RSS
 

Notki z tagiem ‘burmistrz Krupowicz’

Jak mylą pierwsze wrażenia, czyli po czynach ich sądźcie, nie po słowach

07 kwi
Liczą się czyny, nie słowa Zdjęcie: demotywatory.pl

Liczą się czyny, nie słowa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Pod koniec poprzedniego wpisu obiecałem napisać coś o kręgosłupie moralnym miłościwie nami rządzącego burmistrza Roberta Krupowicza. Nie dlatego, że takie mam hobby, że odczuwam głęboką potrzebę analizowania jaźni którejkolwiek osoby. Wręcz przeciwnie, prosty jestem człowiek, moja instrukcja obsługi mieści się na malutkim karteluszku, który żona powiesiła sobie 33 lata temu na lodówce ku codziennemu używaniu. Ludzi o osobowości dla mnie zbyt trudnej unikam raczej jak diabeł święconej wody. Cóż jednak czynić, kiedy ktoś się do nas garnie i gdzie nie postawię nogi, tam pan burmistrz? No i jego skomplikowany charakter, o który potykam się już od kilku lat.

Tak po prawdzie to jeszcze 6 lat temu pana Krupowicza wcale nie znałem. Pierwszym, który zwrócił mi na niego uwagę, był mój dobry znajomy przez wieki, Cezary Martyniuk. Wiem, znacie go też, dziennikarz „Gazety Goleniowskiej” od prehistorii, w stopce redakcyjnej stale uwidoczniony jako członek zespołu. Niektórym znany także od ubiegłego roku jako asystent burmistrza Roberta Krupowicza ds. komunikacji społecznej (cokolwiek miałoby to znaczyć). Oczywiście te dwie funkcje się absolutnie nie gryzą, wszystkie insynuacje na ten temat wepchnę z powrotem do gardeł podłym ludziom je głoszącym. W ostatnim akapicie zeszłorocznego artykułu prezentującego między innymi jego funkcję stwierdziłem, że będę uważnie przyglądać się jego pracy. Dzisiejszy wpis chyba też jest troszkę i o tym.

Zagadałem się, miało być o zwróceniu mojej uwagi na pana Krupowicza. No właśnie, przed rokiem 2010 wiedziałem tylko, że był Wojewodą Zachodniopomorskim przez niemal dwa lata (2005-2007), a w tym czasie zamieszkał na terenie naszej gminy. Pracując w Urzędzie Gminy i Miasta nie miałem ani razu okazji się z nim zetknąć osobiście, bo wojewoda niewiele ma wspólnego z samorządem, nawet twarz była mi znana tylko ze zdjęć. A w roku 2010 okazało się, że ma zamiar kandydować w wyborach na Burmistrza Gminy Goleniów. I z tym właśnie przyszedł kiedyś do mnie kolega Cezary.

Żadna rewelacja, dziennikarze „Gazety Goleniowskiej” pojawiali się w UGiM niemal codziennie, a do mnie jako prostego Sekretarza Gminy Cezary wdeptywał rutynowo. Nie z powodu starożytnej znajomości prywatnej oczywiście, tylko po informacje, jak to dziennikarz. Jednak tego razu, o którym piszę, tak jakoś w wakacje roku 2010, przyszedł po coś innego. Chciał zwierzyć się mi jako koledze, że ma zamiar popierać w nadchodzących wyborach samorządowych (listopad-grudzień 2010) kandydaturę pana Krupowicza. Nie pytajcie, skąd poczuł taka potrzebę, nie wiem. Może uznał, że trzeba mnie ostrzec? Nie bardzo wiedziałem przed czym, przecież w zapowiedziach przedwyborczych kandydat Krupowicz zapowiadał (mówię oczywiście w skrócie) kontynuację działań poprzedników, jedynie zmieniając nieco styl, inaczej rozmieszczając akcenty. Czego się bać?

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Ze spotkania na temat zlotu motocyklistów: Asystent, Prezes i Doradca
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Przyznam się, że skłamałem wtedy. Otóż udałem, że ta deklaracja poparcia jest dla mnie niespodzianką i nowością. Po prawdzie zaś wcale nie była. Bo miałem nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że dziennikarz Cezary Martyniuk już kilka miesięcy ciężko pracuje, by przybliżyć postać właśnie tego kandydata goleniowskim wyborcom. Właściwie w każdym kolejnym numerze „GG” pojawiały się treści autorstwa CM ukazujące go jako fajnego gościa. W kontraście do gości niefajnych, jak na przykład niejaki Krzysztof Zajko, obrzydły typ mający także niecną chęć objęcia burmistrzowskiego stolca. Ten niedobry człowiek zresztą czemuś podpadł redakcji „GG” już dużo wcześniej, jako wiceburmistrz przy jeszcze bardziej wrednym typie, długoletnim burmistrzu Andrzeju Wojciechowskim. Oj, nie miała ta ekipa medialnego wsparcia, wiem coś o tym. Bądźmy sprawiedliwi, żadna wcześniejsza ekipa takiego wsparcia nie miała. Ani za burmistrza Mirosława Chylickiego, ani za „wczesnego” Wojciechowskiego, ani za Andrzeja Lewka, burmistrza przed „późnym” Wojciechowskim.

Zapytałem kolegę sprytnie i naiwnie, czym pan Krupowicz się zasłużył w jego oczach, by powierzać mu najwyższy gminny fotel. Na to usłyszałem dość oględną krytykę zarówno kandydata Krzysztofa Zajko, jak i jego kuzyna, też kandydującego w wyborach, Henryka Zajko. Nie wolno było (zdaniem Cezarego) dopuścić żadnego z nich do władzy, bo razem stworzyliby familijny gang, a jedynym lekarstwem na to miał być (zdaniem Cezarego) tylko Robert Krupowicz. A jego Cezary lubi, bo jest fajny i był wojewodą. O tym drugim już wiedziałem, fajność pojawiła się jako nowa informacja. Wprawdzie prorokował, że pewnie tandem i tak wybory wygra (albo jeden pan Z., albo drugi, tertium non datur), ale on będzie się starał ułatwić drogę panu Robertowi. Święte słowa, tak było, ułatwiał jak mógł.

Później wszystko poszło jak z bicza trzasnął. Obaj panowie Z. pobili się w pierwszej turze, w wyniku czego Krzysztof prowadził w wyścigu o fotel przed Robertem Krupowiczem. Lecz w drugiej turze pan Krupowicz okazał się czarnym koniem i wygrał wyścig. Śmieszne, gdyby (jak sugerował kolega Cezary) „straszny” duet panów Z. skonsumował zmowę i nie wchodził sobie nawzajem w paradę, jeden z nich wygrałby w cuglach w pierwszej turze, osiągając ponad 50% głosów. Nie ma co, sprytny spisek. Po wyborach okazało się zresztą, że spisek rzeczywiście był: pana Roberta Krupowicza z panem Henrykiem Zajko. Zawarty ponadto już przed momentem, w którym mój kolega przyszedł mnie uświadomić gdzie leżą konfitury.

Zaraz po drugiej turze wyborów, jak pamięć mi podpowiada w piątek 10 grudniu 2010 r., nareszcie miałem okazję zapoznać się z panem Krupowiczem osobiście. Pierwsze wrażenie – pewnie jak pierwsze wrażenia wszystkich spotykających się z nim po raz pierwszy w życiu: słodycz, zachwyt, entuzjazm, jak mój znajomy taki stan nazywał: „orgazm czubkowy”. Sympatyczny, elokwentny, skupiony, życzliwy człowiek, no klasa! Nie pytany sam z siebie zapowiedział, że w urzędzie nie będzie żadnych kadrowych rewolucji. On nigdy dobrych pracowników z pracy nie wywala. Najwyżej tym, którzy się nie sprawdzili, proponuje przejście na inne stanowiska. Jako szef taką ma filozofię, tak robił na przykład jako wojewoda. A goleniowski urząd to dobry urząd. Zatem ma być spokojna praca od razu, bez personalnej karuzeli. „I niech pan, panie Sekretarzu, tak pracownikom mówi”.

