RSS
 

Głosuj na mnie, dam ci kubek

08 mar
Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach Fot.: www.1917.net.pl

Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach
Fot.: www.1917.net.pl

Najpierw odniosę się hurtem do komentarzy, jakie pojawiły się dotąd pod ostatnim artykułem. W większości były ciekawe i nieco wątków do artykułu dołożyły. Trochę merytorycznych, ale przede wszystkim…, no, trochę innych. Nareszcie, poza standardowo pozytywnymi, pojawiły się też i negatywne. Będzie jak zwykle u mnie – po kolei.

Najpierw jedyny komentarz „na temat”, odnoszący się do treści mojego artykułu. Kolega Czesław Majdak podał łączną ceny 1m³ wody oraz odprowadzanego 1m³ ścieków, jaką zapłacimy pod rządami nowych taryf. I dobrze, gdyż moja tabelka z artykułu rozbita jest na poszczególne składniki, przez co finalnej ceny można sobie nie uświadamiać. A to prawie 30 zł razem! Komentarz kolegi Czesława podkreśla też ewidentnie nieformalny tryb przyjęcia taryf. Otóż debatowane na sesji 24 lutego projekty uchwał odnośnie taryf nie przeszły wymaganej Statutem Gminy procedury. Wpłynęły dzień przed sesją, stąd nie zapoznała się z nimi żadna stała komisja Rady Miejskiej, tym bardziej nie były przez nie opiniowane. Radni „oglądnęli” wprawdzie nowe wnioski taryfowe na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, ale to nie to samo, co wymaga Statut. Bo Rada nie uchwala wniosków taryfowych, tylko uchwały. Pozwolę sobie zacytować odnośne przepisy Statutu Gminy Goleniów:

§ 33. 1. Projekt uchwały, po złożeniu go przez projektodawcę w Biurze Rady – Przewodniczący Rady przekazuje w ciągu 7 dni do zaopiniowania przez właściwą komisję Rady.

2. Niedostarczenie Przewodniczącemu Rady opinii o projekcie uchwały w terminie 14 dni od daty skierowania jej do komisji oznacza, iż komisja odstąpiła od opiniowania projektu.

3. Przewodniczący Rady kieruje projekt uchwały na sesję, nie później niż 60 dni od daty jego zarejestrowania w Biurze Rady.

§ 34. 1. Projekt uchwały spełniający wymogi formalne może być w nagłych wypadkach przedłożony przez projektodawcę na sesji z pominięciem trybu wymienionego w § 33.

2. Rada decyduje w głosowaniu bezwzględną większością ustawowego składu Rady o jego wprowadzeniu do porządku obrad.”

Komantarze Marka i Maxa przysporzyły mi oczywiście satysfakcji. Cieszę się, gdy Czytelnikom się podoba, dla nich przecież piszę. Jednak Max trochę przesadził, skoro aż dwa razy powiedział prawie to samo. Max, daruj, aż tak łasy na pochwały nie jestem.

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Bardzo się cieszę, że głos zabrał kolega Łukasz Dykowski. Przecież to do działań kolegów z klubu „Porozumienie” mój artykuł się przede wszystkim odnosił, a pan Łukasz klub sobą firmuje. Przy okazji otrzymałem jakiś namacalny dowód, że radni „Porozumienia” moje wpisy czytają. Nigdy od żadnego z nich wcześniej tego nie usłyszałem, nigdy nie odnosili się do ani jednej z licznych spraw przeze mnie poruszanych. Jakbym pisał sobie a muzom. I po prawdzie bałem się już, że tylko grono znajomych i przychylnych osób na tego bloga zaglądało.  Niestety, komentarz pana Dykowskiego w ogóle nie odniósł się do treści mojego wpisu. Wręcz odwrotnie, jakby chciał dyskusję przekierować na zupełnie inny tor. Moim zdaniem ślepy tor.

Odmawiam, panie Łukaszu. Dla mnie sprawy komitetu NGNG są już przeszłością, bardzo bolesną i gorzką życiową nauczką. Nie dam się wciągnąć w te wspomnienia. Niczego konstruktywnego do naszej pracy w Radzie Miejskiej nie wnoszą. Dociekania pełnej prawdy i jej opisanie zostawiłem sobie na okazję, gdybym miał kiedyś dużo zbędnego czasu. Materiał mam, chęci na razie nie. Choć może byłaby to dobra przestroga dla następców, jak nie dać się nabić w butelkę… O nie, uczcie się lepiej, następcy, na własnych błędach.

Co do Karty Goleniowskiej Rodziny, odwraca Pan kota ogonem. Przecież na sesji powiedziałem, że podobał mi się zeszłoroczny projekt. Przeszedł przez dyskusję na komisji merytorycznej, był pozytywnie zaopiniowany. Radni go na życzenie wnioskodawcy (!) zdjęli z porządku dziennego sesji i skierowali do burmistrza do poprawki (przez co uniknął publicznej dyskusji). A ten go już prawie rok cichaczkiem poprawia. Czy mam wyrażać inicjatywę uchwałodawczą wyciągnięcia gotowca z zakurzonej burmistrzowskiej szuflady? Przecież nawet Przewodniczący Mituła, inicjator Karty, burmistrza w tej sprawie nie popędza. To dopiero ja musiałem sprawę Karty przypomnieć na sesji, przez co narażam się u Pana na zarzut krytykanctwa.

Odnośnie krytykowania, podejmowania decyzji i pracowania… Nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Do podejmowania decyzji dostępu nie mam (proszę zapytać siebie i kolegów, czemu?), natomiast ciężko i aktywnie pracuję nad usprawnianiem pracy rzeczywiście podejmujących decyzje. Patrzę im na ręce, czytam i analizuję wszystkie projekty uchwał. Tak ma obowiązek robić każdy z nas, radnych. Chyba trudno robić zarzuty komuś, kto znajduje w projektach dużo błędów czy niedoróbek różnej maści? Uważa Pan, że lepiej pozwalać na ich robienie?

Ostatnia rzecz – nie mam żalu o to, „że nikt nie chce ze mną rozmawiać i dyskutować”. Myli się Pan: wielu ze mną i rozmawia, i dyskutuje. Ignorowanie i obstrukcja pojawiają się najwyżej w kontaktach z dawnymi członkami NGNG. Przypomnę, że w maju zeszłego roku płynąc parę godzin tym samym kajakiem, jakoś sobie o żadnych ważnych sprawach nie pogadaliśmy. Moja pretensja dotyczy natomiast takiego modelu działania, w którym do każdego równania z dowolną niewiadomą Wasze ugrupowanie pod daną „Rada Miejska” podstawia „klub „Porozumienie”. O tym piszę w swoim artykule, a Pan to omija szerokim łukiem. Nie wierzę, że Pan tego nie zrozumiał.

Komentator Adam Zygmański odpowiedział Łukaszowi Dykowskiemu z własnej inicjatywy, jak zwykle bez mojej inspiracji. Też ominął cały mój artykuł, widocznie woda i ścieki to nie jego hobby. Woli chwycić konkretne wypowiedzi i się z nimi rozprawić. Jest to polemista zawzięty i trudny do przebicia, bo wali prosto z mostu co mu w zwojach mózgowych krąży. Dosadniej niż ja, gdyż jako komentującemu więcej mu wolno. Ale co do jakości tłumaczenia wypowiedzi Łukasza Dykowskiego na uproszczony polski obiekcji nie mam. Nie dziwię mu się, że nie chciał czytać między wierszami komentarza pana Łukasza – ja też bym nie umiał.

Mea culpa, nadużyłem zaufania komentatorki „m”, która chciała pisać tylko do mojej prywatnej wiadomości. Miałem przeczytać i wpis skasować. Zdecydowałem się jednak ten komentarz ujawnić, bo jej cytat z wypowiedzi Przewodniczącego Mituły był godny przypomnienia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Na wszelki wypadek przepraszam „m” stokrotnie. Mam nadzieję, że mnie zrozumie i w swojej wielkoduszności nadużycie zaufania wybaczy, z wrodzonym sobie poczuciem humoru. „M”, całuję w stóp spód.

Na zaczepkę komentatora „obser” odpowiedział zarówno Adam Zygmański (potwierdzam, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mógłbym sobie u niego taki wpis obstalować; nigdy go o to nie prosiłem), jak i później komentator „po”. Dzięki serdeczne. Zwolniło mnie to z konieczności ponownego udowadniania, jak wielką wdzięczność czuję do pana Krupowicza z powodu rozstania się z funkcją sekretarza gminy. Ile to już razy musiałem tłumaczyć, że rozeszliśmy się w zgodzie, i to na moje własne życzenie. On nie miał dla mnie pracy, o czym całkowicie szczerze i po męsku mi powiedział, a ja nie miałem chęci siedzieć jak przykręcony do stołka, udając pracę. Czego by nie powiedzieć, pchnęło to moje życie na nowe tory, więc na pewno nie żałuję. Ani trochę, jak bonie dydy! Jeśli ktoś tego nie rozumie – jego sprawa… Wiem, że zawsze będą niedowierzający, ale cóż na to mogę? Ja naprawdę uważam, że dobra pensja to nie wszystko, żeby żyć szczęśliwie.

By było jasne, nie podobał mi się sposób rozpoczęcia rządów przez pana Krupowicza, deklarującego przecież przed wyborami kontynuację działań poprzedników. No tak, ale styl miał być inny, tak mówił. Widocznie dla tego stylu musiał „rozmontować” w dużym stopniu aparat kierowniczy Urzędu Gminy i Miasta, tworzony przez wiele lat przez poprzedników. Dodam, że ten „demontaż” nie był przeprowadzony w dobrym stylu, choć oczywiście skutecznie. Różne symptomy późniejszych gorszych praktyk widoczne były od samego początku.

Mój negatywny stosunek do Burmistrza Krupowicza, a taki przecież mam, bierze się z zupełnie innych źródeł, niż prywatna niechęć. Po prostu uważam go za niedobrego burmistrza, hamującego szybszy rozwój naszej gminy. Nie wszędzie i nie w każdej sprawie, jasne, ale w wielu istotnych dziedzinach. O tym nie wiedziałem z góry, a dopiero po przyjrzeniu się jego konkretnym działaniom. Nabrałem w pełni takiego przekonania po jakichś dwu latach sprawowania przez niego tej funkcji. Wcześniej życzyłem mu szczerze samych sukcesów, bo jego sukcesy byłyby jednocześnie sukcesami mieszkańców gminy. Nie znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi dyskredytujących obecnego burmistrza. Nie uwierzysz, Szanowny „obser”, ale uparcie i na przekór wciąż życzę burmistrzowi samych dobrych pomysłów i ich sprawnej realizacji. Stąd cały mój wysiłek, by zwalczać pomysły niedobre albo nieudolnie wprowadzane w życie.

I tu już kończę komentować komentatorów, a przejdę do donosu. Składam go na ręce pana Burmistrza Krupowicza, czym mam zamiar pomóc zwalczać jeden z jego głównych nieudanych pomysłów. Tym pomysłem jest zaś … Przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Mituła. Boć przecież to pana Burmistrza Krupowicza pomysłem było powierzenie funkcji w ręce tej osoby, prawdaż? Panie Burmistrzu, rób pan coś, bo was ten człowiek do reszty skompromituje.

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Wcale nie chodzi mi o już poprzednio opisane występy sesyjne Łukasza Mituły. Zupełnie przypadkiem doszedł mi do kolekcji następny kwiatek, zgrabnie pasujący do namalowanego wcześniej bukietu. I nie wpadłbym na niego bez pomocy Czytelniczki (chciała skromnie, by jej dane pozostały w ukryciu), korzystającej często z dobrodziejstw Facebooka – po naszemu fejsbuka. Ja sam jestem tak bardzo między dinozaurami, że konta na fejsie nie posiadam (zgroza!) i zaglądam w odmęty tego oceanu rzadko. Przez co mógłbym przeoczyć rewelację, którą zaraz przedstawię.

Wspomnana skromna Czytelniczka otworzyła mi oczy na konto „Łukasz Mituła – radny Rady Miejskiej w Goleniowie”. Pozostałem aż do tej chwili z tymi oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, choć przecierałem je parę razy. Jest to oczywiście prywatne konto bohatera mojego donosu. Nikt mu nie ma zamiaru zabronić je prowadzić i tam siebie reklamować jako znakomitego radnego; ja na pewno nie. Nikt też nie może mu zabraniać wymyślania przezabawnych konkursów, z nagrodami w postaci prywatnych fantów. Zupełnie jednak inaczej się to przedstawia, kiedy prywatne konto propaguje prywatnego radnego w prywatnym konkursie okraszonym… gminnymi fantami.

Zaryzykuję, zadam parę pytań panu Krupowiczowi. A może pan Burmistrz też czasami na mojego bloga zagląda? Albo jacyś życzliwi mu doniosą, że się Zygmański znów dopiernicza? Oto zatem moje pytania. Nie mogę pojąć, panie Burmistrzu, jak Pański pupil pozyskał koszulkę, dwa kubki, dwa scyzoryki i komplet długopisów z emblematami Gminy Goleniów i logiem „Jestem z Goleniowa”, stanowiącymi gadżety promocyjne naszej Gminy? Czy je dostał od kogoś w prezencie, czy je raczej kupił za własne pieniądze? Pomijając sposób wejścia w ich posiadanie, skąd mu mogło wpaść do głowy, że gadżety służące z założenia do promocji walorów tej Gminy, mogą przydać się jemu do prywatnych celów? Czy Pan uważa to za właściwy i stosowny sposób ich użycia? Czy to właśnie po to zostały wymyślone, zaprojektowane, wykonane i zakupione za pieniądze goleniowskich podatników, żeby służyć do reklamowania któregokolwiek radnego? Czy wykorzystanie gadżetów odbyło się za Pańską wiedzą i przyzwoleniem?

Mógłbym pytania mnożyć, ale aż zatyka mnie bezczelność tego pomysłu. Poraża mnie nowatorskie podejście pana Mituły do wspólnej własności wyrażone w idei „Gmina to Ja”. Uważam, że ten niechlubny kontynuator Ludwika XIV kompromituje na potęgę nie tylko siebie, ale także swojego protektora – burmistrza. Nie tylko kompletnie niezgodnym z przeznaczeniem użyciem gminnych gadżetów. Prostacki pomysł konkursu, skierowanego w zamiarze chyba do jakichś idiotów, na pewno nie przysparza chwały ani pomysłodawcy, ani jego politycznym kompanom. „Polub fanpage radnego Mituły, skalkuj post na swoim profilu – a wygrasz gminny gadżet” – łot e bjutifulaśny ajdej, fak! Miałem Pana, Panie Burmistrzu, za osobę inteligentną, o dobrym guście. Czy naprawdę Pan to prostactwo popiera?

 

Nabici w butelkę – czyli zderzenie z czołgiem

28 lut
Nie tylko wodę da się nabić w butelkę Rysunek: bejsment.com

Nie tylko wodę da się nabić w butelkę
Rysunek: bejsment.com

Siedzę przy klawiaturze, pisząc o XVII sesji Rady Miejskiej i już nawet nie płaczę. Początkowo szloch mną targał taki, że nie dawałem rady trafiać w dobre klawisze, a z łez zrobiła się niezła kałuża. A mówią, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze… Nie wierzcie, płacze bezproblemowo, szczególnie po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z innym prawdziwym mężczyzną, jak się okazuje rzeczywistym twardzielem. Ta twarda ściana tytanowych mięśni i umysłu jak siekiera ostrego, o którą się na sesji boleśnie potłukłem, to nasz Szanowny Przewodniczący Łukasz Mituła.

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Przewodniczący Łukasz Mituła czujnym okiem wypatruje zagrożeń dla koalicji
Fot.: twitter.com@lukaszmitula

Co, nie dowierzacie, że Wódz Wszystkich Radnych mógł mnie jakoś brutalnie potraktować?! Że niemożliwe, kłamię, że to przecież dobroduszny człowiek, który muchy by nawet nie skrzywdził, a co dopiero kolegę (bądź co bądź) radnego? Otóż mógł, bo o ile muchy pewnie szanuje, to z radnymi już inna bajka. Pan Mituła poważa tylko „swoich” radnych, kolegów z klubu „Porozumienie”, ścieląc się podnóżkiem u ich stóp, otaczając troskliwie opiekuńczym ramieniem, chroniąc przed najmniejszą troską. Stanowczo przeciwdziała najbardziej choćby nieśmiałym i niewinnym próbom wyrażania opinii dla swego klubu niepochlebnych, zresztą niepochlebnych tylko w jego mniemaniu. Nie ukrywajmy, Pan Przewodniczący jest „Porozumienia” tak dalece zaangażowanym stronnikiem, że radnych do niego nie należących traktuje standardowo jako „nieporozumienie”. Moja sesyjna przygoda, którą Szanownym Czytelnikom dziś opiszę, będzie -jak sądzę- wystarczająco obrazową ilustracją tych gorzkich słów.

A sam sobie jestem winien, przyznaję. Po pierwsze, bo nie zapisałem się do klubu radnych „Porozumienie”, od początku obecnej kadencji miłościwie nam panującego. Toż przecież zaraz po powstaniu klubu, na drugiej sesji Rady Miejskiej, Pan Przewodniczący łaskawie wszystkim błądzącym (czyli jeszcze w klubie niezrzeszonym) rękę podawał, zapraszając do niezwłocznego dopisania się – sam o tym pisałem. Po drugie, zamiast sobie siedzieć cicho i brać dietę, jak to konstruktywnej opozycji wypada, pyszczę na sesjach i posiedzeniach komisji, wiecznie jakieś pretensje zgłaszam, czepiam się przestrzegania jakichś (tfu!) zasad, ignoruję „ustalenia”, często zresztą mi nieznane, ciągle gdzieś węszę za błędami, wytykam pomyłki, krytykuję, pytam o liczby, fakty i przyczyny, ośmielam się targać godność burmistrzów, przewodniczącego rady, a nawet doradców burmistrza i, Bożeż ty mój, Dyrektora Łukaszewskiego! A najgorsze po trzecie, że jeszcze często mam rację…

Dobra, już kończę się użalać i śpieszę opisać, jak to mnie ten czołg na sesji potrącił. W zasadzie opowieść dotyczy tylko jednego punktu obrad, choć kilka innych było wręcz frapujących. Skoro jednak głos zabierałem przy kilku z nich, już wcześniej przyszło mi przyjąć ogień zaczepny naszego czołgu, dość mało celny zresztą. Na przykład przy punkcie „Projekt uchwały w sprawie zawarcia porozumienia partnerskiego z Województwem Zachodniopomorskim dotyczącego współdziałania w realizacji zadań pn. Zachodniopomorska Karta Rodziny i Zachodniopomorska Karta Seniora”, Przewodniczący udzielając mi głosu już wstępnie ocenił moje wystąpienie (zanim się odezwałem!). Okazało się jednak, że intuicja go zawiodła – mówiłem o czymś innym. W tym samym punkcie jako „wice czołg” wystąpił wiceburmistrz Henryk Zajko. Kiedy ubolewałem, że od prawie roku nic nie dzieje się z „Goleniowską Kartą Rodziny”, rekomendowaną w marcu 2015 r. przez Komisję Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu jako gotowy projekt do przyjęcia na sesji, zastępca burmistrza odpowiedział mi coś takiego: „Przypominam panu radnemu Zygmańskiemu, że przecież to sami radni zdjęli ten projekt z porządku dziennego sesji”. Ano zdjęli, a było to na VIII sesji w kwietniu zeszłego roku, na wniosek … Przewodniczącego Łukasza Mituły. Pamiętam, że motywacja była bardzo mętna, a ja osobiście byłem najbardziej zdziwiony. Przecież projekt ten został przez ludzi pana burmistrza przygotowany w marcu właśnie na wniosek … Przewodniczącego Mituły. I jak tu zrozumieć stosunki w tej rodzinie? Oni się o coś tam powadzili, a winien Zygmański…

Wracam do tego jednego punktu obrad, który mam Państwu opowiedzieć. Chodzi o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków w naszej gminie, co wnioskowała spółka Goleniowskie Wodociągi i Kanalizacja. Uściślając, w porządku sesji były to dwa oddzielne punkty, bo Rada miała osobno podjąć uchwałę o cenie wody, a osobno o cenie ścieków. Za te tematy zabrano się zgodnie z porządkiem w punktach 15 i 16, gdzieś około godziny 14, czyli już (jak się pozornie zdawało), pod koniec sesji. Jaki tam koniec: mimo „omówienia” tych zagadnień na wspólnym posiedzeniu stałych komisji w poprzednim tygodniu, dyskusja wraz z głosowaniami zajęła prawie godzinę. Na marginesie, już kilka wcześniejszych punktów przedłużyło się w czasie, za co osobiście winię sposób prowadzenia obrad przez Przewodniczącego Mitułę. Jego często zaczepne wypowiedzi prowokowały niektórych radnych do głosów „ad vocem” i do niepotrzebnego polemizowania. O nie, źle się domyślacie, Wasz sprawozdawca ani razu niczego nie „advocemował”. Apogeum nasilenia tego stylu nastąpiło właśnie przy tych wodno-ściekowych tematach.

Żeby dobrze zrozumieć, o co w wodno-kanalizacyjnej bijatyce na sesji chodziło, trzeba się cofnąć i przedstawić chronologię poprzednich zdarzeń. Jak zwykle przy takiej okazji posłużę się wypunktowaniem istotnych momentów akcji.

Prezes Janusz Dawidziak, poeta wodociągów i kanalizacji Zdjęcie: www.gs24.pl

Prezes Janusz Dawidziak w całej okazałości
Zdjęcie: www.gs24.pl

1. W kwietniu zeszłego roku, na VIII sesji RM, o czym pisałem w długachnym 13 punkcie relacji z tego posiedzenia, przyjęty został „Wieloletni plan rozwoju i modernizacji urządzeń wodociągowych i urządzeń kanalizacyjnych miasta i gminy Goleniów na lata 2015-2020 będących w posiadaniu Goleniowskich Wodociągów i Kanalizacji Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Goleniowie”. Prezes GWiK Janusz Dawidziak przedstawił wtedy symulację, prognozującą wzrost cen wody i ścieków do łącznego poziomu 13,49 zł w roku 2020. Pokazywała ona przewidywany wzrost w poszczególnych latach, wynikający (jak twierdził wtedy) przede wszystkim ze skali ogromnych inwestycji. Głosujący za przyjęciem niniejszego planu radni siłą rzeczy zaakceptowali jednocześnie ten wzrost, uznając go za strawny dla płacących za wodę i ścieki mieszkańców. Siebie do tej grupy nie zaliczam, bo w głosowaniu się wstrzymałem. Moją motywację mogą Państwo znaleźć we wspomnianym wpisie na blogu.

2. 21 stycznia 2016 r. wpłynął do Burmistrza Gminy „Wniosek o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków” od spółki GWiK. Radnym został przez Burmistrza wysłany drogą elektroniczną 2 lutego. Wniosek nie był żadną niespodzianką, przecież wzrost cen zapowiedziano i poprzednią uchwałą automatycznie zaklepano w kwietniu zeszłego roku.

3. Burmistrz zdecydował, że dokona własnymi siłami weryfikacji danych zawartych we wniosku taryfowym GWiK. Chwali się, przecież gdzieś tam mogli się w wyliczeniach rąbnąć. Powierzył to sprawdzenie inspektorowi ds. kontroli UGiM w Goleniowie, pani Ewelinie Markowicz. Protokół z tej weryfikacji, sporządzony 8 lutego, radni otrzymali e-mailem 10 lutego. Podsumowując wyniki tego badania, nie stwierdza się w nim żadnych nieprawidłowości wniosku taryfowego GWiK. Na końcu stwierdza się: „(taryfy) opracowane zostały przez Spółkę zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i odprowadzaniu ścieków (…) oraz Rozporządzenia Ministra Budownictwa z dnia 28 czerwca 2006 r. w sprawie określenia taryf, wzoru wniosku o zatwierdzenie taryf oraz warunków rozliczeń za zbiorowe zaopatrzenie w wodę i zbiorowe odprowadzanie ścieków (…)”. Zatem wszystko w porządku, wniosek jest OK.

4. Tak przygotowany wniosek taryfowy, obudowany sporządzonym rękoma pracowników UGiM odpowiednim projektem uchwały Rady Miejskiej, miał trafić pod obrady wspólnego posiedzenia stałych komisji RM. Na takich posiedzeniach dyskutuje się i opiniuje zwykle te projekty, które mają stanąć pod obrady najbliższej sesji. Zawiadomienie o posiedzeniu komisji wraz z jego porządkiem radni otrzymali drogą elektroniczną 12 lutego. Określono w nim czas spotkania na 16 lutego na godzinę 15.30.

5. Wniosek GWiK miał trafić pod obrady połączonych stałych komisji, lecz nie trafił. Otóż w dniu posiedzenia, już 16 lutego, dokładnie o godz. 15.28, radni otrzymali e-maila z załącznikiem o nazwie „Aktualizacja wniosku o zatwierdzenie taryf dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków”. Ta „Aktualizacja” nosi datę sporządzenia w Spółce 16 lutego i taką samą datę wpływu ma w Biurze Rady Miejskiej. No, świeża bułeczka, po prostu. Przekazany radnym tekst nie miał żadnego pisma przewodniego. W szczególności nic nie wyjaśniało, czemu zaistniała potrzeba zrobienia „aktualizacji” poprzednio złożonego wniosku, skoro Rada jeszcze nie zabrała się za jego rozpatrywanie. Spółka po prostu się czemuś rozmyśliła. Wahliwi tacy.     

6. Na to ostatnie pytanie odpowiem sobie sam, już bez żadnych dokumentów i twardych dowodów, a czerpiąc wiedzę jedynie z ustnych informacji pochodzących od radnych należących do klubu „Porozumienie”. Otóż okazuje się, że Rada Miejska za rozpatrywanie wniosku już przed datą 16 lutego się jednak zabrała. Wynika z ich wypowiedzi, bez skrępowania wyrażanych także w trakcie obrad na sesji, że klub „Porozumienie” nie tylko sprawę wniosku taryfowego GWiK już omówił, ale nawet „nakazał” go poprawić zgodnie z ich intencją. Mianowicie radni klubu przed 16 lutego zebrali się dla przedyskutowania wniosku. Stwierdzili, że ceny wody i ścieków, proponowane we wniosku taryfowym, są ich zdaniem dla mieszkańców zbyt wysokie. Fajnie, że nareszcie do takiej konstatacji doszli, zgadzam się z nimi w zupełności! Nie mam żadnych dokładnych danych, co i komu w konsekwencji nakazali uczynić, by wniosek „poprawiono”, ale go przecież finalnie poprawiono! Wspomniana „Aktualizacja” była zatem dzieckiem klubowej dyskusji.

