i smaków jest moim zdaniem nieporównywalne do jakiejkolwiek innej dziedziny kulinarnej. A wiecie, co jest najlepsze? Wszyscy możemy w domowym zaciszu tworzyć takie piwo, jakie się nam tylko przyśni. Nie trzeba czekać, by duży browar uraczył nas czymś innym, niż jasny lager. Produkcja piwa na użytek własny jest prosta, łatwo dostępna i przynosi ogromną satysfakcję. Dla przykładu podam, że będąc miłośnikiem piw „ciemnych”, uwarzyłem ostatnio w domu 24 litry irlandzkiego stouta (najpowszechniejszym przedstawicielem stylu jest piwo Guinness Draught). Mam tego dobrodziejstwa prawie 50 butelek. Koszt wytworzenia zamknął się w 65 złotych (1,30 zł za butelkę w porównaniu do 4 – 6 złotych za importowanego Guinnessa) i nawet nie muszę chodzić do sklepu. Jedyne co poświęciłem, to własny wysiłek i czas. Satysfakcja z wytworzenia napoju, który uwielbiam, jest niesamowita. Chciałbym, żeby każdy mógł spróbować mojego piwa. Rzecz w tym, że jest go tylko kilkadziesiąt butelek… Oczywiście, że mogę uwarzyć więcej w każdej chwili! Jednak jest tyle innych stylów piwnych, których chciałbym spróbować, że moja uwaga skupia się już na całkiem innym! Oczywiście domowe piwowarstwo jest tylko jednym z aspektów Rewolucji.

No, Rewolucji!!! Piwna Rewolucja zaczęła się pod koniec lat 70. w Stanach Zjednoczonych jako odpowiedź konsumentów na politykę wielkich producentów piwa, wynikiem której jedynym gatunkiem piwa miał zostać wyjałowiony ze smaku i aromatu, wodnisty lager. Kraj, okrzyczany przez krzywdzące stereotypy ojczyzną najbardziej cienkiego i bezsmakowego piwa na świecie, jest domem dla wszystkich obecnie wytwarzanych gatunków piwa. Dziś w Stanach istnieje około 3000 browarów różnej wielkości. Czy wiecie, że Amerykanie odtwarzają nawet piwo Grodziskie, które jest jedynym rdzennie polskim gatunkiem piwa? Grodziskie przestało być u nas wytwarzane na początku lat 90. Po prostu zniknęło… Dopiero w ciągu ostatnich 3 lat, kilka rodzimych browarów rzemieślniczych podjęło próby odtworzenia tego gatunku w naszym pięknym kraju. I to wedle receptur opartych o amerykańskie wzory, ponieważ przepis na Grodziskie… nie został nigdy zapisany. I tutaj docieramy do siły napędowej Piwnej Rewolucji. Mowa o browarach rzemieślniczych. Co to takiego? Moment, jeszcze mała dygresja… Najpopularniejsze piwo w Polsce to Żubr. Wspólnie z Tyskim Groniem i Lechem, produkowany jest przez tą samą firmę, Kompanię Piwowarską, należącą do międzynarodowego koncernu SABMiller. Roczna produkcja w trzech polskich browarach KP wynosi jakieś 14 milionów hektolitrów. Większość stanowi lager pod różnymi markami. Wymienione powyżej produkt sztandarowe KP są nie do odróżnienia nawet przez zawodowych sędziów piwnych w tzw. ślepych testach.  Mimo to poprzez reklamy koncern wmawia nam, że są to różne, unikatowe piwa. Ale bzdura…

No i teraz o browarach rzemieślniczych. Wyobraźcie sobie, że tylko w mijającym roku 2014, takie browary wypuściły u nas ponad 500 (!!!) piwnych premier w różnych piwnych stylach, poczynając od wspomnianego już Grodziskiego, poprzez portery, stouty, ale, pilsy, bittery, piwa pszeniczne, aż po takie specjały jak „dzikie” piwa belgijskie, lub style nowofalowe, mocno nachmielone, jak amerykańskie IPA, Cascadian Dark Ale, lub piwa hybrydowe. To nie pomyłka. PIĘĆSET ! Co więcej, w ciągu ostatniego roku nie było tygodnia, w którym nie powstał nowy browar rzemieślniczy. Oczywiście ilości piwa wytwarzane przez takie browary są symboliczne w porównaniu do koncernów. Mówimy o ilościach od kilkuset do kilkunastu tysięcy litrów. Samo Tyskie zalewa nasz rynek kilkunastoma milionami butelek rocznie, więc co to za skala porównania? Inna też jest cena takiego piwa. Przeciętny polski piwosz uważa, że 4 zł za butelkę piwa, to drogo. Najpopularniejsze marki kosztują niewiele ponad 2 zł za 500 ml. Piwo rzemieślnicze może kosztować 8 zł za butelkę… 0,33l. Powiecie, że bardzo drogo. Pewnie tak. Ale jak ktoś spróbuje takiego piwa, zazwyczaj nie będzie chciał już wrócić do zwykłego koncerniaka. Cena przestaje być czynnikiem decydującym o zakupie, co świadczy o rosnącej świadomości i zamożności konsumentów. Apetyt rośnie w miarę picia, a każdemu z nas należy się coś unikatowego, wyjątkowego. Takie właśnie są piwa rzemieślnicze! Ich dostępność jest coraz większa. Wystarczy się rozejrzeć w przydomowym sklepiku, a można trafić na rzadkości. Ponadto ogromną większość wymienionych stylów możecie uwarzyć w domowym zaciszu. Jestem skłonny pokusić się o stwierdzenie, że polski rynek piw rzemieślniczych jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się na świecie, zaś zjawisko Piwnej Rewolucji po cichutku zmieni mentalność naszego Narodu. W końcu to piwo ucywilizowało ludzkość! Cóż więc innego ma siłę zmienić ludzkość na lepsze?

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was, Drodzy Czytacze, wywodem na temat błahy, a ulotny jak piana z piwa. Każdemu chętnemu pomogę przybliżyć piwa rzemieślnicze i piwowarstwo domowe. Wystarczy odezwać się w komentarzu pod wpisem, lub napisać wiadomość na mój adres: zygmanski1@wp.pl.

Pozdrawiam serdecznie i na zdrowie!!!

Adam Zygmański

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Występy gościnne