Rajstopy w kiosku to grzech Zdjęcie: frega24.pl

Rajstopy w kiosku to grzech
Zdjęcie: frega24.pl

Kryształowy obraz zarysował mi się trochę już tego pierwszego dnia, kiedy burmistrz postanowił obejść cały urząd. W końcu nie tylko dla mnie był kimś nowym, inni pracownicy też znali szefa raczej z opowieści i zdjęć, niż osobiście. Wszystko było OK, choć burmistrzowski gabinet mu się nie spodobał, co zapowiadało zakupy nowego umeblowania, lecz jedno miejsce się wyjątkowo nie spodobało – kiosk na parterze, przy Biurze Obsługi Interesantów. Przechodząc obok pan Krupowicz z niesmakiem zauważył leżące gdzieś z boku pakiety z damskimi rajstopami. Stwierdził podniesionym głosem: „Majtek w urzędzie mi tu nikt sprzedawać nie będzie!”. No i była to jego pierwsza historyczna decyzja, podjęta jako Burmistrz Gminy Goleniów. Nakazał zerwać umowę dzierżawy z firmą prowadzącą kiosk. Później pozostał głuchy na wszystkie argumenty: że kiosk jest potrzebny, ma wielu klientów, że prowadzi dla nich usługi ksero, że pracownicy kupują w nim coś do jedzenia i picia, że przecież te „majtki” można z niego wyprowadzić (zastrzegając w aneksie do umowy, czego burmistrz nie życzy sobie w kiosku widzieć), że wypowiedzenie umowy wysyła na bezrobocie osobę kiosk prowadzącą, że czynsz z dzierżawy jest stałym dochodem budżetu, że… Nie pomogły interwencje radnych interpelujących do burmistrza na kilku sesjach. Ukazała się wtedy nieśmiało cecha charakteru p. Krupowicza, która dziś błyszczy w pełnej krasie: jak mam rację, żadne argumenty mi niestraszne, zdania nie zmieniam. Pomieszczenie po kiosku do dziś stoi puste. Może służy jako podręczny magazyn powietrza na wypadek jego nagłego braku?

Później zaś pan Krupowicz już bez wielu słów zabrał się za dalsze działania, znacznie poważniejsze, niż tak drobiazgowo opisana likwidacja kiosku. Całkowicie przeczące jego zapowiedziom. W pierwszych dwóch tygodniach pracy burmistrz spokojnie zdemontował budowany przez wiele lat przez poprzedników szkielet organizacyjny urzędu, pozbywając się także znacznej części osób na stanowiskach kierowniczych. Szczegółów nie będę poruszał. Z jednej strony dziś Państwa z pewnością nie zainteresują, z drugiej zaś obiecałem Robertowi Krupowiczowi publicznie tego nie roztrząsać. Taki gentelmen’s agrement.

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

Z dziećmi burmistrzowi zawsze zabawa idzie lepiej niż z dorosłymi
Zdjęcie: www.facebook.com/burmistrz.robert.krupowicz

W ciągu dwóch tygodni od pierwszej rozmowy już byłem pewien, że nie chcę być podwładnym Roberta Krupowicza. Nie tylko, że nie miał on dla mnie żadnej prawdziwej pracy, ale nawet gdyby ją miał, raczej długo byśmy ze sobą nie wytrzymali. Koncentracja złego postępowania, jaką miałem nieprzyjemność przez ten czas zaobserwować w wykonaniu nowego szefa, przerosła znacznie moją wytrzymałość. Nie miałem zamiaru firmować jej moim nazwiskiem. I zrozumiałem też, że żadna pensja nie wynagrodziłaby mi konieczności codziennego z nim bytowania. Postanowiłem poszukać sobie nowego zajęcia, choć oczywiście łatwo takiej decyzji się nie podejmuje. Na moją prośbę, której wcale nie motywowałem i obecnie też nie mam zamiaru wyjaśniać, burmistrz przystał. Z pewnością takie rozwiązanie było dla niego niespodzianką, ale na pewno było mu na rękę. Tym, którzy twierdzili wtedy, że jestem frajerem, dziś odpowiadam: nie żałuję, nie żałowałem i nigdy nie będę tej decyzji żałował.  

Podłego i głupiego postępowania wobec moich kolegów i koleżanek nie wybaczę panu nigdy, panie burmistrzu. Inaczej co do mnie. Żadnych skarg na swój los nie składam, gentelmen’s agrement trwa, nie mam w tej sprawie panu niczego za złe. Postanowiłem jednak Czytelnikom udostępnić na ten temat pewien tekst, który w tamtych dniach popełniłem. Mój jedyny w życiu tekst, którego nie podpisałem własnym nazwiskiem. Posłużyłem się przypadkowym pseudonimem osoby, która miała „wejście” na portal internetowy „Gazety Goleniowskiej” i użyczyła mi dostępu (ja nie mam go do chwili obecnej i żadnych komentarzy tam nie umieszczam). Zabrałem w ten sposób głos w dyskusji pod maleńką notką mojego kolegi Cezarego w rubryce „Komentarz aktualny”:

„Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian. Zmiany były zawsze, także kiedy przychodzili do pracy panowie Chylicki, Lewek czy Wojciechowski. Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane. Zawsze byli zadowoleni z takiego biegu spraw, zawsze też byli niezadowoleni.

Cezary Martyniuk
2011-01-19 12:03″

Oto co napisałem wtedy jako Balbinka na portalu „Gazety Goleniowskiej”:

Nie wytrzymałem, bo są dla mnie sprawy fundamentalne, ważniejsze niż bieżące newsy. Te wlatują nam do ucha bezwiednie i bezmyślnie, a za chwilę stają się dla wszystkich pewnikami. Ilość powtórzeń kłamstwa przekształca je w prawdę, trzeba więc bić na alarm. Inaczej błona ślepoty zarośnie nam całkiem oczy, którymi patrzymy na świat. Przykro mi, że będzie to tak długi elaborat, ale chyba krótko się nie da. Chodzi mi o „komentarz aktualny”, jaki na portalu zamieścił 19 stycznia Cezary Martyniuk. Do „komentarza aktualnego” nie ma niestety możliwości zamieszczania bezpośrednich komentarzy. Taki przywilej gazetowego komentatora, chyba żeby „nasze” zostało na wierzchu. Nie ma sprawy, każdemu wolno mieć własne myśli i komentarze. Gorzej, kiedy komentarz tylko w części wyraża opinie, zaś w części podaje informacje. A raczej „informacje”…

Bo „komentarz aktualny” Cezarego Martyniuka z dnia 19 stycznia (ten o emocjach wokół zmian kadrowych w Urzędzie Gminy i Miasta w Goleniowie) zawiera i komentarz, i informacje. Może najpierw warto wskazać te drugie – przygotuje to trochę mój „komentarz do komentarza”. Właściwie cała druga część „komentarza” to informacje. Cytuję:  „Warto pamiętać, że z Wojciechowskim przyszli ludzie pracujący z nim w starostwie, przyszli też znajomi byłego wiceburmistrza, w urzędzie pojawiło się wiele osób na różne sposoby spokrewnionych czy skoligaconych z wpływowymi urzędnikami. Warto też pamiętać o konkursach, które były ewidentnie „drukowane”, a ich zwycięzców dziecko mogło wskazać jeszcze zanim zostały rozpisane.”

I teraz mój komentarz do tych „informacji”… Kim byli „znajomi wiceburmistrza” (nazwiska!)?; jakie osoby spokrewnione/skoligacone (nazwiska!)?; kim są „wpływowi urzędnicy” (nazwiska!)”?; na czym polegają wpływy „wpływowych urzędników”?; ile to jest „wiele osób”?; czy dziecko mogłoby wyjaśnić, po czym poznało „drukowanie” konkursów (rozumiem, że na dyrektorów wydziałów w Urzędzie Gminy i Miasta na początku kadencji 2002-2004)?; czym różni się „drukowanie konkursów ewidentne” od „nie do końca pewnego”?; dlaczego dziecko wcześniej nie poinformowało o swoich podejrzeniach nikogo z dorosłych? Te niby śmieszne pytania mają na celu pokazać różnicę między informowaniem uczciwym, a nieuczciwym. Gdyby Cezary Martyniuk informował uczciwie, nie byłoby o co pytać – po prostu napisałby coś w tym stylu: „Szwagier wiceburmistrza X, Pan Y, został dyrektorem wydziału Z. I to nie jest fajne, bo nie ma wystarczających do tego kwalifikacji i nie może wykazać się wymaganym doświadczeniem.” Albo: „Jak twierdzi jedna z naszych urzędowych „wiewiórek”, szara eminencja Urzędu, niejaki X, żeby doprowadzić do zatrudnienia na urzędniczym stanowisku swojego serdecznego kolegi z wojska, szewca z zawodu, Pana Y – zaszantażował Burmistrza ujawnieniem szczegółów spotkań z Panią Z w jego gabinecie poza godzinami urzędowania.”

Te przykładowe informacje są dziennikarsko uczciwe. Podają konkrety, możliwe do sprawdzenia, posiadające źródło pochodzenia. Tu nie ma insynuacji, mrugania do czytelnika w stylu „wy rozumiecie, a ja wiem”. Zaczepieni mogą wyjaśniać, dementować, bronić się, przedstawiać dowody niewinności albo do wszystkiego się przyznać, nawet dochodzić swych praw przed sądem. Jeśli informacje były prawdziwe – dziennikarz miał je prawo podawać i jest czysty jak łza. Od tego jest – od podawania informacji. I nie jego wina, że ktoś coś złego zmalował. Cóż natomiast uczciwego znajduje się w informacjach podanych przez Cezarego Martyniuka? To po prostu rzut zza węgła pewną smrodliwą substancją, której jak najwięcej ma się przykleić, bo na pewno trochę na obrzucanych zostanie – i odskok z niewinną miną na wcześniejszą pozycję – pozycję komentatora. Bo przecież pisze komentarz, a nie żadne tam informacje… Obrzucony tym czymś mazistym nawet nie spróbuje się odszczeknąć, bo za jaki szczegół się nie złapie – ta śliska substancja wypływa mu między palcami i jeszcze bardziej się rozłazi. A ponadto tworzy się „fakty”, które mają poprzeć wcześniejsze tezy.