Tym samym koledzy z „Porozumienia” przeszli do porządku dziennego nad tym, że (jak wspomniałem wyżej w punkcie 1.) w kwietniu 2015 r. zaaprobowali nie tylko ambitny plan inwestycji GWiK na około 40 mln zł, ale też finansujący ten program stopniowy i wyraźnie zasygnalizowany wzrost cen wody i ścieków. Zatem klasyka – chcą zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Inwestycje – tak, każdemu się woda należy, ścieki w XXI wieku muszą iść do kanalizacji. Wzrost cen – nie, musimy chronić nasze ubogie społeczeństwo. Ja się z kolegów nie naśmiewam, sam czuję nieraz naiwną tęsknotę za tym, żeby zawsze być dobrym i wszystkim robić dobrze. Wiem jednak, jak bardzo taka dziecinna tęsknota mija się z rzeczywistością. Przykro mi, życie uczy, że wszystko kosztuje, więc musimy wybierać. A słowo się już w zeszłym roku rzekło, kobyłka u płota.

Co ja sobie o takiej praktyce działania kolegów z „Porozumienia” myślę, wyrażałem niejednokrotnie. Nie tylko na własnym blogu przy różnych okazjach, ale także w toku prac komisji i na sesjach Rady. Nie mam intencji nikogo obrażać, a tylko przedstawiam nagie fakty. Jeśli kogoś obrażają, tym gorzej dla faktów. Uważam ich zapędy rządzenia poprzez forum klubu „Porozumienie”, z pominięciem radnych do klubu nienależących, za sprzeczne z duchem demokracji, ale przede wszystkim jako działania osłabiające Radę Miejską merytorycznie. Sprzyjają one oczywiście cementowaniu rządzącej koalicji, wybitnie ułatwiając burmistrzowi Krupowiczowi bieżące rządzenie. O ile ostentacyjnie nie uczestniczy on w pracach komisji Rady, wysyłając do nich swoich zastępców, o tyle dla klubu „Porozumienie” ma czas osobiście. „Na klubie” ustala się sposób jednolitego głosowania, bez względu na wartość merytoryczną lub stronę formalną składanych przez burmistrza projektów. Utrzymywanie twardej dyscypliny klubowej, tej „maszyny do głosowania”, która daje pewność wygrania przez koalicjantów każdego głosowania na sesji, wyklucza jednocześnie z udziału w dyskusji i rządzeniu pozostałych radnych. Bagatelka, marginalizuje 1/3 składu Rady, radnych zdolnych wnieść do jej prac wiele dobrego. Próbują to zresztą stale czynić, bez wielkich nadziei na sukces. Oficjalnie ignorowani są przez członków „Porozumienia”, a w kuluarach częstowani przyjaznymi gestami i słowami w stylu „Przecież rozumiesz, muszę”.

Klub nie jest ciałem, którego obrady się protokołuje, a protokoły publikuje dla powszechnego dostępu. Na jego posiedzenia nie może wejść także publiczność, bo to w sumie spotkania prywatne. Nikt nie podaje na tablicy informacyjnej, kiedy klub się spotyka. Wszystko, czego dowiadujemy się o jego działaniu, pochodzi z „trzeciej ręki”. Nie da się odróżnić, czy są to informacje, czy dezinformacje. Zawsze łatwo się z nich wykręcić niepamięcią bądź powiedzieć, że to bezczelne kłamstwa. Członkowie klubu są informowani u źródła, wtajemnicza się ich w kulisy i tło projektów uchwał, dalekosiężnych planów, taktyki i strategii. Pozaklubowy plebs, wybrany w tych samych wyborach i teoretycznie mający takie same szanse reprezentowania swoich wyborców, może oczywiście o wszystko pytać, tylko najpierw musi wiedzieć, że jest się o co pytać. Jeśli poprzez tak działające ciało załatwia się wszystkie istotne lokalne sprawy, to jaka jest ta nasza lokalna demokracja?

Sami sobie winni ci separatyści – mogli się do klubu „Porozumienie” zapisać, prawda? A tak jako „wiecznie niedoinformowani” i „nie nasi” pchają się do pomocy, tylko zaburzając przyjęte wcześniej ustalenia klubowiczów. Co gorsza, często mącą im w głowach pokazując albo ewidentne błędy i niedoróbki projektów uchwał, albo rozwiązania po prostu lepsze, a przynajmniej alternatywne. I jeszcze motyw psychologiczny: co ma  niejeden członek „Porozumienia” zrobić ze swoim czystym sumieniem przy głosowaniu, kiedy rozum i serce mówią: „kurczę, mają rację!”, a zdrowy rozsądek pragmatycznie podsuwa: „nie pchaj palca między drzwi, głosuj jak ustaliliśmy „na klubie”, za rozbijactwo przecież cię nie pochwalą”?

Ale dość tym gorzkim żalom, wróćmy do mokrej roboty, czyli wydarzeń wodno-ściekowych.

7. Znów jesteśmy przed sesją, na wspólnym posiedzeniu stałych komisji RM 16 lutego. Tak się pechowo składa, że w rozpoczęciu tego spotkania nie uczestniczyłem z powodów zawodowych. Przyszedłem po około godzinie, czyli o 16.30, kiedy temat wniosku GWiK był już zakończony. Jak wiem z kilku relacji obecnych, załatwiono go bardzo sprawnie, choć po prawdzie nieco zaskakująco. Otóż od razu wręczono obecnym radnym wydruk przysłanej im teoretycznie dwie minuty wcześniej e-mailem „Aktualizacji wniosku GWiK” (patrz punkt 5) informując, że to treść właśnie tego wniosku będzie na posiedzeniu omawiana. Do nowego wniosku przygotowane też będą nowe projekty uchwał (w tej chwili jeszcze nie istniejące). A stary wniosek, pierwotny? Jakoś wyparował samoistnie, Rada go nie będzie rozpatrywać. Po co, skoro GWiK go „sam z siebie zaktualizował”? Moi informatorzy twierdzili, że nikogo z członków „Porozumienia” to nie zaskoczyło. Jak napisałem wcześniej, zaskoczyć nie mogło, przecież sami ten nowy wniosek zainicjowali. Pozostali radni, być może nawet co do tła wahliwości GWiK odnośnie taryf nieuświadomieni, dość biernie nie pytali o przyczyny pojawienia się nowego wniosku. Następnie prawie bezdyskusyjnie wniosek GWiK zaopiniowano pozytywnie w głosowaniu. 

Jak powiedziałem, przyszedłem na posiedzenie spóźniony. Zapytałem tylko kolegów, czy tą sprawę już zakończono. Trochę się zdziwiłem, że tak szybko. Nie miałem oczywiście świadomości, że przyjęto taryfy w wersji z „Aktualizacji”, bo o niej jeszcze nie wiedziałem. Do tego pewności nie mam, czy mi też wspomniany wydruk przekazano, gdyż zajęły mnie bieżące sprawy. Być może jako spóźnialski dostałem ten papier, czego sobie na 100% nie przypominam, ale pewnie i tak odłożyłbym go na bok, nawet nie spoglądając. Miałem przecież przy sobie własny, który wydrukowałem w domu. Jasne, że się myliłem, bo wydrukowałem oczywiście wniosek pierwotnie złożony, przesłany nam już 2 lutego. Mam te wątpliwości, bo w swoich przechowywanych skrzętnie papierach wydruków „Aktualizacji” nie posiadam. Ponieważ spraw innych było wiele, a posiedzenie jeszcze dość długo trwało, nie zaprzątałem sobie głowy wodą i ściekami. Dopiero wieczorem sprawdzając pocztę zauważyłem, że w ciągu dnia wpłynęła „Aktualizacja”. W ten sposób ominęła mnie okazja, żeby swoje rozterki rozplątać na posiedzeniu stałych komisji. Za gapowe się płaci… – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

8. W tygodniu przed sesją wyjaśniło mi się, że taryfy za wodę i ścieki będą obradowane w wersji „zaktualizowanej”, a nie pierwotnej. Zapoznałem się z nowym wnioskiem, a przede wszystkim z jego najważniejszym ustaleniem – stawkami taryf. Zastanawiałem się, skąd różne wysokości stawek wobec poprzedniego wniosku. Przecież burmistrz weryfikował poprzedni wniosek wnikliwie (patrz punkt 3)? Czyżby Prezes Dawidziak dokonał jakiejś samowoli, stawiając burmistrza w kłopotliwej sytuacji? Zdziwiłem się, że brak we wniosku jakiejkolwiek motywacji jego zgłoszenia. Dopiero wtedy uzyskałem informacje o dokładnym przebiegu tego punktu programu posiedzenia wspólnego stałych komisji. Wtedy też pierwszy raz doszły do mnie słuchy o klubowej robocie kolegów z „Porozumienia”. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

9. Obiecane na posiedzeniu 16 lutego projekty uchwał „przyszły” e-mailem dnia 23 lutego o godzinie 14.53. Porównałem je ze „starymi” (przygotowanymi do zatwierdzenia taryf figurujących w pierwszym wniosku GWiK) i znów nie mogłem czegoś zrozumieć. Poza oczywistymi różnicami w wysokości stawek rzucało się w oczy coś innego. Pierwotne projekty zawierały stawki netto (bez uwzględnienia 8% VAT), zaś w nowych ceny podano brutto (już z VAT-em). Bardzo trudno było więc zauważyć, czym się właściwie różnią te ceny: czy w porównaniu są wyższe w projektach pierwotnych, czy w „aktualizacyjnych”? I czy tak może ustalili klubowicze, czy też ludzie burmistrza samodzielnie zmienili formę określenia stawek w uchwałach? Ponieważ na analizę czasu do sesji dużo nie miałem, dość pobieżnie przejrzałem cały nowy kilkudziesięciostronicowy wniosek GWiK.

10. Tu znów muszę nieco przynudzić, tym razem liczbami. Żeby dokonać jakichkolwiek porównań zrobiłem sobie zbiorczą tabelkę, którą niniejszym Państwu zademonstruję. Przedstawia ona obok siebie wszystkie trzy taryfy razem: „starą”, obowiązującą w roku 2015; następnie stawki z pierwszego wniosku GWiK; później stawki z drugiego wniosku (tzw. „aktualizacji”); najbardziej na prawo są jeszcze ostateczne (przyjęte na środowej sesji) powiększone o VAT stawki brutto, żebyście Państwo wiedzieli, ile naprawdę Was usługi GWiK będą kosztować.

Stawki za wodę netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 dostarczonej wody

3,23

3,39

+4,95

3,40

+5,26

3,67

Abonament – opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

2,82

2,96

+4,96

2,87

+1,77

3,10

Stawki za odbiór ścieków netto (nie uwzględniając 8% VAT), w tym:

Stawki netto 2015 (zł)

Stawki netto wniosek

z 21.01 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki netto wniosek

z 16.02 (zł)

Różnica % do 2015

Stawki brutto 2016 (zł)

Cena 1 m3 odbieranych ścieków

6,94

7,24

+4,32

7,25

+4,47

7,83

Abonament -  opłata za odczyt

2,18

2,38

+9,17

2,22

+1,83

2,40

Abonament – opłata za rozliczenie

1,63

1,66

+1,84

1,66

+1,84

1,79

Abonament – opłata za gotowość

5,05

5,29

+4,75

5,55 (7,25)!

+9,90 (+43,56)!

5,55

 

11. Tworząc tabelkę korzystałem między innymi z obu złożonych przez GWiK wniosków taryfowych. Przy czym spisywałem dane nie z głównych tabel 4.1 „Wysokość cen i stawek opłat za dostarczana wodę” i 4.2 „Wysokość cen i stawek za odprowadzane ścieki” (zamieszczonych na odpowiednio 4 i 5 stronach obu wniosków), zawierających właściwe, przenoszone później do uchwał stawki. Skorzystałem z tabel o nazwie „Porównanie cen i stawek taryfy obowiązującej w dniu złożenia wniosku z cenami i stawkami opłat nowej taryfy dotyczącej: A – zaopatrzenia w wodę; B – odprowadzania ścieków”, zamieszczonych w „Uzasadnieniu wniosku taryfowego”. Teoretycznie jest to bez znaczenia, bo dane muszą w nich być identyczne. Uzasadnienie nie może dotyczyć przecież innych stawek, a tylko tych zawartych we wniosku.

Sprawdzając na końcu, czy się gdzieś nie chlapnąłem, porównywałem te dane z projektami obu uchwał. Z zaskoczeniem zauważyłem pewną różnicę. Otóż w mojej tabeli jedna ze stawek miała inną wysokość, niż finalna w ostatecznym projekcie uchwały. Dotyczyła wniosku „aktualizacyjnego” w odniesieniu do ścieków w części „Opłata abonamentowa za gotowość (ostatnia, najniższa rubryka tabeli). Sprawdziłem, o co idzie i aż dech mi zaparło z wrażenia. Otóż wniosek „aktualizacyjny” rzeczywiście MA RÓŻNE STAWKI w tej samej rubryce: 5,55 zł w głównej tabeli wniosku (ze strony 5) i 7,25 zł w tabeli w „Uzasadnieniu”. I o ile procent wzrostu +9,90 wyliczyłem sobie sam, bo główna tabela % nie podaje, to wzrost +43,56% w „Uzasadnieniu” figuruje jak byk!

Poprawiłem swoją tabelkę, pozostawiając w ostatniej rubryce te dwie różniące się wartości. Za chińskiego Boga nie jestem w stanie sobie wyjaśnić, skąd taka niespójność między wnioskiem a jego uzasadnieniem. Te wyliczenia po prostu MUSZĄ się zgadzać! Inaczej można podejrzewać, że ktoś coś tu manipulował, a całe uzasadnienie da się o kant dupy potłuc! Być może są to ślady nici, którymi szyto zamówioną przez radnych „Porozumienia” zmianę? Nie mam zresztą zamiaru snuć jakichkolwiek teorii w tej sprawie, niech wyjaśni to wnioskodawca. Przypominam, jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

12. To jednak było tylko przygotowanie do najważniejszej roboty. Proste zebranie i porównanie danych. Przede wszystkim interesował mnie jednak finalny wynik: różnica przychodów Spółki między sprzedażą wody i odbioru ścieków po stawkach pierwotnych a po stawkach „zaktualizowanych”. Krótko mówiąc chciałem ustalić, czy nowe stawki płacącym za usługi klientom GWiK coś zaoszczędzają, czy raczej wypompują więcej pieniędzy z naszych kieszeni. Słyszałem przecież, że radni „Porozumienia” chcieli obniżyć stawki z pierwotnego wniosku GWiK. Tu zrobiłem sobie kolejną tabelkę.

Skorzystałem znów z danych GWiK zawartych w obu wnioskach. W „Uzasadnieniu” obu znajduje się Tabela G o tytule: „Zestawienie przychodów według taryfowych grup odbiorców usług, z uwzględnieniem wielkości zużycia oraz cen i stawek opłat w roku obowiązywania nowych taryf w złotych”. Dane tam zawarte porównują, ile wszyscy odbiorcy zapłaciliby w ciągu 12 miesięcy, gdyby przy zużyciu identycznej ilości wody i odprowadzeniu takiej samej ilości ścieków musieli zapłacić wnioskowane przez GWiK stawki. Otóż co mi wyszło:

Podstawa przychodów GWiK

Przychód GWiK za wodę

Przychód GWiK za ścieki

Rok 2015 (dotychczasowe stawki)

3.639.456,77 zł

6.295.125,39 zł

Rok 2016 (stawki z I wniosku)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Rok 2016 (stawki z „Aktualizacji”)

3.839.902,35 zł

6.637.522,13 zł

Tak, wzrok Państwa nie myli… Mimo zupełnie różnych taryf kwoty, które ma zamiar uzyskać Spółka z kieszeni mieszkańca za swoje usługi są IDENTYCZNE CO DO GROSZA!

13. Żebyśmy się dobrze rozumieli: te dane zawarła spółka GWiK w dokumentach jawnych, przekazanych radnym do rąk własnych przed sesją, uwiarygodnionych podpisem Prezesa Zarządu mgr. inż. Janusza Dawidziaka na każdej stronie. Niczego nie zmieniałem, nie pomyliłem, sprawdzałem wszystko po kilka razy. Mimo interwencji radnych, dążących ponoć do obniżenia ciężaru wydatków gminnego podatnika za wodę i ścieki, mimo spełnienia wymogu zmiany poszczególnych stawek taryfowych – GWiK i tak zgarnie od nas takie same pieniądze. Na nic zdały się nerwowe próby manipulowania wnioskiem Spółki. Tak czy tak – górą Dawidziak. Miała Spółka chęć dostać o 542.842,32 zł więcej z naszej kieszeni i tyle dostanie, ani grosza mniej! Przypominam jednak, że jesteśmy jeszcze przed przyjęciem nowych stawek. Jakby tak kolegom z „Porozumienia” zwrócić uwagę, to może się zdenerwują i „Aktualizacji” nie przyjmą? – Nic straconego (pomyślałem), na sesji się dopytam.

Niech się koń martwi Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

Niech się koń martwi
Fot.: www.koniecafe.bloog.pl

14. Gwoli ścisłości dodam, że pewności co do powyższego wniosku jednak nie miałem. Skoro mógł się Prezes chlapnąć i umieścić w „Aktualizacji” błąd opisany w punkcie 11, to może i dane w tabelach z „Uzasadnień” obu wniosków przepisano bez zmian omyłkowo? Może po wprowadzeniu stawek zawartych w „Aktualizacji” rzeczywiste przychody Spółki mają jednak się różnić W końcu czasu na sporządzenie „Aktualizacji” radni wiele dla GWiK nie pozostawili… Tego wniosku przecież żaden kontroler UGiM nie weryfikował jak pierwotnie złożonego, może jest w nich jeszcze więcej błędów? – A co tam (pomyślałem), koń ma duży łeb, niech się martwi. Na sesji się dopytam.

15. Doczekaliście się Państwo, jestem już na XVII sesji Rady Miejskiej w Goleniowie, w środę 24 lutego. Jest około 14.00. Rozpoczął się właśnie 15. punkt programu sesji, zajmujemy się więc wodą. Mój zbiór kwestii do wyjaśnienia jest dość pokaźny, a przecież radny w dyskusji ma tylko 5 minut. Jak dochodzą słuchy z prac Komisji Statutowej i tak ulegnie to skróceniu do 3 minut w zmienianym statucie, nad którym to szacowne ciało biedzi się już rok. Podobnież sam Przewodniczący Mituła te 3 minuty zażyczył, bo mu organizacja sesji kuleje z powodu gadulstwa radnych. Szczerze mówiąc, ja na miejscu pana Przewodniczącego Mituły ograniczyłbym wystąpienia w dyskusji do 30 sekund, a za przekroczenie czasu wprowadziłbym karne rażenie prądem. Ględzą z reguły tylko niezrzeszeni w „Porozumieniu”, a skoro klub i tak już wszystko ustalił, to na co to? Przecież ustalenia już są, teraz jeszcze tylko szybkie głosowanko i po herbacie. Strata czasu i tyle.

Do dyskusji o wodzie zapisało się niespodziewanie wielu radnych, co przyjmuję z ulgą. Może uda mi się coś z gęstniejących pytań rozjaśnić, nie będę więc musiał pytać o aż tak dużo. Postanawiam poczekać, aż lista zgłoszeń się uspokoi (bo nadal rosła) i ustawić się w kolejce na końcu. Ostatecznie figurowałem tam jako drugi od końca, zaraz za koleżanką Lucyną Skałecką-Włodarczyk, a zaraz przed ostatnim kolegą Czesławem Majdakiem. Siedzę zatem spokojnie słuchając i próbując wyłowić jakieś wyjaśniające się kwestie. Nawet zaplanowałem taktycznie (się jest taktykiem!), jak podzielić moje wątpliwości na 5 minut przy punkcie z wodą, a później drugie 5 minut na punkcie ze ściekami. Przecież ten następny punkt programu jest pokrewny, wynika z tego samego wniosku GWiK. Spoko, dam radę, aż 10 minut to wręcz zbędny nadmiar luksusu.

Czekałem tak ponad pół godziny. Niestety, nic mi się nie wyjaśniało, bo wypowiedzi raczej omijały moje pytania. Poza kolejką radnych głos dostawał często Prezes Dawidziak dla udzielania wyjaśnień. I nawet burmistrz Krupowicz oderwał się na chwilę od telefonu, na którym bez przerwy od początku sesji pisał jakąś powieść, żeby dyskusję skierować na właściwy jego zdaniem tor. Na to Przewodniczący Mituła udzielił mu extra głosu „ad vocem”. Bo niektórzy dyskutanci nieco zbaczali z tematu taryf na wątki inwestycyjne chociażby. Na przykład radna Dorota Chodyko bardzo chciała usłyszeć, czy nie opóźnia się budowa wodociągu dla Niewiadowa. Roiło się od „ad vocem”, czyli „w nawiązaniu do głosu przedmówcy”, które powodowały następne „ad vocem”. Przewodniczący Mituła próbując nad tym zapanować z coraz większą rozpaczą klonował następne „ad vocem”, bo wyczuwalne w jego głosie zniecierpliwienie i mentorski ton niektórych do tego prowokowały. Tylko kolega Czesław Majdak zahaczył w dyskusji o wyjaśnienie stawianych przeze mnie pytań, nikt jednak do jego wypowiedzi nie nawiązywał, nadal niczego mi nie tłumaczył. Lecz kolejka czekających jednak się posuwała, o już tylko Lucyna, i będę się mógł pytać do woli.

16. Niewiele pamiętam z wypowiedzi koleżanki Lucyny, choć zawsze lubię jej słuchać.  Mówi zwykle sensownie, choć niekoniecznie myśli jak ja. Wiem to od urodzenia, bo tyle się przecież znamy, wychowani na jednym podwórku: ja już 56 lat, a ona coś połowę z tego – nikt by jej przecież więcej niż 25 lat nie dał. Tym razem jednak układałem sobie w głowie moje zbliżające się 5 minut. Widzę, że jej czas już się kończy, przysuwam sobie bliżej mikrofon i nagle słyszę z jej ust: – Stawiam formalny wniosek o zakończenie dyskusji. Jak obuchem w łeb, bo wiem, co będzie dalej. Pan Przewodniczący radośnie podskakuje i błyskawicznie rzuca: – Czy jest wniosek przeciwny? Pokazuję mu bezradnie ręką, że zostało już tylko dwóch dyskutantów (widzi), ale właściwego guzika już nie zdążyłem nacisnąć. Pan Mituła z uśmiechem zarządził głosowanie wniosku. Co by dało, gdybym zdążył złożyć wniosek przeciwny? Ano nic. Jak można uzyskać odwrotny wynik, skoro najpierw zgłoszony wniosek formalny uzyskuje poparcie 10:6?

Dojaśnię, że wniosek formalny zgodnie ze statutem gminy musi być głosowany natychmiast, a nie na końcu, po skończonej dyskusji. Pozytywnie przegłosowany kończy dyskusję od razu, nawet gdyby nie wiem jak ważne były uwagi chcących jeszcze zabrać głos. Znając Przewodniczącego, gdyby nie chciał dyskusji zakończyć, sam by zgłosił wniosek przeciwny. Przetrenował to już kilkakrotnie, zresztą wyłącznie na wnioskach formalnych zgłaszanych kiedyś przeze mnie. Tym razem pan Mituła nie miał zamiaru interweniować. Oczywiście widział, że już tylko dwie osoby zostały, lecz uznał, że czemuś lepiej ich do dyskusji nie dopuszczać.

Dodam jeszcze, że już po sesji koleżanka Lucyna z własnej inicjatywy mnie za tę sytuację przeprosiła. Tłumaczyła, że po prostu nie zauważyła, że jeszcze ktoś w dyskusji pozostał – siedzi przecież przy stole prezydialnym (jako Wiceprzewodnicząca Rady), tyłem do ekranu wyświetlającego listę zgłoszeń. Ja te przeprosiny przyjąłem i nie mam zamiaru się na nią obrażać. Nie obrażam się także na Przewodniczącego Mitułę, który przecież mógł skorygować błąd koleżanki Lucyny i zapytać ją, czy podtrzymuje swój wniosek jeśli pozostały już tylko dwa zgłoszenia. Jest konsekwentny w rzucaniu kłód pod nogi „nie swoim”, czemu nagle miałoby być inaczej?

17. Oczywiście za kilka chwil nastąpiło głosowanie odnośnie przyjęcia taryf za wodę, co przyjęto bezproblemowo: chlup i już mamy nowe ceny. Mój głos przeciwny w tej sprawie zabrzmiał jak plusk przy grzmiącym wodospadzie poparcia. Czemu przeciwny? Ile może być w końcu tajemnic i błędów, istotnie zaciemniających wysokość stawek z „Aktualizacji”? Jak w zgodzie z własnym sumieniem podnosić rękę za? Proszę zauważyć, że gdybyśmy głosowali pierwszy wniosek GWiK, z pewnością byłbym za nim, bo nie pałętało się koło niego tyle niejasności. Wszystko było zapowiedziane, zgodne z wieloletnim planem strategicznym, poparte niepodważalnymi (jak mi się zdawało) i zweryfikowanymi wyliczeniami. Musiałbym być super upartym matołem, żeby głosować przeciw.

18. Ochłonąłem nieco i pomyślałem: dobra, zaraz będziesz miał szansę przy ściekach. Kolejka dyskutantów była dużo krótsza, niektórzy wypstrykali się przy wodzie. No i już, pan Przewodniczący udziela mi głosu. Jest godzina 14.45.

Zacząłem po kolei, jak w tym wpisie, od przypomnienia zeszłorocznego przyjęcia programu inwestycji GWiK i skutkującego z tego planowanego wzrostu cen wody i ścieków. Szybciutko nawiązuję do pierwszego wniosku taryfowego GWiK, który w zasadzie niczego nowego nie wnosił wobec wcześniejszych zapowiedzi. Został on poddany weryfikacji przez burmistrza i okazał się spójny z przepisami normującymi tą sferę. Pytam, skąd zatem pojawił się ten następny wniosek, nazwany „Aktualizacją”. I czemu nikt nie wyraża żadnego zaskoczenia jego pojawieniem się? Przecież i radni, i Prezes byli świadomi, jak rysuje się prognozowany wzrost cen aż do roku 2020. Przypominam, że to właśnie z wpływów z usług ambitny program inwestycyjny ma być sfinansowany. A tu Pan Prezes Dawidziak, jakoby idąc w innym kierunku, składa nowy wniosek, podobno obniżając żądania Spółki z pierwotnego wniosku. Czyżby chciał zarżnąć swoją własną firmę? Jak w trakcie sesji słyszę, to radni „Porozumienia” dbając o kieszeń mieszkańców w bieżącym roku naciskają na Spółkę, korygując własny uprzedni plan.

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem Fot.: wiadomosci.wp.pl

Nie tylko mi trafia się zderzyć z czołgiem
Fot.: wiadomosci.wp.pl

19. Tyle zdążyłem powiedzieć, a zajęło mi to około 2 minuty. Właśnie miałem przejść do zadania wielu pytań, które w tym wpisie zasygnalizowałem, ale od stołu prezydialnego grzmotnął jak wystrzał z tytułowego czołgu mniej więcej taki tekst: „O nie, panie radny, tak pan nie będzie mówił. Odbieram panu głos”. Jeszcze nie przestała mi w głowie grzmieć ta czołgowa eksplozja, gdy w ślad za tym mój mikrofon ucichł.

20. Nie pozbierałem nawet myśli, kiedy pan Mituła zdążył ogłosić zakończenie dyskusji. Byłem w niej ostatni, więc natychmiast przystąpił do prowadzenia głosowania w tym punkcie. Wybaczcie, nie pamiętam, czy w nim uczestniczyłem. Poczułem po prostu, że muszę już wyjść, a moja dalsza obecność może się źle zakończyć dla mojego zdrowia. Zdałem sobie sprawę, że nie dam rady niczego konstruktywnego wnieść do trwającej przecież nadal sesji. Chciałem zabierać jeszcze głos w kilku punktach, szczególnie odnośnie zmian w bieżącym budżecie, ale to już chyba byłoby samobójstwo, dokończenie mokrej roboty wykonanej przez Przewodniczącego. Spakowałem więc torbę i opuściłem salę, żegnając zbiorczo wszystkich obecnych.

Nie dajmy się zakneblować Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

Nie dajmy się zakneblować
Fot.: wiadomosci.dziennik.pl

21. Jak myślicie, Drodzy Czytelnicy, dlaczego Przewodniczący Mituła zabrał mi głos? Nie powiedziałem żadnego nieparlamentarnego słowa, nie obrażałem nikogo, mówiłem tylko o rzeczach powszechnie znanych. Nie krzyczałem, starałem się mówić tak spokojnie, jak tylko można, by sprostać trudnemu zadaniu streszczenia wszystkiego w czasie krótkich 5 minut. Do ich upływu brakowało ponad połowy tego czasu. Jeśli zdradziłem jakąś tajemnicę, to tylko nieświadomie. Żadna ze spraw, które zdążyłem wspomnieć, oznaczona gryfem tajności nie była. A przecież Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Z tym że jak wiadomo, Konstytucja ostatnio nie ma wysokich notowań w rankingu ważności aktów prawnych. Bardziej ceni się rozporządzenia ministrów.

No to może Przewodniczący wziął pod uwagę jakieś swoje uprawnienia, nadane mu Statutem Gminy. Sprawdźmy, zacytuję poniżej wszystko, o czym mówi w tej dziedzinie Statut:

§ 27. 1. Prowadzący obrady czuwa nad sprawnym przebiegiem i zachowaniem porządku obrad.

2. Radny lub osoba spoza składu Rady nie może zabrać głosu bez zgody prowadzącego obrady.

3. Gdy mówca odbiega od tematu, prowadzący obrady powinien go upomnieć.

4. Jeżeli mówca swoim wystąpieniem lub zachowaniem w sposób oczywisty zakłóca porządek obrad bądź uchybia powadze sesji, prowadzący obrady przywołuje go „do porządku” a gdy to nie przynosi skutku, może odebrać głos, nakazując odnotowanie tego faktu w protokole.

5. W razie rażącego zakłócania przebiegu obrad przez osobę przebywającą w sali, prowadzący może zwrócić się do właściwych organów o jej usunięcie z sali i przywrócenie porządku.”

Jak widać, moje wykroczenie nie należało do gatunku najcięższych, określonych w § 27. 5. , skoro pan Mituła nie wezwał Policji, która wyprowadziłaby mnie z sali w kajdankach. Tryb określony w § 27. 3. też nie został zastosowany, bo nikt mnie nie upomniał. Ani nie było to postępowanie zgodne z § 27. 4. – Przewodniczący nie przywoływał mnie do porządku. Zastosował nowy, nieokreślony w Statucie tryb. Po prostu zabrał mi głos. Ciach i już. Być może ćwiczy sobie już to, co się znajdzie w tej kwestii w statucie zmienionym, ale nawet laik w prawie wie, że tak nie wolno robić.

22. Powoli zbliżam się z mozołem do końca. Co zatem się stało, poza oczywistym nokautem, który zastosował wobec mnie Przewodniczący Łukasz Mituła? Otóż poprzez jego działanie Rada Miejska przyjęła nowe stawki taryf za wodę i ścieki, obarczone moim zdaniem wielu różnej rangi wątpliwościami. Radnemu, który miał zamiar o tym kolegom powiedzieć, ostrzegając przed wdepnięciem w taki błąd, Przewodniczący Rady w trybie niezgodnym ze swoimi uprawnieniami zamknął usta. Bez żadnego widocznego powodu, w kompletnie irracjonalny sposób.

Pole do domysłów mam otwarte, skoro wyjaśnień odebrania mi głosu nie widać. Zwrócę się o nie oczywiście do Pana Przewodniczącego na piśmie, ale domyślać mogę się sam. Tym bardziej, że na własnym blogu nikt mi głosu nie odbierze. A tylko jedno możliwe wyjaśnienie ciśnie mi się do głowy. Otóż prawdopodobnie kierunek mojej sesyjnej wypowiedzi jasno dał Przewodniczącemu do zrozumienia, że niewygodne pytania za kilka sekund na sesji zabrzmią. Że za chwilę trudno będzie zamieść pod dywan jakieś sprawki, które powinny jego zdaniem pozostać w ukryciu. Wydaje się, że byłem zbyt niebezpiecznie blisko prawdy, i tylko dlatego trzeba było za wszelką cenę zamknąć mi usta.

Podsumujmy, o ile się w ogóle da… Czy naprawdę tego chcieliście, koledzy radni z „Porozumienia”, żeby doprowadzając do całego zamieszania ze zmianą wniosku przez GWiK nie zmienić niczego w wysokości stawek? Przecież informacja, że chronicie mieszkańców przed podwyżkami już poszła w lud. Czy nie czujecie się nabici w butelkę i czy nie wkurza was to? A jeśli tak, to przez kogo? A może to Prezes Dawidziak powinien czuć się nabity w butelkę, skoro od kwietnia zeszłego roku liczył skrzętnie pieniądze na przeprowadzenie zaplanowanych inwestycji? A tu taka wolta, radni niczego nie pamiętają, tylko uprawiają ekonomiczne chciejstwo uważając, że stawki pewnie i tak są zawyżone, można je więc dowolnie ściąć? A może to burmistrz Krupowicz jest tym nabitym w butelkę? On lojalnie Prezesa od początku popiera, broni przed skolegowanymi radnymi tworząc dowody, że wniosek (pierwszy) GWiK jest cacy. A kiedy radni tego nie chcą słuchać, prąc do obniżenia stawek, co dostaje od Prezesa? Jakąś fałszywkę, która niby coś zmieniając, suszy kieszeń podatników identycznie, jak tego radni nie chcieli? Co będzie, kiedy się tego dowiedzą? Rany, jeszcze zbuntują się i co wtedy?

A co ja ich będę żałował, siebie mi szkoda. Za zetknięcie z sesyjnym czołgiem już sporo zapłaciłem. Cukier mi skoczył w górę na parę dni, ciśnienie łeb rozsadza, papierochów z nerwów smolę więcej niż zwykle. Pewnie niepotrzebnie grzebiąc się w wodzie i ściekach, skracam sobie właśnie życie o bezcenne tygodnie czy miesiące, których nikt mi nie odda. A oni? Sami sobie winni. Po pierwsze, drugie i trzecie, po co tworzyli mechanizm, w którym wyautowani głosu nie mając, nie mają możliwości ustrzec ich przed nabiciem w butelkę? Patentu na rację nie ma nikt, a przecież co 21 głów, to nie jedna. Może kiedyś to zrozumieją…

 

Władza słucha ludu

05 lut
Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Władza uwielbia takie chwile: kieruje marszałek Geblewicz, kierunek wskazuje wiceburmistrz Zajko
Zdjęcie: www.szczecin.kwsp.gov.pl

Ten wpis jest jakby suplementem do poprzedniego. W tamtym opisałem sposób, w jaki przyjęty został budżet gminy Goleniów na rok bieżący, 2016. Napisałem między innymi o wnioskach inwestycyjnych, składanych przez mieszkańców gminy. Jak ubolewałem, żadna ich lista w projekcie budżetu przedstawionym Radzie Miejskiej przez Burmistrza nie została zaprezentowana, nie przedstawiono sposobu ich obróbki przed sporządzeniem tego projektu, nie wiadomo nawet, czy jakiekolwiek z nich został rzeczywiście poważnie przedyskutowany. Przykładami takich źle potraktowanych postulatów nie sypałem zbyt rzęsiście, mogłoby wiec powstać wrażenie, że zjawisko jest marginalne. Czyli że po prostu przesadzam. Zatem dziś pokażę konkretny przykład, który powinien dobrze wyjaśnić kulisy tej (moim zdaniem niewłaściwej) praktyki. Zatem odwiedźmy… Krępsko.

Przed każdą sesją Rady Miejskiej radni otrzymują listę pism, które wpłynęły do rozpatrzenia lub zapoznania się. Te kierowane „do wiadomości” z reguły nie są obradowane, a jeśli radni żadnych z wątków w nich poruszonych nie podejmą, przykrywa je kurz niepamięci. Chciałbym jedno z takich pism Państwu przybliżyć, bo może przyczyni się do zmiany wyżej wspomnianej praktyki budżetowej. Wpłynęło ono do Biura Rady Miejskiej 18 grudnia, tuż przed grudniową sesją budżetową. Skierowane jest do burmistrza Roberta Krupowicza, a do Rady tylko do wiadomości. Zatem milczeniem Rada je przyjęła, bo jak miała zareagować? Co nadawcy odpowiedział burmistrz – nie mam bladego pojęcia; nie przedstawiono nam takiej odpowiedzi, choćby do widomości. Przeczytajcie więc sami, Drodzy Czytelnicy, o czym pani Bożena Olszewska, sołtys Krępska (wraz z całą Radą Sołecką), do burmistrza pisze.

Pismo Sołtys Krępska część 1

Pismo Sołtys Krępska część 2

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Uroczystość przekazania nowego wozu strażackiego
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Może troszkę chaotycznie, ale w miarę jasne, prawda? Chcą mieć na ulicy Kościelnej normalną drogę, chodnik i parking przy kościele. Są rozgoryczeni, bo choć im to już nie raz obiecywano (jak pani sołtys twierdzi, na piśmie też), po raz kolejny ich wnioski w tej sprawie olano. Widocznie próbowali sobie o tym z burmistrzem Robertem Krupowiczem nieco więcej porozmawiać, ale ten pośpieszył do nich z wieścią, że „nie czuje potrzeby tłumaczenia się ze swojego postępowania”. Oczywiście nie jest to żadna „arogancja władzy”, skąd… On po prostu nie czuje takiej potrzeby. Napisał im w piśmie z 4 grudnia, że takich inwestycji nie ma w projekcie budżetu, ani także w „wieloletniej prognozie finansowej” (chyba w wieloletnim planie inwestycyjnym gminy?), czyli kiszka! Oni go molestują, a przecież burmistrz zrobił, co mógł. Zajrzał do (własnego zresztą) projektu budżetu na 2016, a nawet do „wieloletniej prognozy finansowej” (cokolwiek miałoby to znaczyć, ale jednak też sterowanej burmistrza działaniami) – a tam NIC o Krępsku nie ma! To co miał zrobić?! No i jeszcze im przypomniał, że przecież gmina już im dała w tym Krępsku tak wiele: szkoła (zbudowana w końcowych latach 90. XX wieku), i sala gimnastyczna przy niej, a nawet piękny wóz strażacki dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Krępsku. A oni tacy niewdzięcznicy, następnego miliona się domagają…

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie Zdjęcie: fotopolska.eu

Jesteśmy przy kościele w Krępsku, o którym mowa w piśmie
Zdjęcie: fotopolska.eu

Jak objaśnia sołtys Olszewska, burmistrz Krupowicz własną ręką raczył w stronę Krępska skierować 50 tys. zł z gminnych środków, odkąd pełni swoją burmistrzowską posługę. Na kościół. Pani sołtys nazywa to wprost dotacją, choć gmina oczywiście działania Kościoła nie dotuje. Może wspierać remonty zabytków, co zresztą czyni. A że wiele spośród zabytków to kościoły, stąd wspiera ich remonty. Ale cóż, współpraca burmistrza z tą instytucją układa się dotąd wzorowo, nie ma się czemu dziwić. Mało, ale dał. Za to w blasku prezentu od Państwowej Straży Pożarnej za 690 tys. zł, czyli pięknego czerwoniastego wozu strażackiego, chętnie grzał się i Marszałek Olgierd Geblewicz, i wiceburmistrz Henryk Zajko na przednie siedzenie się załapał, i było bardzo efektowne wręczenie. Burmistrz Krupowicz też był obecny, choć zapędy do prowadzenia wozu strażackiego uznał chyba za zbyt dziecinne. Każda władza lubi to ciepełko i leci do takich okazji jak do miodu. Natomiast marudzenia niewdzięcznych włościan władza nie lubi, choćby nawet dotyczyły podstawowego zakresu działania tej władzy – czyli codziennych potrzeb bytowych swojej trzódki.

Stąd burmistrz marudzenie krępszczan odpinpongował w liście z 4 grudnia do Rady Miejskiej. To „rada nie przyjęła inwestycji”, nie on. I tyle, cóż on sam mógł przeciwko 21 niechętnym radnym? Pani sołtys ani Rada Sołecka kmiotkami nie są, pytają zatem burmistrza: „Kiedy taki projekt Pan złożył do Rady? I czy w ogóle Pan go złożył?”

Co ja mogę, biedny żuczek? Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

Co ja mogę, biedny żuczek?
Rys. Andrzej Mleczko, z www.interia.pl

I tu cały problem, o którym wspominałem we wstępie. Brak jakichkolwiek dowodów, że burmistrz tworząc projekt budżetu rozważał potrzeby mieszkańców Krępska, którzy niejednokrotnie go o nich informowali. Brak wiedzy, skąd wzięła się wymieniona przez burmistrza kwota 1 mln zł, którą reprezentanci sołectwa zresztą kwestionują. Brak znamion, że to wredni radni Rady Miejskiej zablokowali burmistrzowi drogę do spełnienia próśb płynących z Krępska. Ale brak też jednoznacznego potwierdzenia zarzucanej burmistrzowi w piśmie „wyjątkowo złej woli” – pokażcie mieszkańcy (najlepiej na piśmie!), że to burmistrz wasze wnioski blokuje. Co, nie możecie? Czyli skończcie te wredne i całkowicie nieuzasadnione insynuacje, bo jeszcze was ktoś przed sąd poprowadzi!

Tak się to robi w Nysie Zdjęcie: www.nysa.eu

Tak się to robi w Nysie
Zdjęcie: www.nysa.eu

A teraz poważnie, bo czasem tu sobie żartujemy. Problem jest znacznie szerszy, niż się zdaje, przecież nie tylko Krępska dotyczy. Sprawa polega raczej na niezbyt transparentnym działaniu naszego samorządu, na braku pełnej jasności co do kolejności załatwiania gminnych potrzeb. I to nie tylko aktualny problem burmistrza Krupowicza, a historia ze znacznie dłuższą brodą. Niektórzy twierdzą, że przecież nasza praktyka jest powszechnie stosowana, że wszystkie samorządy tak robią. Inaczej się nie da. Otóż nie, w niektórych gminach do wniosków mieszkańców podchodzi się wręcz z pietyzmem, dbając o ich pełną jawność. Popatrzcie proszę na zdjęcie z Nysy, gdzie budżetowe wnioski mieszkańców wywiesza się na rynku dla powszechnej wiadomości. Co, staromodnie, średniowieczem zalatuje? Odwrotnie, toż to dziś nowatorstwo. Piękna, symbolicznie jawnie i publicznie prowadzona debata budżetowa, w której nikt niczego nie schowa ani nie zamiecie pod dywan. Spór na racje i pieniądze, a nie na dworskie układy.

Mam w tej dziedzinie pewne przemyślenia, z którymi wkrótce się z Państwem podzielę. Lecz przede wszystkim mam zamiar podzielić się nimi z koleżankami i kolegami radnymi. Sądzę, że dyskusja w Radzie Miejskiej ma sens. Inaczej, niż napisał w komentarzu do poprzedniego wpisu niejaki Adam Zygmański. Otóż uważam, iż wyrażona przez niego sugestia zaorania Rady Miejskiej świadczy jedynie, że i memu synowi także chwile słabości umysłowej się zdarzają. Normalnie myśli on dość rozsądnie, lecz widocznie coś mu ostatnio rozsądek nieco zaburzyło. Nie wiedzieć, nowe obowiązki ojcowskie czy to piwo namiętnie produkowane, a potem być może w nadmiarze spożywane? Co tam, nie moja broszka, duży jest, niech sam się tłumaczy…

 

Budżet burmistrza Krupowicza z Radą Miejską w tle

24 sty
Uchwalamy budżet na rok 2016 Zdjęcie: www.goleniow.pl

Uchwalamy budżet na rok 2016
Zdjęcie: www.goleniow.pl

Podobno chcecie sobie trochę poczytać o ważnych goleniowskich sprawach… Podobno nie ma gdzie się o nich dowiedzieć, tak mi mówicie. Więc już się biorę do roboty, bo kto inny Wam o tym napisze? Jeszcze tylko sobie wspomnę coś miłego, skoro nic przyjemniejszego dziś w planie  nie mam. Miłe były bożonarodzeniowe święta. Fajnie było posiedzieć z najbliższymi przy wspólnym stole, podzielić się opłatkiem i życzeniami, porozmawiać o tym, o czym zwykle nie mamy czasu mówić, dać sobie nawzajem prezenty,. Fajnie było poczuć, że dzieje się wiele nowego, wiele dobrego. Fajnie było doświadczyć satysfakcji z rodzinnych sukcesów i dokonań, ucieszyć się szczęściem innych.

Trochę mniej fajnie było zjeść wszystko ze stołu. Do tego przymusza mnie wyniesione z domu i nadmiernie rozwinięte poczucie obowiązku. Wprawdzie co roku obiecujemy sobie z żoną nie przesadzać, jednak zawsze jedzenie jest za dobre i go za dużo. Cóż, tradycja każe… Choć tym razem udało mi się z nią troszkę powalczyć, bo po raz pierwszy od 55 lat na świątecznym stole Zygmańskich nie było karpia po grecku. Cóż, poza mną nikt z rodzinki go nie lubi, stąd musiałem go zjadać sam, co zawsze dzielnie czyniłem. Z zyskiem dla smaku i kilogramów nadwagi, a ze szkodą dla poświątecznego poziomu cukru we krwi.  

Dziękuję wszystkim hurtem za bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia. Cieszą one i miło, że ktoś o nas pamięta, lecz jako człowiek starej daty lubię sobie nawet na ten temat ponarzekać. Dzisiejsza łatwość wywiązania się ze świątecznego obowiązku aż razi. Żeby własną ręką choć słowo – a tu nie, po sieci krąży kilka skalkowanych szablonów autorstwa anonimowego, ale ani nie Miłosza, ani Szymborskiej na pewno. Sporo czasu zabrało mi czyszczenie telefonu z kilkudziesięciu wierszyków treści podobnej, a lotów nie zawsze wysokich. Podejrzewam, że niektórzy mają w smartfonach aplikację „Wyślij życzenia wszystkim na świecie”, działającą oczywiście automatycznie, bez przyciskania choć jednego guzika, przez co wcale nie zauważyli, komu wysłali te poezje. Ubolewam, że ginie zwyczaj wysyłania kartek świątecznych. W porównaniu z esemesami są one znacznie droższe, bardziej czasochłonne i kłopotliwe, ale życzeniobiorca przynajmniej czuje, że życzeniodawca naprawdę o nim pomyślał. Przyznajemy, że esemes czy email to inna jakość, ale  w praktyce wygrywa wygoda. Kraje się moje serce filatelisty-sadysty, który zawsze prosił wszystkich w okolicy o podarowanie świątecznych kartek (lub kopert od nich) z powodu znaczka ze stemplem pocztowym. Prawie każdy mi odpowiada: – Stary, nic nie dam, już od 10 lat nikt mi kartki nie przysłał. Trzeba się będzie przerzucić na zbieranie esemesów, tylko jak je w klasery powsadzać?

Życzenia burmistrza Krupowicza Z profilu na Facebook'u

Życzenia burmistrza Krupowicza
Z profilu na Facebook’u

W dziedzinie składania życzeń odnotowuję zjawisko nowe, nawet jak na dzisiejsze oszczędne, wygodnickie i leniwe czasy. Otóż niektórzy, oczywiście za pośrednictwem wszechrozpanoszonego Facebooka, nie tylko już hurtem składają życzenia wszystkim adresatom, ale od razu załatwiają jeszcze kilka spraw, całkiem jakby mimochodem. Przykład mam jeden, ale za to z samej góry, bo to świąteczne życzenia Burmistrza Gminy Goleniów Roberta Krupowicza. Ich złośliwej, ale wnikliwej analizy dokonał portal www.goleniow.net.pl, do którego ciekawskich odsyłam. Na wstępie anonimowy autor egzegezy postawił pytanie: „Czy to są życzenia, kazanie, czy pretensje kierowane do wszystkich?”

Mi nasuwa się taka odpowiedź na powyższe pytanie: – Przede wszystkim są to życzenia burmistrza dla samego siebie. Życzy sobie, żeby wszyscy inni myśleli jak on. Myślący inaczej zasługują na ojcowski wytyk. Powinni zrozumieć swoje winy i okazać skruchę, dostosowując się do Wzorca Idealnego Obywatela, pochwalanego i propagowanego na co dzień przez RK. Nie sądzę też, że burmistrz swoje słowa kieruje do tych obywateli kraju, którym nie podobają się posunięcia naszych nowych władz. Ogół Polaków nie miałby szans się z nimi zapoznać, a co dopiero mówić o posłuchaniu połajanki. Pan burmistrz dobrze wie, że jego napomnienia byłyby jak kubełek oliwy lany ze skraju plaży na wzburzone fale morza, brzmiałyby więc żałośnie. Bycia śmiesznym RK bardzo nie lubi. Jest dla niego czymś zwykłym, że na swoim poletku wolno mu wszystko, choćby zawierzyć swoją trzódkę Jezusowi Chrystusowi, lecz ten inteligentny patriarcha wie też, że nic tak megalomanii nie obnaża, jak śmieszność. Stąd wnoszę, że nie do wszystkich kieruje te słowa, a raczej do nielicznych. Do tych, do których słowa burmistrza na pewno dotrą – mianowicie mieszkańców gminy Goleniów. A wśród nich szczególnie do zbłąkanych owieczek (niewielu, na całe szczęście), które wciąż jeszcze miłością bezwzględną, bezkrytyczną i bezgraniczną Roberta Krupowicza nie pokochały. To są właśnie życzenia w nowatorskim stylu, które za zasłoną słodkopierdzącego żargonu za jednym zamachem mają dokopać w nery tych kilku złych ludzi. To oni mają poczuć wyrzuty sumienia, że przez ich brak klanowej jedności, ich złe słowa i brak miłości Pan Robert tak musi cierpieć.

„Przegiąłeś, gościu! Chyba masz jakąś krupowiczofobię. Co ty mu tak w jaźni grzebiesz? Niech sobie będzie, jaki chce, co cię to obchodzi?” Nie zdziwiłbym się za bardzo, gdyby ktoś przysłał taki właśnie komentarz po niniejszym wpisie. Ogólnie racja, każdy ma swoje wady i zalety, zależy z jakiego punktu widzenia patrzeć. Chwalę się ponadto, że jestem tolerancyjny, czasami nawet za bardzo, więc czemu tak się RK czepiam? Krótko i zwięźle: bo jest Burmistrzem Gminy Goleniów. A jest to funkcja tak istotna w naszej samorządności, w tak ważne kompetencje i praktyczne możliwości wyposażona, że nie da się przejść obojętnie obok jego osobowości. Po rocznym obserwowaniu działania Burmistrza Krupowicza z pozycji radnego oceniam, że niestety niektóre cechy personalne przeszkadzają mu w pełnieniu tej funkcji na właściwym, czyli najwyższym poziomie. I że to nie jest jego prywatny problem, tylko coraz bardziej zmartwienie publiczne.

Może nie dla wszystkich jest wyraźnie oczywiste, że osoba pełniąca funkcję burmistrza ma aż tak wielką rolę dla swojej gminy. Że jego styl rządzenia, wręcz poszczególne cechy charakteru i pojedyncze zachowania, preferencje osobowe i animozje, wdrażane w życie priorytety (często inne, niż określone w gminnych strategiach) decydują o powodzeniu lub braku sukcesów lokalnego samorządu. To nie żadna przesada. Burmistrz w praktyce dominuje nad radą gminy. Jeśli chce z tego skorzystać, nic nie zastopuje jego zapędów. Ma odpowiednie instrumenty, zapewniające przychylność zarówno radnych, jak też i w praktyce odpowiednie poparcie głosujących. Nie będę dziś tego zagadnienia rozwijał, gdyż zasługuje ono na znacznie poważne potraktowanie. Uważam ten stan za przejaw jednej z chorób polskiego samorządu, utrudniającej jego sprawniejsze działanie. Bo jeśli tak wiele zależy od jednej osoby, to co zrobić, gdy trafi się łobuz?

Sądzę, że znakomicie widać dominację burmistrza w sferze tworzenia budżetu. Ten dokument jest najważniejszym corocznym przejawem działania samorządu, dającym wszystkim istotnym sprawom początek, kontynuację, zakończenie, ale także zastopowanie ich realizacji. Niedawno, na sesji 21 grudnia, Rada Miejska przyjęła w Goleniowie budżet na rok 2016. Jego inicjatorem był burmistrz, bo ma zgodnie z prawem obowiązek przedłożyć radzie projekt budżetu. Ale teoretycznie od momentu przekazania tego projektu Radzie, to ona staje się jego „gospodarzem” i może w nim dokonać wielu zmian. Tak zresztą z reguły, jak pamiętam, u nas właśnie bywało. Tymczasem projekt budżetu na 2016 rok został potraktowany jak święte objawienie, w którym ani cyferki radni nie powinni zmienić.

Redaktor Paweł Palica stwierdził już 20 listopada w „Gazecie Goleniowskiej”, pisząc o inwestycjach w opublikowanym właśnie na stronie www gminy projekcie budżetu, że: „Przedstawionymi przez burmistrza Roberta Krupowicza propozycjami przez najbliższy miesiąc zajmować się będą radni w poszczególnych komisjach i nie jest wykluczone, że lista inwestycji ulegnie niewielkim zmianom.” Czemu sądził, że „niewielkim”? Bo zna realia naszej Rady? Niewiele się pomylił – zmian nie dokonano żadnych.   