Przykro mi, ale tych konkretnych informacji w wykonaniu Cezarego Martyniuka nie było; sama mazista substancja, mająca przygotować usprawiedliwienie dla najpierw napisanego komentarza. Może by i coś konkretnego dałoby się napisać, ale się nie pisze. Redaktor podaje zresztą te „informacje” jedynie w konkretnym celu: jeżeli wskaże, że inni też, to obecny burmistrz jest całkowicie usprawiedliwiony. A co, tylko jednemu wolno robić źle? Zło czynione przez innych miałoby usprawiedliwić zło czynione obecnie.

No i nareszcie dochodzę do tego, co najważniejsze. Do właściwego komentarza wyrażonego przez Cezarego Martyniuka. Cytuję: „Emocje wokół zmian personalnych w UGiM są zrozumiałe. Warto pamiętać jednak o prawie burmistrza do dobierania sobie współpracowników i prawie do dokonywania zmian.” Dwa zdania, a można byłoby napisać tomy rozpraw filozoficznych, dysertacji prawniczych, nawet powieści psychologicznych i dramatów, zawsze współczesnych. Zapytam naiwnie, jak to wcześniej wspomniane przez redaktora Martyniuka dziecko: a z czego wynika to prawo burmistrza do dobierania sobie współpracowników?

W jakim akcie prawnym zawarty jest przepis, pozwalający usprawiedliwić tak bezsensowną tezę? Wiem, zgadzają się z tym „prawidłem” prawie wszyscy, ale jeszcze raz: jaka podstawa prawna uzasadnia takie postępowanie? I odpowiem: nie ma takiego przepisu… To tylko obowiązująca praktyka, u nas powszechnie akceptowana, a nie mająca nic wspólnego z prawem, logiką, zasadami dobrej organizacji, demokracją, a nawet etyką, nie tylko chrześcijańską. To siedząca w nas zgoda na niezauważanie bezsensu, niesprawiedliwości, rozrzutności i niezgodności z prawem takiej postawy.

Już wyjaśniam, bo pewnie czytający przecierają oczy ze zdziwienia – czego tu się czepiać? Najlepiej wyjaśnić na przykładach. Podam kilka, które mi do głowy przychodzą:

1. W szkole pojawia się nowy dyrektor. Zwalnia 10 nauczycieli (nie, lepiej wszystkich – też by mógł), argumentując, że ma prawo dobierać sobie współpracowników. Wszyscy kiwają ze zrozumieniem głowami i odchodzą na zieloną trawkę spokojnym krokiem. Kurator oczywiście klepie dobrotliwie dyrektora po plecach, a burmistrz załatwia roboty publiczne przy kopaniu rowów dla zwolnionych. Uczniowie cieszą się jeszcze bardziej, bo uwielbiają, jak coś się dzieje innego, niż nudne zakuwanie lekcji. Rodzicom jest to na razie obojętne.

2. Do fabryki produkującej śrubki przychodzi nowy dyrektor. Oczywiście obowiązkowo wyrzuca na bruk całą załogę, bo ma dużą rodzinę i wielu znajomych. Wszyscy oni są zdolni i bardzo szybko nauczą się, jak robić śrubki. Przejściowy spadek produkcji i przychodów firmy rekompensowany jest radością, że atmosfera w zakładzie jest iście rodzinna. Nie zepsuje tego nawet fakt, że inne fabryki produkujące śrubki wygryzły w tym czasie naszą z rynku.

3. W jednej z najlepszych gmin w kraju, zbierającej hurtem wyróżnienia w niemal każdej dziedzinie, stary burmistrz postanowił odpocząć na emeryturze. Jego aparat pomocniczy, czyli urząd gminy, musiał być raczej dość dobry, bo wbrew poglądom niektórych, to nie sam burmistrz i radni decydują o jakości działania organów gminy. Nie zrobiliby wiele, gdyby nie mieli dobrych urzędników do realizacji nawet najlepszych pomysłów. Albo gdyby nie mieli pomysłów, spuszczając się na urzędników, którym płaci się za rozwiązywanie problemów. Wybrano nowego burmistrza, którego „świętym prawem” (chyba wszyscy się zgodzą?!) jest wymienić urzędników na dowolnych innych. Problemu nie ma żadnego, bo dobrych urzędników jest multum. Cóż może być prostszego, niż bycie urzędnikiem? No i dobrze, wymienił. Czemu nie wszystkich, nie wiadomo. Być może miał mało znajomych chętnych do pracy w urzędzie, może pensje były za niskie? Niektórzy bardziej gospodarni mieszkańcy gminy trochę złorzeczyli odchodzącym urzędnikom, że ich zwalnianie kosztowało kupę szmalu, za co powinni się wstydzić. A te darmozjady nawet nie próbowały się wytłumaczyć czy przeprosić. Może dlatego, że nikt im nie udzielił głosu. Gdyby udzielił, z pewnością by się pokajali. Natomiast po zaledwie 3 latach mieszkańcy będą mogli już próbować przychodzić do urzędu załatwiać swoje sprawy. Właśnie  pracujący tam nowi urzędnicy ogarną się trochę z robotą, przestaną szukać min pozostawionych przez poprzedników i nabiorą rzetelnych kompetencji. Trochę szkoda, że za chwilę następne wybory, a po nich załoga wyleci z roboty. Bo nowowybrany burmistrz oczywiście przyprowadzi swoich nowych urzędasów – takie ma prawo. Oczywiste dla wszystkich.

To ja protestuję! To „oczywiste prawo burmistrza” jest prawem zbója łupiącego wszystkich spoza swojej własnej bandy, mafiozo liczącego się tylko z dobrem swojej mafijnej rodziny. Nieważne, czy rodziny politycznej, czy kolesiowskiej ferajny. Jest to prawo do oficjalnego i powszechnie akceptowanego nepotyzmu na dowolną skalę. To potulna zgoda owieczek na bycie strzyżonym i dojonym ze swoich podatków, wyrzucanych w błoto na bezsensowne i pozorne reorganizacje. To przyzwolenie na dzielenie łupów w podbitym kraju. Przesadzam świadomie, bo różnica jest tylko w skali grabieży.

Może więc urzędnicy to święte krowy, paniska nie do ruszenia, nieusuwalni i chronieni przez specjalne przywileje? Nic z tych rzeczy. Tak jak zły kamieniarz nie sprzeda swoich nagrobków, jak zły sklepikarz straci klientów, jak zły robotnik wyleci za nadmiar braków, jak zły architekt pójdzie do więzienia za niezgodnie ze sztuką zaprojektowany i zawalony most – tak i na złych urzędników są kary, do wyrzucenia z pracy włącznie. Tylko trzeba im wykazać, że źle pracują, że są niekompetentni, że nie szanują interesantów, że po prostu partaczą swoją robotę. Tego niestety nie da się załatwić jednym zarządzeniem burmistrza, bo wymaga bardzo sumiennych, obiektywnych i konsekwentnych działań, indywidualnie wobec każdego z badanych.

Chcesz burmistrzu wprowadzić swoich, bo do zastanych nie masz zaufania? Dobrze, tylko zrób to zgodnie ze sztuką. Wiesz, że biorą łapówki – zgłoś przestępstwo do prokuratury. Spóźniają się i bumelują? Karz ich zgodnie z regulaminem pracy, do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie. Zwalniaj ich, gdy są niekompetentni, nierzetelni, działają niezgodnie z prawem. Gdy ich winą jest coś więcej, niż tylko bycie „nie z tego układu”. To nieprawda, że wywalić z pracy można za nic. Jeśli to zyskuje przyzwolenie, niech wstydzą się przyzwalający. A gdy masz burmistrzu lepszych, to ich zatrudnij i daj okazję się wykazać, sprawdzić i porównać. Piszę to nie o burmistrzu Krupowiczu, tylko o każdym, który znalazłby się na jego miejscu.

Burmistrza wybierają wyborcy, ale tylko jego dotyczą wybory. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, że nie musi on nikomu zapłacić stanowiskami w urzędzie po wygraniu wyborów? Jest politykiem, niech płaci politycznymi stołkami. I wyłącznie tymi. Czy nie może na drugi dzień po przyjściu do pracy zająć się wspólnie ze SWOIMI URZĘDNIKAMI normalną pracą, bez tracenia miesięcy czasu, kupy pieniędzy, olbrzymiego zaangażowania na wprowadzenie SWOICH? Czemu ma zniszczyć wspólną inwestycję poprzedników w tworzenie kompetentnej kadry, czemu ma wyrzucić w błoto niemałe pieniądze podatników wsadzone w jej wyszkolenie?

Jeśli ktoś oceni, że to tylko mój naiwny idealizm, jakieś nierealne rojenia, to także zaprotestuję. Taki model działa w niejednym kraju, gdzie polityka odbywa się jedynie do szczebla burmistrza. A niżej pracują fachowcy, którym jest naprawdę obojętne, jak nazywa się ich szef i z jakiej jest partii. Bo oni nie są od polityki, tylko od roboty.