W toku prac komisji przed sesją budżetową radni „koalicyjni” do przedstawionego przez burmistrza projektu nie zgłosili jakichkolwiek zastrzeżeń. Tak podobno (o czym ćwierkają koalicyjne wróbelki) chciał sam burmistrz, bardzo ambicjonalnie i nerwowo podchodzący do wszelkich usiłowań w tej sprawie. Proponowane zmiany zgłaszane przez radnych spoza koalicji padały jak muchy, odbijające się od koalicyjnego muru. Obojętnie, czy dotyczyło to wniosków do budżetu składanych przez nich i mieszkańców w normalnej procedurze (czyli do 15 września), czy w trakcie posiedzeń komisji. Gładko udało się koalicjantom spacyfikować także wnioski zgłaszane na posiedzeniach bezpośrednio przez grupy mieszkańców, jak na przykład odnośnie budowy sali sportowej przy szkole w Białuniu.

Właściwie jakakolwiek rozmowa w trakcie komisji (być może poza Komisją Budżetu) nie dotyczyła budżetu całościowo, lecz obejmowała tylko wyrywkowe aspekty, związane z poszczególnymi wnioskami co do inwestycji. Na podsumowania i charakterystykę całości budżetu przyszedł czas dopiero na sesji 21 grudnia, w dyskusji przed głosowaniem uchwały. Sygnał dał sam Burmistrz Krupowicz, który wygłosił zwięzłą charakterystykę proponowanego projektu. Była to raczej niedługa apologia przekonująca słuchaczy, że złożony radnym projekt jest świetny. Burmistrz prosił radnych o zagłosowanie „za”. Jego zdaniem filozofia budżetu roku 2016 (jak ja kocham filozofię budżetu…) jest kontynuacją budżetu roku poprzedniego, a o jego znakomitości powinna radnych przekonać „rekordowa relacja wskaźnika konsumpcji do akumulacji w wysokości 70:30” i duża ilość inwestycji łącznie.

Prawdę powiedziawszy udało mi się zapamiętać jeszcze tylko kilka innych burmistrzowskich argumentów. Miały przekonać ostatecznie takich niedowiarków, jak ja. Twierdził on, że ten budżet dąży w kierunku większej integracji z metropolią szczecińską (o czym miała świadczyć budowa „węzła przesiadkowego” w Załomiu i chyba jeszcze przebudowa dworca w Goleniowie). Zaś w perspektywie 5 lat gmina ma zwiększyć swoją „mobilność transportową”, czego dowodzi zamiar kontynuacji budowy ścieżek rowerowych. Było jeszcze coś o współudziale gminy w realizowaniu bazy transportowej dla PGK (czy dla kogoś innego, pewności nie mam).

Być może tak mało zapamiętałem, bo uporczywie próbowałem sobie w tym czasie przypomnieć, co przypomina mi „wskaźnik konsumpcji do akumulacji”, użyty jako koronny argument dla wyjaśnienia dobroci proponowanego budżetu. Kiedy wreszcie sobie przypomniałem, że był to ulubiony wskaźnik burmistrza Andrzeja Wojciechowskiego, za co zresztą niektórzy robili sobie z niego przez lata setne podśmiechujki, pan Krupowicz właśnie skończył chwalić przygotowany przez siebie projekt. Dał tym samym dowód nowoczesnego podejścia do wspomnianego wskaźnika, bo burmistrz Wojciechowski po przedstawieniu go zaraz na początku, miał jednak zwyczaj analizować budżet przez co najmniej godzinę, żeby wysokość akumulacji do konsumpcji poprzeć jakimiś konkretami. Zapewne burmistrz Krupowicz chciał w ten sposób dać przyjaznym sobie radnym otwarte pole do wskazania uzupełniających przykładów, z czego zresztą skrzętnie skorzystali.  

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było Zdjęcie: www.plotek.pl

Aż tak dużego entuzjazmu na sesji jednak nie było
Zdjęcie: www.plotek.pl

Tak myślę, bo potem nastąpiła cała seria wystąpień dziękujących panu Krupowiczowi za przygotowanie projektu budżetu i za ujęcie w nim tego i owego. Z sympatii do wszystkich koleżanek i kolegów radnych litościwie spuszczę na ich nazwiska zasłonę milczenia. Tą część sesji jeden ze znajomych sołtysów porównał z niesmakiem do obrazków serwowanych przez telewizję z posiedzeń Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei Północnej, w trakcie których obowiązkowym zachowaniem są zbiorowe wiwaty dla któregoś z kolejnych przywódców dynastii Kimów: pierwszego wodza Kim Ir Sena, jego syna Kim Dzong Ila, czy też obecnie miłościwie panującego Kim Dzong Una. Ja oczywiście nie wyklepię, który to z sołtysów (a może sołtysek?), bo co tu robić znajomej osobie kłopot; nie wierzę, że wolność słowa jest przez wszystkich w Goleniowie tak wysoko szanowana, jak to Państwu się wydaje..

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy Zdjęcie: retro.pewex.pl

Jarząbek Wacław śpiewa do szafy
Zdjęcie: retro.pewex.pl

Mi osobiście ta metafora z Koreą nie do końca pasuje. Przecież porównać tamtej grozy do naszego spokojnego Goleniowa się nie da, tu wrogów politycznych nikt nie morduje. Taka tu u nas dyktatura, jacy dyktatorzy. Scenki z dziękczynnych wystąpień koleżanek i kolegów skojarzyły mi się natomiast z groteskową solówką z „Misia” Stanisława Barei, kiedy to poczciwy trener Jarząbek Wacław, drugiej klasy zresztą, nagrywał do ukrytego w szafie magnetofonu pieśń sławiącą prezesa klubu: „Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się dla naszego klubu przemęcza, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat! To jeszcze ja – Jarząbek Wacław, bo w zeszłym tygodniu nie mówiłem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek.”

Stanisław Tym, autor scenariusza „Misia”, zapewne nie u nas czerpał natchnienie do stworzenia zacytowanego wyżej hymnu wazeliniarzy. Ich funkcjonowanie jest reakcją dostosowawczą do wymogów środowiska. To nie oni byli pierwsi – najpierw musieli istnieć tacy, którzy łakną dotyku śliskiego pochlebstwa, potrzebują go jak pokarmu, żyć bez niego nie mogą. Lizusów stworzyli ci, którzy pochlebstwa uwielbiają. Nie wiem, jak pochlebca rozpoznaje spragnionego pochlebstw, lecz jakoś zawsze swój swego odnajdzie. A skoro tak wyraźnie ten motyw na naszej sesji zaistniał, widoczne jakaś przyczyna być musi.

Tak właśnie wyglądają płyty jombo Zdjęcie: olx.pl

Tak właśnie wyglądają płyty jombo
Zdjęcie: olx.pl

Co do konkretów, specyficznie dziękowano burmistrzowi za zamiary budowy dróg na terenie wiejskim, wykonanych w technologii płyt YOMB (inaczej JOMB, popularnie zwanych jombo lub jumbo). Te żelbetowe płyty wykorzystuje się normalnie do budowy prowizorycznych dróg dojazdowych na budowach, do budowy nawierzchni na placach składowych, można je stosować do budowy dróg lokalnych, tymczasowych dróg objazdowych przy budowie dróg publicznych, także jako nawierzchnię dróg leśnych. U nas mają z nich powstać nawierzchnie dróg, które choć dziś gruntowe, są jednak raczej dość intensywnie obciążone ruchem pojazdów, czasem też wielotonowych ciężarówek. Dla sprawiedliwości, to niektórzy radni wnioskowali do burmistrza o taką właśnie technologię. Kiedy tłumaczono im, że to prowizorka, słyszało się wtedy: – Wiem, ale zawsze to lepsze, niż zwykła żużlówka lub gruntówka, po każdym deszczu prawie nieprzejezdna. Na prawdziwą drogę nie możemy doczekać się od wojny. Lepszy rydz, niż nic.

Tak argumentują ludzie doświadczeni, nie oczekujący obietnic, idealnych rozwiązań docelowych, lecz pragnący realnej poprawy długotrwałego zaniedbania. Trochę się z nimi zgodzę, trochę nie. Bo jak wam zbudują te jombo-prowizorki, to się naprawdę już nigdy prawdziwych dróg nie doczekacie. Gdybyście mocno naciskali na kładzenie asfaltu, to pewnie by się ktoś w te głosy musiał wsłuchać. W końcu nie płyty jombo władza w ostatnich latach w mieście na ulice położyła. Żeby temat zakończyć zgrabną klamrą, przytoczę jedną z interpelacji z samego końca sesji. Któraś z radnych (przepraszam, nie zapisałem nazwiska autorki) zauważyła, że jedna z dróg pokrytych niedawno płytami YOMB zaczęła się nieco miejscami rozpadać. Prosiła burmistrza o interwencję. Cóż, chyba za bardzo uwierzyła w porzekadło, że prowizorka najlepiej się trzyma, prawda?

Jeszcze jeden pochwalny temat zapamiętałem. Jeden z kolegów zwrócił uwagę na znakomitą współpracę gminy Goleniów z władzami naszego powiatu, której zazdroszczą nam w całym województwie. Wspólnie inicjujemy różne ciekawe zadania, obecne w wymiarze finansowym w każdorocznym budżecie. Oczywiście głównie budżecie gminy, nie powiatu, bo on biedny. Zgadzam się, potwierdzam obserwację, wspomniałem o tym w swoim późniejszym wystąpieniu. Otóż faktycznie doją nas setnie. Koledze radnemu powiedziałem, żeby dał zazdroszczącym prostą radę, jak osiągnąć podobnie modelowej współpracę ze swoimi powiatami. Wystarczy oddać starostwom do dyspozycji połowę swoich gminnych budżetów, pod hasłem „Mieszkaniec naszej gminy jest też mieszkańcem powiatu, nie dzieli swoich problemów na gminne i powiatowe”. Tak, lecz przepisy wyraźnie rozgraniczają zadania własne gmin od zadań powiatów, nie nakazują też zastępować gminie powiatu w problemach, w których jest niewydolny. Realizując za gminne pieniądze (czytaj: wyciągnięte z kieszeni mieszkańca) zadania przypisane powiatowi, ograniczamy możliwości zaspokojenia potrzeb innych, nakazanych tylko gminie. To zarzuciłem „filozofii naszego budżetu” – stawianie spraw obcych wyżej, niż własne, obowiązkowe dla samorządu gminnego. Dokładnie o tym samym mówił też radny Czesław Majdak.

Jak widać skończyłem już pisać o zachwytach nad nowym budżetem. Były przecież także głosy krytyczne. Pierwszą taką wypowiedzią było wystąpienie koleżanki Ireny Henkelman. Mówiła w imieniu Klubu Radnych Niezależnych, czyli też radnej Doroty Chodyko i radnego Marcina Gręblickiego. Wskazała bardzo niepokojące zjawisko. Tak jak kilka ostatnich budżetów, obecny także uchwalamy jako deficytowy, czyli dochody są mniejsze od wydatków. Jednakże w praktyce każdy rok kończył się nadwyżką budżetową. Jej przyczyną w lwiej części było niewykonanie zaplanowanych wydatków, czyli niepełna realizacja zadań postawionych przed władzą wykonawczą. Krótko mówiąc, zamierzony na początku roku plan wydatków nie miał wiele wspólnego z osiągniętym w końcu roku wykonaniem. Prawdę powiedziawszy po stronie osiąganych dochodów także są przykłady niewykonania planu. Radna zwróciła też uwagę na „nadpłatę”, jaką mają wobec gminy mieszkańcy w opłacie śmieciowej, czyli sięgające ok. pól miliona złotych dodatnie saldo ich wpłat w porównaniu do kosztów prowadzenia tej działalności przez spółkę PGK. 

Następnie kolega Czesław Majdak (oprócz już wspomnianego nadmiernego zapatrzenia w zadania powiatowe) wskazał na niedoskonałości planowania inwestycji objętych budżetem, które jego zdaniem potwierdza też załączona do projektu budżetu opinia Regionalnej Izby Obrachunkowej. Inwestycje w budżecie określone są w cyklu jednorocznym. Stąd często widnieją tytuły takich zadań, a same zera przy ich realizacji. Jeżeli inwestycja trwa kilka lat (a tak jest często), powinna być zapisana w budżecie jako kilkuletnia. Inaczej środki przeznaczone na inwestycję w danym roku „przepadają” i trzeba je na końcu roku przesuwać na kolejne lata. Zwiększa to pozornie wskaźnik akumulacji wobec konsumpcji w danym roku, co nie odpowiada rzeczywistości, a ma tylko efekt medialny. Radny stwierdził, że jego sposób myślenia nie jest tylko alternatywą wobec praktykowanego przez burmistrza Krupowicza (ten uważa, że „można tak, można i inaczej”), lecz jedyną zalecana drogą. Radny zarzucił też, że niewłaściwe jest „magazynowanie” środków budżetowych w postaci nadwyżki, dzielonej następnie na początku kolejnego roku, gdyż w dużej części pochodzi ona z zadań niezrealizowanych w roku poprzednim.

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki? Zdjęcie: biznes.interia.pl

Odkładamy na czarną godzinę, czy na jakieś ekstra wydatki?
Zdjęcie: biznes.interia.pl

Spośród krytycznych wystąpień ostatni głos zabrał Wasz sprawozdawca. Starałem się nie powtarzać już zasygnalizowanych zarzutów, jednak chciałem niektóre rozwinąć. I tak odnośnie omówionej przez radnego Majdaka nadwyżki budżetowej zauważyłem, że środki magazynowane przez gminę na kontach bankowych w tym momencie wynoszą ok. 22 mln złotych. To dużo, bardzo dużo w porównaniu do uchwalanego około 150. milionowego budżetu. Moim zdaniem w sytuacji stałego nadmiaru różnych potrzeb mieszkańców, nasze pieniądze nie powinny pracować na bankowych kontach. Ich prawdziwe i najważniejsze przeznaczenie jest tam, gdzie najlepiej spełnią swoją rolę. Czyli tam, gdzie chcą mieszkańcy, postulujący wykonanie konkretnych zadań.

Dowód na nieistnienie Boga Rysunek: facebog.deon.pl

Dowód na nieistnienie Boga
Rysunek: facebog.deon.pl

Tu miałem kolejny zarzut. Otóż trudno wykazać w jakim stopniu budżet na rok 2016 odpowiada na wnioski mieszkańców. On ich wcale nie uwidacznia, jakby żadne wnioski do projektu budżetu nie zostały skierowane. W toku prac komisji zastępca burmistrza Tomasz Banach wyjaśniał, że przygotowując projekt mocno się nad nimi pochylano. Jednak dowodów na takie podejście brak. Ani nie jest znana kompletna lista takich wniosków, bo nigdzie się jej nie publikuje, ani nie wskazuje się, które z wniosków zostały w projekcie budżetu uwzględnione. Czy w ogóle cokolwiek zostało przez burmistrza przyjęte, pozostaje jego słodką tajemnicą. W dobie pełnej dostępności informacji i dążenia do całkowitej transparentności działania władz, taka „dyskrecja” nie wydaje się godna pochwalenia. Dziś jeśli czegoś nie ma w Internecie, to znaczy, że tego nie ma wcale.

Odnosząc się do ogłoszonego przez burmistrza Roberta Krupowicza rekordowego wskaźnika akumulacji do konsumpcji poradziłem, by cieszył się z rekordu dopiero wtedy, gdy budżet zrealizuje. Zwróciłem uwagę, że na dwóch poprzednich sesjach na wniosek burmistrza Rada „zdjęła” z wydatków budżetowych grubo ponad 11 mln zł. Zatem faktyczna realizacja zadań roku 2015 (zarówno finansowo, jak i ilościowo) była znacznie niższa, niż pierwotnie na ten rok zaplanowano. Przyjrzałem się dokładnie zdjętym wydatkom (dziękuję za pomoc skarbnikowi Mirosławowi Guzikiewiczowi, który cierpliwie poświęcił mi sporo czasu) i uważam, że pewna ich część była po prostu zaplanowana w budżecie z nadmiernym zapasem. Zrobiono to pewnie dlatego, by zapewnić bezpieczne i „komfortowe” wykonawstwo. Nie zmienia to faktu, że w ten sposób „zamrożono” wiele środków, które mogłyby od razu zostać rozdysponowane na inne zadania, na które jakoby środków nie było. Burmistrzowski rekord uznałem zatem za raczej piarowską przesadę, a sam wskaźnik nazwałem „wskaźnikiem wirtualnej akumulacji”.

Jako główną cechę projektu budżetu wskazałem jego małą ambicję, zarówno w planowaniu wydatków, jak też i dochodów. Burmistrz sam wskazuje w nim zadania, które chce wykonać, zaś radni nie stawiają mu wysoko poprzeczki, żądając twardo zwiększenia pracy ponad ten zamiar. No bo jak tu swojego lidera przypierać do ściany, żądając większego wysiłku? Co do dochodów, nie miałem żadnych zapędów ku zwiększaniu obciążeń podatkowych mieszkańców. Za ciągle duże źródło dochodów uważam możliwe wpływy z gospodarowania majątkiem gminy, w szczególności dochody ze sprzedaży terenów dla nowych inwestorów, nie tylko w GPP. Natomiast zaplanowany w budżecie na 2016 rok poziom dochodów własnych jest niższy, niż wykonanie roku 2015. Przecież już nie można się tłumaczyć, że mamy kryzys i inwestorzy się nie pojawiają. Mając „rząd dusz” w Radzie, burmistrzowi jest jednak dość łatwo osiągnąć wspomniane bezpieczeństwo wykonania zadań. Z tego punktu widzenia nazwałem ten budżet „budżetem leniwym, budżetem spokoju i komfortu dla burmistrza”. I zgodzę się z panem Krupowiczem, że „filozofia budżetu” roku 2015 była taka sama (choć co do treści tej identyczności pewnie się nie zgodzimy) – nie przemęczyć burmistrza, dać mu więcej środków, niż potrzebuje, zaś na początku kolejnego roku cieszyć się z osiągnięcia nadwyżki budżetowej. Którą będzie bardzo przyjemnie w tym następnym roku podzielić.

Wspomniałem, że nie podoba mi się szumne mówienie o „realizacji” kolejnych etapów różnych zadań, które faktycznie wcale się nie posuwają. W niektórych sprawach planowanie i projektowanie trwa długo, może zbyt długo. W ten sposób zdaje się, że inwestycja burzliwie się rozwija, choć de facto tkwi w miejscu. Jako przykład wskazałem kolejny etap projektu „Otwarte bramy”.

Miałem też burmistrzowi za złe, że nie zwrócił uwagi na przedwczesność medialnych enuncjacji o „niewielkich zmianach”, jakie w toku obróbki projekty budżetu przez radnych mogłyby w nim zajść. Była to moim zdaniem próba stworzenia pewnej presji na radnych, żeby faktycznie takich zmian nie zgłaszali. Jeśli rzeczywiście pan Krupowicz myśli, że radni odnośnie budżetu niczego nie mają zmieniać, to tak myśleć mu nie wypada. Powstrzymał się jednak od jakichkolwiek uwag na ten temat, zachowując się jak sądzę zbyt powściągliwie.

Innych istotnych uwag do projektu budżetu na rok 2016 nie zgłoszono. Jeżeli coś opuściłem, przepraszam, bazuję tylko na swojej pamięci i notatkach z sesji. Po zrelacjonowanych wypowiedziach w dyskusji Przewodniczący RM Łukasz Mituła zarządził głosowanie nad przyjęciem budżetu. Formalność została dopełniona niezwłocznie. Przy dwóch głosach wstrzymujących się i jednym przeciwnym (że też ja zawsze muszę mieć inne zdanie, niż normalni ludzie!) budżet uchwalono.

Uchwalono, ale problem zbłąkanych owieczek, niechętnie garnących się do reszty stada, jednak pozostał. Jak pisałem na początku, burmistrz Krupowicz dał im (może ostatnią?) szansę powrotu do grona prawomyślnej większości, składając trzy dni po sesji swoje świąteczne życzenia. Widocznie mu posesyjne zniesmaczenie tymi wilkami w owczej skórze („To nie ludzie – to wilki!” – patrz Jarząbek Wacław) wtedy jeszcze nie przeszło, skoro więcej miejsca zajęły w życzeniach czarne owce, niż zdrowa część trzódki. Jako dobry pasterz burmistrz po prostu musiał błądzącym po ojcowsku przyganić.

Podsumuję… Pozycja organu wykonawczego jest w Goleniowie tak mocna, że właściwie to on sam ustala sobie zadania, zarówno co do dochodów, jak i wydatków. Jego autorski projekt staje się bez zbytnich ceregieli obowiązującym budżetem, w czym wspiera go usłużnie większość Rady. Projekt przedstawiony Radzie przez burmistrza jest tak bardzo autorski, że wręcz obrazuje jego cechy charakteru. Zabawę w psychoanalizę pozostawiam jednak Szanownym Czytelnikom jako zajęcie na długie zimowe wieczory.  Myślę, że materiału do takich przemyśleń znajdziecie Państwo w moim wpisie aż nadto.

I jeszcze jedna sprawa: dlaczego o uchwalonym w grudniu budżecie piszę dopiero po miesiącu? Chyba da się to wyjaśnić tytułem niniejszego bloga, czyli „Piszę, co myślę”. Opisana sesja Rady Miejskiej wywołała we mnie raczej pewne osłupienie, smutek i długotrwały myślowy zastój, niż chęć do przemyśleń. Coś taki nadmiernie wrażliwy jestem. Musiałem nieco ochłonąć, odłożyć chęć analizowania na później. A jak nie ma myślenia, to i nie ma pisania. Logiczne, prawda?

 

Piwna bitwa, czyli dygresyjny świat ludzi pozytywnie zakręconych

09 sty
American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego  Fot.: Adam Zygmański

American Barley Wine wprost z polskiego browaru rzemieślniczego
Fot.: Adam Zygmański

To ja, Wasz Adam, Zygmański junior! Przez ostatnie dni zastanawiałem się intensywnie, jaki temat podjąć w obiecanym Wam felietonie. Nawet napisałem wstępną jego wersję. Pisałem późną, nocną porą (jak zwykle u Zygmańskich zresztą). A rano przeczytałem swoje wypociny i skasowałem je bez większego żalu. Chyba w czasie pisania miałem jakiś gorszy nastrój i tekst wyszedł mi ponury, smutny, złowrogi. Tematy jakieś ciężkie, trudne i przykre, a na koniec wysnułem mało pozytywne wnioski. O czym dokładnie przyszło mi pisać? Ano o ogólnej kondycji naszej cywilizacji, konfliktach międzykulturowych i politycznych. Czyli nic, na czym się znam. Żadnej Ameryki nie odkrywałem, a czytało się to wszystko ciężko. Nawet nie mrugnąłem okiem, gdy rano kasowałem plik z komputera. Dałem sobie kilka następnych dni na odkrycie nowej weny i oczyszczenie umysłu. No i w końcu… Dziś zadzwonił do mnie kolega, który podobnie jak ja para się domowym piwowarstwem. Dryndnął podczas swojej wizyty w Szczecinie, mieście co prawda wojewódzkim, które jednak nie ma opinii jakiejś wielkiej metropolii. Ot, takie tam miasto studenckie, o którym większość Polaków myśli, że leży nad morzem. Ponieważ rozmowa nasza dotyczyła, a jakże, piwa, wiadomości dostarczone mi przez kolegę Jarka zainteresowały mnie żywo i dały sporo do myślenia.

Jednak zanim opowiem o tym, czego dowiedziałem się od Jarka, słowo wstępu. Kiedy w zeszłym roku pisałem pierwszy raz o piwie i piwowarstwie domowym, w Goleniowie oprócz mnie zajmował się tym tematem jedynie mój wzmiankowany wyżej kolega, a dochodziły mnie słuchy o zainteresowaniu ze strony kolejnych kilku osób. Dzisiaj domowych piwowarów w Goleniowie jest co najmniej 5, a zainteresowanie jest znacznie większe. Może wydawać się, że to dalej niewielkie grono, ale przyrost jest ponad stuprocentowy,. Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że jeślibyśmy postanowili się zrzeszyć, okazało by się, że w naszym mieście liczebnie wcale wiele nie odbiegamy od liczby aktywnych członków rządzącej obecnie w kraju partii. :) Ale nie jestem złośliwy, a jakiekolwiek partie nie leżą w strefie moich zainteresowań.

American Wheat, co je Jarek zrobił Fot.: Jarosław Przytuła

American Wheat, co je Jarek zrobił
Fot.: Adam Zygmański

Wracając do piwa… Jak pisałem ostatnio, tylko od września 2015 nawarzyłem prawie 300 litrów piwa, w 7 różnych stylach. Jarek pewnie trochę mniej, jeśli chodzi o ilość, za to bardziej różnorodnie, jeśli chodzi o style piwne. Jego warki są prawie o połowę mniejsze, więc zajmują mniej fermentorów, co pozwala mu warzyć częściej. Nie pytałem go dokładnie, ale wydaje mi się, że od września 2015 warzył już kilkanaście razy. A przecież obaj warzyliśmy również przed wakacjami, kiedy to mieliśmy letnią przerwę i też nie próżnowaliśmy. Każdy z nas częstuje swoim piwem rodzinę i znajomych. Czasem nasze piwa trafiają do całkiem przypadkowych osób, wywołując pytania, wzbudzając zainteresowanie. Nigdy nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek wrogością, czy też lekceważeniem ze strony osób, którym wspominaliśmy o naszym hobby. Wręcz przeciwnie! Dużej ilości pytań zawsze towarzyszyła życzliwość, czasem nawet entuzjastyczne przyjęcie.

Zauważyć muszę jedną ważną rzecz: nasze piwa leżą na przeciwnym biegunie sensorycznych doznań w stosunku do najpopularniejszego w Polsce stylu piwnego, czyli Międzynarodowego Jasnego Lagera. Byłem przekonany, że przynajmniej u połowy poczęstowanych wzbudzi to grymas na twarzach, a piwo po prostu nie będzie im smakować, gdyż zbyt daleko odbiega od przeciętnego wyobrażenia o tym napoju w Polsce, utrwalonego przez piwne koncerny. Rozmiar mojej pomyłki był wielki. Często słyszałem bardzo pochlebne opinie na temat moich piw, które według mnie były zbyt goryczkowe dla osób pierwszy raz próbujących czegoś innego, niż asortyment dostępny w każdym spożywczaku w Goleniowie.

Imperial Stout prosto z Chicago Fot.: Adam Zygmański

Imperial Stout prosto z Chicago
Fot.: Adam Zygmański

Okazuje się, że marketingowcy wielkich koncernów są w błędzie. Mało komu odpowiada piwo o smaku wody, wyglądające jak siki i posiadające aromat rozgotowanej kukurydzy (i to jeśli już się jakiegoś aromatu doszukamy). Okazuje się, że znajomi Polacy lubią wyraziste smaki i są otwarci na nowości, nie bojąc się próbować czegoś nowego. Żeby nie popadać w hura-optymizm, po naszym Internecie krąży filmik, na którym znany w kraju koneser alkoholi, Pan Wiesław Wszywka, degustuje w pięknych okolicznościach przyrody piwa „regionalne”. Jedyna z testowanych próbek, którą uznaję za dobrej jakości komercyjny przykład rzemieślniczego piwa, wywołała w Panu Wiesławie reakcję wręcz alergiczną, a z jego ust padły słowa: „(…) jebuckonachmielone i czuć goryczom… Bardziej twarz wykręca, niżbym się napił spirytusu… He he he… Niektórzy lubiom gorycz, ja raczyj lubiem smak spirytusu.” Tak się trafiło, że Pan Wiesław łyknął sobie piwa w stylu Double American IPA, które rzeczywiście jest mocno chmielone amerykańskimi odmianami chmielu. Mimo wszystko nie spodziewałem się takiej reakcji po zawodniku kalibru Pana Wiesława. No, ale każdemu według gustu :) Zatem na pewno trafią się osoby, którym moje, Jarkowe, czy też naszych bardziej początkujących kolegów piwa, nie będą smakowały. I dobrze, bo każdemu według gustu!

To cudo zwało się Atari Zdjęcie: olx.pl

To cudo zwało się Atari
Zdjęcie: olx.pl

Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, którego już kiedyś doznałem. Zaraz je opiszę, poprzedzając trochę historyczną dygresją. Było to dawno, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pojawiły się w naszym pięknym kraju komputery personalne. Wiem, były już wcześniej! Tyle że dopiero w latach 90. ubiegłego wieku stały się dostępne dla przeciętnego Polaka. Nagle pośród młodych ludzi zapanowało szaleństwo przegrywania gier na kasety, biegania do „salonów”, regulowania głowic w magnetofonach i nerwowego oczekiwania w bezruchu na wgranie się programu do podręcznej pamięci naszych Timexów, ZX Spectrum, Atari, i najpopularniejszych chyba „komodorków”. A że gwałtownie nadrabialiśmy zaległości do cywilizowanych krajów, to zaraz potem pokazały się Amigi: 500, 600, 1200; potem pierwsze pecety, aż pewnego dnia obudziliśmy się w dobie Internetu, w społeczeństwie cyfrowym. Dwudziestoletni polski student, zapytany o walkmana, wzrusza ramionami w geście niewiedzy. A jak się znajdzie jakiś mądraliński, który słyszał o takim sprzęcie i zaczyna zgrywać cwaniaka, to wystarczy dać mu do ręki kasetę magnetofonową w pudełku i poprosić o włożenie jej do rzeczonego walkmana. Cwana mina szybko znika… Wspominam tą prehistorię, by zobrazować skalę przemian, którym zostaliśmy poddani w bardzo krótkim czasie. To była prawdziwa rewolucja, której byliśmy częścią.

... a tak wyglądała Amiga Zdjęcie: eab.abime.net

… a tak wyglądała Amiga
Zdjęcie: eab.abime.net

Już wracam do tego mojego wrażenia. W dobie opisanej komputerowej rewolucji codziennie odkrywałem coś nowego. Każdy dzień był dla mnie wyprawą do nieznanej krainy bitów, bajtów, dyskietek, dżojstików. Dzisiaj czuję się bardzo podobnie, choć z innej przyczyny. Znów mam to niezwykłe poczucie rozpalającej mnie ciekawości i dreszczyk oczekiwania na to, co wydarzy się jutro. Tym razem zżera mnie ciekawość dotycząca piwa i piwowarstwa. Tego domowego, ale też tego na większą skalę. Wiele bym dał, by móc spróbować swoich sił w warzeniu piwa w prawdziwym browarze. Jakże bym chciał, by piwo sygnowane moim nazwiskiem wylądowało na sklepowych półkach. Ciągnie mnie do zgłębiania tajników skomplikowanej sztuki piwowarskiej. A przede wszystkim, chciałbym ciągle odkrywać nowe piwa, ich smaki i aromaty.

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy Fot.: Adam Zygmański

Cicha fermentacja w chłodzie piwnicy
Fot.: Adam Zygmański

Popadłem więc w stan charakterystyczny dla członków familii Zygmańskich: dostałem jobla. Szczęśliwym trafem u mnie padło na piwo, bo przecież mogłem skończyć tak marnie, jak mój Szanowny Rodziciel, i zostać (tfu!) filatelistą! Pozostaje tylko cieszyć się i dziękować ślepemu losowi za popchnięcie mnie akurat w stronę napoju bogów. Mówię tak, gdyż zdaję sobie sprawę, że kochana małżonka jest sobie w stanie wytłumaczyć moje odchylenie od normy skłonnością do delikatnego pijaństwa :) Gdyby los rzucił mnie na mielizny filatelistyki, to rozwód miałbym gwarantowany. Jest tylko jedna kobieta na świecie, która może zachować względną normalność zamieszkując z facetem jarającym się, jak Rzym za Nerona, widokiem ostemplowanego znaczka pocztowego – Moja Szanowna Rodzicielka. A tak, mam spokój. Jeśli jakaś koleżanka mojej żony zapyta ją, co w wolnym czasie porabia mąż, po prostu powie, że żłopie piwo. Odpowiedź taka koleżance w zupełności wystarczy, pokiwa głową ze zrozumieniem i nie będzie drążyć tematu. Żłopanie piwa to najpopularniejsze męskie hobby na świecie. A gdyby musiała wyjaśniać, że oglądam znaczki pocztowe, to koleżanka postawiłaby oczy w słup, sama zostałaby tematem plotek i ploteczek, zaś z czasem jej życie towarzyskie uległo by trwałemu rozpadowi, czemu zapewne winny byłbym ja…

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni Fot.: Adam Zygmański

Filtracja brzeczki na podłodze w kuchni
Fot.: Adam Zygmański

Zostawmy już moją biedną małżonkę, jak i tą nieszczęsną filatelistykę wraz z jej ofiarami. Mam cichą nadzieję, że jak w przypadku rewolucji komputerowej, tak w przypadku tej piwnej podążymy w tym samym kierunku, co państwa zachodniej Europy lub Ameryki Północnej. Chciałbym, żeby w każdym polskim mieście i miasteczku był lokalny browar. I żeby w każdym takim przybytku można było spróbować unikalnego w smaku i aromacie piwa, za którym stałby znany z imienia i nazwiska piwowar, dumny ze swojej ciężkiej, a tak społecznie niezbędnej pracy. Czy moje marzenia mają szansę się spełnić? Mam przekonanie graniczące z pewnością, że tak, w ciągu najbliższych 20 lat.

Na tym polega piwna bitwa Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Na tym polega piwna bitwa
Zdjęcie: warszawa.naszemiasto.pl

Czas powrócić do mojej z Jarkiem, rozmowy telefonicznej! Otóż, Jarosław zadzwonił do mnie z lokalu. Z lokalu w Szczecinie, w którym właśnie odbywała się bitwa piwna. I nie chodzi tu o potyczkę na pięści, nogi i sztachety dwóch zdopingowanych piwem, wrogo nastawionych do siebie grup mężczyzn. Taka bitwa piwna polega na starciu dwóch piwowarów domowych, którzy w życzliwym lokalu pojawiają się w tym samym czasie, przynosząc swoje piwo, uwarzone w ustalonym wcześniej stylu. Przynoszą tego piwa dużo, częstując nim gości lokalu, ci zaś wybierają poprzez głosowanie, który piwowar uwarzył lepsze piwo. Częstują, czyli nie trzeba za piwo płacić. :) Zwycięzca głosowania zyskuje chwałę i dumnie pręży pierś. Coś pięknego! A co jest jeszcze piękniejsze? Kiedy Jarek do mnie dzwonił, to słyszałem, że lokal tętni wręcz życiem. Było głośno, wesoło i sympatycznie. W czasach, kiedy coraz częściej unikamy spotkań „w realu”, przenosząc swoje życie towarzyskie w wirtualne odmęty Internetu, należy doceniać wszystko, co przyciąga ludzi do siebie, co pozwala im wymieniać poglądy i nawiązywać rzeczywiste znajomości. Nawet, jeśli tym elementem przyciągającym jest darmowe piwo. :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się, Drodzy Czytelnicy, życząc wszystkiego co najlepsze, a zwłaszcza najlepszego piwa!!! Wasz Adam Zygmański

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Nasz najlepszy Sylwester

31 gru
Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok! Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Szampan już czeka, jeszcze tylko minuta i Nowy Rok!
Zdjęcie: bezpieczna-podroz.pl

Mając w perspektywie dzisiejsze szaleństwo sylwestrowej nocy, tak sobie żeśmy z żonką powspominali dawne, panie dziejaszku, zabawy do białego rana. A choć było co wspominać, bo przecież przez wspólne 32 lata co roku jakoś żeśmy tę noc przebalowali, to jednogłośnie za najlepszą zabawę uznaliśmy Sylwester Anno Domini 1997. To znaczy, najpierw szybciutko ustaliliśmy, o którą imprezę chodziło. A później znacznie dłużej dyskutowaliśmy nad datą, nie będąc jej jakoś całkowicie pewni. Nie ukrywajmy, pamięć już nie ta…

Dla jasności: znaczna większość Sylwestrów była bardzo udana. Obojętnie, czy na dużym balu, czy też w warunkach blokowej prywatki. Przede wszystkim dzięki ludziom, z którym razem przyszło czekać na Nowy Rok. Przez dobre i wesołe towarzystwo i bardzo znajomych, i bardzo nieznajomych. Ci drudzy nieraz dobrymi znajomymi zostawali na długo, bo to też specyfika noworocznych spotkań. I to chyba było najważniejsze dla miłego spędzenia tej jedynej w roku nocy. Choć oczywiście kojarzy się ona także z dobrym jedzeniem, nie przeszkadzającym w konsumpcji dobrego alkoholu, który dla odmiany nigdy nie był przeszkodą w tańczeniu do upadłego.

Mojej żonie, która w poprzednim wcieleniu nazywała się prawdopodobnie Isadora Duncan, zachwyt samców nad jej tanecznym talentem nigdy specjalnie nie przeszkadzał. Mi też nie, niech chłopiska sobie trochę pozazdroszczą, że to nie ich żona. Ale nawet ja, normalnie taneczna siermięga, na tą jedną noc zamieniam się w fordansera, co to damy nawet czubkiem buta nie przydepnie, ramę trzyma jak Pudzian, a w czuciu rytmu Travolcie mógłby korepetycji udzielać. W śpiewaniu, jakoś zawsze na Sylwestra obowiązkowym, kompleksów tym bardziej nie odczuwam. A że jestem głuchy? Nawet lepiej, skoro mogę sobie pośpiewać nie ryzykując słuchania, gdyby coś poszło nie tak.

Wisienką na torcie każdego Sylwestra i jego specjalnością jest północne odliczanie ostatnich chwil Starego Roku i zachwyt, że właśnie narodził się Nowy. Nie wiem czemu nas taka radość ogarnia, skoro właśnie przeskoczyła nam data i znów zestarzeliśmy się, ale naprawdę zawsze czekamy na ten moment. A najbardziej lubię krążenie z butelką szampana od jednego znajomego-nieznajomego do drugiego, żeby nikogo nie przeoczyć przy życzeniach na Nowy Rok. Na dużych imprezach, takich na kilkaset osób, ta atrakcja zwykle rozciągała się do kilku godzin. Często-gęsto bywa ona okazją, żeby sobie w końcu przypomnieć, skąd ja tą sympatyczną mordę właściwie znam.

- Dobra, znamy to wszyscy – powiecie. – Ale czemu właśnie ta zabawa z Sylwestra roku 1997 tak wam obojgu trafiła w gust? Może da się ten patent kupić i powtórzyć sukces w przyszłości? – zapytacie. Z góry uprzedzę, że niestety nie. Zapewne jeszcze niejednego dobrego Sylwka zaliczymy, ale tamtego powtórzyć się nie da. Z powodu zasadniczego – nie będzie już Sylwestra w tym miejscu. Mianowicie był to nasz jedyny Nowy Rok… w szkole. Zabijcie mnie, nie powiem, w której.

Wiem, zgroza! Dziś nie do pomyślenia. Że kiedyś można było zrobić alkoholową zabawę dorosłych w Świątyni Edukacji? Brukać ukochane szkoły nasze rozpasanymi tańcami i wyuzdanym pijackim zawodzeniem?! Sączyć umiłowanym dziateczkom zdradziecki jad C2H5OH, z którym nigdy za maleńkości swojej do czynienia mieć nie powinny, nawet przez siedzenie w miejscu, w którym kilka dni wcześniej jacyś rozpustnicy upajali się na umór?!!! Jakież to były barbarzyńskie czasy, no nie do pomyślenia! Jak dobrze, że ktoś to w końcu ukrócił! Kiedyś komuna lud rozpijała, bo go chciała upodlić i mózgi ludziom rozmiękczyć, ale na całe szczęście w wolnej Polsce ktoś położył tamę takim niecnym knowaniom i zabronił ohydnej rozpusty w świętych murach, w których dziatwa ma chłonąć ożywczy tlen wiedzy wszelakiej.

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Wojciech Jaruzelski chroni nas przed alkoholem do dziś
Zdjecie: wiadomosci.wp.pl

Troszkę muszę ostudzić tak myślących. Otóż jedyną podstawą prawną obowiązujących zakazów spożywania alkoholu w szkole jest art. 14 ust.1 pkt. 1 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. W tym zacnym przepisie zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo–wychowawczych. Czyli to środeczek stanu wojennego (trwającego od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983) przyniósł ratunek dziateczkom, dotąd do woli rozpijanym w szkołach. Zapewne przewrotny generał Jaruzelski, powszechnie znany jako całkowity abstynent alkoholowy, pisał to prawo własną ręką. I jak to w stanie wojennym, intencje na pewno miał kaprawe, gdyż do zniszczenia Polskości na wszelkie sposoby nikczemnie dążył on.

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Kartki nie były tylko na mięso. Najważniejszy odcinek w dolnym prawym rogu
Zdjęcie: abc.wiadomosci.gazeta.pl

Młodszej części Czytelników zapodam, a starszej zapewne przypomnę tylko, że przeciętny Polak miał wtedy dwa źródła pozyskania alkoholu. Jedno legalne, acz bardzo niewydajne – zakup w sklepie, po uprzednim wyrżnięciu kuponu na przysługującą na jednego dorosłego człowieka 0,5 l butelczynę. RAZ NA MIESIĄC! W kraju, w którym statystycznie na łeb każdego mieszkańca rocznie spożywało się wtedy 11 l czystego spirytusu! Jak więc taką normę można było legalnie wyrobić? Nie było można!

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber Zdjęcie: rozmaitosci.com

Super broń do walki ze stanem wojennym. Tym robi się bimber
Zdjęcie: rozmaitosci.com

Od tego był drugi sposób, nielegalny. Otóż pijący naród zszedł do podziemia, walcząc z podłym generałem za pomocą starożytnego sposobu – produkując bimber. Krzakówka, księżycówka, samogon, berbelucha, koniak pędzony nocą lub wiejska wódka wyborowa – to tylko kilka z popularnych nazw tego trunku. Wydaje się, że właśnie dzięki niemu duża część naszego społeczeństwa przetrwała ciemną noc stanu wojennego. Popularny wtedy kawał relacjonował rozmowę dwóch znajomych spotykających się na ulicy tak: – Cześć. Gdzie pędzisz? – W piwnicy.

Aha, jeszcze na inny sposób walczono z wrednym wojennym prawem. Otóż powszechnie się do niego nie stosowano. Po prostu je olewano. Ono sobie było, czasem nawet pokazowo kogoś karano za jego niestosowanie, ale imieniny, urodziny, Sylwka czy inne takie okazje organizowano… w pracy, w remizie, w świetlicy wiejskiej, w szkole. Bo gdzie, skoro ludzie chcieli się spotykać, a gdzie indziej nie było miejsca? No, nie w godzinach pracy, po niej, albo w łykend. Za cichą wiedzą szefa, który sam w imprezie uczestniczył, ale bez oficjalnej zgody. Żeby nikt zbyt dosłownie traktujący prawo nie mógł zarzucić, że szef nie tylko do picia namawia, ale jeszcze to picie swoją osobą namaszcza i organizuje. Zresztą, alkohol przelewano w butelki od oranżady, i już nikt nie mógł się przyczepić. Miejsce zbrodni oczywiście musiało być na końcu zawsze dokładnie posprzątane i idealnie przywrócone do codziennej używalności. Ani do głowy nikomu nie przychodziło, że taka działalność rzeczywiście narusza intencje przytoczonego przepisu. Bo co naprawdę w tym złego?

Tych przepisów po prostu nie traktowano dosłownie. Miały chronić osobę postronną (klienta, petenta, ucznia, itp.) przed niepożądanym kontaktem z alkoholem. I chroniły. Bo w tych miejscach w obecności podobnych osób nigdy wcześniej alkoholu i tak nie było. Nikt przecież w szkolnym sklepiku nie sprzedawał piwa, nie podawano wina do obiadu w zakładowej stołówce, za picie wódki w pracy zawsze można było wylecieć dyscyplinarnie. Czy zatem spożywanie alkoholu na zamkniętej imprezie uwłaczło instytucji, która w tym czasie byłaby po prostu zamknięta na cztery spusty?

Jak na przykład mogło wpłynąć negatywnie na ucznia szkoły, którego w trakcie tych gorszących scen tam nie było? Czy ktoś z lubością opowiadał perwersyjne szczegóły scenariusza zdarzenia? Czy po posprzątaniu wszystkich pozostałości po imprezie niewinna dziatwa miała jakiś problem ze skupieniem się na nauce, bo szatan wciąż czaił się w ścianach i szeptał obleśnie niewiniątkom do uszek: – Nie ucz się Jasiu, bo w sobotę na imprezie w tej sali były tańce. Pan Dyrektor spoconymi łapskami obściskiwał wtedy chętną kibić twojej pani, przez co zgnilizny moralnej pełną teraz jest. A w auli na stołach obok talerzy z bigosem i schabowym stały butelki! No wiesz Jasiu, takie jak te, co je widujesz w domu na stole, kiedy mamusia ma imieniny. Teraz pewnie ty też będziesz chciał to samo co oni robić w szkole?

Przepraszam, że się naśmiewam, ale poważnie mówiąc, nie potrafię znaleźć nic gorszącego. Bo nie dziwi mnie, że dorośli ludzie czasami chcą się pobawić, a nie mają gdzie. Nie jestem zaskoczony, że na świecie jest alkohol, bo towarzyszy ludzkości od jej zarania. Abstynencja jest czymś chwalebnym jako zasada, lecz kulturalnie spożywany alkohol w nienadmiernych ilościach jest dla ludzi. Bądźmy realistami – alkohol jest na świecie. Każdy powinien mieć także prawo odmówienia spożywania, bo to jego wybór. Gdyby nie walczyć z nim poprzez zakazy, a przez propagowanie dobrych wzorców jego spożycia, zapewne uzyskano by znacznie lepsze rezultaty. Trudniejsze to, bo bardziej żmudne i wymaga więcej wysiłku, finezji, dobrej woli. Jednak u nas często rządzący idą po linii najmniejszego oporu. A coś mi się widzi, że próbują tu tylko zagłuszać swoją zwykłą bezczynność i brak pomysłów. Przecież zakazałem, więc ręce mam czyste.

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Tak walczono z alkoholem. Ze ścieku też można go było wypić
Zdjęcie: historia.newsweek.pl

Przykład złego skutkowania zakazów alkoholowych mam z życia, dość wymowny. Otóż w USA 16 stycznia 1919 r. wprowadzono poprawką do Konstytucji zakaz sprzedaży, transportu i wyrabiania alkoholu, czyli tak zwaną prohibicję. Doprowadziła ona szybko do rozkwitu wszelakiej przestępczości związanej z alkoholem, której symbolem stał się sławny gangster Al. Capone. W okresie trwania prohibicji przestępczość urosła do nigdy wcześniej nie spotykanych rozmiarów, zaś strzelaniny walczących ze sobą o krociowe zyski bandziorów były normalnymi obrazkami z ulic amerykańskich miast. Rosła korupcja, niewinni ludzie ginęli jako ofiary gangsterskich wojen, zaś alkoholizm wcale nie malał. Próbowano z nim walczyć przez zatruwanie sprzedawanego nielegalnie alkoholu. Tylko z tego powodu w Stanach umarło 10 tysięcy osób.

Pewne zalety prohibicji dały się zauważać, lecz były one znikome wobec przeważających wad. Zrobił na tym w roku 1933 polityczny interes kandydat na prezydenta USA Franklin Roosevelt, który oparł swą kampanię na hasłach walki z prohibicją. Wielka musiała być nienawiść ludzi do tego prawa, skoro w ten sposób Roosevelt pokonał kontrkandydata bez większego problemu. Po wygraniu wyborów natychmiast doprowadził do zniesienia prohibicji, co nastąpiło poprzez wprowadzenia do Konstytucji USA poprawki nr 21. To za tą poprawkę do dziś wznoszą wdzięczni Amerykanie toasty na każdej imprezie.

Co zatem stało się u nas, że zakazy od początku martwe, nagle około roku 1998 zaczęły być w praktyce honorowane? W kraju już wolnym, nie w stanie wojennym, przy całym naszym słynnym polskim indywidualizmie i braku poszanowania praw? Nie wiem, to temat dla rozpraw socjologicznych. Wiem natomiast, jak to było w praktyce u nas. Otóż gdzieś przed Sylwestrem 1998 r. dyrektorki szkół gminy Goleniów dostały od pewnego wysoko postawionego urzędnika gminy proste pismo, przypominające treść zacytowanego wcześniej przepisu. Nie zapytały, czemu ktoś przypomina dość długo już obowiązujący przepis, tylko dotarło do nich: nie wynajmować! Zrozumcie, po co się miały narażać legalistycznemu urzędnikowi? Nie wynajęły i pewnie już nigdy nie wynajmą. Nawet na bezalkoholowy bal starych panien. Na wszelki wypadek.

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią... Zdjęcie: woleto.pl

Z podobnych spraw da się zbudować alternatywną nudną rzeczywistość. Pozwólmy nadgorliwcom, a oni to zrobią…
Zdjęcie: woleto.pl

Może nad tym nadgorliwcem stał jakiś inny nadgorliwiec, pragnący popisać się skutecznością w walce ze złem? A może była to samodzielna obrona profilaktyczna, żeby samemu nie narazić się na podpadnięcie komuś bardzo dosłownie pojmującemu nadgorliwe prawo, zrodzone w innej epoce? Mało mnie to obchodzi, ważny jest skutek. Dzięki temu nadgorliwcowi i powszechnemu prawu ochrony własnej dupy, nawet gdy jej nikt nie atakuje, ilość miejsc dla zorganizowania miłej imprezy w kameralnych warunkach znacznie w Goleniowie i w okolicy zmalała, zaś ponuractwo zwiększyło zasięg swojego występowania. Nie na darmo mówi się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu…

Wracając więc do naszego najlepszego Sylwestra 1997, co tak bardzo złego żeśmy tam robili i czego nagannego mamy się wstydzić, że aż zakazać to było trzeba? Dorośli ludzie, których nikt do tego nie zmuszał, złożyli się na wspólną imprezę, wynajęli szkolne pomieszczenia, obsługę, miejsce do tańca i siedzenia. Założyli ładne stroje, pobawili się razem przez klika godzin. Szkolne kucharki w szkolnej kuchni przygotowały dobre jedzenie, za co dostały wynagrodzenie. Każdy przyniósł ze sobą tyle trunkowości, ile uznał za stosowne. Nie był to absolutnie jakiś najważniejszy temat, bo wspominamy przecież wspaniałą zabawę ze wspaniałymi ludźmi, najlepszego Sylwestra spośród ponad 30. Pożartowaliśmy, pośmialiśmy się, potańczyliśmy, pośpiewaliśmy do białego rana, wróciliśmy zmęczeni, lecz szczęśliwi. Spędziliśmy mile czas, czego i wam wszystkim serdecznie i bezwstydnie życzę na dzisiejszej zabawie sylwestrowej.

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna. Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

To my na naszym najlepszym Sylwestrze. Je ten upocony, Bogusia ta piękna.
Zdjęcie z własnego archiwum rodzinnego

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Niemoc twórcza

23 gru
Niemoc twórcza to nie wymysł Zdjęcie: belgiumresearch.be

Niemoc twórcza to nie wymysł
Zdjęcie: belgiumresearch.be

Szanowni Czytelnicy!

Jak zwykle jest godzina późna, gdy piszę te słowa. Zawsze piszę nocą, więc jest właśnie 4.13. Sam jeszcze przechodzę (kończący się!) kryzys pisarski, stąd dziś zamieszczam gościnnie wpis mojego Szanownego Syna, Imć Adama Zygmańskiego. W ostatnią niedzielę spotkał mnie na tak zwanej „siatkówce” i zaczął wypytywać o moją ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś mu tam przebąkiwałem w odpowiedzi, na co pokiwał głową bez zbytniego zrozumienia. Ostrzegł mnie, że jak ja słabuję, to on coś gościnnie napisze. Jak zapowiedział, tak zrobił. A ja to z ulgą publikuję. Z ulgą, bo to teraz ja będę mógł mu na końcu coś dopisać, a nie wymyślać cały wpis.

Zatem rezerwuję sobie troszeczkę miejsca z tyłu, po synalkowym pisaniu, a teraz poczytajcie to, co mu wyskoczyło z klawiatury:

Szanowni Czytelnicy!

Jest godzina bardzo późna, gdy piszę te słowa… Nie wiem dokładnie, która to już, ale na pewno dobrze po północy. Kilka przyczyn powoduje, że o tej właśnie porze mam ochotę sklecić dla Was te parę słów.

Cytując klasyka, po pierwsze Primo…

Dzisiaj spotkałem na tak zwanej „siatkówce”, mojego Szanownego Rodziciela, imć Ireneusza Zygmańskiego. W trakcie dysputy zapytałem wyżej wymienionego, co spowodowało jego ponad miesięczną niemoc twórczą. Coś tam przebąkiwał o braku czasu, nawale obowiązków, braku możliwości i takie tam, cytując kolejnego klasyka, pierdu… pierdu… Postanowiłem zatem uratować godność tegoż bloga, pisząc parę ożywczych słów, które może przywrócą odrobinę zainteresowania tą skromną stroną.