Balbinka

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa Zdjęcie: demotywatory.pl

Przyjaciół się ma, a kumpli miewa
Zdjęcie: demotywatory.pl

Dziś nie wycofuję się z ani jednej napisanej wtedy litery. Dodam jeszcze, że po tym wpisie zadzwonił do mnie kolega Cezary z jednym tylko pytaniem: „Czy to ty jesteś Balbinka?” I znów mu skłamałem, zapierając się w żywe oczy, o czym pewnie dobrze wiedział. Zrobiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia. Po prostu od pierwszej rozmowy z panem Krupowiczem minął już ponad miesiąc, w trakcie którego moje wszystkie złudzenia co do prawości burmistrzowskiego charakteru prysły się jak mydlane bańki nad balią pełną piorących się kalesonów. Myślę, że nie zrozumiałby mojego prawa do zabrania głosu pod własnym nazwiskiem, dając sobie prawo do jakichś represji. Ponadto już wtedy wiedziałem, w styczniu roku 2011, że mój kolega Cezary Martyniuk pełni (na razie społecznie i nieodpłatnie) funkcję osobistego asystenta burmistrza Roberta Krupowicza. I że z pewnością była ona dla niego ważniejsza, niż bycie moim kolegą. A tak łatwo „zabić kogoś gazetą”, o czym niejeden się przekonał. Może jestem naiwnym idealistą, ale nie samobójcą, jakiś elementarny instynkt samozachowawczy jeszcze mi pozostał.

Wszystkim miłośnikom burmistrza Krupowicza radzę zastosować proste kryterium oceny, z którego ja skorzystałem już 6 lat temu. Znajdziecie je w Ewangelii według św. Mateusza gdzie napisano: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Bo nie słowa, nawet najpiękniejsze i najpotoczyściej z ust płynące, dają właściwe podstawy do szacowania czyjejś wartości moralnej. Takimi właściwymi kryteriami oceny ludzkiej moralności są tylko nasze czyny.

 
 

Zaciemniające wyjaśnienia, czyli jak Burmistrz Krupowicz zdemaskował wojującego ateistę

28 mar
Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezydium Komisji Spraw Społecznych z radnymi Krystyną Jaworską i Marzeną Pach
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Dzisiejszy temat wynika niejako automatycznie: jestem winien Państwu zapowiedzianą relację z posiedzenia Komisji Spraw Społecznych, Edukacji, Kultury i Sportu. W środę 23 marca drugi raz zajęła się zlotem motocyklowo-rockowym, o którym pisałem poprzednim razem. Tym razem nie zachowam chronologii, gdyż pełne nagranie spotkania znajdziecie Państwo na portalu www.goleniow.net.pl. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, lecz najważniejsze usłyszeć można. Skoncentruję się na niektórych wątkach.

Frekwencja była nadspodziewanie wysoka. Nie poczytują sobie tego oczywiście jako własną zasługę, bo poza opublikowaniem poprzedniego wpisu nic więcej ku temu nie uczyniłem. Zatem zainteresowanie było samoistne,  a na sali obrad Rady Miejskiej, w której rzecz miała miejsce, pojawiło się kilkadziesiąt osób. Przybyło „na moje oko” około 40-50 osób – żałuję, że nie policzyłem dokładnie. Mówię oczywiście o publiczności, bo było to przede wszystkim posiedzenie KSSEKiS. Stawiła się ona w pełnym, 8-osobowym składzie: Krystyna Jaworska – Przewodnicząca Komisji, Marzena Pach – Wiceprzewodnicząca, Irena Henkelman, Agata Wilińska-Onyśko, Krzysztof Czerwiński, Artur Panek, Wojciech Łebiński i Wasz sprawozdawca, Ireneusz Zygmański.

Komisja na to posiedzenie zaprosiła Burmistrza Gminy Roberta Krupowicza, który pojawił się w towarzystwie obu zastępców, Tomasza Banacha i Henryka Zajko. Przyszedł także zaproszony Prezes Zarządu Stowarzyszenia Motocyklistów Goleniowskich pan Jacek Szambelan. Ten ostatni w towarzystwie pana Pawła Bartoszewskiego, który przedstawił się jako „osoba z zewnątrz, wspierająca SMG”.

Co do roli Pawła Bartoszewskiego wyjaśnienia były potrzebne dalej w trakcie posiedzenia, bo kilkakrotnie na pytania kierowane do organizatora imprezy, którym jest SMG, właśnie on rozpoczynał odpowiedzi. Dziwiło to, skoro nie jest on członkiem SMG (sam o tym mówił), a obok niego siedział Prezes Szambelan. Wypowiedzi pana Bartoszewskiego zajęły sporą część posiedzenia (czasu wystąpień nie ograniczano). Część pytań kierowano wprost do niego, często jednak, nawet mitygowany przez pytających, wyręczał Prezesa SMG. Ten też udzielił kilku wyjaśnień bardzo wyczerpujących. Liczne pytania dotyczyły Burmistrza Krupowicza, który był raczej lakoniczny. Wypowiedzi pytających nieraz też były obszerne, z dużą ilością komentarzy. Spotkanie trwało ok. 2 godzin. Spróbuję przedstawić, co powiedzieli poszczególni „odpowiadacze” – p. Szambelan, p. Bartoszewski i burmistrz.

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Prezes Jacek Szambelan, obok radna Agata Wilińska-Onyśko, wyżej publiczność
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Zaczynam od Prezesa SMG Jacka Szambelana. Planowany festiwal opisał jako przede wszystkim zlot motocyklowy organizowany przez swoją organizację. Szeroko mówił o wcześniejszych wydarzeniach organizowanych w krótkiej historii SMG. Przyszłą imprezę określił jako prywatną, biletowaną, przeznaczoną dla środowiska motocyklowego Goleniowa i wielu motocyklistów z zewnątrz, także zaproszonych z zagranicy. Koncert heavymetalowy uważa za jedną z atrakcji, przyciągających uczestników. Jako ważniejsze przedstawiał jednak czysto motocyklowe akcenty, jak parady, konkursy czy licytacje. Absolutnie nie ukrywał, że SMG ma zamiar na imprezie zarobić, a uzyskany dochód przeznaczyć na cele statutowe swej organizacji. Wykazywał, że w koncercie wystąpią zespoły o różnym zabarwieniu ideowym, nie wykluczając także grup o charakterze chrześcijańskim (cokolwiek miałoby to znaczyć). Uważał, że udział zespołu Behemoth jest przesadnie wyolbrzymiany, podczas gdy on sam za „gwóźdź programu” uważa brytyjskich weteranów z Saxona. Dementował zdecydowanie plotki, jakoby punktem koncertu miała być „czarna msza” satanistyczna, choć program jest jeszcze nieustalony. Wszystkich zamierzających oceniać negatywnie festiwal przez Internet odsyłał do ich własnych stron, bo na stronie festiwalu możliwości komentowania nie będzie. Pod koniec spotkania bez owijania w bawełnę nazwał imprezę „wielką prywatką na prywatnym terenie”, co miało oddalić publiczne zainteresowanie pytających o szczegóły.

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Pan Bartoszewski odpowiada, a raczej opowiada
Zdjęcie: Andrzej Bugajski

Paweł Bartoszewski, kolejny odpowiadający na pytania publiczności, uściślił swą rolę w spotkaniu jako „nieformalny współorganizator” festiwalu, ponadto zaproszony do udziału przez Burmistrza Krupowicza jako doradca ds. Goleniowskiego Parku Przemysłowego, w którym ma mieć miejsce impreza. Później kilkakroć powtarzał, że nie jest oficjalnie w gronie organizatorów. Z drugiej strony był bardzo emocjonalnie w wydarzenie zaangażowany, często mówiąc o nim „nasz festiwal”, „nasza impreza”, „nasz koncert”. Imprezę też nazwał „prywatną, biletowaną”.

Wystąpił także w roli eksperta, bardzo szeroko analizując kulturowe aspekty wartości muzyki heavymetalowej, stosowanych w niej konwencji. Podkreślał absolutne niezrozumienie czystych intencji muzyków głównie przez środowiska chrześcijańskie. Jego zdaniem (całkowicie niesłusznie) poważnie traktują one diaboliczną oprawę koncertów, lecz to tylko jest styl, konwencja, wręcz żartobliwe mruganie do słuchaczy. Wykazywał, że niczego w tej muzyce i jej otoczce nie można traktować dosłownie, szczególnie zaś tekstów utworów, stąd nie ma sensu ich analizowanie. Argumentował, że także tekstu Biblii nie można traktować dosłownie, a tylko metaforycznie. Sugerował, że zamieszanie wokół „satanizmu” grup ciężkiego rocka jest sztucznie tworzone przez ludzi go nierozumiejących, a obawy przez nich wyrażane są wyolbrzymione. To, co streściłem w tym akapicie, panu Pawłowi zajęło łącznie kilkanaście minut. Ku wyraźnemu zniecierpliwieniu jednych, których wypowiedzi kontrował, narzucając swoje interpretacje, oraz innych, pragnących zadawać dalsze pytania.

Pan Paweł podkreślił, jak szeroko i dokładnie informuje się o przyszłym wydarzeniu, szczególnie wskazując na swój profil facebookowy, gdzie od lutego udzielane są wszelkie informacje (na razie tylko tam, bo na oficjalnej stronie festiwalu nie ma żadnego miejsca na zapytania czy komentarze). Akurat ten aspekt wydał się na spotkaniu szczególnie niejasny. Dokładniej pokażę więc, jakie poglądy Paweł Bartoszewski wygłosił co do obiektywnego informowania o imprezie i jak traktowani są chętni do „myślenia inaczej niż on”.

Jedna z osób zwróciła uwagę, że na tym profilu wpisy (powiedziała o licznych przypadkach) zawierające jakiekolwiek wątpliwości co do imprezy są natychmiast, w ciągu minut lub wręcz sekund, blokowane i kasowane, przez co nie ma mowy o rzetelnym informowaniu. Na profilu widnieją w ten sposób same pozytywne wpisy o imprezie, dające wrażenie powszechnego co do niej entuzjazmu. W odpowiedzi pan Bartoszewski strofował ją, że zadawanie pytań na profilu o godzinie 1.00 w nocy jest niewłaściwe, on o tej porze nie musi reagować. Uznał intencję tego jako sprytną chęć, by nieprzychylnie zadane pytanie „powisiało na Facebooku przez całą noc”, co dałoby okazję opatrzenia go także nieprzychylnymi komentarzami. Określił treść i formę przysyłanych na profil wpisów jako „niecywilizowane”, za przykład podając kilkunastokrotną próbę załączenia filmu dokumentalnego o satanizmie „przez środowiska chrześcijańskie”. Ponieważ celem profilu ma być „organizacyjne przedstawienie imprezy od strony zawartości”, usuwa wszystkie wątki o innym charakterze, na przykład polityczne czy ideologiczne. Ma to „wygasić napięcia między zwolennikami i przeciwnikami Behemotha”. Dodał także, że wszystkie wpisy komentujące udział Behemotha były nieprzychylne i oczywiście… zostały usunięte. Pan Paweł zapytany, dlaczego jego profil działa także w godzinach, w których jest on zobowiązany pracować, wyjaśnił bez żadnego skrępowania, że na profilu naprawdę pracują „pod jego nazwiskiem”… cztery różne osoby.

Wybaczcie, skomentuję od siebie. Ręce mi opadają, bo nigdy nie zrozumiem facetów tak „logicznie” myślących. Mieć pretensje o godziny, w jakich ktoś coś wpisuje przez Internet??? Toż „połowa Internetu” by zniknęła, gdyby zabroniono go używać w nocy! Z jednej strony on „nie ma obowiązku” odpisywać o późnej porze, bo „w nocy się śpi”, z drugiej zaś czuwa do rana, żeby nic nieprawomyślnego się nie pojawiło. Czemu zatem w ciągu dnia nie można jednak do pytań wrócić i je skomentować dowolnie, odpowiadając choćby „co ślina na język przyniesie”? Czterech „murzynów” posługujących się nazwiskiem „Paweł Bartoszewski” udaje, że rozmawiacie właśnie z nim! Zwodzą użytkowników portalu zafałszowaną tożsamością, choć to zwykłe oszustwo. Wyręcza się nimi właściciel profilu, zamiast po prostu odpowiadać na pytania czy zarzuty. I jeszcze kreowanie zakłamanego wizerunku imprezy, która ma jedynie „dobrą prasę”, wszystkim się podoba, jest bezdyskusyjnie piękna. Po co umożliwiono przysyłanie komentarzy, skoro i tak tylko jednoznacznie pozytywne mają pozostać? Żadnego regulaminu użytkowania nie podano; gdyby był i stosował opisane przez p. Bartoszewskiego reguły, może nikt by mu nie zawracał głowy i nie tracił czasu na próby kontaktu. Pokrętne i śliskie tłumaczenie, kompletny brak szacunku, lekceważenie, manipulacja dążąca jedynie do postawienia na swoim wszelkimi środkami. Żonglerka słowami „prywatny”, „służbowy”, oficjalny”, „nieoficjalny”, w której efekcie wszystko się zaciera i nikt już nie wie, co pan Paweł robi przy tej imprezie, prywatnie czy służbowo. Tak moralnie umiejscowiony gość gani bez żenady kogoś, że ośmielił się prosić o wyjaśnienia!

Za niepotrzebny zgrzyt uważam jedno z pytań zadanych p. Bartoszewskiemu przez radną p. Dorotę Chodyko. W kontekście daty przyjętej do przeprowadzenia imprezy (24 czerwca – wspomnienie Jana Chrzciciela), jej zdaniem dobranej jako prowokacja religijna, zapytała wprost: „Czy jest pan wierzący?” Usprawiedliwiam to zachowanie brakiem odpowiedzi na podnoszona przez nią kwestię, czy można wyeliminować z imprezy „złe zespoły” (miała na myśli zespoły propagujące zło, konkretnie wymieniła Behemotha). Wybacz, Doroto, Paweł Bartoszewski powinien ci odpowiedzieć, ale jego wierzenia są wyłącznie prywatną sprawą. Takimi kartami grać nie wolno.

Trzecim udzielającym licznych odpowiedzi był sam Burmistrz Robert Krupowicz. Najpierw ponownie odżegnał się od współuczestnictwa gminy w organizacji festiwalu, której udziałem ma być jedynie udzielenie pożyczki dla SMG jako organizacji pozarządowej działającej na naszym terenie. Sam festiwal z jednej strony określił jako imprezę prywatną, na gruncie prywatnym, biletowaną, prowadzoną w oddaleniu od miasta, przez co nie będzie rodzić żadnych zagrożeń dla osób postronnych. Stwierdził, że jeśli SMG złoży w odpowiednim terminie prawidłowo sporządzony wniosek o przeprowadzenie zlotu, on taka zgodę wyda. Przypomniał prezesowi o odpowiedzialności karnej wynikającej z przepisów ustawy o organizacji imprez masowych.

Tu dygresja: nie mogę pojąć, czemu wszyscy trzej „odpowiadacze” jak mantry używają terminu „biletowana impreza”. Sprawdziłem w słowniku. Biletować znaczy dokładnie tyle: sprzedwać bilety wszystkim uczestnikom wydarzenia, wyprzedać. Czyżby chodziło o zamiennik, by nie padło niesympatycznie brzmiące „impreza komercyjna”? Semantyczna sztuczka, i tyle. Komercja źle się kojarzy, więc ją ukrywają pod inną nazwą.

W odniesieniu do przyczyn udzielenia pożyczki nieznanej sobie organizacji pozarządowej, z którą wcześniej gmina nie współpracowała, pan Krupowicz powiedział jedynie: „Wniosek o przyznanie pożyczki wpłynął bodajże w grudniu albo styczniu. Od razu rozpoznałem w Stowarzyszeniu ogromny potencjał, który warto wspierać. Przyznanie pożyczki to tylko moja odpowiedzialność, ale uznałem, że należy im dać szansę.”. Zamierzoną imprezę uznał za mającą „światowy rozgłos”, o dużym walorze promocyjnym dla gminy, wręcz unikatową w skali kraju, a pieniądze z pożyczki jako świetnie zainwestowane. Przemilczał komercyjny charakter organizowanej imprezy, bagatelizując go. SMG wprawdzie nie ma zgodnie z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego prawa prowadzić działalności zarobkowej, lecz pana Krupowicza to nie interesuje.

Dodam, że udzielenie pożyczki przez burmistrza podlegać będzie jeszcze kontroli przez Komisję Rewizyjną. Był to wniosek radnego Wojciecha Łebińskiego (członka tego ciała), który przyjęła Komisja Spraw Społecznych na koniec posiedzenia. Konkurencyjny wniosek, by sprawę powierzyć do zbadania zewnętrznej instytucji, przepadł większością głosów. Nie wróżę inicjatywie powodzenia. Komisja Rewizyjna oceni tylko legalny aspekt sprawy, a nie on jest kwestionowany. Jak wszyscy wiedzą, interpretacje prawne to obosieczne miecze. Moralność natomiast to spojrzenie przez pryzmat sumienia konkretnych osób. Burmistrz też to wie i niczego się od tej strony złego nie spodziewa. Oświadczył już 26 marca na stronie www gminy: „Chcę wyraźnie oświadczyć, że w sprawie czerwcowego koncertu rockowego na terenie należącym do jednej z firm działających w GPP będę się kierował wyłącznie zasadami obowiązującego w Polsce prawa. Tak więc jeśli organizatorzy koncertu spełnią wymagania stawiane imprezom masowym, otrzymają zgodę na jego przeprowadzenie.(…) Oświadczam, że pożyczka została udzielona zgodnie z prawem, na powszechnie obowiązujących zasadach, podobnie jak szereg innych pożyczek udzielanych innym organizacjom działającym w gminie. Cieszę się, że sprawę zbada komisja rewizyjna Rady Miejskiej, na wynik kontroli będę czekał spokojnie.”