Po drugie primo…

Ale nawarzył piwa... Zdjęcie: www.tvr24.pl

Ale nawarzył piwa…
Zdjęcie: www.tvr24.pl

We wrześniu tego roku rozpoczął się kolejny sezon warzelniczy. Licząc szybko, do dnia dzisiejszego zdołałem od tego czasu uwarzyć 268 litrów piwa, czyli 536 butelek 0,5 l… Dodam tylko, że w tej ilości zawarłem 7 różnych stylów piwnych, od dosyć mocno chmielonego American Pale Ale zaczynając, przez przekraczający wszelkie granice Imperial Stout i łagodny Fruit Beer, a na świątecznym Spice Beer i klasycznym Belgian Dubbel kończąc. W planach jeszcze przed końcem roku jest „klon” Guinness Draught. Mam zamiar osiągnąć jak największe podobieństwo smaku i aromatu, do tego wzorca dry stouta, co wcale nie jest łatwe. Co więcej, w 2016 roku planuję wystawić co najmniej 3 piwa w V Szczecińskim Konkursie Piw Domowych, który jest zaliczany do klasyfikacji Grand Prix Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Mam bardzo ambitne plany i zamierzam je wypełnić, co najmniej w 100 procentach…

A wreszcie, po trzecie Primo Ultimo…

Mamy nowe dziecko!  Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Mamy nowe dziecko!
Zdjęcie: wiadomości.wp.pl

Dokładnie 11 grudnia 2015, o godzinie 09.20, narodziła się moja druga córka. Dziewczę ważyło 3170 gram i miało, według kilkukrotnych pomiarów jakieś 54 centymetry wzrostu. Poza tym wystarczy powiedzieć, że jest piękna, wspaniała i idealna :) Jakieś ładne mi te córki wychodzą… Na uwagę zasługuje fakt, iż Lea, bo tak jej na imię, urodziła się dokładnie 32 lata po swoim tatusiu. Tak!!! Mamy urodziny tego samego dnia! Nieskromnie mówiąc, wycelowałem dosyć precyzyjnie :) Dodam tylko, że mimo małej wagi i rozmiarów (pierwsza córa miała 57 centymetrów i prawie 4000 gram), dziewczę jest żarłoczne i rośnie z każdym dniem. No i muszę to powtórzyć: jest piękna!!! Jedyne co mogę zrobić, to podziękować mojej żonie, za ten niebywały prezent urodzinowy. Nie mogłem się spodziewać niczego lepszego i jestem Ci Kochanie niesamowicie i niewysłowienie wdzięczny…

O tym wszystkim chcę Wam opowiedzieć w najbliższym czasie. Ponieważ, jak wspomniałem na początku tego tekstu, mam zamiar ożywić tą podupadającą już stronę, oficjalnie zapowiadam, że w przeciągu tygodnia napiszę kolejny, znacznie obszerniejszy tekst, który, mam nadzieję, spodoba się Czytelnikom na tyle, że dadzą memu Rodzicielowi szansę na odkupienie grzechu zaniechania i jeszcze nie raz zajrzą tutaj, w poszukiwaniu ciekawych treści.

Pozdrawiam serdecznie,

Adam Zygmański

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego Zdjęcie: thepolandtimes.com

Świąteczny toast Adama Zygmańskiego
Zdjęcie: thepolandtimes.com

P. S. Nie jestem zbytnio religijny, ale życzę Wam wszystkim spokoju i co najmniej tyle szczęścia, ile ja otrzymałem w ostatnich dniach. Wesołych, spokojnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia!!!

Tyle syn mój. Cieszę się, że on się cieszy, bo ma z czego. Popieram jego sukcesy, przecież troszkę się do nich przyczyniłem. Nie byłby szczęśliwym ojcem, gdybym to ja nim najpierw kiedyś nie został. Zatem dzięki właściwemu podejściu do obowiązków rodzinnych ponownie możemy kontemplować swoje role ojca i dziadka. Piwo też powstaje w pewnej części dlatego, że ja i inni poczęstowani pochwalili szczerze produkcję mego syna. Ostrożnie chciałbym jednak zauważyć, że coś ci synu jakby mięsień piwny nieco ostatnio urósł…

Oczywiście cieszę się też, że mam tak dobre, uczynne i chętne do pomocy dziecko. Już samo to, że wykazujesz synu tyle optymizmu i wiary w siebie, daje mi pozytywnego kopa do dalszego pisania. Czyż nie cieplej na sercu się robi, że komuś jest dobrze? Zaś niemoc twórcza… To sprawa nieco bardziej skomplikowana. Problem w tym, że wszystkie podane Adamowi, a tak lekceważąco przez niego potraktowane powody braku nowych wpisów są prawdziwe, lecz tylko częściowo coś tłumaczą. Nie chcę mnożyć nieszczęść, lecz szczerze mówiąc dołuje mnie ta końcówka roku okrutnie. Jednak główną przyczyną mojego milczenia było coś innego – niechęć do myślenia o tym, o czym chciałbym naprawdę napisać. Biorąca się z poczucia rzucania grochem o ścianę. Z obawy, czy to kogokolwiek zainteresuje. Bo te moje myśli są raczej pesymistyczne i do czarnowidztwa nastrajają, nie zaś do pogodnego spoglądania w przyszłość.

Ponieważ jednak nie tylko moja latorośl namawia mnie do dalszego drążenia na blogu dotychczasowych tematów (usłyszałem podobny tekst od co najmniej kilkunastu osób), pora przełamać zwątpienie w sens zmiany świata na lepszy i poczuć ponownie przymus pisania. Zapowiadam zatem w najbliższym czasie kilka aktualności z nieco zarośniętego chwastami poletka goleniowskiego samorządu. Obiecuję, że nudno nie będzie.

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę! Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

A może jeszcze spadłby śnieg? To tego też życzę!
Zdjęcie: srebrnaagrafka.pl

Przyłączam się oczywiście do synowskich życzeń świątecznych dla wszystkich Szanownych Czytających. Spędźcie Święta z rodzinami, odwiedźcie tych, których dawno nie widzieliście, uśmiechajcie się do siebie i mówcie sobie dobre rzeczy. A do tych, których nie możecie spotkać, wyślijcie kartki świąteczne. Prawdziwe, na papierze, pocztą! Czy to nie milsze, niż oklepany SMS, zapychający razem z 500 innymi pamięć naszych telefonów?  

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Występy gościnne

 

Nasza pogoda na sukces

03 lis
Najlepsze, bo z Polski grafika: www.maxmedia.org.pl

Najlepsze, bo z Polski
grafika: www.maxmedia.org.pl

I znów muszę się pokajać za długie milczenie. Beztrosko wszystko zwalę na żonę, to jej wina. Ośmieliła się pojechać na miesiąc do sanatorium, przez co mój czas na pisanie skurczył się do zera. Poza normalną pracą zawodową i obowiązkami radnego ten miesiąc spędziłem na czynnościach, które zwykle dzielimy między siebie (w mniejszym lub większym stopniu). A tak od rana do wieczora: latałem po sklepach (rowerem, mimo przestróg pesymistów po przygodzie Pana X), gotowałem (czasem nawet dwudaniowe obiadki), prałem (skarpetki ręcznie, resztę robiła pralka), zmywałem (ręcznie!), podlewałem kwiatki, odkurzałem, sprzątałem, com nabałaganił i tym podobne. Wszystko zrobiłem na czas i zgodnie z harmonogramem, który zostawiła żona. Kilku niezapowiedzianym kontrolom nie udało się mnie przyłapać na żadnej wpadce. Ba, udało się nawet wykonać parę zadań, których żonina rozpiska nie przewidywała. Wiem, żadne bohaterstwo, każdy stary kawaler to potrafi. A ja wręcz większość wymienionych prac lubię. No, jeszcze przecież wybierałem parlament.

Ale w tym samym czasie udało mi się pozbierać i przerobić na nalewki kilka kilo pigwy, ponad 10 kg pigwowca, wiadro berberysu, że o jabłkach, dzikiej róży i winogronach nie wspomnę (bo te zerwali dzielni rodzinni pomagierzy – ja tylko przerabiam). Jeśli ktoś z Was  kiedyś pokroił własnoręcznie choćby kilogram owoców pigwowca wie, że to robota żmudna i wymagająca siły, choć przede wszystkim cierpliwości. Aha, grzyby! Zbierałem je kilkakrotnie (z różnym skutkiem, choć jeden dzień był naprawdę rekordowy). Oczyściłem wszystkie własnoręcznie, oczywista. Tak że w sumie – domowy bohater. Brawo ja!

Przyznam, że nawet próbowałem w tym czasie coś napisać. Niestety, wszystkie podejścia zakończyły się pobudką nad ranem z nosem w klawiaturze komputera, zaś wyprodukowane wypociny nie nadawały się do niczego. Nie miałem też nawet chęci czytać o tym, co się na świecie dzieje, oczy mi się same zamykały prawie automatycznie. Zaś w Polsce… działy się wybory. Kampania wyborcza odstręczała mnie swoją dwubiegunowością: jedni chwalili się znakomitymi osiągnięciami, uzasadniającymi pozostawienie ich u steru władzy, drudzy zaś wskazywali bezmiar porażki obecnie rządzących, co oczywiście motywowało pilną potrzebę odebrania im władzy i przekazania w ręce nowych sił. Jedyną radą było wyłączenie się z tego hałasu, by ocalić własną głowę od niechybnego rozpadu na dwie połówki. Lecz gdzieś głębiej kołatało się takie pytanie: gdzie leży prawda? Ma nasz kraj sukces, czy nie?

Skoro jest już po wyborach, a przede wszystkim żona wróciła, po pierwszych powitalnych radościach udało mi się w końcu przeczytać spokojnie wiadomości z kilku kolejnych dni. I cóż moje zdumione piękne oczy skonstatowały? Wielka jest mądrość nam miłościwie panujących! Ano, rzeczywiście po wyborach żyjemy już w nowej Polsce. Jeszcze nie umilkły korki strzelającego szampana, jeszcze się zwycięzcy za tworzenie rządu nawet porządnie nie zabrali, jeszcze ani pokłócić się nie zdążyli, a my już mamy same sukcesy! I to takie, jakich nigdy w historii naszego kraju jeszcze nie odnieśliśmy. Właśnie one skłoniły mnie do napisania o tym nowego felietonu. Niektórzy blogowi komentatorzy i znajomi spoza bloga namawiali mnie wprawdzie do komentowania wyników wyborczych, ale to nie moje pole. Niczego ważnego do powiedzenia w tej sprawie nie mam, posłuchajcie lepiej opinii prawdziwych ekspertów od polityki.  

Co do wspomnianych sukcesów, ani myślę sobie stroić tanie żarciki. Te dokonania są moim zdaniem realne, pokazują Polskę jako kraj wiodący w szerokim spektrum tego, co się w świecie liczy. Cóż więc dziś świat docenia? Czym się próbujemy chwalić przed innymi i za co inni nas chwalą? Z czego Polacy powinni być dumni, czym się powinni szczycić, jak wyróżnić swoje miejsce w rosnącym wciąż szeregu państw świata? No i przed kim chcemy się chwalić? Z konieczności traktatu naukowego o tym nie napiszę (bo Wy, Szacowni Czytelnicy, z pewnością go nie przeczytacie), tezy swe udowodnię zatem pobieżnie. Felieton zresztą żelaznych dowodów nie wymaga, byle autor nie odbiegł znacząco od prawdy. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że miary sukcesu ewoluują, są zmienne, różne w różnych czasach. Dlatego zacznę  od podbudowy historycznej.

Nie sięgnę w badaniach daleko, zaledwie do roku 1969. Udam, że oburzonych głosów nie usłyszałem. Bo jak, do „niesuwerennego państwa pod okupacją sowiecką” (jak dziś wielu to określa), do „szesnastej republiki Związku Sowieckiego” (jak chcą inni) wracać? Lecz gdzie szukać punktu odniesienia, skoro to ma być refleksja historyczna – zapytam? Uważam tę datę za dobry moment wyjściowy do porównań z czasami bliższymi obecnej chwili. Okres dość zgrzebnego socjalizmu, przed rozpasaniem „propagandy sukcesu średniego Gierka”, czyli przed połową lat 70. XX wieku. Był to czas dobry na podsumowania i chwalenie się, okrągła rocznica istnienia Polskiej Republiki Ludowej. Ponadto żyje jeszcze wielu Polaków pamiętających tamtą rzeczywistość, może więc ta reminiscencja coś im nasunie. Młodszym natomiast pozwoli lepiej zrozumieć swoich dziadków i ojców. Czym więc w czasach „schyłkowego Gomułki” chwaliła się nasza propaganda?

Jako filatelista posłużę się przykładem z tej dziedziny. Znaczki pocztowe, poza licznymi bardzo praktycznymi zastosowaniami, niemal od narodzin w roku 1840 były przecież narzędziem propagandy. PRL wykorzystywała je do tego często i nachalnie, obecna RP także to czyni, choć nieco delikatniej. Zatem łopatologicznie: dnia 21 lipca 1969 r., w przeddzień 25. rocznicy powstania PRL, poczta polska wypuściła okolicznościową serię 9 znaczków. Cztery z nich opiewały sukcesy ówczesnego państwa. Projektował je dobry artysta Franciszek Winiarski, autor wielu plakatów, znany twórca polskich znaczków, trzymając się wiernie stylu propagandowego tamtej epoki. Nakłady tych znaczków były duże, po 5,8 mln sztuk każdy, nominał identyczny – 60 gr. Znaczki za 60 gr naklejano wtedy na zwykły list krajowy. Łatwo o wniosek, że przeznaczone były dla „klienta wewnętrznego”, mieszkańca naszego kraju. To jemu miały te znaczki meblować w głowie właściwy stosunek do sukcesów „socjalistycznej ojczyzny”. To nie „na eksport”, na zewnątrz? Nie, bo po co? Jedni „zewnętrzni” tamtą Polskę kochać i tak musieli (jak my ZSRR i innych przyjaciół z tej paczki), drudzy (ci z Zachodu) i tak by nas za chwalone sukcesy nie polubili. Czym się wtedy państwo przed obywatelem chwaliło? Otóż tylko silną gospodarką, zmierzającą w stronę pierwszej dziesiątki światowych potęg (to już jednak ogłoszono dopiero za Gierka).

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu węgla kamiennego
fot. Ireneusz Zygmański

Po pierwsze obywatele mieli być wniebowzięci z powodu wydobycie węgla kamiennego. Na znaczku dumny górnik wpatruje się radośnie w biało-czerwoną krechę symbolizującą 5. miejsce na świecie w produkcji czarnego złota. W roku 1970 wyciągano w Polsce na górę 140,1 mln ton, co i tak było mało wobec rekordowego wydobycia 193,1 mln w roku 1980. Współczesność jest w tej dziedzinie daleko z tyłu: 2001 – 102,5 mln ton, 2008 – 78,0 mln ton, 2013 – 77,1 mln ton.  W 2001 r. Polska w wydobyciu węgla kamiennego zajmowała bardzo wysokie 2. miejsce w Europie oraz 7. na świecie,  w 2008 – 9. pozycję na świecie. W dalszych latach tendencja była nadal spadkowa, a lokata światowa poniżej dziesiątej. Górnictwo węglowe jest dziś passé, jak i sam węgiel, uznawany za nieekologiczne i brudne paliwo. Już się nim nie chwalimy, a i z kopalniami same problemy.

Potęga w wydobyciu siarki fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w wydobyciu siarki
fot. Ireneusz Zygmański

Po drugie mieliśmy być dumni z wydobycia siarki. Widoczny na obrazku górnik niemal wbija z rozkoszą zęby w grudę siarki, jak w jakiś wielki kawał sera. A nas miała radować czerwona tym razem krecha wskazująca 6. miejsce w światowej produkcji siarki. Bez siarki nie byłoby kwasu siarkowego, bez niego tysięcy produktów chemicznych, niezbędnych nam do życia. W roku 1970 jako światowa potęga wydobywaliśmy rocznie 2,7 mln ton siarki. W 1980 było dwa razy więcej – 5,1 mln ton, a jeszcze w roku 1990 – 4,6 mln ton. Później siarka rodzima (kopalna) straciła swoje znaczenie, wydobycie spadło znacząco. Wzrosła produkcja z odzysku, z zasiarczonych złóż gazu ziemnego i ropy naftowej. Obecnie ponad 90% siarki uzyskuje się z odsiarczania spalin i paliw. Stąd blado wygląda porównanie liczb odnośnie wydobycia siarki w bliższych nam latach: 2005 – 802 tys. ton, 2013 – 526 tys. ton. Jednak w roku 2001 Polska zajmowała nadal wysokie 2. miejsce w Europie a 3. na świecie w  wydobyciu tego surowca. Lecz o tym już dzieci się w szkołach nie uczą ani nikomu z tego dumy nie przybywa.

Potęga w produkcji stali fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji stali
fot. Ireneusz Zygmański

Kolejnym powodem do radości miało być 9. miejsce Polski na świecie w produkcji stali. Złośliwi z przekąsem dołożą, że potrzebna była pewnie na ruskie czołgi, bo na wiele rodzimych produktów jej nigdy nie starczało. Nie zmienia to faktu, że w roku 1970 produkowaliśmy 11,8 mln ton stali surowej, w roku1980 nawet 19,5 mln. Później znowu był krach. W 2001 wytopiono w Polsce 8,8 mln ton. Dawało to krajowi 8. pozycję w Europie oraz 20. na świecie. W 2013 r. Polska jako producent stali zajmuje 6. miejsce w Europie i 19. na świecie, a produkcja w naszym kraju wyniosła 8,2 mln ton. I co, mamy płakać?

Potęga w produkcji statków fot. Ireneusz Zygmański

Potęga w produkcji statków
fot. Ireneusz Zygmański

Czwartą przyczyną naszej dumy miała być produkcja statków. Stąd radosny stoczniowiec na kolejnym znaczku, na którym jeden z nitów symbolizuje czerwoną kropą 10. miejsce na świecie. Sama Stocznia Gdańska wyprodukowała po wojnie ponad 1000 statków, Stocznia Szczecińska ponad 600, pojemność brutto tych jednostek sięgnęła wielu milionów ton (tzw. CGT). Dzisiejsi malkontenci pewnie powiedzą: robiliśmy te statki dla RWPG, żeby Ruscy mieli na czym pływać, roznosząc czerwona zarazę po świecie. Pewnie tak, ale stocznie dawały chleb dziesiątkom tysięcy stoczniowców i ich rodzin, podtrzymywały całe gałęzie gospodarki. I znów współczesność przyniosła załamanie produkcji, że o ilości stoczniowców nie wspomnę. W 2005 wyprodukowano w Polsce 28 statków (pojemność brutto 722 tys. CGT – 4. miejsce w Europie), w 2008 produkcja o łącznej pojemności 587 tys. CGT dała nam 8. miejsce na świecie. W 2013 zrobiono już tylko 5 statków (9,5 tys. CGT). Paradoksalnie miejsce w rankingach europejskich i światowych wciąż rosło. W roku 2015 polski przemysł stoczniowy liczy się jako 2. w Europie, zaś 5. w świecie. Obecnie trwa boom na nowe statki i usługi stoczniowe. Według długoterminowych prognoz, do 2020 produkcja światowych stoczni wzrośnie o ponad 30%. Nawet mimo faktu, że na tym polu Europa przegrała sromotnie konkurencję ze stoczniami Japonii, Korei i Chin, daje to branży dobre perspektywy.

De facto wcale nas te dokonania nie cieszyły. Nie pamiętam, byśmy z tych powodów czuli się specjalnie lepsi. Świat naszych dokonań bardzo nie cenił, z czego zresztą przeciętny obywatel nie zdawał sobie sprawy. Polska nie była poważnym partnerem na rynku światowym, najwyżej dla „przyjaciół z demokratycznego obozu”. Świata nie podniecał węgiel, siarka – to kopalnictwo, produkcja surowców, towarów nieprzetworzonych. Surówka stali – to towar raczej mało skomplikowany. Jedynie statki były produktami potwierdzającymi wysoki poziom rozwoju przemysłu. Państwu zaś było bezpiecznie chwalić się przemysłem przed obywatelami, bo był przecież wspólny, „nasz”. Znamienne, że nie trąbiono wtedy o sukcesach w cenionych powszechnie branżach: motoryzacyjnej, elektronicznej, maszynowej, tak zwanym przemyśle lekkim. Po prostu sukcesów tu nie było. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzały królującą maliznę. Polski przemysł ciągle nie nadążał w produkcji, mimo wiecznego „przekraczania planów”, a notoryczny brak sznurka do snopowiązałek czy papieru toaletowego to nie były incydenty, lecz norma. A gdzie sławienie sukcesów polskiej nauki, kultury, sportu, które wtedy nie były zupełną rzadkością?

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka fot. alldiecast.us

Mercedes-Benz 600 to nie syrenka
fot. alldiecast.us

I znów – nie było potrzeby. Klient zewnętrzny (poza Polską) te dokonania znał i kojarzył raczej z utalentowanymi jednostkami, którym się z Polski udało wydostać. Tam nareszcie mogli rozwijać swoje talenty, otrzymując za pracę godziwą zapłatę. Zaś dla władzy lepiej było, by klient wewnętrzny (w kraju) tych sukcesów nie znał, bo jeszcze by się zdenerwował. Panowało przecież hasło „równych żołądków”, kult pracy fizycznej, krytyka „prywaciarstwa”, bogactwa i materialnej własności jako takiej. Lepiej było narodu nie drażnić reklamując na przykład muzykę Krzysztofa Pendereckiego, robiącą na świecie furorę wśród elit, dla „mas robotniczo-chłopskich” kompletnie niezrozumiałą. Gdyby jeszcze te masy zobaczyły Mistrza jeżdżącego ze zblazowaną miną jedynym chyba w państwach RWPG Mercedesem 600, długim jak autobus, kupionym za „lekko i bez wysiłku” zarobione sterty nielegalnych w kraju dolarów, zamęt w ich głowach nastąpiłby pewnie nielichy.

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz fot. www.polskieradio.pl

Krystyna Chojnowska-Listkiewicz
fot. www.polskieradio.pl

Naprawdę dumny ze swojego kraju poczułem się dopiero w roku 1978. 20 marca Krystyna Chojnowska-Listkiewicz jako pierwsza kobieta na świecie dokończyła na maleńkim „Mazurku” swój dwuletni samotny rejs dookoła świata.

Mirosław Hermaszewski fot. www.wykop.pl

Mirosław Hermaszewski
fot. www.wykop.pl

27 czerwca Mirosław Hermaszewski, jako jeden z nielicznych spoza rosyjsko-amerykańskiego monopolu, poleciał w kosmos.

Wanda Rutkiewicz fot. www.alpklubspb.ru

Wanda Rutkiewicz
fot. www.alpklubspb.ru

16 października Wanda Rutkiewicz weszła jako pierwsza Europejka (a trzecia kobieta na świecie) na Mount Everest.

Jan Paweł II fot. katalogznaczkow.net

Jan Paweł II
fot. katalogznaczkow.net

Tego samego dnia kardynał Karol Wojtyła wybrany został jako papież Jan Paweł II. Później jeszcze laureaci Nagrody Nobla: w 1980 Czesław Miłosz (czemu nie Zbigniew Herbert?), w 1983 Lech Wałęsa i w 1996 Wisława Szymborska wzbudzili we mnie podobne odczucia. Z wielu innych rodaków jestem dumny, lecz właśnie te nazwiska zna cały świat.

Tyle historii, przejdźmy w końcu do dziś. Po prawie półwieczu świat się bardzo zmienił. Przede wszystkim trudniej teraz o wysokie pozycje w rankingach. Państw przybyło i jest ich pewnie ze dwa razy więcej, niż w roku 1969, więc konkurencja większa. Inni sojusznicy, inni wrogowie. Inne priorytety, inne powody do dumy. Materia dziś całkowicie dominuje nad ideologią. Dobrobyt jest potrzebą, o której nawet nie wypada wspominać. Się wie, że dobre państwo ma go dostarczyć każdemu lojalnemu obywatelowi niemal pod drzwi. Gospodarką dziś na świecie się nie szpanuje, ją trzeba po prostu mieć, najlepiej sprawną i odporną na nieuniknione kryzysy. Cztery dziedziny, które tak rajcowały naszych propagandystów w roku XXV-lecia PRL, dziś przynoszą nam raczej kłopoty. O dziwo, nadal zajmujemy w nich bardzo wysokie lokaty rankingowe, lecz żaden Polak z tego powodu nie zadziera nosa w międzynarodowej rodzinie. Hasła gospodarcze i ekonomiczne stanowiły zaledwie nikły procent tego, czym nas politycy próbowali oczarować w niedawnych wyborach. Politycy unikają pchania łap do gospodarki, niewiele tam mogąc ugrać. Propagandyści zaś już zauważyli nieskuteczność sławienia rozwoju gospodarczego, bo ten kij ma dwa końce. Ludzi nie obchodzą statystyczne wyniki i papierowe porównania, jeśli nie widzą skutków koniunktury w swoich portfelach.

Czym więc mierzymy nasze sukcesy obecnie? Co nam daje pozytywnego kopa i łechta patriotyczną godność? Za co chcielibyśmy być chwaleni przez innych? Co się ceni na świecie i co podnosi naszą rangę, czym powinniśmy się chwalić jako kraj? Za co każdy obcokrajowiec poklepie nas po plecach radując się, że jesteśmy jego znajomym Polakiem? Spróbuję te najwyżej cenione dziedziny wskazać, choć za kolejność głowy nie daję: 1) powszechnie ceniony na świecie kraj ma być rajem dla możliwości indywidualnego  osiągania sukcesów przez jego obywatela; 2) ten raj ma się umieć dobrze zareklamować i sprzedać; 3) sukces musi być głośny, z najwyższej półki, i ma przynosić innym radość; oczywiste, że najbardziej naturalne dziedziny w tej sferze to rozrywka i sport.

Takie to tezy postawiłem, teraz pora, by je udowodnić. Przyda mi się tych kilka wiadomości z ostatnich 3 dni, o których gdzieś tam na początku wspomniałem, bo dobrze ilustrują moje stwierdzenia. Do rzeczy, udowadniajmyż. Przy okazji łatwo będzie zauważyć, że trzy wymienione wyżej sfery gładko się uzupełniają.

1. Raj dla osiągania indywidualnego sukcesu

Ranking Banku Światowego "Doing Business" fot. fr.vox.ulule.com

Ranking Banku Światowego „Doing Business”
fot. fr.vox.ulule.com

29 października ogłoszono wyniki rankingu Banku Światowego „Doing Business” („Robienie biznesu”). Polska zajęła w nim 25 miejsce, awansując  od zeszłego roku o siedem pozycji. To najwyższa nasza pozycja w historii. Nasz kraj wyprzedził na przykład tak szanowane państwo jak Francja. Ranking obrazuje najkrócej mówiąc łatwość prowadzenia biznesu w konkretnym państwie. Eksperci BŚ wzięli pod uwagę sytuację w 189 krajach świata. Bank Światowy, tworząc ranking państw, oceniał je w 10 kategoriach, m.in.: otwartość rynku, łatwość dochodzenia zobowiązań, jakość rynku pracy, ochrona własności, sprawność administracji oraz polityka podatkową. Jeszcze 6-7 lat temu Polska była na 76. miejscu w tej klasyfikacji. To największy skok wśród krajów OECD i Unii Europejskiej.