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje "nasz herb" Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Logo Rock Hard Festival wykorzystuje „nasz herb”
Ilustr.: http://rockhardridefree.pl

Zapytany przeze mnie o pozwolenie dla SMG na użycie herbu Goleniowa burmistrz stwierdził, że je wydał. Odnośnie przeróbek dokonanych w wyglądzie herbu na banerze imprezy powiedział, że nie widzi w nich nic złego, a ich ocena zależy od subiektywnych impresji odbiorców. Jest to jedynie „projekcja artystyczna”, utrzymana w konwencji stylu miłośników muzyki hardrockowej. Tak można uważać, przyznaję. Jeśli przerabia się jakiś nieistotny znak, można się tak pobawić. Lecz nasz herb podlega ochronie prawnej. Nasuwa mi się analogia z herbem państwa, do którego stosuje się art. 137. § 1 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa, niszczy, uszkadza lub usuwa godło, sztandar, chorągiew, banderę, flagę lub inny znak państwowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”. Powie ktoś, że nasz herb to nie godło państwa. No cóż, w skali gminy to odpowiednik godła krajowego. Nie ulega wątpliwości, że w świetle Statutu Gminy na burmistrzu spoczywa obowiązek chronienia go przed zniewagą, a nie tylko przywilej uzasadniania gustowności popełnionej przeróbki. Ten zaś zwracając się do mnie, stwierdził tylko, że każdy urażony ma prawo iść do sądu i tam dochodzić praw. On urażony nie był. Ciekawe, co by się stało, gdyby projektanci plakatu goleniowskiej imprezy przerobili logo jakiegoś znanego koncernu, np. Volkswagena, Coca-Coli albo Shell? Zapewne to właśnie burmistrz byłby pierwszym biegnącym w te dyrdy do sądu, w obawie o przypisanie mu pomocy w takim świętokradztwie, a w konsekwencji nieuchronnej srogiej kary finansowej.

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Zespół Behemoth już wie, jak się znieważa godło
Zdjęcie: www.facebook.com/behemoth/photos

Tu jeszcze jedna dygresja co do stylistyki przerobionego herbu. Wydaje się, że grafik czerpał pomysł z tego samego źródła, co projektant plakatu promującego tegoroczną trasę zespołu Behemoth. Głównym motywem jest godło Polski, Orzeł Biały, któremu dorobiono diabelskie rogi, dodano odwrócony krzyż, oplatające go węże oraz trupie czaszki na skrzydłach. Sympatyczna stylistyczna zabawa orzełkiem czy świadoma prowokacja milionów Polaków, dla których ten symbol jest święty? Tym razem już nie tylko zaczepka religijna, lecz znieważenie symbolu Państwa, za który wielu oddało swoje życie. Tytuł reklamowanego koncertu „Rzeczpospolita Niewierna” prowokuje i chrześcijan, i patriotów. Pewnie zareagują z oburzeniem, a pan Darski będzie się śmiał w kułak, kiedy ciągnące się procesy sądowe zapewnią mu darmową reklamę i status męczennika szatana na długo.    

Gdy dalej pytałem, czy nie pojawiły się u niego jakieś moralne wątpliwości co do celów festiwalu, który jest całkowicie komercyjny, a ponadto rodzi kontrowersje (ich dobitnym wyrazem było najpierw poprzednie posiedzenie Komisji Spraw Społecznych, prowadzące do przeprowadzenia bieżącego), pan Krupowicz nic zdrożnego nie odnotował. Na końcu odpowiedzi powiedział natomiast coś takiego: „Widzę pozytywny aspekt całej tej dyskusji. Otóż pan Zygmański, taki zdeklarowany antyklerykał i wojujący ateista, podejrzewam że doświadcza w tej sytuacji nawrócenia. I chciałbym, żeby pan wiedział, o czym pan mówi. (…) I niech pan przeczyta, a jak pan uzna, że już coś z tego zrozumiał, to proszę mi oddać moje Pismo Święte”. To mówiąc pan Krupowicz podszedł, z trzymanej w ręku reklamówki coś wyciągnął i położył przede mną na stole.

Czy te oczy mogą kłamać? Zdjęcie: radioszczecin.pl

Czy te oczy mogą kłamać?
Zdjęcie: radioszczecin.pl

Kiedy burmistrz szedł w moim kierunku, ledwie słyszałem, co do mnie mówi, a rozumiałem jeszcze mniej. Patrzyłem z fascynacją na jego twarz. A zbliżał się ku mnie z takim uśmiechem, jak na fotografii obok: twarz ściągnięta w sztywny grymas, zaś oczy jak stalowe noże. Nawet trochę się bałem, że wyciągnie z tej reklamówki pistolet. Jego słowa dotarły do mnie dopiero wtedy, gdy odszedł, a przede mną leżała na stole Biblia. Przyznam, że wyłączyłem się z dalszego toku spotkania na parę minut, a moje myśli były daleko od sali obrad.

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy i w jaki sposób dałem się poznać jako zdeklarowany antyklerykał, a tym bardziej jako wojujący ateista. Czym się to u mnie przejawiało? Przecież nigdy się publicznie nie wypowiadałem na tematy religijne, nigdy nie uczestniczyłem w żadnych otwartych dyskusjach światopoglądowych, nie krytykowałem nikogo za stosunek do religii, nie napisałem ani jednego słowa przeciw komukolwiek z powodów religijnych. Nawet w prywatnych rozmowach nie są to tematy, w jakich zabierałbym głos. Nie próbowałem nikogo do ateizmu namawiać czy przekonywać. Bo że jestem ateistą, to wyłącznie moja prywatna sprawa. Przez pół wieku ani razu jeszcze nie miałem na ten temat żadnej kontrowersji z nikim. Nie mam pojęcia, skąd burmistrz zna mój światopogląd, a już zupełnie nie wiem, jak mógł sobie o mnie wyrobić opinię kogoś, kto agresywnie ateizmem się posługuje.

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

To ten egzemplarz Biblii dał mi burmistrz
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Później przyjrzałem się egzemplarzowi Biblii, którą burmistrz mi dał. Piękna książka, oprawiona w grubą skórę. Wyglądała jak nowa, dziewicza, prosto z drukarni. Nie tak, jak dwa egzemplarze różnych wydań, które mam  w domu; każdy przeczytałem sumiennie po dwa razy od deski do deski, inni domownicy dołożyli swoje, więc się trochę zużyły. Dziwne, czemu ateista czyta Biblię? Pewnie znam ją lepiej niż niejeden żarliwy chrześcijanin – po prostu sądzę, że każdy człowiek powinien to dzieło znać. Znalazłem tam wiele wskazówek moralnych, jak w życiu postępować, cenię ją też za piękny język.

Kartkowałem ten śliczny egzemplarz, nie bardzo wiedząc, co mam z nim zrobić. I wtedy zauważyłem kartę wklejoną pod okładką. Pomyślałem, że burmistrz coś tam do mnie napisał. Była na niej treść, jaką zauważycie na zdjęciu zamieszczonym obok. Dopiero doszło do mnie, że pan Krupowicz dał mi Biblię swojego dziecka! Przyznam, że teraz rzeczywiście się zdenerwowałem. Czemu burmistrz miesza córkę do swojej prywatnej wojny? Czyżby nie miał w domu pod ręką innego egzemplarza, swojego, który mógłby poświęcić w wypadku utraty? Co bowiem taki antychryst jak ja z Pismem Świętym uczyni, pewności nie ma żadnej.

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Dedykacja córce burmistrza w Biblii, którą mi dał
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

I teraz już poważnie, bez ironii. Biblię zwróciłem burmistrzowi natychmiast, jeszcze na posiedzeniu, tuż przed swoim wyjściem. Podziękowałem mu i poprosiłem, by oddał ją swojemu dziecku. Odparł, że przecież mi jej nie dał na zawsze, a tylko użyczył. Korciło mnie, by przekręcić na „pożyczył”, ale ugryzłem się w język. Wyjść zaś musiałem, bo za chwilę zaczynały mi się lekcje. Trzeba było wrócić do realnego życia. Usłyszałem już wszystkie ważne odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, nie było więc powodu do dalszego marnowania czasu.

Burmistrzowskie przedstawienie zostało wcześniej przygotowane, wyreżyserowane i pewnie przećwiczone przed lustrem. Biblia w reklamówce nie znalazła się przypadkiem, miała zagrać jako rekwizyt wobec widzów na sali. Nie była to sztuka wysokiego lotu. Ta fanfaronada przypominała mi pamiętne zagrania w stylu partii Palikota, która do perfekcji dopracowała wykorzystywanie różnych spektakularnych gadżetów dla dyskredytacji przeciwników. A to pistolet, a to świński ryj, a to wibrator. Czyżby burmistrz lekcje pobierał u tych samych mistrzów czarnego piaru? Przykro mi, że księgę najważniejszą dla tak wielu wykorzystano jako rekwizyt w marnym skeczu.

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet - były gorsze Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Akcja w stylu pana Palikota. Nocnik to jeszcze bardzo sympatyczny gadżet – były gorsze
Zdjęcie: tarnowskikurierkulturalny.blox.pl

Pan Robert Krupowicz wyróżnił mnie swoim gestem z rozmysłem, taktycznie. Potraktował jako domniemanego przywódcę wrogiej mu akcji, którego należy wskazać swoim wojskom, ośmieszyć przed sojusznikami, wyizolować z ich grupy. Jeśli gra się dla złej sprawy, jakoś wygrać trzeba. Należy tylko sprawę oderwać od jej meritum, odsłonić inspiratorów, zindywidualizować wroga, przedstawić jako osobiste porachunki. Taktyka, którą w wykonaniu pana Krupowicza obserwuję często, choćby wobec wcześniejszych sojuszników. „Patrzcie jaki to łobuz, z niskich pobudek osobistej i politycznej zemsty, prowadzi Was w złą stronę. Pewnie nie wiedzieliście, ale ten „moralista” nawet nie wierzy w Boga!”

Kulą w płot, panie burmistrzu! Źle pan rozpoznał wroga. Może pan w to nie wierzyć, ale ludzie na salę przyszli naprawdę przez nikogo nie inspirowani. Przywiódł ich sprzeciw dla imprezy, w którą się pan tak mocno zaangażował. A nie bierze się on tylko z pobudek religijnych, lecz przede wszystkim moralnych, także z oburzenia dla profanowania idei samorządności, z odrzucania panoszącego się kolesiostwa, z niezgody na arogancję. Nie muszę być głęboko wierzącym katolikiem, żeby mieć prawo do negatywnej oceny pańskich działań. Jeśli tak panu zależy na przyklejaniu etykietek, to ateista też jest zdolny do rozpoznawania zła. I niech się panu nie wydaje, że neutralizacja jednej osoby rozwiąże problem. Lepiej niech pan po prostu słucha, o co proszą mieszkańcy i wykonuje płynące z burmistrzowskiej przysięgi zobowiązania wobec nich.

Ta sprawa nie nazywa się „Krupowicz kontra Zygmański”, aż tak prosto nie jest. Ta sprawa to jeden z wielu wątków serialu „Krupowicz kontra mieszkańcy gminy Goleniów”. Jeżeliby Państwo mieli jeszcze wiele złudzeń co do moralnej postawy burmistrza, wróćcie do mojego bloga i przeczytajcie następny tekst. Będziecie sobie sami mogli wyrobić zdanie o moralnym kręgosłupie miłościwie nam panującego.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Nowe felietony

 

Głosuj na mnie, dam ci kubek

08 mar
Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach Fot.: www.1917.net.pl

Kiełbasa wyborcza smaczna i zdrowa także po wyborach
Fot.: www.1917.net.pl

Najpierw odniosę się hurtem do komentarzy, jakie pojawiły się dotąd pod ostatnim artykułem. W większości były ciekawe i nieco wątków do artykułu dołożyły. Trochę merytorycznych, ale przede wszystkim…, no, trochę innych. Nareszcie, poza standardowo pozytywnymi, pojawiły się też i negatywne. Będzie jak zwykle u mnie – po kolei.

Najpierw jedyny komentarz „na temat”, odnoszący się do treści mojego artykułu. Kolega Czesław Majdak podał łączną ceny 1m³ wody oraz odprowadzanego 1m³ ścieków, jaką zapłacimy pod rządami nowych taryf. I dobrze, gdyż moja tabelka z artykułu rozbita jest na poszczególne składniki, przez co finalnej ceny można sobie nie uświadamiać. A to prawie 30 zł razem! Komentarz kolegi Czesława podkreśla też ewidentnie nieformalny tryb przyjęcia taryf. Otóż debatowane na sesji 24 lutego projekty uchwał odnośnie taryf nie przeszły wymaganej Statutem Gminy procedury. Wpłynęły dzień przed sesją, stąd nie zapoznała się z nimi żadna stała komisja Rady Miejskiej, tym bardziej nie były przez nie opiniowane. Radni „oglądnęli” wprawdzie nowe wnioski taryfowe na wspólnym posiedzeniu stałych komisji, ale to nie to samo, co wymaga Statut. Bo Rada nie uchwala wniosków taryfowych, tylko uchwały. Pozwolę sobie zacytować odnośne przepisy Statutu Gminy Goleniów:

§ 33. 1. Projekt uchwały, po złożeniu go przez projektodawcę w Biurze Rady – Przewodniczący Rady przekazuje w ciągu 7 dni do zaopiniowania przez właściwą komisję Rady.

2. Niedostarczenie Przewodniczącemu Rady opinii o projekcie uchwały w terminie 14 dni od daty skierowania jej do komisji oznacza, iż komisja odstąpiła od opiniowania projektu.

3. Przewodniczący Rady kieruje projekt uchwały na sesję, nie później niż 60 dni od daty jego zarejestrowania w Biurze Rady.

§ 34. 1. Projekt uchwały spełniający wymogi formalne może być w nagłych wypadkach przedłożony przez projektodawcę na sesji z pominięciem trybu wymienionego w § 33.

2. Rada decyduje w głosowaniu bezwzględną większością ustawowego składu Rady o jego wprowadzeniu do porządku obrad.”

Komantarze Marka i Maxa przysporzyły mi oczywiście satysfakcji. Cieszę się, gdy Czytelnikom się podoba, dla nich przecież piszę. Jednak Max trochę przesadził, skoro aż dwa razy powiedział prawie to samo. Max, daruj, aż tak łasy na pochwały nie jestem.

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Przecież umie się pan uśmiechać, panie Łukaszu? Radni Irena Henkelman i Łukasz Dykowski
Zdjęcie: Ireneusz Zygmański

Bardzo się cieszę, że głos zabrał kolega Łukasz Dykowski. Przecież to do działań kolegów z klubu „Porozumienie” mój artykuł się przede wszystkim odnosił, a pan Łukasz klub sobą firmuje. Przy okazji otrzymałem jakiś namacalny dowód, że radni „Porozumienia” moje wpisy czytają. Nigdy od żadnego z nich wcześniej tego nie usłyszałem, nigdy nie odnosili się do ani jednej z licznych spraw przeze mnie poruszanych. Jakbym pisał sobie a muzom. I po prawdzie bałem się już, że tylko grono znajomych i przychylnych osób na tego bloga zaglądało.  Niestety, komentarz pana Dykowskiego w ogóle nie odniósł się do treści mojego wpisu. Wręcz odwrotnie, jakby chciał dyskusję przekierować na zupełnie inny tor. Moim zdaniem ślepy tor.

Odmawiam, panie Łukaszu. Dla mnie sprawy komitetu NGNG są już przeszłością, bardzo bolesną i gorzką życiową nauczką. Nie dam się wciągnąć w te wspomnienia. Niczego konstruktywnego do naszej pracy w Radzie Miejskiej nie wnoszą. Dociekania pełnej prawdy i jej opisanie zostawiłem sobie na okazję, gdybym miał kiedyś dużo zbędnego czasu. Materiał mam, chęci na razie nie. Choć może byłaby to dobra przestroga dla następców, jak nie dać się nabić w butelkę… O nie, uczcie się lepiej, następcy, na własnych błędach.

Co do Karty Goleniowskiej Rodziny, odwraca Pan kota ogonem. Przecież na sesji powiedziałem, że podobał mi się zeszłoroczny projekt. Przeszedł przez dyskusję na komisji merytorycznej, był pozytywnie zaopiniowany. Radni go na życzenie wnioskodawcy (!) zdjęli z porządku dziennego sesji i skierowali do burmistrza do poprawki (przez co uniknął publicznej dyskusji). A ten go już prawie rok cichaczkiem poprawia. Czy mam wyrażać inicjatywę uchwałodawczą wyciągnięcia gotowca z zakurzonej burmistrzowskiej szuflady? Przecież nawet Przewodniczący Mituła, inicjator Karty, burmistrza w tej sprawie nie popędza. To dopiero ja musiałem sprawę Karty przypomnieć na sesji, przez co narażam się u Pana na zarzut krytykanctwa.

Odnośnie krytykowania, podejmowania decyzji i pracowania… Nie mam tu żadnych wyrzutów sumienia. Do podejmowania decyzji dostępu nie mam (proszę zapytać siebie i kolegów, czemu?), natomiast ciężko i aktywnie pracuję nad usprawnianiem pracy rzeczywiście podejmujących decyzje. Patrzę im na ręce, czytam i analizuję wszystkie projekty uchwał. Tak ma obowiązek robić każdy z nas, radnych. Chyba trudno robić zarzuty komuś, kto znajduje w projektach dużo błędów czy niedoróbek różnej maści? Uważa Pan, że lepiej pozwalać na ich robienie?