Możemy sami od wewnątrz patrząc tego nie zauważać, spojrzenie z zewnątrz obiektywizuje optykę. Narzekając zatem tradycyjnie na nasze „polskie piekiełko” weźmy jednak pod uwagę, że jesteśmy w światowej pierwszej lidze. I ciągle robimy dynamiczne postępy! I co, nie cieplej Wam na sercu? Jeśliby jednak jakieś dane o naszej piękności w tej sprawie ktoś troszkę podpicował, czego przecież nie sugeruję, chwała mu za to! Zgodne jest to z drugą zasadą – sukces trzeba właściwie zareklamować. Zaś wygrywanie w jakiejś prestiżowej kategorii (największy skok, jak tygrys jakiś!) ewidentnie pasuje do reguły nr 3: głośno, z zadęciem.

2. Dobry PR, czyli po naszemu piar (na to kiedyś mówiło się „propaganda”)

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015 fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

Szturm publiczności na polski pawilon wystawowy w ostatnich dniach EXPO 2015
fot. Alessandro Garofalo / REUTERS

30 października TVP2 podała w wieczornym dzienniku (cały Internet powtarzał, choć dość ostrożnie), że Polska odniosła wiekopomny sukces na Wystawie Światowej EXPO 2015 w Mediolanie. Nasz polski pawilon był najbardziej szturmowanym spośród pawilonów wszystkich wystawiających państw, a odwiedziło go ponad 1,5 mln gości, zachwyconych jego wystrojem, lecz przede wszystkim pokazywaną zawartością. Moglibyśmy nie uwierzyć w płynące z pudełka słowa, ale obraz je wspierał prawdą najprawdziwszą. Wprawdzie przy ponownym odsłuchu dało się dopatrzeć, że Wystawa jeszcze trwa, zatem wynik nie jest pewny (ktoś mógłby nas wciąż wyprzedzić). Poza tym ilość gości w różnych źródłach zmieniała od 1,4 mln do 1,7 – lecz czy to takie ważne? News poszedł juz w świat i swoją dobrą robotę wykonał. Przy okazji zadziałała zasada nr 1, bo wszelkich informacji udzielał osobiście sam Dyrektor naszej ekspozycji, promując swoją skromną, z dumy pękającą osobę. Przyda się chłopu ten sukces do CV, ąleć to właśnie nasze polskie państwo tę okazję tylko nadarzyło, on zaś dobrze ją wykorzystał. Dobra robota, Panie Dyrektorze!

I znów – sukces jest autentyczny, zgodnie z zasadą nr 3 z górnej półki. Wystawy światowe to cykliczne wielkie ekspozycje prezentujące dorobek kulturalny, naukowy i techniczny krajów i narodów świata. Uczestniczą w nich wszyscy „wielcy”, starając się (zgodnie z zasadą nr 2) zareklamować swój udział w najefektowniejszy sposób. Wystawy odbywają się już od roku 1751, za pierwszą prawdziwie międzynarodową uważa się „Wielką Wystawę” w Londynie w 1851. Od tego momentu są one okazją do współzawodnictwa we wszystkich dziedzinach produkcji. W 1889 specjalnie na Wystawę w Paryżu zbudowano wieżę Eiffla. Gospodarze kolejnych ekspozycji chcą prześcignąć poprzednich organizatorów rozwiązaniami technicznymi i architektonicznymi, rozmachem uroczystości oficjalnych. Do dziś odbyło się dokładnie 70 wystaw światowych.

Wystawa EXPO 2015 w Mediolanie pod hasłem „Wyżywienie planety. Energia dla życia” trwała 184 dni i skończyła się 31 października, oficjalnie zamknięta przez prezydenta Włoch Sergio Mattarellę. Wzięło w niej udział prawie 150 krajów. Gospodarze byli szczególnie wzruszeni, bo nie przewidywali wcześniej wielkiego sukcesu EXPO w swoim kraju. Na ich Wystawę przyszło około 21,5 mln zwiedzających. Zatem wypełniły się zalecenia zasady nr 2.

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie fot. www.wprost.pl

Ogólny wygląd polskiego pawilonu na EXPO 2015 w Mediolanie
fot. www.wprost.pl

Nasz pawilon był czwartym co do wielkości na EXPO. Zorganizowała go i prowadziła Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Prawie 90 polskich firm miało okazję promowania przez pół roku produktów i usług, dodatkowo kilkadziesiąt przedsiębiorstw promowało się podczas specjalnych tygodni regionalnych. Polską stronę www.expo.gov.pl odwiedziło ponad 1,6 miliona osób. Wyliczono, że internauci spędzili na niej łącznie prawie osiem lat. Promocja Polski na Expo 2015 w mediach społecznościowych przyciągnęła kolejnych ok. 12 mln użytkowników. Polski pawilon kusił oryginalnością elewacji, wykonanej z drewnianych skrzynek na jabłka. Te owoce były jednym z wiodących motywów polskiej ekspozycji. Polska w ten sposób przypominała wszystkim, że jest największym w Europie i 3. na świecie producentem jabłek, a jednocześnie największym na świecie ich eksporterem. Smacznego, świecie! Zyskownego, nasi producenci i eksporterzy!

3. Sukces ma być głośny, z najwyższej półki

W "Wiedźmina" chce grać cały świat fot. gry-online.pl

W „Wiedźmina” chce grać cały świat
fot. gry-online.pl

Jak powiedziałem, najlepsze na tym polu są rozrywka i sport. Najpierw rozrywka. Wiadomość przekazano wszem i wobec 29 października. Otóż w 33. edycji prestiżowego plebiscytu Golden Joystick Awards największym wygranym gali okazał się „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Całkowicie polska produkcja, od autora opowiadań o Wiedźminie poczynając, pisarza Andrzeja Sapkowskiego, na autorach okładek kończąc, tworzona przez ponad 3,5 roku. W sumie gra zdobyła aż cztery nagrody, w tym najważniejszą, a dodatkowo wyróżniono dewelopera gry – studio CD Projekt RED. Tytuł i jego twórcy zwyciężyli w następujących kategoriach: „Najlepsze studio”, „Najlepsza narracja”, „Najlepsza grafika”, „Najlepszy moment w grze” oraz  ”Gra roku”. Zgodnie z zasadą nr 1, twórcy i dystrybutorzy gry zarobią teraz góry pieniędzy. I nie zazdrośćmy im, mogliśmy to przecież zrobić sami, gdybyśmy oczywiście potrafili. Do boju, wszyscy utalentowani, pracowici, głodni sukcesów. Wiedźmin przetarł wam drogę i pokazał, że można. Świat w waszych rękach.

Agnieszka Radwańska - najlepsza na świecie fot. www.polsatnews.pl

Agnieszka Radwańska – najlepsza na świecie
fot. www.polsatnews.pl

Przykładowy sukces sportowy narzuca się jednoznacznie i bez problemu. 1 listopada Agnieszka Radwańska wygrywa w Singapurze finał Masters 2015, wracając „przy okazji” na 5 miejsce światowego rankingu i zarabiając kolejne 2 mln dolarów. I to już jest szczyt szczytów. Tenis liczy się wszędzie, sława najlepszych w tej grze nie zna granic. Wyższe Himalaje to tylko piłka nożna. Pani Agnieszka w tydzień zrobiła dla chwały naszego kraju więcej, niż zdołalibyśmy uzyskać posiadając najlepszą armię świata, wytwarzając najwięcej siarki rodzimej, a nawet produkując tyle jabłek, ile potrafią nasi najlepsi na świecie sadownicy. Nikt nie dał siedzącej na trybunach publiczności, a za pośrednictwem telewizji milionom ludzi na świecie, tak wielkiej radości, jak ta drobna dziewczyna, zaprzeczająca niemal prawom fizyki. To dla wpatrzonych w nią z uwielbieniem widzów współczesny Dawid, pokonujący Goliatów sprytem, inteligencją, umiejętnościami, talentem, intuicją i siłą charakteru.

Ja wiem, siatkówka, lekkoatletyka, Robert Lewandowski – to też wysoko i głośno. Ale nie globalnie jeszcze, wciąż regionalnie. Kiedy drużyna pod dowództwem Roberta Lewandowskiego wygra najpierw Euro, a później Mistrzostwa Świata, wtedy dopiero będziemy pawiem narodów. Wszystkie moje trzy zasady splotą się wtedy w jeden idealny supeł, a Zbigniew Boniek zostanie dożywotnim Prezydentem Wszystkich Polaków. I wtedy też spełnią się nasze marzenia, by wszyscy nas na świecie kochali. Za naszą dobrą pracę, za ambicję osiągania czołowych pozycji w rankingach, za talenty i zdolność do czarującego sprzedawania swojej jakości z najwyższej półki. Lecz przede wszystkim za naszą fantazję ułańską, urodę słowiańską, i za Agnieszkę Radwańską.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Wybory już za chwilę

04 paź
Twój krzyżyk się liczy Grafika: www.parlamentarny.pl

Twój krzyżyk się liczy
Grafika: www.parlamentarny.pl

Nie oszukujmy się, dziś będę Państwa po prostu agitował. Bez wyrzutów sumienia, bo nie mam zamiaru sprzedawać Wam nieświeżego jedzenia, diety cud odchudzającej w mgnieniu oka każdego żarłoka czy kompletu garnków z kosmicznych materiałów za astronomiczną cenę. Chciałbym Wam zareklamować kilka myśli. Pomyśleć i tak będziecie na ten temat musieli, bo wkrótce znowu WYBORY.

A gdy czas na wybory, przed dorosłymi Polakami staje alternatywa: iść, czy nie iść, głosować, czy nie? Niejeden z nas ten dylemat wielu wyraża tak: „Co ja tu będę wybierał? Cokolwiek bym nie zrobił, i tak „u góry” sobie wszystko już poukładali. Ktokolwiek dostanie mój krzyżyk, z urn wyskoczą ci, których partie namaszczają na posłów. Gdybym chciał powiedzieć prawdę i głosować na tych, których lubię, mój głos się na pewno zmarnuje. To ja olewam, beze mnie, nie idę na wybory!”. Obojętnie, czy to prawda, czy nie, takie myślenie dominuje. Najlepszym dowodem jest stale niskie uczestnictwo w wyborach. Większość Polaków nie chodzi głosować.

Do lokalu w lewo Grafika: www.reklamatic.pl

Do lokalu w lewo
Grafika: www.reklamatic.pl

Argument o „marnowaniu głosu” słyszałem setki razy i przyznam, że jest mi całkowicie obcy. No bo czego się ludziska obawiamy? Że gdy zagłosujemy zgodnie z upodobaniem, to nie trafimy w „prawidłowy wynik”? Że jak ktoś dowie się, na kogo głosowaliśmy, a przypadkiem nie na wybrańców, to coś złego nas spotka? Że stracimy posadę, bo dostaliśmy ją od rządzących partii? Czy boimy się wypaść z głównego nurtu, którym płynie większość współobywateli? Że jak wygrywają inni, na których nie głosowałem, to ja jestem kimś gorszym? Że wychodzę na frajera, bo źle odczytałem słupki sondażowe i w wyborczej ruletce postawiłem na złego konia? Przykro mi, ale to jakieś magiczne myślenie. W wyborach nie chodzi o obstawienie prawidłowego wyniku, lecz o powiedzenie rządzącym, jaką my, wyborcy, stawiamy im ocenę ze sprawowania władzy.

... albo w prawo Grafika: cargo-wybory.pl

… albo w prawo
Grafika: cargo-wybory.pl

Gra w „traf w to, w co celują inni” prowadzi do wyrzeczenia się jednej niepowtarzalnej szansy, by każdy mógł politykom powiedzieć swoją prawdę. Choć raz na cztery lata wyrazić swoje rzeczywiste zdanie, nieskażone medialnym szumem i manipulacjami partyjnych piarowców. Jasne, oni i tak to wszystko skomentują, uogólnią i opiszą jako swoją wygraną, ale ważna jest świadomość, że JA zrobiłem swoje. I nie wpatrujmy się tak bardzo w diagramy poparcia zalewające nas z telewizorów lub Internetu, ważniejsze jest zaglądnięcie do własnego sumienia. Zaś przykładów nietrafności przedwyborczych sondaży mamy aż nadto. Pomyłki w kalkulacjach potwierdzają, że to co opowiadamy sondażowniom przed wyborami to element naszej gry, bo stając z kartką w ręku przed urną często robimy coś innego.

Wiem, trudno ufać nam w przedwyborcze kampanie, programy tworzone pod publikę, zapewnienia nakierowane na zdobycie poklasku, obietnice „my wiemy jak wszystkim zrobić dobrze, a jak nas wybierzecie, to naprawimy całe zło”. Gdyby dobrze wczytać się w przedwyborcze manifesty tworzone pod dyktando partyjnych spin doctors okaże się, że w istocie są one bliźniaczo podobne. Politycy „głównego nurtu” kompromitowali się przed nami niejednokrotnie. Właściwie wszystkie rządzące partie co innego zapowiadały przed objęciem władzy, kusiły nas tonami kiełbasy wyborczej, a później z uroczym uśmiechem zabierały się za realizację swoich rzeczywistych planów, ukrywanych skrzętnie przed wyborcami. Niedotrzymywanie przedwyborczych zapowiedzi i obiecanek stało się powszechną normą. Dziś wyborców coraz mniej interesują programy partyjne. Boją się, że szkoda tracić czas na ich czytanie, skoro po wyborach nie traktuje się ich poważnie.

Dlatego ważnym jest, byśmy mieli zawsze jakąś alternatywę, możliwość powierzenia swoich nadziei na dobre rządzenie komuś innemu. Choćby po to, żeby zmuszać rządzących do starania o wywiązanie się z obietnic i zapowiedzi, dzięki którym ich wybrano. Niech wiedzą, że za oszukiwanie wyborców grozi im utrata władzy, niech czują nacisk nowych sił, które mogą ich zastąpić. Do tego konieczne jest jednak przede wszystkim, żeby jak najwięcej wyborców skorzystało z przysługującego im prawa do wzięcia udziału w wyborach. Wtedy dopiero globalny wynik wyborów nie będzie wypaczeniem, zbliży się do prawdy. Zatem nie chowajmy dowodów osobistych babciom, tylko zabierzmy całą rodzinę na niedzielny spacer do lokalu wyborczego.

Nie zakładajcie sobie sami knebla Zdjęcie: krzeszowiceone.pl

Nie zakładajcie sobie sami knebla
Zdjęcie: krzeszowiceone.pl

A tu właśnie czai się kolejny demon: „Nie pójdę na wybory, bo i tak nie mam na kogo głosować”. Takie alibi przywołują liczni uchylający się od uczestnictwa w wyborach. Niektórzy wręcz z dumą twierdzą, że na żadne wybory nie chodzą, jakby było to jakieś bohaterstwo. Dobrze, rozumiem, sam mam często kłopot, by znaleźć na kartce listę, której powierzyłbym bez wahania swój głos. Ani myślę kogokolwiek instruować, co ma uczynić z własną kartką. Natomiast nigdy nie zrezygnuję ze swojego prawa do zagłosowania „przeciw”, jeśli nie ma jak zagłosować „za”.

Kilka wyborczych rad ośmielę się Państwu jednak zaserwować. Gdyby były Wam niepotrzebne, wyrzućcie je do kosza, gdyby jednak ktoś porady szukał, to może się coś przyda. Zatem… Jeśli nie możesz zdecydować się na jakąś partię, poszukaj człowieka. Najlepiej godnego zaufania, którego znasz, wiesz o nim dużo, znasz jego dokonania, zalety. Najlepiej pochodzącego „stąd”, bo kto lepiej nas mógłby w parlamencie reprezentować, niż ktoś znający nasze problemy. Najlepiej człowieka aktywnego, energicznego, ale także umiejącego słuchać. Niech zna ten świat i żyjących na nim ludzi, ale niech nie będzie wyzbyty szczypty naiwnego idealizmu, bo inaczej jak by miał coś w tym nieidealnym świecie poprawić? Niech stoi nogami twardo na ziemi, lecz głowę niech nosi wysoko, żeby mu czasami zawadzała o chmury. Niech nie pędzi tam, dokąd zmierza całe stado, bo kto odszuka i wskaże inne, lepsze ścieżki? Niech ma odwagę mówienia nam prawdy, skoro kłamców i fałszywych pochlebców wokół nas wystarczająco dużo.

Nie sugerowałbym się wiekiem. Młodemu może brakować doświadczenia, lecz w czym lepszy jest kandydat dojrzały z toną złych doświadczeń na plecach? Z wiekiem jednym może oczywiście przybywać mądrości, za to drugim sklerozy. Młody ma gorącą głowę, lecz czy to zawsze zaleta? Jak to klasyk (Jonasz Kofta w tym wypadku) kiedyś stwierdził: „Czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni?” I nie ufałbym za bardzo złotoustym ględołom – z ich słów często leje się tylko woda.

Menu na te wybory www.youtube.com

Menu na te wybory
www.youtube.com

Znamy już komitety wyborcze, które przystępują do walki o parlamentarne fotele. Znamy też oficjalnie osoby, wpisane na listach tych komitetów jako kandydaci w poszczególnych okręgach. Pokusiłem się o zebranie do kupy całej oferty, jaka zostanie w wyborach przedstawiona w naszym okręgu. Oczywiście zgodnie z wyżej wyrażoną zasadą, interesowali mnie tylko ci kandydaci, którzy pochodzą „stąd”, z terenu naszej Gminy. Oto kogo spotkamy na swoich kartach do głosowania:

Lista nr 1: Komitet Wyborczy Prawo i Sprawiedliwość

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

21 Aleksandra MUSZYŃSKA urzędnik Goleniów Członek partii Prawo i Sprawiedliwość

Lista nr 2: Komitet Wyborczy Platforma Obywatelska RP

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

3 Magdalena Maria KOCHAN magister sztuki Goleniów Członek partii Platforma Obywatelska RP

Lista nr 3: Komitet Wyborczy Partia Razem

Brak kandydatów z naszego terenu

Lista nr 4: Komitet Wyborczy KORWiN

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

3 Agnieszka PODGÓRSKA specjalista ds. technicznych Goleniów Członek partii KORWiN

Lista nr 5: Komitet Wyborczy Polskie Stronnictwo Ludowe

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

11 Mieczysław SYPIEŃ lekarz weterynarii Goleniów Członek partii Polskie Stronnictwo Ludowe

Lista nr 6: Koalicyjny Komitet Wyborczy Zjednoczona Lewica SLD+TR+PPS+UP+Zieloni

Brak kandydatów z naszego terenu

Lista nr 7: Komitet Wyborczy Wyborców „Kukiz’15″

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

9 Małgorzata Alicja FARYNIARZ architekt Goleniów Nie należy do partii politycznej
23 Andrzej Waldemar BUGAJSKI technik żywienia zbiorowego Komarowo Nie należy do partii politycznej

Lista nr 8: Komitet Wyborczy Nowoczesna Ryszarda Petru

Nr na liście

Imię

Nazwisko

Zawód

Miejsce zamieszkania

Przynależność do partii politycznej bądź poparcie

23 Marcin Stanisław GRĘBLICKI nauczyciel Kliniska Wielkie Nie należy do partii politycznej

Nie wszystkie z tych osób są tak samo znane goleniowskim wyborcom. Nie wszystkim też praktyka finansowania kampanii wyborczej dają równe szanse w zaprezentowaniu się. Teoretycznie każdy, kto ubiega się o mandat parlamentarny, może wydać na kampanię tyle samo pieniędzy. Problem w tym, że właściwie wszystkie partie wprowadzają własne, wewnętrzne limity. Oczywiście partyjna czołówka na liście ma limit wysoki. Partie usprawiedliwiają się, że kandydaci z dalszych miejsc większych szans na wygraną nie mają, więc i wysokie limity wydatków są im niepotrzebne. Tacy ludzie jakoby startują po to, żeby trochę wypromować swoje nazwisko, albo z przyczyn ambicjonalnych. Wodzowie z góry skazują ludzi z niższych lokat na rolę mięsa armatniego. Często bariera wydatków na kampanię między miejscem pierwszym a piątym sięga już 50%, im niżej na liście, tym mniej pozwala się kandydatom wydać.

Także możliwości komitetów wyborczych są nie takie same. Większe partie, które już reprezentowane są w parlamencie, mają liczne możliwości dodatkowego wspierania swoich kandydatów. Samo organizacyjne wsparcie sprawnych aparatów partyjnych, finansowanych zresztą z naszych podatków,  warte jest dużych pieniędzy. Ich komitety wyborcze zakładają „centralne” portale internetowe, obsługują swoich ludzi logistycznie, organizują spotkania i wiece wyborcze, często z udziałem partyjnych liderów. Jak mają więc ci „maluczcy” skutecznie konkurować, przekazywać o sobie rzetelne informacje? Sądzę, że w dobie Internetu choćby na tym polu powinni mieć równe warunki.

Postanowiłem zatem na własną rękę choćby w minimalny sposób wygładzić płynące z praktyki kampanijnej nierówności. Z góry odrzuciłem chęć pomagania kandydatom partii reprezentowanych w parlamencie (PiS, PO, PSL), właśnie z przyczyn wyżej wskazanych. Nie widzę potrzeby wyrównywania szans wobec Pani Kochan, Pani Muszyńskiej i Pana Sypienia. Oni i tak świetnie dotrą do Państwa przy pomocy swych komitetów. Spośród kandydatów partii pozostających poza sejmem kilku osób ani nie znam, ani nie zwracały się do mnie z prośbą o współudział w ich kampanii (mam na myśli Panią Podgórską i Panią Faryniarz). Pozostałych dwóch kandydatów znam nieco lepiej, ponadto właśnie oni uświadomili mi ten niezbyt równy dostęp do wyborców, zmniejszający ich szanse. Zostałem przez nich upoważniony do przedstawienia na swym blogu informacji o nich. Nie będę oczywiście opowiadać o programach ich komitetów, tych poszukajcie sobie Państwo sami, to bardzo łatwe. Jednocześnie zdecydowanie zastrzegam, że nie mam w ten sposób zamiaru niczego sugerować wyborcom. Powtarzam, przypatrujcie się Państwo każdemu sami, oceniajcie własnymi głowami. Skądś jednak trzeba brać materiał do porównań różnych kandydatów.

Zatem trochę wiedzy o dwóch kandydatach na posłów, alfabetycznie prezentowanych. Obaj mają ze sobą coś wspólnego: 23 miejsca na listach swych komitetów oraz brak przynależności do jakichkolwiek partii politycznych. Już tylko to potwierdza, że nie są pieszczochami hołubionymi przez swe komitety, celebrytami z czołowych miejsc. Takim pokazać się jest znacznie trudniej, zasługują więc na moje skromne wsparcie.

Ulotka Andrzeja Bugajskiego Materiał komitetu wyborczego

Ulotka Andrzeja Bugajskiego
Materiał komitetu wyborczego

Najpierw Andrzej Waldemar Bugajski, kandydujący z listy Komitetu Wyborczego Wyborców „Kukiz’15″. Od urodzenia mieszkaniec Komarowa, bezpartyjny, lat 47. Od 23 lat mąż tej samej Beaty, ojciec dwóch córek: prawie 22-letniej Kasi, studentki III roku Uniwersytetu Szczecińskiego i znacznie mniejszego skarbu, niespełna 3-letniej Janeczki. Należy do Stowarzyszenia WoJOWnicy’15 oraz Ruchu Oburzonych. Ma wykształcenie średnie techniczne. Był radnym Rady Miejskiej w Goleniowie w jej I kadencji. Jak twierdzi, udało mu się wtedy „przepchnąć parę spraw dla lokalnej społeczności; miedzy innymi budowę oświetlenia do drogi powiatowej i budowę drogi utwardzonej do szkoły w Komarowie”. Zabiegał o remont budynku Szkoły w Lubczynie. Za pracę w Radzie dobrowolnie nie pobierał diety radnego, przez 4 lata przekazując ją w całości na cele społeczne, najpierw na Dom Dziecka w Mostach, a potem na SP Komarowo. Będąc w ówczesnym czasie pracownikiem firmy państwowej uważał, że skoro firma mu płaci za nieobecność  w pracy podczas sesji, to nie należą mu się diety, stanowiące przecież zwrot utraconych zarobków.

Postrzegany jest przez wielu jako osoba o dużym zaangażowaniu w otaczającą go społeczność, z pokładami niespożytej energii, która napędza do działania. W 2010 roku zainicjował sprzeciw społeczny przeciwko zamiarom prywatyzacji i likwidacji szkół w Gminie Goleniów. Dzięki temu zaangażowaniu i zmobilizowaniu do pomocy wielu osób, udało się powstrzymać Gminę przed takimi zamysłami. Szkoły i przedszkola funkcjonują nadal, bez ich fizycznej likwidacji. Cały czas leżą mu na sercu sprawy naszej społeczności, co wyraża się w pracy na rzecz obrony interesów mieszkańców Gminy. Cały czas wraz z kilkoma osobami prowadzi swoistą kontrolę nad działaniami Urzędu Gminy oraz Burmistrza, prowadząc portal  www.goleniow.net.pl. Ostatnio pod ich lupę trafiły wybory sołeckie. Przez przeciwników politycznych został oskarżony o pracę i współpracę z SB oraz WSI .Jak sam mówi: „Jest to wierutną bzdurą. Nigdy nie współpracowałem z tymi służbami ani nie byłem ich tajnym współpracownikiem. Jedyne, do czego się przyznaję i jest prawdą, to do podpisania tzw. „lojalki” w 1989 roku, dotyczącej zachowania tajemnicy wojskowej podczas trwania zasadniczej służby wojskowej. Aktualnie jestem na etapie wytaczania procesów osobom mnie pomawiającym.”

Co do zapędów parlamentarnych, Andrzej Bugajski twierdzi: „Jeżeli zostanę posłem, osobiście będę się pochylał nad zwykłym obywatelem i jego problemami. Wspierał drobną przedsiębiorczość oraz działania pro-obywatelskie w gminach naszego regionu. Za szczególnie ważne traktuję działania zmierzające do budowy mieszkań socjalnych dla młodych małżeństw oraz rozwoju komunikacji miedzy małymi miejscowościami. W regionie za najważniejsze uważam odbudowę znaczenia Odry oraz Szczecina jako miasta stoczniowego i portowego, łącznie z budową tunelu dla Świnoujścia. Będę walczył z wszelkimi zmowami i knowaniami!”.

Ulotka Marcina Gręblickiego Materiał komitetu wyborczego

Ulotka Marcina Gręblickiego
Materiał komitetu wyborczego

Drugi z kandydatów to zamieszkujący Kliniska Wielkie Marcin Gręblicki. Zgłosił go na swej liście Komitet Wyborczy Nowoczesna Ryszarda Petru. Urodził się 6 kwietnia 1980 r. w Szczecinie, tam też ukończył Instytut Kultury Fizycznej na Uniwersytecie Szczecińskim. Mimo młodego wieku posiada już znaczne doświadczenie zawodowe, które dało szeroki przegląd funkcjonowania małych i dużych przedsiębiorstw w Polsce. Pełni funkcję Managera w spółce 3M Poland, także kierował zespołem w projekcie rozwoju  i wprowadzenia produktów firmy Mars Polska. Był członkiem Europejskiej Rady Zakładowej w spółce 3M Poland Z przyczyn zawodowych wiele jeździ po naszym regionie, często mając okazje do zapoznawania się z tym, co boli jego mieszkańców. Jest przewodniczącym i założycielem stowarzyszenia innowacyjnapolska.eu, aktywnego w istotnych sprawach dla naszego regionu. Współorganizował liczne imprezy kulturalno-sportowych. Jako długoletni czynny zawodnik  reprezentował Szczecin i województwo zachodniopomorskie na wielu turniejach  i pokazach tańca towarzyskiego oraz karate. Jego pasją są narty, sporty motorowe, film i muzyka.