Ostatnia rzecz – nie mam żalu o to, „że nikt nie chce ze mną rozmawiać i dyskutować”. Myli się Pan: wielu ze mną i rozmawia, i dyskutuje. Ignorowanie i obstrukcja pojawiają się najwyżej w kontaktach z dawnymi członkami NGNG. Przypomnę, że w maju zeszłego roku płynąc parę godzin tym samym kajakiem, jakoś sobie o żadnych ważnych sprawach nie pogadaliśmy. Moja pretensja dotyczy natomiast takiego modelu działania, w którym do każdego równania z dowolną niewiadomą Wasze ugrupowanie pod daną „Rada Miejska” podstawia „klub „Porozumienie”. O tym piszę w swoim artykule, a Pan to omija szerokim łukiem. Nie wierzę, że Pan tego nie zrozumiał.

Komentator Adam Zygmański odpowiedział Łukaszowi Dykowskiemu z własnej inicjatywy, jak zwykle bez mojej inspiracji. Też ominął cały mój artykuł, widocznie woda i ścieki to nie jego hobby. Woli chwycić konkretne wypowiedzi i się z nimi rozprawić. Jest to polemista zawzięty i trudny do przebicia, bo wali prosto z mostu co mu w zwojach mózgowych krąży. Dosadniej niż ja, gdyż jako komentującemu więcej mu wolno. Ale co do jakości tłumaczenia wypowiedzi Łukasza Dykowskiego na uproszczony polski obiekcji nie mam. Nie dziwię mu się, że nie chciał czytać między wierszami komentarza pana Łukasza – ja też bym nie umiał.

Mea culpa, nadużyłem zaufania komentatorki „m”, która chciała pisać tylko do mojej prywatnej wiadomości. Miałem przeczytać i wpis skasować. Zdecydowałem się jednak ten komentarz ujawnić, bo jej cytat z wypowiedzi Przewodniczącego Mituły był godny przypomnienia. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Na wszelki wypadek przepraszam „m” stokrotnie. Mam nadzieję, że mnie zrozumie i w swojej wielkoduszności nadużycie zaufania wybaczy, z wrodzonym sobie poczuciem humoru. „M”, całuję w stóp spód.

Na zaczepkę komentatora „obser” odpowiedział zarówno Adam Zygmański (potwierdzam, nawet przez myśl mi nie przyszło, że mógłbym sobie u niego taki wpis obstalować; nigdy go o to nie prosiłem), jak i później komentator „po”. Dzięki serdeczne. Zwolniło mnie to z konieczności ponownego udowadniania, jak wielką wdzięczność czuję do pana Krupowicza z powodu rozstania się z funkcją sekretarza gminy. Ile to już razy musiałem tłumaczyć, że rozeszliśmy się w zgodzie, i to na moje własne życzenie. On nie miał dla mnie pracy, o czym całkowicie szczerze i po męsku mi powiedział, a ja nie miałem chęci siedzieć jak przykręcony do stołka, udając pracę. Czego by nie powiedzieć, pchnęło to moje życie na nowe tory, więc na pewno nie żałuję. Ani trochę, jak bonie dydy! Jeśli ktoś tego nie rozumie – jego sprawa… Wiem, że zawsze będą niedowierzający, ale cóż na to mogę? Ja naprawdę uważam, że dobra pensja to nie wszystko, żeby żyć szczęśliwie.

By było jasne, nie podobał mi się sposób rozpoczęcia rządów przez pana Krupowicza, deklarującego przecież przed wyborami kontynuację działań poprzedników. No tak, ale styl miał być inny, tak mówił. Widocznie dla tego stylu musiał „rozmontować” w dużym stopniu aparat kierowniczy Urzędu Gminy i Miasta, tworzony przez wiele lat przez poprzedników. Dodam, że ten „demontaż” nie był przeprowadzony w dobrym stylu, choć oczywiście skutecznie. Różne symptomy późniejszych gorszych praktyk widoczne były od samego początku.

Mój negatywny stosunek do Burmistrza Krupowicza, a taki przecież mam, bierze się z zupełnie innych źródeł, niż prywatna niechęć. Po prostu uważam go za niedobrego burmistrza, hamującego szybszy rozwój naszej gminy. Nie wszędzie i nie w każdej sprawie, jasne, ale w wielu istotnych dziedzinach. O tym nie wiedziałem z góry, a dopiero po przyjrzeniu się jego konkretnym działaniom. Nabrałem w pełni takiego przekonania po jakichś dwu latach sprawowania przez niego tej funkcji. Wcześniej życzyłem mu szczerze samych sukcesów, bo jego sukcesy byłyby jednocześnie sukcesami mieszkańców gminy. Nie znajdziecie, Szanowni Czytelnicy, jakichkolwiek moich wcześniejszych wypowiedzi dyskredytujących obecnego burmistrza. Nie uwierzysz, Szanowny „obser”, ale uparcie i na przekór wciąż życzę burmistrzowi samych dobrych pomysłów i ich sprawnej realizacji. Stąd cały mój wysiłek, by zwalczać pomysły niedobre albo nieudolnie wprowadzane w życie.

I tu już kończę komentować komentatorów, a przejdę do donosu. Składam go na ręce pana Burmistrza Krupowicza, czym mam zamiar pomóc zwalczać jeden z jego głównych nieudanych pomysłów. Tym pomysłem jest zaś … Przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Mituła. Boć przecież to pana Burmistrza Krupowicza pomysłem było powierzenie funkcji w ręce tej osoby, prawdaż? Panie Burmistrzu, rób pan coś, bo was ten człowiek do reszty skompromituje.

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Z profilu www.facebook.com/radny.mitula

Wcale nie chodzi mi o już poprzednio opisane występy sesyjne Łukasza Mituły. Zupełnie przypadkiem doszedł mi do kolekcji następny kwiatek, zgrabnie pasujący do namalowanego wcześniej bukietu. I nie wpadłbym na niego bez pomocy Czytelniczki (chciała skromnie, by jej dane pozostały w ukryciu), korzystającej często z dobrodziejstw Facebooka – po naszemu fejsbuka. Ja sam jestem tak bardzo między dinozaurami, że konta na fejsie nie posiadam (zgroza!) i zaglądam w odmęty tego oceanu rzadko. Przez co mógłbym przeoczyć rewelację, którą zaraz przedstawię.

Wspomnana skromna Czytelniczka otworzyła mi oczy na konto „Łukasz Mituła – radny Rady Miejskiej w Goleniowie”. Pozostałem aż do tej chwili z tymi oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, choć przecierałem je parę razy. Jest to oczywiście prywatne konto bohatera mojego donosu. Nikt mu nie ma zamiaru zabronić je prowadzić i tam siebie reklamować jako znakomitego radnego; ja na pewno nie. Nikt też nie może mu zabraniać wymyślania przezabawnych konkursów, z nagrodami w postaci prywatnych fantów. Zupełnie jednak inaczej się to przedstawia, kiedy prywatne konto propaguje prywatnego radnego w prywatnym konkursie okraszonym… gminnymi fantami.

Zaryzykuję, zadam parę pytań panu Krupowiczowi. A może pan Burmistrz też czasami na mojego bloga zagląda? Albo jacyś życzliwi mu doniosą, że się Zygmański znów dopiernicza? Oto zatem moje pytania. Nie mogę pojąć, panie Burmistrzu, jak Pański pupil pozyskał koszulkę, dwa kubki, dwa scyzoryki i komplet długopisów z emblematami Gminy Goleniów i logiem „Jestem z Goleniowa”, stanowiącymi gadżety promocyjne naszej Gminy? Czy je dostał od kogoś w prezencie, czy je raczej kupił za własne pieniądze? Pomijając sposób wejścia w ich posiadanie, skąd mu mogło wpaść do głowy, że gadżety służące z założenia do promocji walorów tej Gminy, mogą przydać się jemu do prywatnych celów? Czy Pan uważa to za właściwy i stosowny sposób ich użycia? Czy to właśnie po to zostały wymyślone, zaprojektowane, wykonane i zakupione za pieniądze goleniowskich podatników, żeby służyć do reklamowania któregokolwiek radnego? Czy wykorzystanie gadżetów odbyło się za Pańską wiedzą i przyzwoleniem?

Mógłbym pytania mnożyć, ale aż zatyka mnie bezczelność tego pomysłu. Poraża mnie nowatorskie podejście pana Mituły do wspólnej własności wyrażone w idei „Gmina to Ja”. Uważam, że ten niechlubny kontynuator Ludwika XIV kompromituje na potęgę nie tylko siebie, ale także swojego protektora – burmistrza. Nie tylko kompletnie niezgodnym z przeznaczeniem użyciem gminnych gadżetów. Prostacki pomysł konkursu, skierowanego w zamiarze chyba do jakichś idiotów, na pewno nie przysparza chwały ani pomysłodawcy, ani jego politycznym kompanom. „Polub fanpage radnego Mituły, skalkuj post na swoim profilu – a wygrasz gminny gadżet” – łot e bjutifulaśny ajdej, fak! Miałem Pana, Panie Burmistrzu, za osobę inteligentną, o dobrym guście. Czy naprawdę Pan to prostactwo popiera?