Od początku obecnej kadencji Rady Miejskiej w Goleniowie jest jej niezależnym radnym, członkiem Komisji Rozwoju Obszarów Wiejskich i Komisji Budżetu Rady Miejskiej. Jest też członkiem Gminnej Rady Sportu.

A zatem, weźmy sprawy w swoje ręce, Szanowni Czytelnicy, przypatrujmy się ludziom z list, niekoniecznie ufając w magię numerków. Alternatywa jest zawsze, na nic nie jesteśmy skazani z góry. Wykażmy swoją aktywność, skoro wymagamy jej od naszych reprezentantów. Rządzących rozliczmy w wyborach, bo mądrzenie się przed sąsiadami lub rodziną nie jest spełnieniem obywatelskiego obowiązku. Prawdziwe wybory już za chwilę!

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Czarna dziura przed dworcem i Pan X szalejący na swym groźnym rowerze

30 wrz
Czarna dziura w centrum Goleniowa przed dworcem - to już niedługo Zdjęcie: ananasowymisiek.pinget.pl

Czarna dziura w centrum Goleniowa przed dworcem – to już niedługo
Zdjęcie: ananasowymisiek.pinget.pl

Wrócę jeszcze na chwilę do XI sesji Rady Miejskiej odbytej 9 września. Przecież nie tylko statutem OPS zajmowano się tamtego dnia. Zwrócę uwagę Szanownych Czytelników na dwa zagadnienia: jedno z początku, drugie zaś z końca posiedzenia. Więcej miejsca chcę poświęcić konkretnej sprawie obradowanej na początku sesji, zaś jej koniec pozostawiam na razie tajemniczo na deser, do ogólnego podsumowania pewnej niepokojącej tendencji.

I tak pierwszym merytorycznym punktem programu sesji była informacja o koncepcji budowy Centrum Komunikacyjnego wraz z Centrum Kultury w Goleniowie. Przedstawiona została przez Wiceburmistrza Tomasza Banacha, który genezą projektu zajmował się niewiele. Skoncentrował się na dzisiejszym stanie tematu i jego przyszłości, choć ta akurat jest raczej mglista. Spróbuję pójść tokiem jego prezentacji, a następnie przedstawić swoje zdanie, które wyraziłem też w trakcie dyskusji na sesji.

Burmistrz wspomniał pokrótce, że projekt zainicjowano w poprzedniej kadencji Rady, decydując się na realizację dużego zadania, całkowicie zmieniającego wygląd tej części miasta. Wtedy Rada postanowiła o wykonaniu dwóch sprzężonych ze sobą inwestycji: po pierwsze przebudowie goleniowskiego dworca kolejowego, autobusowego i ich bezpośredniego otoczenia, po drugie stworzeniu przed nowym budynkiem dworca tzw. Centrum Kultury. Pan Banach przedstawił też działania podjęte już w tej kadencji, zmierzające do przeprowadzenia pod egidą szczecińskiego SARP konkursu na koncepcję architektoniczną nowych obiektów. Skoncentrował się na wyniku konkursu, w którym wnioski o udział złożyło 49 podmiotów, a ostatecznie wpłynęło 16 prac. Zamówienie wygrała austriacka pracownia Riegler Riewe Architekten z Grazu. Jako główne trofeum (oczywiście poza nagrodą pieniężną w konkursie) zwycięska firma otrzymuje zlecenie na wykonanie projektu realizacyjnego tego zadania.

Wizualizacja nowego goleniowskiego dworca Z materiałów Riegler Riewe Architekten

Wizualizacja nowego goleniowskiego dworca
Z materiałów Riegler Riewe Architekten

Co do „części dworcowej”, koncepcja firmy Riegler Riewe Architekten proponuje wyburzenie wszystkich istniejących budynków (za wyjątkiem starej wieży ciśnień oraz rampy, czyli magazynu kolejowego). Budynek dworca zostanie wybudowany na nowo jako podłużny, przeszklony pawilon z zadaszeniem wysuniętym nad przystankami autobusowymi, umieszczonymi po obu jego stronach. Wewnątrz w holu przewidziano schody prowadzące do przejścia podziemnego pod torami, wiodącego do peronów. Wokół schodów będą kasy i  poczekalnia, na przeciwległych końcach toalety, sklep spożywczy i snack bar. Jak stwierdza jury konkursu: „Zaproponowane przez austriacką pracownię rozwiązania są spójne pod względem architektury, która jest oparta na prostych, lapidarnych i współczesnych formach”. Jury doceniło też „zdecydowane przeprowadzenie syntetycznej i klarownej koncepcji przestrzenno-funkcjonalnej zespołu, dobrze wpisującego się w urbanistykę miejsca”.

Projekt bardziej eksponuje Centrum Kultury, posiadające znacznie większą od dworca kubaturę. Obiekt ma duże przejście, z którego wszyscy musieliby korzystać idąc na dworzec. Wewnątrz umieszcza się salę widowiskowo-koncertową na prawie 500 widzów z balkonem, z zapleczem, kawiarnią i przestrzenią wystawową. Przewidziano pomieszczenia dla teatru, orkiestry dętej i innych pracowni Goleniowskiego Domu Kultury. W odnowionych (jak to się dziś modnie określa „zrewitalizowanych”) budynkach wieży ciśnień i rampy rozładunkowej  proponuje się umieszczenie organizacji pozarządowych oraz harcówki.

Zdaniem Burmistrza Banacha najistotniejsze jest, że wygrywająca koncepcja stwarza możliwości etapowania prac: oddzielnie dworzec, następnie Centrum Kultury, po trzecie zaś wieża ciśnień i rampa. Ważne jest to przede wszystkim dla finansowania realizacji całości prac. A to stąd, że o ile na pierwszą inwestycję środki do wykonawstwa są raczej zapewnione, to na drugą i trzecią Gmina nie ma ani grosza. Co gorsza, nie widać żadnych źródeł zewnętrznych, które ewentualnie dofinansowałyby jej plany.

Tyle mniej więcej powiedział o sprawie Burmistrz Banach. Uważam, że osobom mało zorientowanym należy się nieco szersze przedstawienie tła całego projektu. Inaczej ciężko będzie zrozumieć, czemu goleniowscy radni podejmują się budowy nowego dworca, skoro przecież mamy dworzec (ponadto zadania z dziedziny transportu kolejowego i pozamiejskiej komunikacji autobusowej nie mieszczą się w katalogu zadań własnych gmin, więc gminy dworców nie stawiają), oraz budowy Centrum Kultury, skoro istnieje przecież w Goleniowie całkiem udatny obiekt mieszczący Dom Kultury.

Tak dworzec w Goleniowie wygląda dziś Zdjęcie: www.panoramio.com

Tak dworzec w Goleniowie wygląda dziś
Zdjęcie: www.panoramio.com

Prawdą jest, że budynek oddanego jako nowy w roku 1970 dworca kolejowego nie jest szczytem dokonań architektonicznych. Taki sobie klocek, który dziś okazuje się za duży na potrzeby kolei. Za wysoki, zbyt dużo kosztujący w eksploatacji, ze zbyt dużą, trudną do ogrzania kubaturą. Tym znacznie mniej licznym pasażerom, którzy dziś jeżdżą koleją, wystarczyłby pewnie skromny baraczek, spełniający rolę dworca przed rokiem 1970. Co starsi goleniowianie wspominają go z sentymentem, bo tam można było w piątek i świątek zaopatrzyć się w piwo, którego na mieście zazwyczaj brakowało.

Także otoczenie dworca pozostawia wiele do życzenia. Obszar przed nim jest ani to skwerem, ani dworcem autobusowym. Nie zapominajmy, że to właściwie centrum Goleniowa, a takie miejsca powinny mieć szczególne znaczenie dla każdego miasta. Położone po tej stronie torów tereny są słabo zagospodarowane i właściwie do niczego nie służą. Zaś miejsca po drugiej stronie torów są obecnie prawie niewykorzystywane przez kolej. Tory oddzielają tereny przemysłowe, do których i tak wielu ludzi tam pracujących musi dojść, od centrum miasta. Prowokuje to powstawanie wypadków, które niejednokrotnie miały tu miejsce. Dojście do peronów także pozostawia wiele do życzenia. Nie jest na pewno racjonalnym dzisiejszy stan, żeby pasażerowie szli z dworca do pociągu ok. 300-400 m. Niejeden z nich, co niecierpliwszy lub bardziej spieszący się na pociąg, próbuje skrócić drogę skokiem przez kilka torowisk, grając w kolejową ruletkę. Takie są fakty, a z nimi dżentelmeni nie powinni dyskutować.

Gmina już dawniej usiłowała „podejść do tematu”, lecz wszystko blokował stan własności całego obszaru. W większości należał on do spółek PKP. Pierwsze próby pozyskania gruntów od PKP podjęto za czasów Burmistrza Wojciechowskiego, jeszcze w kadencji 2006-2010.  Kontynuowano je w kadencji 2011-2014. Można nawet powiedzieć, że sprawa była swego rodzaju idee fixe Przewodniczącego Rady Czesława Majdaka, z zawodu przecież kolejarza. Dobrze zdawał on sobie sprawę z zagrożeń wynikających z dotychczasowej sytuacji, czego nie poprawiały żadne sygnalizacje czy tablice zawierające zakazy przechodzenia przez tory. Bardzo drastycznie potwierdziły to dwa śmiertelne wypadki, gdy w grudniu 2009 r. i w styczniu 2010 r. w identycznych warunkach zginęły dwie osoby, przechodzące przez tory wprost pod wjeżdżający na stację pociąg.

Dzięki staraniom i uporowi Czesława Majdaka, oczywiście wspieranego działaniem całej Rady i Burmistrza, duża część kolejowych gruntów trafiła we władanie Gminy w trakcie minionej kadencji, i to za darmo. Zainicjowane przez niego działania pozwalają obecnie chwycić byka za rogi, umożliwiając lepsze zagospodarowanie  terenów dworcowych, lecz także zrobić coś użytecznego dla całego miast na nowo pozyskanym gruncie przed dworcem. Osobiście uważam, że całość zadania przekracza zakres działania PKP, a Gmina sobie z nim może poradzić lepiej. Oczywiście przy wykorzystaniu możliwości zewnętrznego dofinansowania inwestycji.

Tyle co do genezy przejęcia terenów kolejowych przez Gminę. Druga funkcja, czyli Centrum Kultury, to jakby oddzielny temat. Pojawił się „na doczepkę” do przebudowy dworca, dając odpowiedź na pytanie: „A co zrobimy z uzyskanymi gruntami przed dworcem?” Z kilku stron słyszałem, że ideę wysunął osobiście Burmistrz Krupowicz. Jako jedyny pomysł, od razu najlepszy. Ponieważ nie było innych, przyjęto go „przez aklamację”, bez zbędnych dyskusji. Tym bardziej, że towarzyszyła mu szczytna argumentacja.

Przedstawiono ją radnym mniej więcej tak, jak poniżej. Otóż nasza znakomita instytucja, Goleniowski Dom Kultury, dusi się w swojej siedzibie na ul. Słowackiego. Za mało miejsca na pracownie, za mała sala widowiskowa, nienowoczesne zaplecze techniczne. Brak też miejsca na działanie organizacji pozarządowych, często aktywnych na polu kultury i korzystających z bazy GDK. Co prawda przy obiekcie, a właściwie za nim, miejsca jest jeszcze sporo, ale rozbudowa kosztuje. Nadarza się zatem okazja połączenia zamierzonej przebudowy dworca z przeniesieniem siedziby GDK na nowe tereny przed nim. Powstałoby tu specyficzne połączenie funkcji komunikacyjnej z kulturalną. Ludzie i tak muszą jeździć, czekając przy tym na pociągi i autobusy, kiedy muszą się przesiąść. W naszym „centrum przesiadkowym” dostaliby możność kulturalnego spędzenia tego „straconego” czasu, a nasza bogata kultura zyskałaby dodatkowego klienta. Poniosłoby to w świat imię Goleniowa jako miejsca kulturalnego, nowoczesnego, dynamicznego. Ponieważ takie połączenie funkcji jest niesamowicie nowatorskie, pewnie znajdą się na to zewnętrzne źródła dofinansowania. Poprzednio nowatorstwo było w cenie, czemu więc nie popłynąć na tej fali?

Nie wskazywano konkretnych funduszy, do których dałoby się w tej sprawie aplikować. I tak czekało nas „nowe rozdanie środków unijnych” na lata 2014-2020, wtedy jeszcze kompletnie mgliście się rysujące, jednak optymistycznie założono, że jakieś źródła posłużą do finansowania inwestycji kulturalnych, szczególnie tak innowacyjnych, jak nasza. Najpierw musiała pojawić się koncepcja architektoniczna, z której wyniknie potrzebna na inwestycje kwota. Stąd zamiar organizacji wspomnianego na początku konkursu. No i jeszcze argument koronny: na pewno pomoże „nasz” Marszałek Województwa. Przy jego życzliwej protekcji pomysł musi wypalić!

Na tym etapie zastanawianie się zakończono, bo nawet nie można było określić skali kosztowej tak zarysowanych planów. W 2014 r. odchodząca Rada pozostawiła konkretne działania następcom. Jak zawsze część nowych radnych, do których sam się zaliczam, niewiele wie o genezie projektów „przechodzących” z poprzedniej kadencji. Oczywiście słyszałem o wielkich zamiarach wokół naszego dworca, lecz chciałem poznać je dokładniej.   Niektóre plany dziwiły mnie, lecz bez wystarczającej wiedzy nie byłem w stanie analizować swoich wątpliwości. Niezbyt wiele konkretów udało mi się jednak usłyszeć od koleżanek i kolegów z dłuższym stażem, niechętnie dzielili się szczegółami. „Starzy” radni chyba bardziej identyfikują się z poprzednio podjętymi decyzjami. Myślę jednak, że właśnie teraz jest najwyższy czas, by ponowną dyskusję podjąć. I to właśnie zaproponowałem kolegom po wystąpieniu Burmistrza Tomasza Banacha w trakcie XI sesji Rady.

Stan sprzed roku to już historia. Nie można się trzymać niewolniczo wcześniejszych decyzji, jeżeli zmieniają się najważniejsze założenia przyjęte w momencie ich podejmowania. Dziś, po rozstrzygnięciu konkursu i po analizie dostępnych funduszy, jesteśmy wyposażeni w wystarczająco dokładne informacje, by wyciągnąć nowe wnioski. Oto garść uwag, które poddałem na sesji kolegom pod rozwagę:

1. Z informacji Burmistrza Banacha jasno wynika, że prawdopodobne jest uzyskanie finansowania na I etap zadania, czyli przebudowę dworca i układu komunikacyjnego służącego podróżnym. Środki dla tej ponad 20-milionowej inwestycji są w gestii Szczecińskiego Obszaru Metropolitalnego. Gdyby to się udało, warto zadanie przeprowadzić. Uzyskana poprawa warunków bezpieczeństwa i komfortu podróżnych godna jest wszelkich starań. Nowoczesny wygląd dworca też się liczy.

2. Jak wynika także z informacji przedstawionej przez Burmistrza, jest trudne a właściwie niemożliwe, by uzyskać środki zewnętrzne na inwestycje w kulturze. Na tworzenie Centrum Kultury trzeba by więc było wydawać jedynie własne budżetowe pieniądze. Wiemy już, bo o to pytał Burmistrza Krupowicza radny Czesław Majdak, że koszt budowy Centrum Kultury przy dworcu przekroczyłby astronomiczną sumę 30 milionów złotych. One są zaś potrzebne na 100 innych spraw.

3. Grozi zatem, że jeżeli Gmina nie wygeneruje w najbliższych latach „zbędnej” kwoty ponad 30 milionów złotych, a władze będą wiernie trzymać się koncepcji budowy Centrum Kultury, to z „drugiego etapu” długo nic nie będzie. Gdy zakończymy I etap i uzyskamy piękny dworzec, na pozyskanych od kolei gruntach przed nim straszyć będzie efektowna „czarna dziura”, wypełniona jedynie resztkami megalomańskich planów.

4. Jeśli jednak ktoś się strasznie uprze, by prace w II etapie mimo wszystko podjąć, inwestycja ta wyssie skutecznie pieniądze na jakiekolwiek inne zamiary goleniowskiego samorządu w kilku budżetach naszej Gminy. Gigantomania po prostu kosztuje. Przy czym powstaje pytanie, czy jest to naprawdę najpierwsza potrzeba, bez której mieszkaniec się nie może obyć?

5. Kontynuując poprzednią myśl stwierdziłem, że goleniowska kultura ma swoją siedzibę na ul. Słowackiego. Jest tam też zapas terenu, na którym można przeprowadzać dowolne przebudowy czy rozbudowy wynikające z rosnących potrzeb. Z pewnością są one godne poważnego potraktowania. Powinno się przyjąć sensowny program modernizacji tego obiektu. Lepiej poszukiwać środków na jego realizację, niż na budowanie nowego obiektu przy dworcu od podstaw, mając puste kieszenie. Jasne, fajnie byłoby mieć całkiem nową zabawkę, ale jak nazwalibyście średnio zamożnego ojca rodziny, który wydaje górę pieniędzy na Ferrari? Bo ja bym go nazwał beznadziejnym rozrzutnikiem, bęcwałem zasługującym na pogardę i potępienie.

6. Przypomniałem kolegom radnym, że funkcję kulturalną przyczepiono do przebudowy dworca w sposób sztuczny, bez merytorycznej argumentacji i prawdziwej dyskusji. Przykładowo założono, że centrum przesiadkowe przyciągnie dodatkowych odbiorców dla naszej kultury, czyli podróżnych. To niestety niebezpieczny mit, bez pokrycia w faktach. Goleniów po prostu nigdy nie był stacją przesiadkową, gdzie podróżni spędzają wiele czasu. Jednoznacznie potwierdza to niedawno sporządzone Studium Wykonalności „Szczecińska Kolej Metropolitalna”. Cóż zatem za różnica, gdzie w Goleniowie jest Dom Kultury? Zmiana siedziby nie przyczyni się do skokowego zwiększenia liczby klientów.

7. Stwierdziłem, że bardzo ważne jest pozyskanie przez Gminę gruntów po-kolejowych, bo są to w praktyce ostatnie w mieście grunty publiczne, na których można lokować potrzebne ogółowi mieszkańców funkcje. A takich możliwych funkcji jest na pewno więcej, niż tylko kultura. Wskazałem choćby potrzeby rekreacyjne czy rozrywkowe, o tyle atrakcyjne, że mogłyby zapewnić przynajmniej częściowy zwrot poczynionych nakładów. Z braku czasu dałem zaledwie jeden przykład – kręgielni. Ile to osób z Goleniowa jeździ do Szczecina właśnie po to, by spędzić tam trochę czasu przy tej grze…

(Tu uwaga na marginesie: w notce „Kulturalne 30 baniek” z „Gazety Goleniowskiej” z 18 września redaktor Paweł Palica napisał o tym moim pomyśle z kręgielnią tak, jakbym chciał zamienić „kulturę na kręgielnię”. Cytuję: „Co ciekawe, na ostatniej sesji Rady Miejskiej niezależny radny Ireneusz Zygmański zasugerował, że należy w ogóle zarzucić plany budowy nowego centrum kultury, a oszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć m. in. na bardzo jego zdaniem potrzebną kręgielnię. Był to jedyny tego typu głos i, wydaje się, nie znalazł większego zrozumienia.” Nie szło mi o oszczędzenie środków, bo tych Gmina ani nie wydała, ani nie ma, a raczej o ocalenie terenu dla innej niż Centrum Kultury funkcji. Bo ta ostatnia, jak myślę, w tym miejscu nie ma większego sensu. Uważam ponadto, że Gmina nie musi na tę inną funkcję wydawać swoich własnych środków. Zależnie od przyjętej formuły, mogłyby je zapewnić inne podmioty. Rolą Gminy byłoby natomiast takie funkcje sprecyzować, a następnie zaprosić partnerów do wspólnej realizacji. Możliwych scenariuszy jest naprawdę wiele. Jak wynika z ciągu myślowego, przedstawionego w niniejszej relacji z sesji, pomysł kręgielni w notce redaktora Palicy raczej wyrwano ze znacznie szerszego kontekstu.)

8. W końcu stwierdziłem, że teraz jest właściwa pora dla ponownego rozpatrzenia funkcji, którą należy ulokować na tych atrakcyjnych gruntach. Wzywałem radnych do podjęcia dyskusji w tej sprawie. Tym bardziej, że z wykonawstwem Centrum Kultury na tym miejscu może być, hm, dość długotrwały przestój.

Nie jest do końca prawdą, że mój głos przeszedł bez echa. Życzliwie wypowiedziało się w tej sprawie dwoje zabierających po mnie głos radnych, Czesław Majdak i Dorota Chodyko. W podobnym tonie napisał w „Gazecie Goleniowskiej” z 25 września Pan Stanisław Jawny w rubryce „Moim zdaniem…”. Sądzę, a nawet mam pewność, że tak myśli więcej mieszkańców naszej Gminy. Rozmawiałem o tym z wieloma osobami, które pomogły mi sprecyzować dokładniej swoje zdanie. Chciałbym doprowadzić do przedyskutowania wyżej sformułowanych wniosków na forum komisji Rady Miejskiej. Będę ze swej strony do tego dążył, co niniejszym zapowiadam.

Ostatnia uwaga odnośnie tego tematu dotyczy samej przebudowy dworca. Nie mam istotnych obiekcji co do jego przyszłego wyglądu, bo trudno je mieć. Zaprezentowane wizualizacje są dość symboliczne i nie pozwalają w rzeczywistości na wyobrażenie sobie i ocenę go jako dzieła sztuki architektonicznej. Oczywiście mówię o takim przeciętnym odbiorcy, jakim jestem sam. Rasowy architekt ma zapewne inną wrażliwość, bardziej wyrobioną, podpartą fachową wiedzą. Nie lekceważyłbym jednak gustu przeciętnego laika, bo to on jest finalnym odbiorcą i użytkownikiem obiektu architektonicznego. A jako przeciętny laik z podejrzliwością podchodzę do takiego skoku jakościowego, w którym z większego klocka otrzymujemy mniejszy klocek. Ale pewnie nie znam się na tym wcale…

Na początku zapowiedziałem, że jeszcze jedna sprawa z XI sesji zostanie tu poruszona. Zrobię to bardzo ogólnie i skrótowo, za pomocą danych ilościowych. Otóż w programie tej sesji było aż 12 projektów uchwał odnoszących się do rozpatrywania różnorodnych skarg na działanie Burmistrza Gminy (spośród łącznie 27 rozpatrywanych projektów uchwał, czyli 44,4%!). Nic by nie było w tym złego, każdy przecież może się skarżyć, gdyby nie drobne ale… Mianowicie 4 spośród tych skarg (33,3%!) zostały uznane przez Radę Miejską jako zasadne. Dwie spośród nich dotyczyły nieterminowego załatwiania spraw, jedna niewłaściwego trybu udzielania dostępu do informacji publicznych, jedna zaś wykonania prac w sposób niezgodny z przepisami. Powie ktoś, że nazbierało się tak dużo spraw w trakcie wakacji. Dobrze, w takim razie dodam, że na sesji X przed wakacjami takich spraw było 5 (na łącznie 24 projekty uchwał, czyli 20,8%), przy czym 2 uznano za zasadne (z powodu przekroczenia ustawowego terminu załatwienia spraw), a jedną odesłano do dalszego rozpatrzenia do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Osobiście uważam, że świadczy to niestety o pogorszeniu bieżącej pracy Burmistrza i jego ludzi. Jak to stary człowiek powiem, że drzewiej tak nie bywało. Przy czym należy stwierdzić jednoznacznie, że uznanie przez Radę skargi za zasadną rodzi wobec Burmistrza jedynie symboliczne konsekwencje. Polegają one na tym, że w konkluzji takiej uchwały, po stwierdzeniu na czym polegało naruszenie prawa, pojawia się następująca formułka: „Rada Miejska w Goleniowie (…) wnosi do Pana Burmistrza o przestrzeganie przepisów (…) i podjęcie działań mających na celu uniknięcie w przyszłości tego rodzaju przypadków.”

Paradne, nie? Rada prosi Burmistrza, żeby przestrzegał prawa! Po nim zaś spływa to jak po kaczce, gdyż ilość skarg uznanych za słuszne rośnie. Ani razu natomiast jeszcze się nie zdarzyło, by Burmistrz poinformował Radę o „działaniach podjętych w celu uniknięcia w przyszłości tego rodzaju przypadków”. I tak właśnie wyraża się funkcja kontrolna sprawowana przez ciało uchwałodawcze nad organem wykonawczym w goleniowskim wydaniu. Aha, osobiście nie widzę tu ani lekceważenia mieszkańców, którzy się skarżą, ani olewania Rady, która prosi o przestrzeganie prawa. Burmistrz jest po prostu człowiekiem roztargnionym, ma tyle spraw na głowie…

Wielki Brat cię widzi Zdjęcie: biznes.interia.pl

Wielki Brat cię widzi
Zdjęcie: biznes.interia.pl

I jeszcze z ostatniej chwili: osoba najczęściej skarżąca się na działanie Burmistrza doczekała się od niego swoistego podziękowania. Bardzo swoistego. Otóż na dniach, nazwijmy go Pan X, ukarany został wyrokiem sądu rejonowego w postępowaniu mandatowym za różne wykroczenia popełnione w trakcie jazdy rowerem po ulicach naszego miasta. Nic by nie było w tym bulwersującego, gdyby nie to, że jest to zapewne jedyny przykład zgłoszenia do sądu w takich sprawach popełnionego przez… Burmistrza Gminy Goleniów. Zapewne całkiem przypadkowo i bez związku z czymkolwiek innym, wykroczenia Pana X zostały zaobserwowane przez strażników miejskich na nagraniach z monitoringu. Strażnicy oczywiście musieli podjąć zwykłe, rutynowe w takich sprawach działania. Tak zresztą, jak zawsze wobec szalejących rowerzystów czynią. Ha, ha…

Swoją drogą, kiedy montowano u nas pierwsze kamery monitoringu, nikt nie podnosił argumentów przeciw, że mogłyby posłużyć do prywatnej vendetty wobec wybranych osób. Nikomu nie wydawało się to wtedy możliwe. Ale żarty się skończyły, władzy może podpaść każdy. Obywatelu, uważaj co robisz! Wielki Brat czuwa.